Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Światło
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Wilcze dziedzictwo: cienie przeszłości - Magda Parus



Dzisiejszej nocy grupa buszowała na terenie wysuniętym bardziej na północ. Najwyraźniej zerówki, zamiast ciągnąć do konkretnego punktu, całą okolicę uważały za swoje terytorium. Czy raczej: czynnik przyciągający znajdował się w samym miasteczku, nieświadomi trzymali się bowiem obrzeży ludzkich siedzib, mimo że zwierzęca natura powinna była pchnąć ich głębiej w las.
Minęli tkwiący samotnie na przydrożnym parkingu wóz FWS.
— Ciekaw jestem, jak szczegółowe obserwacje zdążyli przeprowadzić — mruknął Colin.
— Zwierzynę niełatwo podejść.
Colin miał nadzieję, że łowca się nie myli. Nieświadomi posiadają niezwykle wyostrzone zmysły, pod tym względem ustępują im nawet wilki, jednakże to stwierdzenie odnosi się do osobników zrównoważonych, czyli przebudzonych z zachowaniem kolejnych etapów procesu, nie zaś z dnia na dzień, jak te tutaj. Oby wystarczyło im czujności. Lepiej, gdyby FWS nie zyskało za wielu okazji do przyjrzenia się tym „wilkom”.
Niedługo w okolicy powinny się pojawić także prawdziwe wilki, gdyż zew kuzynów działa na nie nieodparcie. Pod warunkiem, że choć jeden osobnik zawędrował dostatecznie blisko, by przekazać wezwanie dalej. Colin uspokoiłby się nieco, gdyby naukowcy i miejscowi dostali swoje racjonalne wytłumaczenie nocnych odgłosów.
Benson zaparkował jeepa w ukryciu, kilka mil od żerowiska zwierzyny. Zgodzili się obaj, że wolą nadłożyć drogi, niż narażać się na dociekania straży leśnej.
Pobiegli przez las. Colin nie mógł się przyznać, że z daleka wyczuwa obecność ludzi, poruszali się zatem ostrożnie, przystając za każdym razem, gdy w pobliżu trzasnęła gałązka. Cała ta zapobiegawczość opóźniała moment rozpoczęcia obserwacji, ale Colinowi wcale nie zależało na pośpiechu.
Benson niósł strzelbę, do pasa przypiął dwa pistolety, a w połach kurtki ukrył kilka powlekanych srebrem sztyletów. W porównaniu z tym arsenałem uzbrojenie Colina prezentowało się nad wyraz skromnie — wziął tylko starego colta.
— Przyjechałem głównie po to, by zobaczyć się z rodzeństwem, a gdyby wuj się dowiedział o magazynie broni w moim hotelowym pokoju...
Cholera, po jakiego czorta się Bensonowi tłumaczył? Usiłował się usprawiedliwić, bo odnosił wrażenie, że Jack czegoś się domyśla, choć łowcy brakowało podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Na właściwy trop mogła go naprowadzić dopiero kretyńska gadka Colina.
Dotarli niemal do celu, kiedy huknął strzał. Tuż po nim rozległy się dwa kolejne, a czułe ucho Colina wyłowiło też krótki skowyt. Niech to szlag, któryś oberwał. Strzelec znajdował się kilkaset jardów na prawo od nich. Colin zaklął głośno pod wpływem pierwszej nasuwającej się myśli: smarkacze jednak postawili na swoim i wyprawili się do lasu.
— To nie Mat — orzekł Benson.
Colin nie spytał, skąd jego towarzysz czerpie tę pewność. Sam także po krótkim namyśle wykluczył brata i jego kumpli, gdyż niedoświadczonym szczeniakom nie udałoby się podejść nawet najbardziej rozkojarzonego nieświadomego. Tyle że Jack nie mógł słyszeć skowytu, nie wiedział zatem, że strzał był celny.
— Łowca — stwierdził Benson.
Rzeczywiście, przedstawiciel FWS strzelałby raczej środkiem usypiającym z broni pneumatycznej.
Posuwali się ostrożnie, jako że łowcy zazwyczaj najpierw pociągają za spust, a dopiero potem pytają, kto idzie. Smarkacze mieli wczoraj fart, że natknęli się na Bensona.
— Daniel?! Nick?! — wołał półgłosem Benson. Starał się zachowywać cicho, ponieważ wiedział, że nie tylko oni szukają strzelca.
— Jack? — odpowiedział im ktoś agresywnym tonem.
Colin bezwiednie zacisnął pięści.
— Kenneth! — wykrzyknął Benson, także bez przesadnej radości.
Na większego skurwiela trafić nie mogli. Kenneth Stipe również doświadczył rodzinnej tragedii, gdyby jednak dało się cofnąć czas, to Benson z ulgą zatopiłby się w błogiej monotonii dawnego życia, a Stipe osobiście rozszarpałby żonę i dziecko, byle uzasadnić własną zajadłość w polowaniu. To człowiek targany sprzecznościami: położenie zwierzyny jednym celnym strzałem stanowiło powód do dumy, za to zranienie jej otwierało fascynujące możliwości. Kenneth Stipe. Jemu Colin z rozkoszą odpłaci pięknym za nadobne.
— Witaj, Jack — powiedział Stipe chłodno, nie przepadał bowiem za konkurencją.
Zresztą, mało który łowca lubił konkurencję, bo zwykle mieli do ustrzelenia pojedynczy okaz. Chyba tylko Benson mógł się zdobyć na telefon do Nicka i Daniela. Inni nawet w sytuacji równie wyjątkowej jak tutejsza zachowaliby informacje dla siebie.
— Ubiłem drania — oświadczył Stipe. — Drugi zwiał, kurwa. Wadera. Pierdolona parka. O, Vernon. Nie zauważyłem.
Zauważył, ale, jak kiedyś oznajmił Colinowi, „bobaski nie powinny się bawić bronią”.
Prasa napisała wówczas o rozszarpanej krowie i na miejsce zdarzenia zjechało czterech łowców, z Colinem włącznie. Znaleziony w błocie odcisk łapy dowodził, że tym razem faktycznie zaatakowała zwierzyna, nie zaś kolejny zdziczały pies. Łowców ogarnęła gorączka. Każdy marzył o zaliczeniu tej sztuki, zatem także i Colin odgrywał napalonego. Wtedy Stipe rozbił mu strzelbę o kamień. Smarkacze z mlekiem pod nosem mogą się co najwyżej przyglądać, jak fachowcy wykonują robotę. I lepiej niech mu się Vernon nie pakuje na linię strzału, bo w takich okolicznościach człowiek staje się nerwowy. A nuż przypadkiem Stipe by bobaska pokiereszował.
Jeszcze skurwiel „bobaska” popamięta. Na razie jednak Colin musiał nad sobą zapanować. Cholera.
Spojrzał w otwarte piwne oczy, z których nawet śmierć nie wypłukała wyrazu zagubienia. Biedny Basil. Colinem owładnęło poczucie winy. Gdyby uśpił podejrzanych o zabicie Hammera, Woods nadal by żył.
— Odbiło ci? — Wbrew postanowieniu naskoczył na Stipe'a. — W lesie roi się od ludzi z FWS, strażników leśnych i diabli wiedzą, kogo jeszcze, a ty strzelasz do pierwszego napotkanego obiektu? Przeprowadziłeś choć minimalne rozpoznanie?
— Słuchaj, szczeniaku, nie będziesz mnie uczył...
— Kenneth — wpadł mu w słowo Jack. — On ma rację. Tamci na pewno usłyszeli strzały i pędzą sprawdzić, czy to nie kłusownik poluje na chronione wilki. Ściągniesz nam na głowę pościg. Musimy ukryć ciało.
— Miałem patrzeć, jak sobie rozkosznie, kurwa, swawolą?
Ograniczone bydlę, malutki móżdżek plus żądza mordu — te określenia najlepiej opisywały Stipe'a. Colin chętnie dobyłby colta i palnął draniowi w twarz. Wtedy jednak musiałby zabić także Bensona, a z trzema ciałami nie uporałby się sam przed świtem. A gdyby nawet Jack przyklasnął atakowi na Stipe'a, i tak mieliby spory kłopot z dwoma trupami.
— Weźmiemy z mojej przyczepy ponton i zatopimy ciało w jeziorze. — Jack uciął spór w zarodku. — Na szybko nic mądrzejszego się nie wymyśli. Gdzie zostawiłeś samochód?

***

Żeby nie znaczyć całej trasy przemarszu krwią martwego obiektu, ranę postrzałową przewiązali koszulą Stipe'a. Nieśli nagiego trupa na zmianę, we dwóch, podczas gdy trzeci z grupy szedł przodem, wybierając najdogodniejszą drogę i kontrolując otoczenie.
Wszyscy trzej dyszeli — łowcy byli autentycznie zmachani, Colin zaś udawał zmęczenie. Świadomych cechuje wyjątkowa siła i wytrwałość, tak w wilczej, jak i w ludzkiej postaci. Do momentu przebudzenia — ujawnienia się drugiej natury, nawet jeśli do pierwszej przemiany nie dopuszczono — pod względem fizycznych uwarunkowań nie różnią się od ludzi, potem jednak błyskawicznie nabierają sprawności. Stwarza to znaczny problem w przypadku dzieci. Powstrzymywacze nie wytłumiają tężyzny fizycznej ani nie zapobiegają jej rozwojowi, rodzi się więc ryzyko, że młodzi świadomi skupią na sobie niepożądaną uwagę. Czasem pomaga dominacja, na którą dzieci wykazują większą niż dorośli podatność. Kiedy się im wmówi, że obowiązują ich te same co rówieśników ograniczenia, ich mózg zaczyna odruchowo hamować mięśnie przed wykorzystaniem pełni możliwości.
Z młodym Colinem, podobnie jak z innymi silnymi świadomymi, taka sztuczka by się jednak nie udała. Zresztą Godfrey nigdy nie próbował użyć dominacji. Syn musiał zwalczyć chorobę sam. Gdyby któryś ze szkolnych kolegów go zaczepiał, Colinowi nie wolno było pod żadnym pozorem chłopaka uderzyć. Zarazem nie mógł też pozwolić się pobić, ponieważ natychmiast zagoiłyby się na nim zadrapania i znikły opuchlizny, a to wyglądałoby podejrzanie. Godfrey nie dostrzegał w swoich zaleceniach sprzeczności. Wystarczyło, żeby syn, jak każdy normalny chłopak, unikał prowokacji.
Szkopuł w tym, że Colin nie znajdował z rówieśnikami wspólnego języka, przez co nieustannie stawał się w szkole obiektem ataków. Stosowanie się do ojcowskich nakazów nie pomagało, a często jedynie zachęcało oprawców. W końcu więc zaczął się bić, w tajemnicy przed ojcem. Oddawał draniom, pilnując się, by nie przyłożyć zbyt mocno, bo Godfrey niezawodnie by się wściekł, gdyby syn ukatrupił jakiegoś parszywego gnojka. Szybko przestano wchodzić Colinowi w drogę.
U nieświadomych zjawisko nie występuje. Przebudzeni czy nie, w ludzkiej postaci tężyzną fizyczną niewiele się różnią od przeciętnego człowieka. Po przemianie czerpią siłę z blasku pełni, mimo to Colin nie określiłby ich możliwości jako szokujących. Nieuzbrojony mężczyzna nie ma z nieświadomym szans w bezpośrednim starciu, ale nie pokonałby też raczej żadnego drapieżnika o porównywalnych rozmiarach.
Łowcy dotarli wreszcie do wozu Stipe'a zaparkowanego w pobliżu żerowiska stada. Gdy upchnęli ciało do bagażnika podniszczonego dodge'a, najpierw podskoczyli po jeepa Jacka, a potem ruszyli w dwa samochody na kemping po ponton.
Ponieważ na rozświetlonej księżycem tafli jeziora byliby doskonale widoczni, nie odważyli się wypłynąć daleko od brzegu. Obciążony kamieniami worek zatopili w zatoczce, gdzie drzewa gwarantowały ich działaniom cienistą dyskrecję. Zniknięcie turysty nie pozostanie bez echa, ale jeśli nikt nie natknie się na zwłoki, przez parę dni obędzie się bez większych kłopotów. Pracownicy hotelu, w którym zatrzymał się Basil, uznają zapewne, że osoba tak zakręcona po prostu się zgubiła.
Colin zapamiętał miejsce, żeby przy najbliższej okazji wydobyć trupa i spalić w spalarni na kółkach, o której zorganizowanie zawczasu poprosił Fisha. Po śmierci nieświadomy powraca do ludzkiej postaci w każdym najdrobniejszym szczególe, tak że zwykła sekcja czy badanie krwi nie ujawniłyby rozbieżności. Niemniej przy obecnym poziomie rozwoju genetyki ciało Woodsa dostarczyłoby wielu informacji osobom zorientowanym, czego należy szukać. Choć być może „zorientowani” dostali już materiał badawczy.


Fragment udostępniło Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-09-20 (1720 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej