Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Requiem
 
Katalog - dodano
 Wędrowiec
- Suren Cormudian
 Bestie i ludzie
- Jacek Piekara
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Dziedzictwo przodków''



Fragment 1



Dawno temu…

Na skraju lasu stał GAZ Gazela Ministerstwa do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych w charakterystycznym malowaniu, dziennikarski volkswagen, kilka osobówek i kamaz służb ratowniczych. Nieco z boku zaparkował wojskowy uaz. Przy nim stał oficer w nowiutkiej panterce od Judaszkina(1), w naciągniętej na czoło czapce z daszkiem. Odszedł od reszty grupy i, zakrywając sobie jedno ucho dłonią, a do drugiego przyciskając telefon komórkowy, cicho rozmawiał. Obok samochodu dwoje cywili za pośrednictwem tłumacza zwracało się po niemiecku do trójki ludzi w mundurach Mnisterstwa do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych trzymających dużą i wyraźnie zabytkową mapę…

Major coraz bardziej marszczył brwi, wsłuchując się w to, co dochodziło z głośnika komórki.
– Tak jest! Tak. Tak, wszystko zrozumiałem, towarzyszu pułkowniku. Tak, wysłałem już żołnierzy do bazy. Tak jak powiedział Suchomlin. Dzwonił do pana… To potwierdzone? Po prostu nie mieści mi się to jakoś w… Tak. Tak jest! Zrozumiałem. – Odstawił telefon od ucha i zaczął gorączkowo wyszukiwać w menu inny numer. – Borszczow, taka twoja mać! Gdzie ty jesteś?! Odpalaj uaza, żywo! – ryknął oficer.
Niemcy, ratownicy, urzędnicy i dziennikarze spojrzeli z niezadowoleniem w jego stronę. Szczególnie reporterka, wyraźnie zmartwiona tym, że w jej materiale znalazły się głośne przekleństwa. Trzeba będzie kręcić jeszcze raz.
Z dalekich krzaków wychynął przestraszony wrzaskami żołnierz. Poprawiając w biegu spodnie i pasek, popędził do samochodu.
Major w końcu znalazł właściwy numer i nacisnął przycisk połączenia, dosłownie wtłaczając telefon w zaczerwienione od poprzedniej rozmowy ucho.
– Halo! Lida! Ależ zaczekaj, nie przerywaj! Gdzie jesteś? Dzieci są z tobą? Krótko: biegiem się pakujcie, bierzcie taksówkę, za każde pieniądze, i natychmiast uciekajcie z Bałtyjska. Ale tylko trasą Swietłogorską. W stronę Swietłogorska. Do Otradnego albo Pionierskiego. Znajdę was tam. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! Jaka, do cholery, plaża?! Coś ty, zgłupiała?! Powiedziałem, zabieraj się natychmiast z Bałtyjska! Taksówką! Nieważne ile… To oddaj… pierścionek zaręczynowy i kolczyki! No, co z z ciebie za idiotka, no?! Powiedziałem… A dlatego, że tam jest baza wojskowa i zaraz nie będzie żadnego Bałtyjska, kretynko!!!
Świadkowie rozmowy umilkli i patrzyli w zdumieniu na majora. Na ich twarzach zastygły jednakowe miny – wyrażające zdziwienie i bezgłośne pytanie: co znaczy ostatnie, tak głośno wykrzyczane zdanie?
Major zaklął, zrozumiawszy, że palnął gafę, i wybierając kolejny numer telefonu, szybko skierował się za najbliższe drzewo. Obszedł je i znieruchomiał. Wprost przed nim na pogniecionej trawie leżał nastolatek. Ciemnowłosy. W okularach. W brudnym i miejscami zakrwawionym ubraniu. Z pustym plecakiem na ramionach. Chłopak patrzył na niego przygasłym, pustym wzrokiem.
– Skąd się tu wziąłeś? – wykrztusił oficer.
– Z… spod ziemi… – ledwie słyszalnie wychrypiał chłopiec.
– Najwyższy czas tam wracać. – Wojskowy zmarszczył brwi i nagle zmrużył oczy. Od strony lotniska Czkałowskiego gwałtownie rozbłysło nieznośnie jasne, białe światło. Z placyku, na którym zaparkowały samochody dobiegły odgłosy przerażenia i krzyk dziennikarki.
– Zaczęło się! – Wypuścił powietrze major. – Borszczow! Do mnie! Biegiem!!!
Gwałtownie się pochylił, chwycił nastolatka i pomknął po śladach pozostawionych w trawie przez czołgającego się chłopaka.
– Gdzie to podziemie?! – krzyknął poprzez narastający huk.
– Tttam… – kulejący chłopak bezwolnie machnął ręką.
Po niebie niczym strzały przemknęły rzadkie obłoki, pędzone przez nieznaną siłę. Huk narastał, aż nagle do lasu wdarł się huragan. Potężna fala pyłu wyrywająca z korzeniami młode drzewa i łamiąca stare. Fruwające krzaki zamieniły się w niekończącą się ulewę. Ściana kurzu, kamieni, ziemi i roślin porwała stojące na skraju lasu samochody i ludzi. Ostatni z miejsca poderwał się kamaz. Najpierw podniosła się lżejsza, tylna część. Zerwana skrzynia przekoziołkowała nad kabiną i zniknęła w mroku fali uderzeniowej…

Dzisiaj… Teraz…

Było zupełnie bezwietrznie. Duża rzadkość. Właśnie ta okoliczność dała pretekst do kolejnego wyjścia na powierzchnię. Potężny korpus PTS-2(2), ugniatając stalowymi gąsienicami przybrzeżny piasek, zbliżał się do dawnego poligonu. Dalej na południowym zachodzie wybrzeże półwyspu Sambijskiego było zasnute gęstą, brudnożółtą mgłą. Bezkresne brunatne fale Bałtyku były skażone nie tylko przez globalny Kataklizm sprzed wielu lat, ale też przez uwolnioną zawartość tysięcy niemieckich pocisków wypełnionych bojowymi środkami trującymi. Dawno temu Hitler ostatecznie nie zdecydował się ich użyć. Straszne dziedzictwo przypadło w udziale zwycięzcom, którzy postanowili zatopić śmiercionośny arsenał w morskich wodach. Minęły lata. Świat pogrążył się w otchłani samozniszczenia. Zniknęły miasta. Kraje. Ludzie. Cywilizacja. A pociski spokojnie leżały sobie w głębinach Bałtyku, toczone przez czas i słoną wodę. I podobnie jak to było z ludzkością, która samą siebie doprowadziła do zguby, morze popełniło samobójczy, choć nieunikniony błąd. Przeżarło powłoki pocisków i bomb, wypuszczając na zewnątrz tysiące dżinnów w postaci pirytu, tabunu, sarinu, cyklonu i innych świństw, które potrafił zsyntetyzować tylko ludzki umysł.
Woda była trująca, podobnie jak nadciągająca od morza mgła. Ale teraz, kiedy zupełnie nie było wiatru, garstce ocalałych ludzi nadarzyła się jedna z nielicznych okazji, by wyprawić się w stronę Bałtyjska – dawnej bazy rosyjskiej marynarki wojennej. Ludzie potrzebowali części i podzespołów do pojazdów, których używali, a także paliwa. Wszystko to można było zdobyć również tam – w magazynie inżynieryjnym i w składzie paliwa bazy.
Ogromny transporter pływający, zdolny pomieścić w swojej ładowni nawet transporter opancerzony BTR, kontynuował swój miarowy i uparty ruch po piasku, pozostawiając za sobą wyraźne odciski gąsienic. Ślady tak niepasujące do okolicznego pejzażu, przez długie lata po katastrofie całkowicie pozbawionego jakichkolwiek oznak działalności człowieka. W każdym razie na powierzchni.
W kabinie siedziało czterech ludzi. Kolejna czwórka znajdowała się w części bagażowej, wśród pustych beczek na paliwo, turlających się leniwie po dnie amfibii. Ludzie byli ubrani w skafandry. Wojskowe kombinezony ochronne sprawiały, że wszyscy wyglądali jak okropni bliźniacy o martwych gumowych twarzach i szklanym wzroku masek przeciwgazowych, wytwory globalnej katastrofy. Przerażające fizjonomie w milczeniu rozglądały się na boki. Nieczęsto pojawiała się możliwość, by wypuścić się na powierzchnię pochłoniętego przez mrok świata w poszukiwaniu artefaktów, koniecznych by przedłużyć swoje istnienie. Nieczęsto i nie każdy miał zaszczyt oglądać zewnętrzny świat.
Okaleczone przez chemię drzewa podchodzącego do morza lasu, pędy strasznych przedstawicieli zaadaptowanej nowej flory nad beżowym piaskiem martwej plaży. Leniwe brunatne fale napływające z żółtej mgły i pozostawiające w pasie przybrzeżnym rdzawą pianę. Sama mgła, jakby jej nie było, jakby po prostu powietrze zmatowiało, straciła przejrzystość i przybrała brudny żółty kolor. Przebijające przez gęste opary sylwetki samotnych martwych drzew tam, gdzie roślinność nie mogła znieść agonii świata i nielicznym świadkom pozostawiła tylko suche szkielety gałęzi.
Borys Kolesnikow – postawny jasnowłosy mężczyzna o niebieskich oczach, z blizną po oparzeniu na prawym policzku – odwrócił głowę, spoglądając na pokonaną drogę. Równoległe kreski pozostawionych przez gąsienice kolein biegły w dal, kopiując krętą linię brzegową, ciągnącą się aż do przylądka, na którym można już było dojrzeć ruiny Jantarnego. Nagle monotonny ryk silnika zmienił wysokość i dwudziestoczterotonowy PTS gwałtownie się zatrzymał, pochylając opancerzony dziób i zadzierając tył. Beczki z łoskotem wywróciły się i poturlały w stronę siedzących ludzi.
Borys zatrzymał nogą zbliżającą się do niego beczkę i ta, dudniąc, potoczyła się do tyłu, poddając się inercji opadającej po hamowaniu rufy transportera. Kolesnikow zastukał dłonią w trójpalczastej gumowej rękawicy w tylną szybę kabiny. Dwóch z czterech znajdujących się wewnątrz ludzi odwróciło się. Borys gestykulując zadał nieme pytanie o powód tak nagłego zatrzymania. Tamci pokręcili głowami w maskach i zaczęli wskazywać gumowymi „kleszczami” przed siebie, na pancerną szybę z przodu kabiny. Kolesnikow jednoznacznie skinął głową i rozłożył ręce, dając im znać, że ni cholery z tego nie zrozumiał. Siedzący w kabinie znów zaczęli pospiesznie gestykulować, wskazując palcami przed siebie. Wtedy Borys i znajdujący się razem z nim w części bagażowej towarzysz weszli na dach pojazdu i zlustrowali teren przed transporterem.
To, co pojawiło się przed ich oczami, sprawiło, że aż przetarli rękawicami szkła masek przeciwgazowych. Nie. Nie przywidziało im się. Jakieś trzydzieści metrów przed nimi, na ile pozwalała im ocenić pełznąca powoli mgła, piasek plaży przecinał łańcuch surrealistycznych w otaczającym ich pejzażu śladów człowieka. Ślady wychodziły wprost z wody, gdzie starły je już brudne i leniwe morskie fale. Poruszając się w poprzek plaży, ktoś wdrapał się na wydmę i, jak się zdawało, wszedł w suche zarośla rozgraniczające nadmorski las i szeroką wstęgę piasku…

----------------------------------------------------------
1) Walentin Judaszkin – znany rosyjski projektant mody (przyp. tłum.).
2)PTS-2. Średni Transporter Pływający.


Fragment 2


Kolosalny, usypany przez człowieka wał wznosił się miejscami na dwa piętra ponad wypełnioną wodą i dawno zarosłą trzcinami fosą twierdzy. Monumentalny kompleks z czerwonej cegły był obłożony ziemią i pokryty od góry gruntem, dawno już porosłym drzewami i krzewami. Praktycznie wszystkie pomieszczenia naziemne przeznaczono na cele gospodarcze. Kiedyś było tu coś w rodzaju muzeum. Okna, zatkane cegłami i gliną, gdzieniegdzie przepuszczały światło. Kryjący się przed apokalipsą ludzie dość szybko doszli do wniosku, że w otworach okiennych należy umieścić kilka warstw szyb samochodowych, ściśle zalepiając krawędzie gliną. Takie szkło nie przepuszczało powietrza, ani zbyt wiele światła. Ale chociaż trochę przenikało do oranżerii i ferm hodowlanych. Wielu ludzi zajmujących się zamurowywaniem otworów drzwiowych i okiennych, prowadzących z fortu na zewnątrz, w efekcie umarło na chorobę popromienną, ale praca została wykonana. Ogromne sekcje Piątego Fortu zostały odizolowane od świata zewnętrznego. Gdzieniegdzie okna przekształcono w filtry powietrza: z dwóch stron od grubego muru twierdzy oddzielała je złożona w kilka warstw siatka o drobnym splocie przyniesiona z jednej z hurtowni handlujących kiedyś materiałami budowlanymi. Dalej szedł porolon. Między jego warstwy wsypano specjalny węgiel z najbliższego magazynu wojskowego, jakich w okolicy była niezliczona liczba. Jakość takiego filtra pozostawiała oczywiście wiele do życzenia, ale lepsze to, niż nic. Z czasem częste w tym regionie silne wiatry zminimalizowały skutki skażenia radioaktywnego. Jednak później pojawiła się inna plaga: toksyczne deszcze i mgły, pędzone przez wiatr od strony morza. I chociaż zdarzały się rzadziej niż na wybrzeżu, tym niemniej powierzchnia ziemi wciąż była nieprzyjazna. I tak to trwało dosyć długo. Teraz, po upływie dwudziestu lat, otaczający świat był bardziej litościwy dla niedobitków ludzkości. Chociaż wciąż krył w sobie zagrożenia. Były to zarówno ostatnie ogniska radiacji, jak i skażenie chemiczne, oraz silne promieniowanie ultrafioletowe, zapewne skutek zniszczenia warstwy ozonowej, spowodowany licznymi wybuchami jądrowymi antyrakiet należących do głównych państw biorących udział w masowej destrukcji życia na Ziemi. Niebezpieczne były też dzikie psy, które w niewiadomy sposób zmieniły się w najprawdziwsze ogary piekielne, a w bagnistych rejonach muszki, które szybko potrafiły się zebrać w ogromny rój. Ich ukąszenia wywoływały u niechronionego człowieka straszliwą gorączkę, która najczęściej kończyła się śmiercią. Oddziały zwiadowców wysyłane przez kolonię na dalekie wyprawy w celu systematycznego przeszukania ruin Kaliningradu przebąkiwały też o dziwnych i ogromnych śladach jakichś nieznanych istot. Ludzie jak dotąd nie mieli jednak „szczęścia” ich spotkać.

(...)


Z zarośli wychynął człowiek. Był ubrany w gruby szary kombinezon. Na twarzy miał hełm połączony z maską przeciwgazową o owalnym wizjerze. Przy ustach widać było aparat oddechowy, z którego wychodziły dwie karbowane rurki i ciągnęły się ponad ramionami aż do umieszczonego na plecach aluminiowego tornistra. W rękach trzymał broń. Z początku Stieczkinowi wydało się, że to AK-47, ale coś w nim było nie tak.
Tymczasem człowiek potknął się i sturlał z wydmy. Klęknął na jedno kolano. Teraz było widać, że gruba guma jego kombinezonu jest na udzie rozerwana i sączy się stamtąd krew. Jeden z karbowanych wężyków dynda z plecaka, czymś przecięty lub przegryziony . Logika kazała przypuszczać, że nieznajomy został zaatakowany przez kraba. Strzelanina w lesie prowadzona z kilku rodzajów broni trwała dalej, co wymownie świadczyło o tym, że byli tam inni ludzie.
– Ej! Tutaj! – zawołali żołnierze Stieczkina i zaczęli przywoływać nieznajomego gestami, dając mu znać, że znajdzie u nich ratunek.
Człowiek dopiero teraz zwrócił uwagę na stojący na plaży PTS. Dziwne, że nie dostrzegł stalowego kolosa wcześniej. Ale widocznie nieznajomego tak mocno przestraszył morski potwór, który wyszedł na brzeg i go zaatakował, że skupił się wyłącznie na szukaniu ratunku. Tym niemniej przyjazny gest ludzi w transporterze nie został przez niego doceniony. Nieznajomy utkwił wzrok w PTS-ie, cofnął się, klapnął tyłkiem na ziemię i, odpychając się nogami, żeby zwiększyć odległość między sobą i nieznanym pojazdem, podniósł broń.
– Cholera! – ludzie na platformie, a nawet w opancerzonej kabinie natychmiast się pochylili. Nieznajomy otworzył ogień. Kule zadzwoniły o pancerz, nie wyrządzając mu żadnej szkody.
„Ma marną szybkostrzelność. Niższą niż kałach” – zauważył w myślach Stieczkin i zerknął na świeżo objawionego przeciwnika przez tylną i przednią szybę pancerną.
– Co on, kurde, wyprawia? – wściekał się obok niego Borys.
Paweł znieruchomiał. Teraz, kiedy strzelec zasypywał wóz deszczem ołowiu, wodząc rękami trzymającymi dziwnego pseudokałasznikowa, wyraźnie było widać, że na lewym ramieniu miał czerwoną opaskę z czarną swastyką w białym kole.
„Ach więc to tak” – brązowe oczy majora za okularami maski przeciwgazowej zamieniły się w szczeliny pod zmarszczonymi brwiami. Teraz w jego zwężonym polu widzenia nie powinno się znaleźć nic zbędnego, co mogłoby oderwać go od celu. Teraz widział prawdziwego wroga. Stieczkin wybrał odpowiedni moment, podniósł się gwałtownie i puścił serię. Dwie z trzech kul trafiły nieznajomego w głowę i przewróciły go na plecy.
– Dowódco, dlaczego?! – zakrzyknął Skworcow, wysuwając się po raz kolejny z kabiny.
– Bo się woda leje z niego – krótko, ale treściwie odpowiedział major. Potem ostro szarpnął głową w lewo. – Kolesnikow! Co ty robisz, do cholery?!
– Zaraz, dowódco! – Borys już przeskoczył przez wysoką burtę PTS-a i wylądował na piasku.
– Co on wyprawia?! – zawołał Skworcow.
Piekielny skafander ochronny przeszkadzał w biegu, ogłuszając go szelestem gumowej powłoki. Już na pierwszych dziesięciu metrach zaczęło mu brakować powietrza w masce, a kiedy Borys złapał broń nieboszczyka, po wewnętrznej stronie szkieł pojawiła się już para wodna. Kolesnikow chciał jeszcze przeszukać martwego nieznajomego, ale wtedy karabiny w lesie odezwały się z nową siłą. I, sądząc z bębnienia kul, dochodzącego od strony PTS-a, zaczęli strzelać do pojazdu. Czyli do nich.
– Pochylić się i nie wychylać! – ryknął Stieczkin. – Skworcow! Podjedź do przodu i zasłoń Kolesnikowa kadłubem!
– Tak jest!
– Opuść rampę! Nie może wskakiwać przez burtę, postrzelą go!
– Robi się!
Borys rzucił się z powrotem w stronę sunącego w jego stronę gąsienicowego pojazdu.
– Przez rufę! Właź przez rufę! – krzyknął Paweł po wdrapaniu się na dach kabiny. Obok natychmiast zadzwoniły kule. – Cholera! – zaklął major, spadając z powrotem do części ładunkowej, w ręce żołnierzy. – A to dranie…
– Jestem w wozie! – dał się po chwili słyszeć okrzyk Kolesnikowa. Runął wypruty z sił na dno skrzyni transportera.
– Skworcow! Zamykaj i wal do bazy! Szybko!
Rampa skrzypiąc zaczęła się podnosić. Zatoczywszy duże półkole pod nieustającym ogniem zagadkowego nieprzyjaciela, PTS wziął kurs powrotny.
– Wasilicz – Kolesnikow zbliżył się do majora na czworakach. – Patrz! To Sturmgewehr 44!
– Że co? – Stieczkin wlepił zdziwiony wzrok w przyniesione trofeum. Teraz, z bliska, było zupełnie oczywiste, że karabinek miał z pierwszym Kałasznikowem bardzo mało wspólnego.
– Mówię, że to karabinek szturmowy Hugo Schmeissera! Hitlerowcy takie mieli pod koniec drugiej wojny!
Stieczkin wziął do ręki nieznaną broń i zaczął się jej przyglądać z zainteresowaniem. To było oczywiście dziwne. W okolicy było pełno broni palnej, ale tylko produkcji sowieckiej. W jednym ze składów artyleryjskich były także PPSz, Diegtariowy, SWT, a nawet legendarne cekaemy „Maxim”. Wszystko to było trzymane na wszelki wypadek, żeby w razie wojny uzbroić całą okoliczną ludność. Przez pierwsze lata resztki owej ludności chętnie wyjaśniały stosunki przy pomocy tego, jak i bardziej nowoczesnego sprzętu. Spotkanie człowieka z rosyjską bronią z czasów drugiej wojny światowej nie byłoby właściwie takie zdumiewające. Oczywiście, gdyby nie brać pod uwagę, że poza Piątym Fortem i Krasnotorowką już od wielu lat nigdzie w okolicy nie było żadnych ludzi. I samo w sobie spotkanie człowieka jako takiego poza tymi strefami było co najmniej dziwne. W lesie, na terenie jednostki wojskowej, gdzie bazował morski Specnaz GRU, który w swoim arsenale miał także próbki broni palnej krajów NATO, i ta broń również miejscowych nie zdziwi. Ale Sturmgewehr 44?… Skąd? Wykopali go spod ziemi? Ale przecież jest w świetnym stanie. Sądząc po lakierowanej drewnianej kolbie w żaden sposób nie da się powiedzieć, że ten karabin szturmowy ma ponad osiemdziesiąt lat.
Major zwrócił broń Borysowi i uchylił drugi luk kabiny łączący ją ze skrzynią.
– Ej! Ptaku!
– Tak? – odezwał się Skworcow.
– Szybciej nie możesz?
– Dawno nie wymienialiśmy oleju. Nie możemy tak katować silnika.
– Do dupy…
– Co?
– Do dupy, mówię, że zostawiamy ślady! Idąc po nich, szybko dotrą do naszej samotni.
– W takim razie po co kropnąłeś tego typa? – Kolesnikow rozłożył ręce. – Teraz to tak, czy owak, jesteśmy wrogami. A gdybyś nie strzelał?
– On sam do nas walił. – Machnął na niego ręką Stieczkin.
– Przestraszony był i tyle.
– A swastyka? Miał swastykę na rękawie!
– I to jest powód, żeby kogoś zabić?
– Boria, po jaką cholerę mi trujesz?! Jeśli chcesz wiedzieć, pozostali otworzyli ogień z lasu. Nijak nie mogli widzieć, że zabiłem ich koleżkę. Tak więc o ich zamiarach i przyjaznym nastawieniu możemy nawet nie wspominać.
– Dowódco – odezwał się jeden z żołnierzy – a dlaczego „koleżkę”? A nuż on właśnie uciekał przed tymi, którzy byli w lesie? A ci uznali, że jesteśmy razem?
– A krab? – prychnął Stieczkin.
– Ale mogło nie chodzić o kraba…
– A chrzanić ich! To już nieważne. Musimy teraz zorganizować obronę. Jedno jest pewne: zjawili się u nas nieproszeni goście, którzy nie mają oporów przed używaniem broni. I jeszcze coś… Zatknęli tę flagę nad moim poligonem. – Major nieco się podniósł, spoglądając w stronę ODR-u. – Nie będę sobą, jak tej szmaty w końcu nie zerwę!…


Fragment 3



Trzech ludzi w skafandrach ochronnych stało w śluzie przeciwgazowej, cierpliwie czekając na wyniki pomiarów. Miejscowy chemik skrupulatnie przestudiował wskazania przyrządów, zapukał dłonią w grubą szybę oddzielającą komorę od pomieszczenia kontrolnego i aprobująco skinął głową. Potem zniknął z pola widzenia ludzi, którzy wrócili z powierzchni. Zaskrzypiały ciężkie hermetyczne wrota. Za nimi ukazał się chemik w podobnym skafandrze, tyle że białym, a nie zgniłozielonym; a zamiast maski przeciwgazowej miał szeroką panoramiczną szybkę z aparatem oddechowym pod spodem.
– W normie, chłopaki – wymamrotał przez maskę. Goście poszli za nim. Chemik szczelnie zamknął drzwi. Potem cała trójka przeszła do szatni i zaczęła się rozbierać. Nawet jeśli skafandry nie zostały skażone chemią czy promieniowaniem z powierzchni, nie wolno było wchodzić w nich do sektora mieszkalnego w bunkrze. Ubrania przeznaczone do eksploracji powierzchni nosiło się tylko na powierzchni. W odróżnieniu od nich chemik mógł swobodnie poruszać się w swoim kombinezonie po pozostałej części zamkniętego podziemnego światka – nie wychodził w nim na zewnątrz.
Major Stieczkin starannie złożył swój skafander na ławeczce, wyciągnął zza kolicyjki czarny beret i, jak to miał w zwyczaju, wcisnął go na krótko ostrzyżoną głowę, ściągając bliżej potylicy. Major był mocno zbudowanym, zbliżającym się do pięćdziesiątki żołnierzem piechoty morskiej. Mimo to był w świetnej formie. Krótkie kędzierzawe, czarne włosy na wielkiej okrągłej czaszce siwizna zaledwie musnęła. Łuki brwiowe mocno zachodziły mu na oczy, co razem z byczym karkiem i pochyloną nieco do przodu głową nadawało mu groźny wygląd. Ale wystarczyło Stieczkinowi przemówić, by przerażające pierwsze wrażenie rozpłynęło się w niespodziewanie łagodnym, aksamitnym i lekko stłumionym, jakby od kataru, głosie.
– Coś się grzebiecie, moi gwardziści – powiedział do pozostałych, ujmując się pod boki z uśmiechem odsłaniającym wyraźny prześwit między górnymi siekaczami.
– Już, Pawle Wasiliewiczu.
– No, szybko, szybko. – Stieczkin machnął lekko potężną dłonią, odwrócił się do chemika i puścił do niego oko. – Czołem, Mendelejew!
Stary chemik uśmiechnął się i skinął głową.
Major wyszedł z przebieralni i ruszył korytarzem bunkra. Blok-6, Zamaskowany Ośrodek Dowodzenia, znajdował się pod ziemią w lesie nieopodal wsi Krasnotorowka, siedem kilometrów od Jantarnego. Ludziom, którzy odbywali tu służbę przed katastrofą, poszczęściło się mieć pod bokiem taki obiekt. Większość żołnierzy i członków ich rodzin przeżyła. Schronienie znalazło tu też wielu mieszkańców Bałtyjska, położonego niecałe trzydzieści kilometrów na południe. Jednym z nich był Paweł Wasiliewicz Stieczkin, który został przywódcą wspólnoty Blok-6.
Korytarz oświetlała jedna jedyna lampa. To wystarczało, by widzieć ściany i drzwi. Przed przeciwległymi drzwiami, za którymi kiedyś była wartownia, a teraz mieszkanie dowódcy, stał starszy, ale wysoki i barczysty mężczyzna. Tak jak Stieczkin, był ubrany w mundur w panterkę „flora”, ale bez koalicyjki.
– Witam po powrocie, dowódco! – Chorąży Szestkow błysnął szczerbatym uśmiechem.
– Cześć, Edik! – Major uścisnął dłoń starego i wszedł do swojej kwatery.
Żelazne, po wojskowemu posłane łóżko. Duży stół ze świecznikiem i popielniczką. Trzy stołki. Pod ścianą naprzeciwko łóżka tylne siedzenie z samochodu osobowego pełniące rolę kanapy. Szafka z bronią. Ogniotrwały sejf. Na ścianie mapa obwodu. Wieszak z ubraniami, wyłącznie wojskowymi. Szafka nocna. Lampa rtęciowa pod sufitem. Oto cała siedziba przywódcy wspólnoty.
Major usiadł na łóżku, które zaskrzypiało w proteście, i ciężko westchnął.
– Wszystko poszło nie tak, jak chcieliśmy? – zapytał Szestakow, wchodząc i siadając na kanapie.
– No no – przytaknął Stieczkin i nagle położył się na łóżku, osłaniając ręką twarz przed jaskrawym światłem. – Nie tak. Oczywiście dużo mówili o zjednoczeniu. Rozprawiali, że jesteśmy jednym narodem, że powinniśmy być razem. Użyli nawet mądrego słowa „integracja”. W ogóle dużo pięknych słów…
– A tak naprawdę, to tak jak zwykle?
– A tak naprawdę, to tak jak zwykle. Poczekajcie, mówią. Jeszcze nie jesteśmy gotowi na przyjęcie takiej liczby ludzi. Wytrzymajcie. Tyle lat dawaliście radę, to teraz też dacie… Palić mi się chce! Nie masz papierosów?
– Rzucam. Zapomniałeś?
– Brawo! – Major znów usiadł, opierając się plecami o betonową ścianę. – Słusznie robisz. Widziałem, że w boksie nie ma PTS-a. Skworcow jednak pojechał do Bałtyjska?
Szestakow skinął głową:
– Pojechał.
– Szkoda, że na mnie nie zaczekał. Mam nadzieję, że starczy mu rozumu i przywiezie więcej paliwa, niż spali ten grat w obie strony.
– W końcu głupi nie jest. Domyśli się. – Chorąży uśmiechnął się, znów pokazując rzadkie zęby. – Słuchaj, Wasilicz. To może zagospodarujemy sobie Bałtyjsk? Tam przecież też jest bunkier.
– Edik, a byłeś w nim? – Stieczkin uśmiechnął się niewesoło. – To jest normalna nora. Tu w łaźni mamy więcej miejsca, niż w całym tamtym bunkrze. No i… Odwiedziłem go kiedyś. Jakieś… niech sobie przypomnę… pięć albo sześć lat temu. Drzwi zamknięte na głucho. I to od środka. Parę nadtopionych. Widocznie jeszcze od wybuchu. Zaspawały się. Pozostałe nie, ale też zamknięto je od środka. A wejście dawno już zarosło. Czyli wszyscy ze sztabu bazy, którzy tam wleźli, zostali tam na zawsze. Mogiła. I czemu się dziwić? Ostatni raz remontowali tam wentylację jeszcze za Związku Radzieckiego, drenaż tak samo. Każdej wiosny było wody po kolana. Nie, Edik, nam jest potrzebny Kaliningrad. Piąty Fort. Tam jest przestrzeń.
– A gdyby przenieść się do Pionierskiego? Tam nawet nie ma toksycznych mgieł. Zdarzają się tylko z tej strony przylądka Taran. I woda w morzu jest z drugiej strony czystsza.
– Edik, oni tam nie mają miejsca, siedzą jak śledzie w beczce. A jeszcze kiedy przypłynęła ta łódź wypchana ludźmi… Potrzebujemy Piątego Fortu. Nie ma innej opcji.
– A w ogóle jak im się wiedzie?
– Cały czas tak samo. Żyją, nie narzekają. Nasze podziemia z ich nie mogą się równać. Ten ośrodek dowodzenia był obliczony na rok funkcjonowania po wymianie uderzeń jądrowych. A i to tylko po to, żeby pomóc okrętom podwodnym wystrzelić ostatnią salwę. Zaś Piąty Fort Niemcy budowali jako twierdzę. Z koszarami mieszkalnymi. Ze wszystkim. I to dla tysięcy ludzi, spodziewając się potencjalnie długiego oblężenia. I mają tam takiego faceta, co ma łeb na karku. Wpadł na sposób, jak znaleźć nowe terytoria.
– Ach tak? – Chorąży podniósł siwe brwi.
– No. Głęboko pod ziemią mieszczą się dodatkowe pomieszczenia. Budowane jeszcze przez faszystów. I znalazł tam generatory. Do odpompowywania wód gruntowych i produkcji elektryczności. Wyobraź sobie, że zadziałały!
– No, Niemiaszki to potrafili budować… – mruknął Edik.
– To akurat pewnie więźniowie. Cholera, żal tylko paliwa do transportera zmarnowanego na tę „oficjalną wizytę”…
– Dowódco, a zarysowałeś im chociaż sytuację? Że nam tu ciasno. Kończy się miejsce i zasoby. Że wszystko wokół jest skażone. Te mgły…









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-01-17 (535 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej