Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Przeklęty Zakon
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Badacz potworów'' - Rick Yancey



Oto tajemnice, których dotrzymałem. Powierzono mi je, a ja nigdy nie zdradziłem pokładanego we mnie zaufania. Jednakowoż ten, który mi je powierzył, nie żyje już i to od ponad czterdziestu lat. Ten, dzięki któremu poznałem owe tajemnice… Ten, który mnie ocalił… I za którego sprawą ciąży nade mną klątwa.
Nie, nie pamiętam, co jadłem tamtego ranka na śniadanie, ale pamiętam z koszmarną jasnością tę wiosenną noc w roku 1888, kiedy doktor szorstko zbudził mnie ze snu. Miał potargane włosy, jego wielkie oczy lśniły w świetle lampy, a rysy przystojnej twarzy rozświetlał blask ożywienia – ożywienia, do którego na moje nieszczęście zdążyłem już przywyknąć.
– Wstawaj! Wstawaj, Willu Henry, nie guzdraj się! – zawołał nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Mamy gościa!
– Gościa? – powtórzyłem za nim machinalnie. – Która to godzina?
– Trochę po pierwszej. A teraz ubieraj się i szybciutko do kuchennych drzwi. I z życiem, Willu Henry, bez marudzenia!
Opuścił mój ciasny pokoik, zabierając ze sobą światło. Ubrałem się w ciemnościach i zlazłem w skarpetkach po drabinie. Na dole włożyłem ostatnią część mojego ubioru, czapeczkę z miękkiego filcu za małą na mnie o cały rozmiar, chociaż miałem wtedy zaledwie dwanaście lat. Ta czapeczka była ostatnią i jedyną pamiątką po moim poprzednim życiu, z czasów, zanim u niego zamieszkałem. Była dla mnie bardzo cenna.
W korytarzu na piętrze paliły się wszystkie gazowe lampy, ale na parterze tylko jedna – w kuchni na tyłach tego starego domostwa, w którym mieszkaliśmy jedynie my dwaj, nawet bez służącej, która by po nas sprzątała. Doktor był odludkiem, pochłaniały go sprawy mroczne i niebezpieczne, nie życzył więc sobie nazbyt ciekawskich spojrzeń i rozplotkowanych języków służby. Kiedy kurz i brud stawały się nie do zniesienia, a zdarzało się to mniej więcej co trzy miesiące, wciskał w moje ręce kubeł i szmatę z poleceniem, bym „nie guzdrając się” zaprowadził jaki taki porządek, zanim śmieci nas pogrzebią.
Podążyłem za światłem do kuchni, wciąż tak oszołomiony, że nawet zapomniałem włożyć buty. Nie był to pierwszy nocny gość od mojego przybycia do domu doktora. Mieszkałem tam już od ponad roku, toteż przyzwyczaiłem się, że odwiedzają go w nocy lub nad ranem aż nazbyt liczni goście, a nie były to niewinne towarzyskie wizyty. Jak już mówiłem, zajęcia doktora zaliczały się do mrocznych i niebezpiecznych, a więc tym samym do takowych zaliczali się jego nocni goście.
Osobnik, który pojawił się tamtej nocy, stał zaraz za kuchennymi drzwiami, jego upiorny cień kładł się jak całun na lśniących od wilgoci kamieniach, a twarz kryła się pod szerokim rondem słomianego kapelusza. Widziałem za to knykcie wystające spod wymiętoszonych rękawów i żółte kostki wielkie niczym jabłka, wyglądające spod nogawek znoszonych spodni. Za starcem czekała szkapa, postukiwała niespokojnie kopytami i parskała, z jej drżących boków unosiły się kłęby pary. Za koniem, ledwo widoczny w ciemnościach, majaczył zarys wózka, a na nim nieokreślonego kształtu pokaźnych rozmiarów ładunek zawinięty w zgrzebne płótno.
Kiedy zbliżyłem się do drzwi, doktor rozmawiał już półgłosem ze starcem, poklepywał go uspokajająco po ramieniu, bo nasz gość najwyraźniej drżał z przelęknienia. Doktor zapewniał go, że owszem, postąpił jak najsłuszniej. Odtąd już on, czyli doktor, zajmie się wszystkim. I wszystko będzie dobrze. Biedaczysko przytakiwał, kiwając wielką głową, która wydawała się jeszcze większa pod rozległym rondem kapelusza.
– …Bo to zbrodnia jest, proszę pana. Zbrodnia przeciw naturze! – zawołał starzec w pewnej chwili. – Może niepotrzebnie tak zrobiłem, trzeba było to zostawić. Zakryć i pozostawić na łasce opatrzności bożej!
– Kwestie teologiczne mnie nie zajmują, Erasmusie – odpowiedział na to doktor. – Jestem uczonym. Czyż nie powiedziano jednak, że jesteśmy narzędziami? A jeśli tak, to Bóg cię do niej zaprowadził, a potem zaprowadził cię pod moje drzwi.
– Znaczy się, pan na mnie nie doniesie? – upewnił się starzec, zerkając spode łba na doktora.
– Twój sekret jest u mnie tak bezpieczny, jak – mam nadzieję – mój u ciebie. Oho, jest wreszcie Will Henry. Willu Henry, gdzie twoje buty? Nie, nie – powstrzymał mnie, gdy zawróciłem, aby je przynieść. – Jesteś mi potrzebny, musisz przygotować laboratorium.
– Tak, panie doktorze – odpowiedziałem posłusznie i znów się odwróciłem, tym razem, żeby ruszyć do wskazanego pomieszczenia.
– I postaw czajnik na ogniu. Czeka nas długa noc.
– Tak, proszę pana – odrzekłem i odwróciłem się po raz trzeci.
– A, znajdź przy okazji moje wysokie buty, Willu Henry.
– Oczywiście, proszę pana.
Zawahałem się, popatrzyłem na niego, oczekując na czwarte polecenie. A stary człowiek imieniem Erasmus spoglądał na mnie.
– No, na co jeszcze czekasz? – popędził mnie doktor. – Nie guzdraj się, Willu Henry!
– Tak jest, proszę pana – odpowiedziałem. – Już się robi, proszę pana!
Zostawiłem ich przy drzwiach kuchennych, usłyszałem jeszcze, gdy szedłem pospiesznym krokiem przez kuchnię, jak starzec spytał:
– To pana chłopak?
– To mój asystent – zabrzmiała odpowiedź doktora.
Postawiłem wodę na ogniu, a potem zszedłem do piwnicy. Zapaliłem lampy, rozłożyłem narzędzia. Nie byłem pewien, jakie będą potrzebne, mogłem jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa mniemać, iż dostarczone przez starca stworzenie nie jest żywe – tobół zalegający na wozie nie poruszał się. Nie słychać też było żadnych odgłosów. Pośpiech najwyraźniej nie był konieczny… Choć może miałem raczej taką nadzieję niż uzasadnione przypuszczenie?
Wyjąłem ze schowka świeży fartuch, po czym zajrzałem pod schody w poszukiwaniu gumowych butów doktora. Nie było ich tam, przez chwilę stałem obok stołu bezradnie, ogarnęła mnie niema panika. Czyściłem je przecież nie dalej jak tydzień wcześniej i byłem pewien, że postawiłem je pod schodami. Gdzie one się podziały! Od strony kuchni dochodził łomot kroków. Zbliżał się, a tymczasem ja zgubiłem jego buty!
Wypatrzyłem je dokładnie w chwili, gdy doktor i Erasmus zaczęli schodzić po schodach. Stały najzwyczajniej w świecie pod stołem, sam je tam umieściłem. Dlaczego właśnie tam? Ustawiłem buty obok stołka i czekałem, serce biło mi mocno, oddychałem szybko, urywanie. W piwnicy panował ziąb, było tam o co najmniej dziesięć stopni chłodniej niż w reszcie domu – ten stan rzeczy utrzymywał się przez okrągły rok.
Ich brzemię, wciąż jeszcze owinięte tkaniną, musiało być naprawdę ciężkie: mięśnie na szyjach obu mężczyzn napięły się od wysiłku, schodzili powoli, kroczek za kroczkiem. W pewnej chwili starzec zażądał chwili odpoczynku. Stanęli pięć stopni przed końcem schodów, a ja od razu zorientowałem się, że zwłoka irytuje doktora. Nie mógł się doczekać, żeby dokonać oględzin zdobyczy.
Przydźwigali wreszcie ten ciężar i złożyli go na stole. Wtedy doktor poprowadził starca i usadowił go na taborecie. Erasmus opadł ciężko na siedzisko, zdjął słomkowy kapelusz i otarł jakąś brudną szmatą pomarszczone czoło. Trząsł się na całym ciele. W świetle zobaczyłem, że cały był brudny, parszywy – począwszy od buciorów, na których pozostało zeskorupiałe błoto aż po połamane paznokcie i bruzdy żłobiące jego wiekową twarz. Bił od niego intensywny, wyrazisty zapach wilgotnej ziemi.
– Zbrodnia – wymamrotał. – Zbrodnia!
– Owszem, okradanie grobów jest zbrodnią – odezwał się doktor. – Zbrodnią karaną nader surowo, Erasmusie. Grozi za nią grzywna w wysokości tysiąca dolarów i pięć lat ciężkich robót – zarzucił na siebie fartuch i skinął na mnie, żebym podał mu buty. Oparł się o poręcz schodów, żeby je wciągnąć. – Teraz staliśmy się współwinnymi. Muszę ci zaufać, a ty musisz zaufać mnie. Willu Henry, gdzie moja herbata?
Pognałem po schodach w górę. Tymczasem starzec przemawiał na swą obronę:
– Mam rodzinę i muszę ją wyżywić. Moja żona jest bardzo ciężko chora, potrzeba jej leków. Pracy znaleźć nie mogę, a jaki pożytek mają zmarli ze złota i klejnotów?
Tylne drzwi zostawili otwarte na oścież. Zatrzasnąłem je i zamknąłem na zasuwkę, wpierw jednak rozejrzałem się wokół. Dostrzegłem tylko noc i mgłę, która jeszcze zgęstniała, oraz konia i jego wielkie ślepia, które jakby błagały mnie o ratunek.
Kiedy przyrządzałem herbatę, słyszałem podnoszące się i cichnące głosy dobiegające z piwnicy. Piskliwy, na pół histeryczny głos Erasmusa. Spokojny głos doktora, w którym jednak można było dosłyszeć nutę zniecierpliwienia – najwyraźniej nie mógł się doczekać, by w spokoju obejrzeć zawartość przywiezionego przez starca pakunku. Moje nieobute stopy marzły, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Na tacy postawiłem cukiernicę i dwie filiżanki. Co prawda doktor nie mówił, że mają być dwie, ale przyszło mi na myśl, że starcowi przyda się łyk herbaty dla podreperowania nerwów.
– …Aż tu nagle w połowie roboty ziemia się pode mną zapadła – mówił właśnie stary cmentarny złodziej, kiedy schodziłem do piwnicy z tacą. – Jakbym natrafił na jakąś jamę albo inną dziurę w ziemi. Upadłem twarzą na trumnę. Nawet nie wiem, czym strzaskał wieko, jakem upadł, czy już wcześniej było rozbite przez… Zanim upadłem.
– Na pewno przedtem – stwierdził doktor.
Wyglądali zupełnie tak samo jak w chwili, kiedy ich pozostawiłem, doktor opierał się o balustradę, a starzec drżał na taborecie. Poczęstowałem go herbatą, z wdzięcznością przyjął filiżankę.
– Ach, przemarzłem do szpiku kości! – poskarżył się.
– Tak, chłodną mamy wiosnę – zauważył doktor. Co ciekawe, był zarazem znudzony i ożywiony.
– Nie mogłem tak tego zostawić – tłumaczył się starzec. – Zasypać i tak po prostu zostawić? O nie, nie. Trzeba mieć trochę szacunku. Bojaźni bożej! Lękam się Sądu Ostatecznego. To przecie zbrodnia, doktorze. I co za ohyda! Więc gdym doszedł do siebie, wziąłem linę, obwiązałem i wyciągnąłem ich z dołu… No i przywiozłem ich tutaj.
– Słusznie postąpiłeś, Erasmusie.
– Powiedziałem sobie, że jeden tylko człek będzie wiedział, co czynić. Pan wybaczy, ale przecie pan wie, co mówią o panu i o tym, co się w tym domu dzieje. Tylko głuchy nie mógłby usłyszeć, jakie to rzeczy powiadają o Pellinore Warthropie i jego domu na Harrington Lane!
– W takim razie szczęśliwie się składa, że nie jesteś głuchy – stwierdził sucho doktor.
Podszedł do starca i położył dłonie na jego ramionach.
– Pokładam w tobie ufność, Erasmusie Grayu. I pewien jestem, że ty także mi ufasz. Nikomu nie powiem o twoim udziale w tej zbrodni, jak ją nazywasz, i wierzę, iż ty będziesz milczeć co do mojej o niej wiedzy. A teraz, za twoją fatygę…
Wyciągnął z kieszeni plik banknotów, wetknął je w dłonie starca.
– Nie chcę cię ponaglać, ale z każdą chwilą niebezpieczeństwo grożące zarówno mnie jak i tobie staje się większe, a oba dla mnie niemało znaczą. Choć jedno nieco bardziej od drugiego – dodał z nikłym uśmieszkiem, a do mnie powiedział: – Willu Henry, odprowadź naszego gościa do drzwi – po czym dodał, żegnając się z Erasmusem Grayem: – Drogi panie, oddałeś pan nieocenioną usługę rozwojowi nauki.
Osobiście odniosłem wrażenie, że starzec bardziej interesował się rozwojem własnego majątku, bo wciąż gapił się z rozdziawioną gębą na plik gotówki trzymany w drżących dłoniach. Doktor Warthrop energicznym ruchem nakłonił go do wstania i popchnął w stronę schodów, instruując mnie przy tym, żebym nie zapomniał zaryglować tylnych drzwi i żebym znalazł swoje trzewiki.
– I nie marudź mi po drodze, Willu Henry. Mamy przed sobą dość pracy na całą resztę nocy. Z życiem, Willu Henry!
Stary Erasmus zawahał się przy drzwiach, położył brudną dłoń na moim ramieniu (w drugiej ściskał rondo sfatygowanego słomkowego kapelusza), zmrużył oczy, próbując kaprawymi oczkami przebić mgłę, która do tego czasu całkowicie przysłoniła jego wóz i konia. Tylko parskanie zwierzęcia i postukiwanie kopyt o kamienie świadczyły, że wciąż się ono tam znajduje.
– Co ty tu robisz, chłopcze? – spytał niespodziewanie, po czym mocno ścisnął moje ramię. – To nie są sprawy dla dzieci.
– Moi rodzice zginęli w pożarze, proszę pana – odpowiedziałem. – Doktor przyjął mnie do siebie.
– Ha, doktor – powtórzył Erasmus. – Tak na niego mówią, prawda. Tylko czego on jest doktorem?
„Wszystkiego co dziwaczne” – mógłbym odpowiedzieć. Albo: „spraw tajemnych i przerażających”. Zamiast tego dałem mu tę samą odpowiedź, jaką sam otrzymałem od doktora, gdy wkrótce po przybyciu na Harrington Lane zadałem podobne pytanie.
– Jest doktorem filozofii – powiedziałem, chyba bez większego przekonania w głosie.
– Filozofii! – zakrzyknął cicho Erasmus. – No, ja bym nie użył takiego słowa. Co to, to nie!
Nacisnął kapelusz na głowę i pogrążył się w mgle. Brnął przez nią, aż zniknął mi z oczu.
Chwilę potem schodziłem po schodach do laboratorium mieszczącego się w piwnicy, zasunąwszy uprzednio rygiel w drzwiach oraz znalazłszy swoje buty – przez jakiś czas szukałem ich w panice, a potem znalazły się dokładnie tam, gdzie je zostawiłem poprzedniego wieczoru. Doktor czekał na mnie u stóp schodów, niecierpliwie bębnił palcami w balustradę. Najwidoczniej był zdania, że okazałem zbyt mało „życia” w nakazanym mi „z życiem”. Co do mnie, to raczej z niechęcią myślałem o tym, co czeka mnie przez resztę wieczoru. Nie pierwszy już raz ktoś w środku nocy zastukał do naszych drzwi kuchennych, by przekazać doktorowi taki czy inny makabryczny pakunek. Co prawda ten większy był od wszystkich, jakie dane mi było widzieć, odkąd zamieszkałem u doktora.
– Drzwi zamknięte? – upewnił się doktor. Znów moją uwagę zwróciły rumieńce ożywienia na jego policzkach, nieco przyspieszony oddech, zniecierpliwienie w głosie. Odpowiedziałem twierdząco, a doktor skinął głową. – Jeżeli to, co ten człowiek powiada, jest prawdą, Willu Henry, jeżeli stary nie zrobił ze mnie głupca – a takie rzeczy już się zdarzały, nie raz i nie dwa – mamy do czynienia z doprawdy niezwykłym znaleziskiem. Chodź!
Zajęliśmy swoje miejsca przy stole, na którym spoczywało „znalezisko” owinięte ubłoconym wojłokiem – ja z tyłu za nim, nieco po jego prawej stronie, przy stoliku na kółkach z rozłożonymi narzędziami, a także z przygotowanym ołówkiem i notesem. Ręka drżała mi lekko, gdy zapisałem datę na górze strony: piętnasty kwietnia 1888 roku. Z głośnym „pop!” naciągnął rękawice na nadgarstki, stuknął raz i drugi obcasami buciorów w zimną kamienną podłogę. Nałożył maskę, zza której wyglądały tylko jego ciemne, świdrujące oczy.
– Jesteśmy gotowi, Willu Henry? – wysapał głosem stłumionym przez maskę. Poruszył palcami w powietrzu.
– Wszystko gotowe, proszę pana – odpowiedziałem, chociaż wcale nie czułem się do niczego gotowy.
– Nożyce!
Podałem mu narzędzie uchwytami w jego stronę.
– Nie, te duże, Willu Henry. Nożyce, nie nożyczki.
Zaczął od węższego krańca pakunku, tam gdzie musiały znajdować się stopy, potem przez środek, rozdzierał na dwie części gruby materiał – ze skulonymi ramionami, z zaciśniętymi od wysiłku mięśniami szczęki. Przerwał na chwilę, żeby rozprostować i rozluźnić palce dłoni, ale zaraz wrócił do swojego zajęcia. Wojłok był przemiękły i pokryty grubą warstwą błota.
– Stary spakował to ciasno niczym indyka na gwiazdkę – mruknął w pewnej chwili doktor.
Zdawało się, że minęły całe godziny, nim dotarł do przeciwległego końca. Zgrzebny materiał rozsunął się na jakiś cal czy dwa, lecz nie więcej. Zawartość pakunku pozostawała tajemnicą i miała nią pozostać jeszcze przez kilka sekund. Doktor oddał mi nożyce i oparł się o stół, odpoczywając przed ostatecznym, potwornym rozwiązaniem. Wreszcie wyprostował się, oparł dłońmi z tyłu o lędźwie i głęboko zaczerpnął tchu.
– Doskonale – rzekł półgłosem. – Do dzieła, Willu Henry.
Rozkładał tkaninę, zaczynając od tej samej strony, z której ją rozcinał. Wojłok opadał na obie strony, układał się na stole w draperie, jak płatki kwiatu otwierające się, by powitać wiosenne słońce.
Zza jego zgarbionych pleców – widziałem ich. Nie jedno potężne ciało, jak się spodziewałem, lecz dwa – jedno oplatające członkami drugie w obscenicznym uścisku. Przełknąłem z trudem kwas napływający z mojego pustego żołądka i zmusiłem kolana do bezruchu. Pamiętajcie, że miałem wtedy dwanaście lat. Byłem jeszcze chłopcem – co prawda takim chłopcem, który widział już w życiu niejedną okropność. Wzdłuż ścian laboratorium ciągnęły się półki, a na nich stały wielkie słoje z zakonserwowanymi w formalinie kończynami i organami stworów, które nie sposób było rozpoznać, ale każdy zrazu by przysiągł, że należą do świata koszmarów, nie do zwykłej i znanej nam poczciwej codzienności. Oraz, jak wspominałem wyżej, nie pierwszy już raz asystowałem doktorowi przy sekcyjnym stole.
Mimo tego nie byłem gotów, nie mogłem być gotów na widok „znaleziska” dostarczonego tamtej nocy przez starca. Śmiem twierdzić, że na ów widok większość dorosłych w skrajnym przerażeniu uciekłaby z pracowni, z krzykiem przemierzyła schody i opuściła tamten dom na zawsze. To, co spoczywało w zwojach wojłokowego kokonu, zadawało kłam wszystkim frazesom i zapewnieniom wygłaszanym z tysięcy ambon o Bogu sprawiedliwym i miłosiernym, o świecie, w którym panuje dobroć i równowaga, o człowieczej godności. Jak powiedział tamten starzec? Zbrodnia. Istotnie, trudno określić to lepiej niż tym słowem wypowiedzianym przez cmentarną hienę, tylko że do zbrodni potrzeba zbrodniarza… Tymczasem kto – lub co – zasługiwało w tym przypadku na owo miano?
Na stole sekcyjnym leżała młoda dziewczyna, a jej postać częściowo zasłaniał nagi kształt owinięty wokół niej. Potężną nogę przerzucił przez jej tors, ramieniem owinął się wokół klatki piersiowej. Na jej białej pogrzebowej sukni widniały plamy o charakterystycznej ochrowej barwie – zaschnięta krew, a źródło tej krwi nietrudno było określić: brakowało połowy jej twarzy, a poniżej widniały odsłonięte kręgi szyjne i obojczyk. Na tym, co pozostało z jej skóry, dostrzegłem nacięcia czy rozdarcia, które wyglądały, jakby ktoś rąbał jej ciało siekierą.
To drugie ciało przejawiało męskie cechy i było co najmniej dwukrotnie większe od niej. Tak jak opisałem, owinęło się wokół jej kruchej figury, jak matka bierze w objęcia swoje dziecię, z piersią o kilka cali od okaleczonej szyi dziewczyny z resztą korpusu mocno przyciśniętą do niej. Najbardziej jednak zdumiewała nie potężna postura i nawet nie sama jego nieoczekiwana obecność. Nie, tak naprawdę niezwykłym zjawiskiem było to, że towarzyszący dziewczynie w tej bez wątpienia godnej uwagi scenie osobnik nie miał głowy.
Anthropophagus – mruknął pod nosem doktor. Błysnął szeroko rozwartymi oczami znad maski. – Nie ma wątpliwości. Ale jak to możliwe? Oto rzecz doprawdy szczególna, Willu Henry. Szczególnym jest to, że on nie żyje, ale jeszcze bardziej dziwi mnie to, że w ogóle się tu znalazł!… Okaz rodzaju męskiego, w wieku około dwudziestu pięciu do trzydziestu lat, brak oznak zewnętrznych uszkodzeń czy obrażeń… Willu Henry, zapisujesz?
Popatrzył na mnie. A ja gapiłem się na niego. Trupi odór już rozszedł się i zgęstniał w pomieszczeniu, aż piekły mnie od niego oczy i wypełniły się łzami. Doktor wyciągnął oskarżycielski palec w stronę trzymanego przeze mnie w ręce notesu.
– Skup się na swojej pracy, Willu Henry.
Skinąłem głową i otarłem łzy wierzchem dłoni. Przycisnąłem grafit ołówka do papieru, zacząłem notować.
– Okaz, jak sądzić należy, należy do gatunku Anthropophagus – powtórzył doktor. – Rodzaju męskiego, w wieku około dwudziestu pięciu do trzydziestu lat, brak oznak zewnętrznych uszkodzeń czy obrażeń…
Skupiłem się na moim zadaniu, jak polecił doktor, i to mnie uspokoiło, chociaż czułem zarazem i złowrogą ciekawość, coś ciągnęło mnie, żeby znowu spojrzeć, tak jak odpływ porywa ze sobą pływaka. Przygryzłem koniec ołówka, bo nie byłem pewien, jak się pisze nazwę Anthropophagus.
– Ofiara płci żeńskiej, około siedemnastu lat, nosi ślady obrażeń zadanych zębami, mieszczące się po prawej stronie twarzy i szyi. Kość gnykowa oraz dolna żuchwa całkowicie odsłonięte, widoczne na nich wyżłobienia od zębów okazu…
Zębów? Jakich zębów, przecież ten stwór był bez głowy! Spojrzałem znad notesu. Doktor Warthrop pochylał się nad ciałami w taki akurat sposób, że zasłaniał mi widok. Jakiego rodzaju stworzenie może gryźć, jeżeli nie ma paszczy, którą mogłoby to uczynić? Dopiero wtedy dotarło do mnie coś o wiele okropniejszego: to coś po prostu ją pożerało.
Doktor przeszedł tymczasem szybko na drugą stronę stołu, więc mogłem napatrzeć się do syta na „okaz” oraz jego nieszczęsną ofiarę. To była szczupła dziewczyna o ciemnych włosach opadających na stół bujnymi lokami. Doktor pochylił się i mrużąc oczy, popatrzył uważnie na pierś potwora przyciśniętą do jej ciała. Spoglądał znad zwłok młodej kobiety, której wieczny odpoczynek został zakłócony tym nieczystym uściskiem, śmiertelnym chwytem intruza ze świata cieni i koszmarów.
– Tak! – zawołał cicho. – Niewątpliwie Anthropophagus. Kleszcze, Willu Henry, i tackę poproszę… Nie, te mniejsze, te które leżą obok dłuta sekcyjnego do czaszek. O, właśnie to.
Jakimś sposobem znalazłem w sobie dość woli, aby ruszyć się z miejsca, chociaż kolana pode mną trzęsły się jak oszalałe i dosłownie nie czułem stóp. Wlepiałem wzrok w doktora i ze wszystkich sił próbowałem powstrzymać przemożną potrzebę zwymiotowania. Drżącymi rękami podałem mu kleszcze. Chwilę potem już trzymałem przed nim tacę. Starałem się oddychać jak najpłycej, bo smród rozkładu przepełniał mi usta i palił w tył gardła niczym rozżarzone węgle.
Gdy doktor Warthrop sięgnął kleszczami do wnętrza piersi stworzenia, usłyszałem chrobotanie metalu o coś twardego – czyżby odsłonięte żebro? Czy tego stwora również coś częściowo pożarło? A jeżeli tak, gdzie znajduje się drugi potwór, ten, który to zrobił?
– Ciekawe. Przeciekawe – stwierdził doktor zza maski. – Brak jakichkolwiek zewnętrznych obrażeń, najwyraźniej w pełni sił, a jednak zimny trup… Co cię zabiło, Anthropophagusie, hmmm? Jaki dopadł cię los?
Mówiąc to, doktor strzepywał z kleszczy na metalową tackę cienkie pasma tkanki, żylaste jak na wpół ususzona wołowina; do jednego z nich przylegał strzępek białego materiału. Wówczas zdałem sobie sprawę, że nie są to fragmenty ciała potwora, tylko resztki pożartej przezeń twarzy dziewczyny.
Spojrzałem w dół między moimi wyciągniętymi ramionami, dzięki czemu przekonałem się, że nie pocierał kleszczami o odsłonięte żebro czy obojczyk.
Po prostu czyścił zęby stwora.
Pokój zawirował wokół mnie. Doktor powiedział spokojnym, cichym głosem:
– Weź się w garść, Willu Henry. Jeżeli zemdlejesz, nie będzie z ciebie żadnego dla mnie pożytku. Mamy obowiązek do spełnienia tej nocy. Jesteśmy badaczami natury, a zarazem jej wytworami – wszyscy, łącznie z tym stworzeniem. Jest ono elementem tego samego boskiego planu, o ile oczywiście ktoś wierzy w takie rzeczy. Bo niby jakże mogłoby być inaczej? Jesteśmy żołnierzami nauki i spełnimy nasz obowiązek. Prawda, Willu Henry? Czy tak, Willu Henry? – powtórzył z naciskiem.
– Tak, doktorze – wykrztusiłem. – Tak, proszę pana.
– Zuch chłopak – pochwalił mnie. Rzucił kleszcze na metalową tacę. Na palcach jego rękawicy pozostały resztki zwłok i krwawe skrzepy. – Teraz dłuto.
Chętnie odwróciłem się w stronę tacy z narzędziami. Jednak nim przyniosłem mu dłuto, zebrałem się w sobie i zebrałem całą swoją odwagę, jak przystało na dobrego żołnierza nauki, aby sprostać następnemu szturmowi.
Anthropophagus nie miał co prawda głowy, ale posiadał otwór gębowy. Zębów także mu nie brakło. Jego paszcza przypominała paszczę rekina, zresztą zęby również miał podobne: trójkątne, o ząbkowanych krawędziach, a przy tym białe jak mleko, rosnące w rzędach ciągnących się od przedniej strony ku niewidocznej głębi jego gardzieli. Otwór gębowy mieścił się tuż pod niezwykle muskularną klatką piersiową, w regionie między mięśniami piersiowymi a podbrzuszem. Nie zdołałem dostrzec niczego w rodzaju nosa, natomiast stwór za życia nie był ślepy. Jego oczy (prawdę mówiąc, widziałem tylko jedno) mieściły się na ramionach, pozbawione były powiek i połyskiwały absolutną czernią.
– Rusz się, Willu Henry! – przywołał mnie doktor. Najwyraźniej zbyt długo zbierałem siły. – Przysuń stolik z narzędziami bliżej, w ten sposób nie będziesz tracił czasu, żeby chodzić tam i z powrotem.
Kiedy stół na kółkach i ja zajęliśmy żądaną pozycję, wyciągnął rękę – wcisnąłem dłuto w jego dłoń. Wsadził je na kilka cali do paszczy potwora, po czym ustawił w taki sposób, że stanowiło jakby poprzeczkę rozwierającą szczęki.
– Kleszcze!
Włożyłem je w jego wolną rękę i patrzyłem, jak pogrążały się w tej przepaści usianej kłami… Głębiej, jeszcze głębiej, aż znikła tam cała ręka doktora. Mięśnie jego przedramienia napinały się, kiedy obracał nadgarstek, eksplorując głębię gardzieli potwora czubkami kleszczy. Pot spływał po jego czole. Otarłem go kawałkiem gazy.
– Wykopałby przecież otwór do oddychania, więc na pewno się nie udusił – pomrukiwał doktor. – Żadnych widocznych ran… Odkształceń… Zewnętrznych urazów… Ha! – jego ramię znieruchomiało. Szarpnął za kleszcze. – Utkwiło na dobre! Będę potrzebował obu rąk. Chwyć za dłuto i trzymaj je mocno, Willu Henry. W razie potrzeby obiema rękami – o, w ten sposób. Nie pozwól, żeby się wysunęło, bo w przeciwnym razie ja stracę swoje ręce. Tak, właśnie tak. Zuch chłopak. Ehhhh!
Zatoczył się do tyłu, wymachując lewą ręką, aby odzyskać równowagę. W prawej mocno trzymał kleszcze, a w nich kołysał się sznur pereł poplamionych krwią na różowo. W następnej chwili monstrumolog stał już pewnie na nogach, uniósł wysoko kleszcze i z takim trudem zdobyte trofeum.
– Wiedziałem! – zawołał. – Oto mamy winnego, Willu Henry. W gorączkowym pośpiechu musiał zedrzeć naszyjnik z jej szyi i połknąć, a ten ulokował się w jego gardle, w następstwie czego doszło do zadławienia.
Wypuściłem z rąk dłuto, cofnąłem się o krok. Gapiłem się na czerwonawe pasmo zwisające z kleszczy trzymanych przez doktora. Światło tańczyło i połyskiwało na krwawych perełkach, a ja czułem, że powietrze wokół mnie gęstnieje i nie jestem już w stanie wciągnąć go do płuc. Kolana zaczęły się pode mną uginać. Opadłem na stołek, usiłując złapać oddech. Doktor nie zwracał uwagi na to, w jakim jestem stanie. Rzucił naszyjnik na tacę i zażądał nożyc. Do diabła z nim – pomyślałem. – Niech sam sobie weźmie te swoje nożyce. Zawołał znowu, wciąż odwrócony plecami do mnie, wyciągnął rękę, zakrwawione palce poruszyły się – otwarły i zamknęły z powrotem. Wstałem z taboretu, ciężko westchnąłem i wcisnąłem nożyce w jego dłoń.
– Szczególne zjawisko – mówił do siebie, rozcinając jednocześnie suknię dziewczyny. – Anthropophagi nie występują na kontynencie amerykańskim. Owszem, w północnej i zachodniej Afryce, na wyspach Caroli… Ale nie tutaj. Tu nigdy ich nie spotykano!
Niezdarnie, jakby nawet trochę nieśmiało, rozchylił tkaninę, ukazując nietkniętą alabastrową skórę dziewczyny. Doktor Warthrop za pomocą stetoskopu zaczął badać jej brzuch, potem przesunął instrument wyżej. Osłuchiwał jej klatkę piersiową, potem znów niżej, za jej pępkiem, aż wreszcie wrócił w miejsce, od którego zaczął. Zatrzymał się, zamknął oczy, niemal wstrzymał oddech. Trwał tak przez dobrych kilka sekund. Zapanowała upiorna cisza. W końcu wyciągnął słuchawki z uszu.
– Tak jak przypuszczałem – ruchem ręki wskazał stół. – Pusty słój, Willu Henry. Jeden z największych.
Kazał mi zdjąć pokrywę i postawić otwarty pojemnik na podłodze.
– Trzymaj pokrywę, Willu Henry – polecił. – Trzeba to będzie załatwić bardzo prędko. Skalpel!
Zajął się swoją pracą. Czyż muszę wyznać, że odwróciłem wzrok? Że nie potrafiłem przyglądać się, jak to lśniące ostrze zagłębia się w jej nietknięte ciało? Choć bardzo pragnąłem przypodobać mu się i okazać niezłomną siłę woli niezbędną żołnierzowi pozostającemu w służbie nauki, nic nie zdołałoby mnie zmusić, żeby na to patrzeć.
– Z natury nie są padlinożercami – mówił tymczasem doktor. – Antropofagi wolą świeży łup, istnieją jednak popędy silniejsze nawet od głodu, Willu Henry. Samica może się rozmnażać, ale nie jest w stanie wydać na świat potomstwa. Brak jej macicy, to miejsce bowiem w jej anatomii przeznaczone jest na inny, posiadający jeszcze bardziej witalne znaczenie organ: jej mózg… Trzymaj, odłóż skalpel.
Słyszałem jakby cichy chlupot, kiedy wsadził rękę w nacięcie. Jego ramię obracało się, gdy palcami przeszukiwał wnętrze tułowia dziewczyny.
– Lecz natura jest niezwykle przemyślna, Willu Henry, a przy tym cudownie nieustępliwa w swoim dążeniu do przetrwania. Zapłodnione jajo zostaje wydalone do otworu gębowego jej partnera, gdzie spoczywa w specjalnej kieszeni umiejscowionej wzdłuż dolnej szczęki. Samiec ma następnie dwa miesiące, żeby znaleźć nosiciela dla ich potomka, zanim płód rozerwie ochronną powłokę, a samiec połknie go lub się nim zadławi… Oho, chyba mam. Teraz bądź w pogotowiu z tą pokrywą.
Znieruchomiał, znów przez moment zapanowała cisza. Następnie jednym błyskawicznym ruchem wyrwał z rozciętego brzucha wijącą się krwawą masę mięsa i zębów. Stwora takiego samego jak ten, który leżał oplątany wokół ciała dziewczyny, tylko wielkości lalki i zamkniętego w miękkim, półprzezroczystym jaju, które natychmiast pękło, gdy płód zaczął się wyrywać doktorowi; cuchnący płyn wylał się na fartuch i zachlapał gumowe buty. Doktor omal go nie wypuścił, ale przycisnął stwora do piersi, podczas gdy ten wymachiwał w opętańczym tempie maleńkimi rączkami i nóżkami, kłapał paszczą uzbrojoną w maleńkie, lecz ostre jak brzytwa zęby i pluł.
– Słój! – wrzasnął doktor. Przysunąłem naczynie do jego nóg. Cisnął stwora do pojemnika i doprawdy, nie musiał mnie ponaglać, nim zamknąłem pokrywę. – Zakręć go, jak należy, Willu Henry! – stęknął uczony. Pokryty był od stóp do głów krwistą mazią, która cuchnęła jeszcze gorzej niż rozkładające się zwłoki leżące na stole. Tymczasem maleńki antropofag ciskał się i rzucał wewnątrz słoja, zasmarowując szkło płynem owodniowym, drapał ściany swojego więzienia pazurami wielkości igieł, paszcza pośrodku torsu poruszała się nieustannie, jak u ryby wyrzuconej na brzeg. Jego wrzaski przerażenia i złości były dość donośne, żeby przeniknąć przez grube szkło: nieludzki, upiorny odgłos, który będzie mnie prześladować do końca moich dni.
Doktor Warthrop podniósł słój i umieścił go na stole. Nasączył kłębek waty mieszanką alkoholu i halotanu, po czym wcisnął go do słoika i na powrót zakręcił wieko. Mały potwór
z miejsca rzucił się na watę; rozrywał jej włókna maleńkimi zębami i połykał całe kłębki. W ten sposób przyspieszył tylko działanie uśmiercającego środka: nie minęło pięć minut, a nieczysty pomiot już nie żył.
Monstrumolog pracował przez całą noc i większą część następnego dnia, przerywał tylko dwa razy – żeby wypić około trzeciej nad ranem kolejną filiżankę herbaty oraz około czwartej, aby ulżyć swojemu pęcherzowi. Należy jednak przyznać, że czynił to mniej spiesznie od chwili dokonania aborcji obmierzłego stwora, który zagnieździł się w ciele młodej kobiety.
– Młody Anthropophagus po osiągnięciu odpowiedniego stadium dojrzałości wydostaje się ze swojego worka owodniowego, po czym natychmiast zaczyna pożywiać się kosztem swojego nosiciela i trwa to tak długo, dopóki nie pozostaną same kości, które nagryza ostrymi jak igły zębami, żeby wysysać bogaty w substancje odżywcze szpik. – Tłumaczył mi suchym, beznamiętnym tonem uczonego, przez co w jakiś sposób brzmiało to jeszcze straszliwiej. – W przeciwieństwie do Homo sapiens, Willu Henry, u antropofagów zęby rozwijają się, praktycznie rzecz biorąc, wcześniej niż cokolwiek innego.

Z niemałym trudem rozdzieliliśmy oba ciała; bestia wpiła pięciocentymetrowe szpony w swoją ofiarę. Doktor wyciągał je, jeden po drugim, podważał zesztywniałe palce dłutem, posługując się nim jak lewarkiem.
– Zwróć uwagę na haczykowate zakończenia pazurów – podkreślił. – Jak grot harpuna wielorybniczego albo przednie odnóża modliszki. Dotknij czubka, Willu Henry – ale ostrożnie! – są ostre jak igła i twarde jak diament. W okolicach, skąd pochodzą te stwory, tubylcy używają ich pazurów jako igieł do szycia oraz ostrzy włóczni.
Oderwał potężne ramię od piersi martwej dziewczyny.
– Rozpiętość ramion antropofagów przekracza prawie o pół metra rozpiętość ramion przeciętnego dorosłego mężczyzny. Spójrz, jak wielka jest jego dłoń – przyłożył swoją własną dłoń do łapy potwora, znikła w niej niczym rączka dziecka w dłoni dorosłego. – Podobnie jak lew, atakuje przede wszystkim pazurami, jednak w przeciwieństwie do dużych drapieżnych ssaków, nie próbuje zabić ofiary przed jej pożarciem. Pod tym względem zachowaniem przypomina bardziej rekina czy niektóre owady; mówiąc krótko – antropofagi wolą żywe mięso.
Ściągnąć nogę antropofaga z dziewczyny musieliśmy wspólnymi siłami. Nieco zdyszany od wysiłku, doktor objaśnił:
– Posiadają silniejsze ścięgna achillesowe niż jakiekolwiek z naczelnych, co pozwala im skakać na zdumiewające odległości, nawet do dwunastu metrów… Zwróć też uwagę na potężną muskulaturę łydek i mięśnie czworogłowe… A teraz ostrożnie, żeby nie stoczył się na nas, Willu Henry. Stwierdził następnie, że musimy zwolnić miejsce na stole operacyjnym. Wziął dziewczynę za ramiona, ja ująłem ją za nogi i razem przenieśliśmy ciało. Była tak lekka, wydało mi się, że lekka jak ptaszek. Doktor skrzyżował jej ramiona na piersi i nakrył połami rozciętej sukni jej zmaltretowane ciało.
– Przynieś no czyste prześcieradło, Willu Henry – polecił, a następnie przykrył zwłoki. Staliśmy nad nimi w milczeniu.
Po chwili westchnął.
– Cóż, teraz jest od tego wolna. Jeśli to jakakolwiek pociecha, Willu Henry, pamiętajmy, że nie cierpiała. Nie cierpiała, bo padła jego ofiarą już po śmierci.
Klasnął w dłonie i odwrócił się, jego melancholia ulotniła się w mgnieniu oka, gdy tylko stanął znów przy stole; spieszno mu było zawrzeć bliższą znajomość ze stworem. Przeciągnęliśmy antropofaga na środek i przewróciliśmy na grzbiet. Czarne, pozbawione powiek oczy na ramionach i ziejąca, wyszczerzona kłami paszcza na piersi bardziej niż cokolwiek przywodziły mi na myśl rekina. Również jego skóra była tak blada jak podbrzusze tej krwiożerczej ryby. Wtedy po raz pierwszy zwróciłem uwagę, że stwór jest całkowicie bezwłosy, przez co wyglądał jeszcze upiorniej.
– Podobnie jak lwy, są nocnymi łowcami – odezwał się doktor, tak jakby czytał w moich myślach. – Stąd tak wielkie oczy i całkowity brak melaniny w skórze. Również podobnie jak Panthera leo – czy choćby Canis lupus – są łowcami stadnymi.
– Słucham, proszę pana?
– Stadnymi, chodzi o to, że polują w stadach.
Strzelił palcami, zażądał czystego skalpela i nekropsja zaczęła się na dobre. Podczas gdy on krajał bestię, pilnował zarazem, żeby zapewnić mi zajęcie: dyktował mi notatki, kazał podawać sobie instrumenty, biegać po kolejne słoje i napełniać je formaliną, do której wrzucał kolejne organy; między innymi jedno z oczu wraz z fragmentem nerwu wzrokowego, przypominającym skręcony sznurek. Pokazał mi uszy potwora: długie na kilkanaście centymetrów szczeliny umiejscowione po obu stronach tułowia, tuż nad biodrami.
Następnie Warthrop rozciął klatkę piersiową, nieco nad rozwartą paszczą, użył rozwieracza do żeber, żeby zrobić miejsce dla dłoni, którymi wyjmował wątrobę, śledzionę, serce i płuca (szaro-białe, podłużne, przypominające wyglądem sflaczałe piłki). Przez cały czas ciągnął swój wykład, przerywając niekiedy samemu sobie, by podyktować mi jakieś dane lub opis stanu poszczególnych organów.
– Rzecz ciekawa, całkowity brak węzłów chłonnych, o czym nie ma żadnej wzmianki w literaturze… Rozmiar oka: dziewięć koma siedem centymetrów na siedem koma trzy centymetry… Być może to wynika z naturalnego habitatu tych stworzeń. Ich ewolucja nie dokonała się przecież w klimacie umiarkowanym.
Zrobił nacięcie kilkanaście centymetrów nad pachwinami potwora, wsadził obie dłonie w otwór i wyciągnął mózg. Okazał się mniejszy, niż oczekiwałem, wielkości mniej więcej pomarańczy. Doktor ułożył go na szalce wagi, a ja zapisałem kolejne liczby w notesie. Dobre i to – pomyślałem. – Z takim móżdżkiem nie może być zbyt bystry.
I znowu doktor jakby czytał w moich myślach, bo powiedział:
– Inteligencja, z grubsza rzecz biorąc, na poziomie dwuletniego dziecka, Willu Henry. Coś pomiędzy małpą człekokształtną a szympansem. Co prawda nie posiadają języków, ale mogą się porozumiewać za pomocą pomruków i gestów – podobnie jak ich kuzyni, naczelne – jednak od większości z nich są znacznie groźniejsze.
Stłumiłem ziewnięcie. Nie, nie byłem znudzony – byłem wykończony. Słońce już dawno wstało, lecz w pozbawionym okien pomieszczeniu cuchnącym śmiercią i chemikaliami panowała bezkresna noc.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-01-15 (621 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej