Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Za garść amuletów
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Żywe trupy. Upadek Gubernatora'' - Robert Kirkman, Jay Bonansinga



To zapach zaczął powoli doprowadzać Thomasa do szaleństwa.
Nie pozostawanie w izolacji przez ponad trzy tygodnie. Nie białe ściany, sufit i podłoga. Nie brak okien ani też fakt, że nigdy nie wyłączali świateł. Nic z tych rzeczy. Zabrali mu zegarek; trzy razy dziennie serwowali mu dokładnie taki sam posiłek – gruby plaster szynki, purée z ziemniaków, surowe marchewki, kromka chleba, woda – nigdy nic do niego nie mówili, nigdy nie wpuścili nikogo innego do pomieszczenia, gdzie przebywał. Żadnych książek, żadnych filmów, żadnych gier.
Całkowita izolacja. Już od ponad trzech tygodni, choć zaczął wątpić w swe wyliczenia, gdy chodzi o upływ czasu – a te bazowały wyłącznie na instynkcie. Próbował zgadywać, kiedy zapadła noc, i spać tylko tyle, ile wydawało się normalne. Posiłki pomagały w tym, choć miał wrażenie, że nie pojawiają się regularnie. Tak jakby chciano, żeby czuł się zdezorientowany.
Sam. W pokoju o ścianach obitych gąbką, pozbawionym kolorów – jedynymi wyjątkami były mała, niemal schowana toaleta z nierdzewnej stali w rogu oraz stare drewniane biurko, z którego Thomas nie miał żadnego pożytku. Sam w nieznośnej ciszy, z nieograniczoną ilością czasu na myślenie o chorobie, która w nim tkwiła. Pożoga, ten milczący, podstępny wirus, który powoli odbierał wszystko, co nadawało człowiekowi człowieczeństwo.
Nic z tego nie sprawiło, by odszedł od zmysłów.
Ale śmierdział, i z jakiegoś powodu to działało mu na nerwy tak dotkliwie, jakby fetor wrzynał się niczym ostry drut w solidny blok jego zdrowia psychicznego. Nie pozwalali mu na prysznic ani na kąpiel; odkąd tu się zjawił, nie dali mu ubrania na zmianę ani niczego, czym mógłby się umyć. Wystarczyłaby choćby szmatka; mógłby ją zamoczyć w wodzie, którą mu dawali do picia, i przynajmniej przetrzeć twarz. Ale nie miał nic oprócz brudnej odzieży, tej samej, w którą był ubrany, kiedy go zamykali. Nie dysponował nawet posłaniem – sypiał zwinięty w kłębek, z tyłkiem wciśniętym w róg pokoju, obejmując się ramionami, próbując zatrzymać każdą odrobinę ciepła, często dygocząc.
Nie wiedział, czemu smród wydzielany przez jego własne ciało przerażał go najbardziej. Może już samo to było sygnałem, że mu odbiło. Ale z jakiegoś powodu brak higieny wwiercał się w jego umysł, wywołując okropne myśli. Jakby gnił, rozkładał się, jakby jego wnętrzności stawały się równie plugawe, jak plugawa wydawała się jego skóra.
To właśnie go martwiło, nawet jeśli obawy wydawały się irracjonalne. Dostawał mnóstwo jedzenia i akurat tyle wody, żeby ugasić pragnienie; miał mnóstwo czasu na wypoczynek i trenował, na ile mógł to robić w małym pomieszczeniu, często godzinami biegając w miejscu. Logika podpowiadała mu, że brud nie ma nic wspólnego z tym, czy twoje serce jest sprawne albo jak funkcjonują twoje płuca. Mimo to jego umysł zaczynał wierzyć, że nieustająco wydzielany przez jego ciało smród oznacza nadciągającą pędem śmierć, która rychło pochłonie go w całości.
Te mroczne myśli sprawiały z kolei, że zaczynał się zastanawiać, czy może Teresa mimo wszystko mówiła prawdę wtedy, kiedy ostatnio rozmawiali, kiedy powiedziała, że jest już dla Thomasa za późno i że Pożoga rozwinęła się u niego w szybkim tempie, że zaczął wariować i stał się niebezpieczny. Że już postradał zmysły, zanim znalazł się w tym okropnym miejscu. Nawet Brenda ostrzegła go, że będzie źle. Może obie miały rację.
A prócz tego wszystkiego czuł niepokój o przyjaciół. Co się z nimi stało? Gdzie byli? Co robiła z ich umysłami Pożoga? Po wszystkim, przez co zmuszeni byli przejść, czy czekał ich taki właśnie koniec?
Nadpełzła wściekłość. Niczym drżący szczur szukający odrobiny ciepła, okruszka żywności. I z każdym mijającym dniem w chłopaku narastał gniew, tak potężny, że Thomas czasem przyłapywał się na tym, iż dygocze niepohamowanie, zanim udawało mu się ten gniew z powrotem okiełznać i stłumić. Nie chciał, by to uczucie zupełnie go opuściło; chciał je tylko przechowywać w sobie i pozwalać, by narastało. Czekać na odpowiedni czas, odpowiednie miejsce, by je wyzwolić. To DRESZCZ zrobił mu to wszystko. DRESZCZ wziął jego życie oraz życia jego przyjaciół i wykorzystywał ich do takich celów, do jakich uznał za stosowne. Bez względu na konsekwencje.
I zapłacą za to. Thomas przysięgał to sobie tysiąc razy na dzień.
Rozmyślał o tych wszystkich rzeczach, siedząc oparty plecami o ścianę, twarzą do drzwi – i do brzydkiego drewnianego biurka, które stało przed nimi – wedle swojej rachuby, późnym rankiem dwudziestego drugiego dnia pobytu w białym pokoju. Zawsze to robił – po zjedzeniu śniadania, po ćwiczeniach. Mając nadzieję, wbrew wszystkiemu, że drzwi się otworzą – naprawdę otworzą na oścież – całe drzwi, nie tylko wąski otwór u dołu, przez który wsuwano posiłki.
Sam już próbował je otworzyć niezliczoną ilość razy. A szuflady biurka były puste, nie znajdowało się w nich nic prócz zapachu pleśni i cedrowego drewna. Thomas zaglądał do nich co rano, na wypadek, gdyby coś się tam w magiczny sposób pojawiło, gdy spał. Takie rzeczy czasem się zdarzały, gdy miałeś do czynienia z DRESZCZem.
Siedział więc, gapiąc się na te drzwi. Czekając. Białe ściany i cisza. Smród jego własnego ciała. Siedział i rozmyślał o przyjaciołach – o Minho, Newcie, Patelniaku, o tych nielicznych pozostałych Streferach, którzy jeszcze żyli. O Brendzie i Jorge, którzy zniknęli gdzieś po tym, jak grupa została uratowana przez gigantyczny górolot. O Harriet i Sonyi, o reszcie dziewczyn z Grupy B, o Arisie. O Brendzie i o jej ostrzeżeniu po tym, jak po raz pierwszy się ocknął w białym pokoju. Jakim sposobem przemówiła w jego myślach? Czy była po jego stronie, czy też nie?
Ale przede wszystkim rozmyślał o Teresie. Nie potrafił wyrzucić jej z pamięci, choć z każdą upływającą chwilą nienawidził jej troszeczkę bardziej. Ostatnie słowa, jakie do niego powiedziała, brzmiały: DRESZCZ jest dobry, i bez względu na to, czy było to słuszne, czy nie, Thomasowi stopniowo zaczęła się wydawać uosobieniem tych wszystkich strasznych rzeczy, które ich spotkały. Za każdym razem, gdy o niej myślał, wrzała w nim wściekłość.
Może cały ten gniew był ostatnim, co jeszcze chroniło go przed popadnięciem w szaleństwo, gdy tak czekał.
Jeść. Spać. Ćwiczyć. Pragnąć zemsty. Spędził tak jeszcze trzy dni. Sam.
Dwudziestego szóstego dnia drzwi się otworzyły.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-02-20 (519 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej