Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Klucz z Rosetty
 
Katalog - dodano
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 Ostatni potomkowie. Przeznaczenie bogów
- Matthew J. Kirby
 Proxima
- Stephen Baxter
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''TV Ciał0'' - Jeff Noon



1



Nola przyszła nad rzekę.
Nad jej brzegiem powstała mała osada. Rządek ruderowatych sklepów, knajpek, przyczep kempingowych, namiotów, drewniana buda, w której taksiarze czekali na klientów. Ludzie siedzieli sobie w grupkach, pili i palili. Półlegalne centrum telefoniczne błyskało czerwonymi i żółtymi światełkami. Z głośników sklepu dobiegały losowe fragmenty rozmów, głosowe urywki wyłapane ze zmierzchu przez najnowszy skaner.
– Za dużo w to wkładam...
– W sumie dobrze go wspominam, parę tylko...
– Rozumiesz, to właśnie jest problem: za bardzo go kocham...
– Jakaś nowa gra, wiesz. Ostatnia rzecz, jaka...
– Czasem to szlag mnie trafia, jak ona...
– Niedługo. Obiecuję. Może w ten weekend...
– Jesteś tam? Halo...
– Jest tam kto?
Nola przeszła przez mostek.
Zawyła samotna syrena okrętowa, odpowiedział jej krzyk ptaka. Księżyc wisiał nisko nad wodą.
Po drugiej stronie miasto otwierało się i przyzywało Nolę całą swoją brudną urodą, klimatem tłocznej samotności. Uwielbiała w nim to właśnie: tę szerokość geograficzną o takiej właśnie porze, te powolne minuty, gdy mrok wypiera światło. „Teraz zaczyna się życie”. Neonowe postacie uczepione ścian i wystaw powłączały się, rozbłysły świetliste zielonozłote ciała ozdobione obrazami produktów mających stać się przebojem w przyszłym tygodniu.
Wokół, blisko niej, śpieszyli się ludzie.
Spojrzenie spuszczone, utkwione w portapopkach, sprawdzające najnowszą modę, plotki muzyczne, kursy giełdowe. Palce, pstrykające i suwające, uzależnione od cyfrowej działki.
Parę zerknięć w jej stronę. Odwrócony wzrok.
Była do tego przyzwyczajona.
Reklamy Kopuły Rozkoszy migotały na dachach i w witrynach.
Bip. Bip. Bip-bip-bip.
W kieszeni zadygotał telebug; wyobraziła sobie ten sygnał, płynący do niej maleńkimi niebieskimi impulsikami. Dostała gęsiej skórki. Coś ostatnio robiła się wrażliwa na takie obrazy, takie uczucia.
Przekaz. Otwarta na kontakt.
Czuła, że wyraźnie się do czegoś wpina.
Dlatego to w ogóle się nie trzyma kupy. Tu musi być jakaś pomyłka, jakiś błąd.
Otworzyła buga, zerknęła na ekran.
Przywitała ją twarz Christiny, z tą jej charakterystyczną miną, tym grymasem rozciągniętych w linię prostą ust. Na pewno chciała wiedzieć, gdzie jest Nola, bez wątpienia, będzie pytać, „jak możesz sobie tak chodzić, całkiem sama, bez opiekuna, nigdy nie wiadomo, co się może stać”. Coś w tym stylu.
Wyłączyła ją. Bez słowa.
Bo co by mogła powiedzieć?
Weszła w ciemne podcienia sklepu.
Raz na tydzień odwiedzał ją George – taka przyjacielska wizyta, napić się i pogadać. Z Christiną do pary. Rozmawiali o samopoczuciu Noli, jej zdrowiu, jej miejscu w świecie, informacjach ze sfery publicznej. Potem George pokazywał jej najnowsze prognozowane wyniki sprzedaży. Razem przeglądali dzienne liczby odsłon jej wizerunku. I co tydzień ten jego specjalny uśmiech.
Ale tym razem wyglądało to jakoś inaczej.
W ciemnych oczach nadal miał ten błysk, twarz jednak stężała, nieruchome linie zmarszczek na czole. I żadnych wyników. Nie tym razem.
„Nola, skarbie...”.
Głos George’a. Uspokajający, pełen otuchy.
„Nie ma powodu do paniki”.
Ale te oczy, te oczy. Bezpośredni kontakt. Potem coś w nich zamigotało.
„Wszystko mamy pod kontrolą”.
Kłamie. Nola to czuła.
„Wszyscy wierzą w ciebie. Cały zespół”.
I to już było za dużo. Uciekła od informacji, wybiegła z mieszkania. Chciała tylko zatracić się w mieście, tu i teraz, pośród nocy, pospacerować sobie w chłodnym powietrzu, a potem pójść na drinka albo dwa, zrelaksować się. I tyle. Znaleźć jakiś azyl, tak jak to bywało kiedyś, jakiś obskurny klub albo bar, w którym normalni ludzie robią normalne rzeczy. Żadnej ekipy, żadnych ochroniarzy, błyskających reporterów, glamkamer, teleobiektywów. Tylko się napić, potańczyć, parę szalonych flirtów, żeby coś mieć z tego, że jeszcze żyje, z odrobiny kasy w kieszeniach, w sam raz, żeby wypalić sobie ścieżkę w ciemności i sunąć nią do rana, może z jakimś wybranym facetem u boku, znanym, nieznanym, jeszcze obudzona, jeszcze nabuzowana – żeby popatrzeć, jak wstaje słońce.
To by było to.
Powoli przejechał samochód z pootwieranymi oknami, grzmiąc muzyką, ożywiając ulicę samym dudnieniem basu. Po drugiej stronie jakaś para zatańczyła, ręce, nogi, ciała poruszyły się razem, ciasno objęte.
Miłość. Proszę. Tak właśnie wygląda. Taka jest.
W głowie Noli z kliknięciem wyświetlił się tekst:
Poznać cię chcę (tak po prostu)
Poznać cię
Takiego jakim jesteś
Naprawdę chcę!
Nie mogła się powstrzymać. Zaśpiewała.
Przechodzień obejrzał się, uśmiechnął, kiwnął głową, poczuł się niezręcznie, rozpoznając ją. Nola odkiwnęła głową i poszła, naciągając apaszkę na usta, zmieniając się w nikogo. Założyła maskę.
Bo nigdy nie wiadomo.
„Są ludzie, którzy chętnie zrobiliby ci coś złego. Prześladowcy, świry, wszyscy ci, którzy przysysają się do publicznych twarzy i traktują je jak swoją własność, którzy chcą wyciągnąć z ciebie twoją gorączkę, wykraść twój żar i sprawdzić, z czego jest zrobiony”.
Wspomnienia.
Gadka menedżerów. Pierwszy miesiąc programu. Dzień 16, lekcja 5. Temat: Jak sobie radzić ze sławą. George już się rozkręcił:
„Masz dwa produkty. Twój wizerunek i twój głos. Handluj nimi na swoich warunkach”.
Nola wśliznęła się do prywatnego klubu na Soho, jednego z nielicznych miejsc, gdzie była jeszcze w stanie zachować prywatność. Sala była po dizajnersku ciemna, duszna od perfum, lepka od porozlewanych drogich koktajli. Tutaj przeważnie nikogo nie interesowała. Tu każdy albo darł się pazurami w górę, albo czepiał rozpaczliwie swojego miejsca, powstrzymując upadek w dół. Tu się nie zadawało pytań.
Zamówiła drinka koloru jasnowiśniowego. Słodki alkohol niemal od razu uderzył jej do głowy.
Wypiła go dwoma łykami.
Rozkosz.
I kto to, kurna, jest? Kto się z niej śmieje za plecami? Słyszała te drwiny...
Obróć się...
Nikt.
Milczące twarze, odwrócone oczy.
Zamówiła drugiego drinka, jeszcze raz to samo.
Miała dopiero dwadzieścia trzy lata. Jeszcze będzie czas, czas na życie. Ta wiara płynęła przez nią non stop, we śnie i na jawie.
Poznać cię chcę tak po prostu
Poznać cię
Tak po prostu (po prostu)
Naprawdę poznać cię
Naprawdę
(Szlag, jak to dalej szło? Skup no się!).
Takiego jakim jesteś! Naprawdę chcę
Całego cię
Dotknąć chcę tak po prostu
Całego cię
Ja tylko chcę...
Dobre, nie? Czy to dobre?
A skąd ona ma wiedzieć?
Słowa, słowa. Podtykali jej słowa, a ona je śpiewała. Ciałem i duszą, wszystkim, co miała, przyciskając usta żarliwie do mikrofonu, tym chrypiącym szeptem, który wszyscy u niej uwielbiali, który krytycy zauważyli już po pierwszym singlu, który imitowali ludzie na ulicach, podśpiewujący do piosenek w pubach, na imprezach, na całym świecie.
„Muzyka jest wszędzie. Wszędzie, gdzie prawdziwi ludzie, ludzie pracujący, wyśpiewują swoje serca w piosenkach o marzeniach, o tęsknotach i o miłości. Muzyką żyją, poruszają się i oddychają w rytm muzyki”.
Kochany Georgie znowu gada, oczywiście, wykłada całą tę swoją filozofię.
To jak, czas się stąd wyrwać?
Poznać cię chcę tak po prostu
Całego cię.
Cholera. Czasem miała ochotę po prostu wyciągnąć się i pocałować muzykę w usta i... i... ZŁAPAĆ ją za szyję i ŚCISNĄĆ! Aż, aż...
Sięgnęła po buga i wybrała jego numer.
Nie odpowiadał.
Zadzwoniła do jego asystentki, powiedziała:
– Christina, cześć, znalazłabyś dla mnie George’a?
– Nola? Gdzie ty jesteś?
– Co?
– Gdzie jesteś?
– W barze.
– Na mieście? – Ta ostrość niepokoju w jej głosie.
– Nic mi nie grozi.
– Pijesz?
– Pewnie.
– Jakie towarzystwo? Swoi?
Nola rozejrzała się, przyjrzała klienteli.
– Mogą być.
Potem chwila, po której Christina powiedziała: „Tam w mieszkaniu denerwowałam się. Źle brzmiałaś”.
– To już minęło. Dalej jesteś u mnie?
– Nie.
– A gdzie?
– U siebie.
– George też jest u ciebie?
– Nie.
– A gdzie? Nie odbiera.
– Nie wiem.
– Muszę z nim pogadać.
– Oj, Nola, naprawdę. Wszystko jest w porządku.
– A co powiedział, kiedy wyszłam?
– Nie za dużo.
Coś ukrywała. Nola to czuła.
– Christina, ty masz podobno mi pomagać.
– Pomagam. Wiesz, że zawsze...
– Nie czuję tego. Powiedz mi prawdę.
Cisza na linii, pobrzmiewająca zaszumioną mgiełką.
Potem głos Christiny, cichy, stanowczy:
– A może podjedziesz tu, Nola? Pogadamy sobie o wszystkim, jak dawniej. Przypalimy. Mogę też ściągnąć paru facetów. To jak?
– Nic mi nie trzeba.
– Pewna jesteś? Pójdzie na firmę, wpiszę jako koszty terapii.
– Chris. Muszę pogadać z George’em. To osobista sprawa.
Christina zamilkła i sapnęła na linii.
– Już to przechodziliśmy, wiesz? W innych latach, z innymi dziewczynami i chłopakami.
– Naprawdę?
– To tylko chwilowy spadek.
– Spadek? No pewnie. A dokąd spadliśmy?
– Nie przejmuj się tym.
– Jaki mamy numer?
Pauza. Potem ciche:
– Trzydzieści sześć.
Nola, słysząc to, westchnęła. Rozłączyła się.
Trzydzieści sześć...
Cholera.
To był prognozowany ranking w statusie, oparty na legalnej sprzedaży do wszystkich mediów, liczbie odsłon wizerunku, indeksach rozpoznawalności imienia, szacowanych nielegalnych pobraniach, wzmiankach w prasie, wykresach aktywności plotkarskiej, strumieniach informacji od tropicieli sensacji, analizie poczty pantoflowej – cały ten wariacki wachlarz skumulowany w jeden poręczny pakiet informacji.
Jedna liczba.
Do tego się wszystko sprowadzało.
Nola poczuła oszołomienie.
Trzydzieści sześć.
Za nisko.
Jutro pogada z George’em, powie mu, że musi zacząć się pokazywać, ale tym razem jak trzeba, na żywo, śpiewać na żywo, bez żadnego udawania i pod żywy zespół, żadnych taśm. Brumienie i sprzężenia jacków wtykanych do gniazdek, odgłosy palców na strunach, fałsze, kiksy. Kontakt. Może da się coś zrobić, zanim wskaźnik się upubliczni.
„To jedyny sposób, George. Jedyny sposób”.
Tak właśnie powie. Opanujemy sytuację.
Bądź silna. Kontratakuj.
Nola dokończyła drinka i wyszła z klubu.
Powietrze ulicy. Zimno na twarzy, potem ciepło – gdy neon się nachylił. Dostrzegła zbliżającego się człowieka z glamkamerą w dłoni i zrobiła unik. On jednak przeszedł obok, szukając innego łupu, z obiektywem wycelowanym w inne atrakcje.
Nola szła dalej, trzymając się cieni, małych ślepych obszarów pośród barwności i jaskrawości miasta. Nad ulicami wzniósł się wielki animowany obraz. Jej własna twarz, powiększona, poruszająca się, utkana ze światła, pieniędzy i pożądania. Twarz Noli. Skrzące się oczy. Rozmazanie. Potem srebro. Oczy z drogich kamieni. Oczy-podróbki.
Nola wpatrzyła się w tę twarz z rozedrgania i gwiezdnego pyłu.
Czasami mam wrażenie, że to wszystko tylko sen, czary, gwiezdny pył i czerwony dywan, i że obudzę się w pewien szary poranek tam, skąd zaczęłam, sama, znowu w tym mieście co kiedyś.
Z naprzeciwka zawołała do niej grupka pijanych nastolatek. Same dziewczyny.
– Nola! Cześć! Nola Blue!
Odmachała, nagle wdzięczna, że ją rozpoznały.
Ale co one tam mówiły? Ich głosy miały szyderczy ton. Całkiem jakby już wiedziały, zanim jeszcze upubliczniono tygodniowe rankingi. Nazywały ją muzycznym opadem radioaktywnym, spadochronem, przegraną, nikim, koniec trasy, koniec czasu.
Takie czasy, że wszyscy wszystko wiedzą, dużo szybciej niż korporacyjne kanały.
Wszyscy są do wszystkiego podpięci.
– Nola! Nola!
– Które tam masz miejsce?
– Ej, laska!
– Jaki ranking na dziś?
– Trzydzieści sześć, laska!
– Trzydzieści sześć!
Nola wytrzeszczyła oczy na dziewczyny. Odpowiedziały tym samym. Teraz puste spojrzenia. Głosy zamilkły.
Czy one w ogóle się do niej odezwały?
Nola zadygotała.
Dziewczyny śmiały się do siebie, przerzucały uwagami, cieszyły całym światem, chłopakami, muzyką, błyskotkami ze sklepów i tak dalej. Ich telebugi jarzyły się ostrym błękitem, żółcienią, i śpiewały flexitekstowe melodie, tańczące świetlnymi punkcikami ponad ekranami.
Chodź tu miła, będziesz ze mną bębniła.
I dziewczyny idą sobie dalej, śpiewają piosenkę – nową piosenkę. Czyjąś. Prawdopodobnie większość z nich była wokalistkami albo tancerkami in spe, ich marzenia i nazwiska wisiały gdzieś na liście oczekujących do któregoś z licznych talent-show.
Jak się nie nagrzejesz, nie będziesz jarzyła.
Nola poczuła się słaba. Zdruzgotana.
Gzzzzksstttt...
Coś dziwnie zabzyczało jej w głowie. Boleśnie. Uporczywie. Ostro. Całkiem jakby w czaszce obudził się przysłany radiem z innej planety sygnał wywoławczy.
Co można z tym zrobić?
Te gówniary były od niej zaledwie o parę lat młodsze, a mimo to ich ubrania, ich slang, fryzury wydawały się artefaktami obcych. Kiedyś, nawet jeszcze parę tygodni temu, mogłaby je nazwać fankami. Ale nie teraz. Nie ma takich rzeczy, na których można by polegać w nieskończoność. Muzyka przyśpieszała, wypalała się na iskry, popiół i proch na usianej kolcami drodze – Noli zawsze się to podobało, ten szaleńczy, błyskotliwy, niekończący się pęd za samą sobą. I teraz – czy faktycznie zrobiła się zbyt wolna, żeby nadążyć, za wolna, żeby skrzydła zapłonęły jej ogniem? Publiczność patrzyła już gdzie indziej, ona wylądowała w dole, a to zaledwie jej trzeci utwór.
Coś musiało się popieprzyć w tych liczbach, na sto procent. Jakiś błąd w systemie.
36.
36.
36.
Większość gwiazdek ze stajni George’a Golda miała przynajmniej z sześć przebojów, zanim wpadła w ten dźwiękowy dryf, powolny odjazd w ciemność i ciszę. Nola słyszała już jak DJ-e rzucają pogardliwe uwagi: „I wreszcie utwór, który w tym tygodniu ledwo dał radę: Nola Blue i jej Poznać cię chcę (tak po prostu). Jej jej, Baby Blue zawiesiła się na progach”.
Denerwowała się i nic nie mogła na to poradzić.
Teraz George na pewno ją wywali. Tak to właśnie było. To właśnie widziała w jego oczach, wtedy w mieszkaniu. Rezygnację.
36. 36. 36.
A jej zawsze chodziło o coś więcej.
Była w tym na całe życie. Bez dyskusji. Była następną Jio, następną Beneecą, następną Yoni Yoni, następną gwiazdą i kolejną, i kolejną – wszystko w jednym. Nie jakąś jednorazową laleczką, ciągniesz za sznurek i słyszysz mazurek! Nic z tych rzeczy. Nola była urzeczywistnieniem własnego marzenia o latach ciężkiej pracy, krok za krokiem kształtujących przyszłość, o tym, że nigdy się nie cofa, nigdy się nie poddaje. Miała w sobie tyle własnych piosenek, które kiedyś zaśpiewa i wstrząśnie światem tak, że cały zamilknie.
Bez dyskusji.
Tak. Nie ma powrotu. Zrobi to i już.
Tu, teraz
samotna, zagubiona
od wszystkich niezależna.
Nola Blue. Ona jedna!
Jedna na cały, kurwa, świat!
Posunąć się!
O niczym innym nie marzyła, kiedy była młodsza, kiedy była tylko dziewczynką z tanim plastikowym keyboardem, z trudem opanowującą słowa i melodię jednocześnie, wszystkie te zwariowane przebiegi i przejścia, które wpadały jej do głowy.
Dziewięcioletnia, zapalająca świeczkę na torcie.
– E, Nola! Jaki ranking?! Nola baby!
Ulicą zbliżała się grupa imprezowiczów, roześmianych i radosnych.
Nola odwróciła się.
Głosy.
– Jaki ranking?
– Trzydzieści sześć, laska! Trzydzieści sześć!
– Trzydzieści sześć i dalej leci.
Język poruszył się w ustach, zwilżył dziąsła. Dziwny metaliczny posmak. Teraz zaswędziały ją dłonie. Czaszka zadudniła hałasem.
I stała tak, sama, czekając, aż to przeminie.
Zamrugała.
Paznokcie zadrapały o wnętrze dłoni.
Sygnały od ciała.
Zaczynało się boleśnie, ale teraz, gdy dźwięk w głowie zmienił ton na wyższy, poczuła go trochę inaczej. Dźwięczał czysto i klarownie. Był idealnie zestrojony z jej krwią, jej kośćmi. Całe ciało zapłonęło nagłym pragnieniem. Zachciało jej się tańczyć, paść w czyjeś ramiona, jakiegoś nieznajomego.
Ciało ma rację. Ciało swoje wie.
Ciało śpiewa!
Nola zapląsała, rozdygotana z ekscytacji, krok za krokiem.
Potrzebowała intymności. Zanurkowała w zaułek.
Wąsko. Brudno. Ciemno. Coś uciekło z szelestem. Smród spalonego jedzenia, resztek. Smużki szarego dymu z wywietrznika. I nagle ponad tym wzniósł się głos Noli, nieproszony, wypełniający jej głowę i rozświetlający wszystko miłością,
głośno
jeszcze nie do końca melodyjnie:
Jest blues, jak nocny diament blues.
Wers wpadł jej do głowy tak po prostu, wymyślony od ręki. Ale co to znaczy? Aaa, no tak: wcześniej widziała swoją twarz, animowaną projekcję, oczy z drogich kamieni lśniące tym nadnaturalnym błękitem.
Dobra, próbuj jeszcze raz:
Jest blues, jak nocny diament blues
W noc sypie iskrami
(Niezła melodia, tym razem lepiej).
Jest blues jak biały księżyc, blues
Ściele blask po niebie.
(I powtórzyć. Może pod inny akord).
Ściele blask po niebie,
W noc sypie iskrami,
Rozpościera sny.
Przestała się czymkolwiek przejmować. Został tylko śpiew. Tak jak kiedyś, zamknięta w sypialni, po prostu śpiewała sama do siebie, spisując przychodzące do głowy teksty. Przeważnie była to bezsensowna poezja, choć trafiały się dwuwiersze brzmiące nieco lepiej, aż sama zachodziła w głowę, skąd jej się to bierze. Łapała to i notowała pośpiesznie, myśląc: „Dam radę, naprawdę dam radę!”. I tam, gdzie wcześniej nie było nic, teraz pojawiała się piosenka, albo pół piosenki, albo ćwierć.
Jeszcze. Dalej:
Jest blues jak zły dzień, zły news,
Gdy spadam, gdy wołam.
(Nie. Znowu kicha. Jeszcze raz! Śpiewaj).
Jest blues jak królowa i król,
Spadają, wołają
Z nieba wypalonych gwiazd.
(Śpiewaj!).
Iskierki nocy
Miłości wzywają.
(Nie. Wróć. Banał).
Iskierki nocy
Kochanków wołają.
(Lepiej!).
Roziskrzony blues, diamentowy blues
Zakochanym śpiewa, gdzie...
Eee...
Przestała.
Coś poruszyło się w cieniu.
Jakiś głos z głębi zaułka.
Skup wzrok.
Patrzył na nią facet. Siedział na ziemi, oparty o brudną ścianę. Oczy wilgotne, mętne. Zamglone alkoholem. Ale ubrany w smoking, śnieżnobiałą koszulę, czarną muszkę.
– Czego? – warknęła Nola.
Z początku bez odpowiedzi. Potem, z akcentem z wyższych sfer:
– Ładna piosenka, skarbie.
Nola się zawahała.
– Ja tylko... ja ją wymyślam, improwizuję.
– Powinnaś...
– Co? Nie słyszę.
– Powinnaś brać za to kasę.
Nola zaśmiała się.
– No, może tak. Spróbuję.
Facet przepił do niej butelką czerwonego wina. Uśmiechnął się.
– Twoje bardzo dobre zdrowie.
Nola odeszła, wzięła taksówkę i pojechała z powrotem na drugą stronę rzeki. Rozkwitające nocą miasto narkotyków, kryształów, przypraw, perfum, neonowych tancerzy i elektrycznej żądzy płonęło odwrócone w wodzie.
Poczuła się teraz lepiej, na tropie czegoś, czego jeszcze nie widziała.
Po prostu śpiewaj, tylko to się liczy. Tak.
Usta, wargi, język, muzyka, słowa, sens.
Docieranie do ludzi. Dotykanie ludzi.
Jej twarz w oknie taksówki, półprzejrzyste odbicie... widoczna przez nie ulica.
W głowie ciągle dzwoniło,
ale teraz ciszej,
w tle.
Mrugała, mijając pulsujące jedna po drugiej latarnie.
Żółta sodowa mgła.

mig
mrug


mig
mrug

Delikatny ból brzucha.
Nagłe zimno.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-01-12 (629 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej