Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Strumienie srebra
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Mongoliada t.I'' - Neal Stephenson, Greg Bear, Mark Teppo



ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nowe rośliny pośród starych kamieni



Cnán zatrzymała się tuż przed polaną otaczającą kamienny klasztor i przykucnęła. Potrafiła wędrować bezszelestnie po gęstych lasach Północy, więc zbliżyła się do położonych na uboczu ruin ciszej niż wiatr poruszający gałęziami drzew lub owady biegające pod zeszłorocznymi liśćmi.
Przez prześwity w porannej mgle dostrzegała ruiny klasztoru na północnym skraju polany. Sypiące się, pozbawione dachów budynki gospodarcze ciągnęły się przerywanym łukiem odchodzącym na południe od głównej części ruin. Brzozy i kilka młodych dębów wyrosły w miejscu, w którym mnisi kiedyś zapewne uprawiali warzywa. Pozostałą część polany wypełniały trawa i zarośla poprzecinane świeżo wypalonymi ścieżkami. Tuż za kamiennym ogrodzeniem zarośniętego cmentarza wzniesiono cztery szopy.
Znalazła obozowisko – tego była pewna. Ale czyje?
Z daleka dobiegał stukot dzięcioła zbierającego śniadanie, przerywany bliższym i głośniejszym szczękiem stali – ten nienaturalny odgłos zwrócił jej uwagę. Z tak niewielkiej odległości słyszała rozmowy licznych mężczyzn, lecz jeszcze nie przyjrzała się nowym gościom klasztoru.
Dwa dni wcześniej grupa mongolskich aratów ścigała ją jak łanię aż do skraju gęstego lasu, gdzie się zatrzymali, złorzecząc w nieczystej tureckiej mowie i obsypując drzewa strzałami. Urodzeni na stepie wojownicy nienawidzili przebijania się przez gęste zagajniki, w których nie mogli swobodnie galopować ani skręcać na swoich silnych kucach. Lasy nadal zapewniały bezpieczeństwo, choć podróż przez nie była żmudna.
Było tuż po przesileniu: minęły trzy miesiące, odkąd rozpustny chan znany jako Onghwe pokonał chrześcijańskie wojska pod Legnicą, w odległości ledwie kilku mil, oraz miesiąc od chwili, gdy rzucił swoje wyzwanie.
Ruszyła w lewo i błyskawicznie schowała się za pniem starego dębu. Delikatnie pogłaskała korę, jakby prosiła drzewo o radę, po czym przesunęła palcami przed oczami, odmawiając starą modlitwę Wiążących. Mgła zaczynała się rozwiewać; mogła zaczekać. W tej krainie dobrze wyszkolony adept zna wartość cierpliwości.
Docierały do niej urywki rozmowy, słownej przepychanki, która najwyraźniej nie rozpoczęła się tego ranka i nie miała się rychło zakończyć. Cnán rozpoznała rytmiczną intonację łaciny, której dawno nie słyszała i którą nie posługiwała się od dzieciństwa.
– ...uspokój wzrok. Wiesz, gdzie jest ostrze. Przestań na nie patrzeć...
– ...nie zamykaj oczu! Równie dobrze możesz od razu rzucić miecz. Jesteś głupi jak baran?
– ...jeśli będziesz patrzył na jego ostrze, spóźnisz się. Nie widzisz jego oczu, więc po co...
Mniej niż o rzut kamieniem od niej najwyżej dwudziestoletni młodzieniec o włosach tak jasnych, że niemal białych, stał naprzeciwko starszego mężczyzny – masywnego rudzielca naznaczonego bitewnymi bliznami. Obaj dzierżyli potężne wojenne miecze, a ich ćwiczenia obserwował mężczyzna w stroju mnicha.
Mężczyźni zapewne byli rycerzami Bractwa Tarczy, których polecono jej odnaleźć. Jeżeli ich reputacja nie kłamie, w ciągu kilku dni odpowiedzą na zaskakujące zaproszenie chana. Bractwo Tarczy jest rozproszone, lecz ich najbliższa siedziba znajduje się w Petraathen, starożytnym forcie położonym na górskiej grani na południe od Krakowa, w odległości zaledwie kilku dni drogi. W odróżnieniu od Mongołów instynktownie skłaniają się ku obozowaniu w lasach, a ich zwiadowcy odnaleźli ten dawno opuszczony klasztor. Cnán przypominał on pogańską świątynię, ukryte podziemne mitreum, w którym jej lud niegdyś odprawiał swoje ezoteryczne rytuały. Te ruiny, jakiekolwiek było ich pierwotne przeznaczenie, przekształcono w zaimprowizowany kapitularz, sanktuarium, w którym rycerze mogli czekać i ćwiczyć, jednocześnie prowadząc rekonesans wokół nasiąkniętego krwią pola bitwy pod Legnicą i olbrzymiego, cuchnącego miasta namiotów, które wzniósł tam Onghwe.
Zza muru cmentarza wyłonił się jeździec na rosłym dereszowatym rumaku. Cnán wzdrygnęła się, widząc w dłoniach mężczyzny mongolski łuk, pasiasty i wielosegmentowy jak odnóże owada. Jednakże przybysz nie był Mongołem: miał kasztanowe włosy, długie i gęste, a pod jego ostrym nosem zwieszały się bujne wąsy. Zawrócił wierzchowca i pogalopował wzdłuż łukowato rozstawionych budynków gospodarczych, następnie znów skręcił i zaczął jeździć tam i z powrotem po trawie. Jego manewry pozornie były pozbawione sensu, dopóki Cnán nie zrozumiała, że jeździec ćwiczy strzelanie z łuku. Gdy dostrzegał coś, co w jego ocenie mogło posłużyć za cel, zwalniał strzałę, czasami mijając wypatrzony obiekt w galopie, czasami oddalając się od niego albo nagle wstrzymując konia i strzelając z miejsca.
Znała tych rycerzy tylko ze słyszenia, ale widziała w jeźdźcu człowieka, który znalazł się we władzy Mongołów i wiele się od nich nauczył, wykorzystując i przystosowując ich broń do swoich potrzeb.
W głębi polany, za rozwiewającymi się zasłonami mgły i upadłymi murami refektarza, młody mężczyzna uderzał mieczem w pionowy pal, wciąż powtarzając taki sam atak. Obok niego dwaj kolejni młodzieńcy parowali ciosy patykami, a następny krążył wokół nich, odsuwając się, gdy było to konieczne. Po lewej stronie, w zielonym cieniu młodego dębu, dwaj mężczyźni siedzieli przy stole utworzonym z kawałków na wpół zgniłego drewna i popijali z poobijanych mosiężnych kubków. Obaj mieli przystrzyżone ciemne włosy. Jeden nosił ciemną brodę i miał pasujące do niej ciemne oczy – jak Saracen, pomyślała – a jego syryjskie pochodzenie było widoczne także w kroju ubrania.
Drugi z mężczyzn, bardziej krągły na twarzy i energiczny, zerkał wkoło bladymi oczami i nerwowo przebierał palcami, wyrzucając z siebie krótkie serie szeptów, jakby przedstawiał plany, o których wiedział, że nie spodobają się ciemnookiemu.
W sumie wypatrzyła dziewięciu. Silna grupa, ale sformowana głównie z młodzieńców – w dodatku w rodzaju tych, którzy rzadko tworzą zwartą drużynę. Była to albo dobra, albo bardzo zła wiadomość, gdyż w Kraju Czaszek, regionie zrujnowanym za sprawą przejścia mongolskiej hordy, desperacja i złe zamiary często skłaniały do sojuszu nawet najbardziej odmiennych maruderów.
A jednak wydawało się, że właśnie po nich została wysłana.
Ordo Militum Vindicis Intactae obecnie identyfikował się z chrześcijaństwem, więc ukrywanie się w pobliżu klasztoru było dla nich naturalną decyzją. Wciąż jednak opowiadano historie o tym, że w dawnych czasach rycerze z Petraathen wyznawali kult śmierci, głosząc dziwaczne nauki o nagrodzie czekającej po śmierci na wojowników, którzy polegli z mieczem w ręku, przelewając krew. Tacy bracia mogli w zaświatach zamieszkać z bohaterskimi i błogosławionymi wojownikami. Z miejsca, w którym przysiadła, Cnán widziała siedem dużych granitowych krzyży jerozolimskich na zarośniętym przyklasztornym cmentarzu, postawionych tam zapewne około półtora wieku wcześniej.
Podłubała w zębach gałązką, po czym przyjęła wygodniejszą pozycję na kolanach. Stosowała techniki cichego oddechu i cichego serca, więc wierzyła w swoją dyskrecję, z zadowoleniem obserwując rycerzy z ukrycia.
A przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki nie usłyszała trzaśnięcia za swoją głową. Rozległ się brzęk, syk i coś poderwało ją z ziemi, z głuchym hukiem uderzając jej głową o pień drzewa, tak że jej czaszka zadzwoniła jak dzwon.
Rozpaczliwie sięgnęła za plecy i poczuła gładkie, długie drzewce. Strzała o szerokim grocie przyszpiliła kaptur jej peleryny do pnia starej brzozy. Próbowała się uwolnić. Dwa lata ucieczki przed Mongołami nauczyły ją, że wkrótce nadleci druga, celniejsza strzała, więc najlepiej będzie zostawić strój i uciekać.
Wtedy usłyszała głos – przypominający głos jej matki, tylko odległy i smutny – który rozległ się jakby tuż przy jej uchu:
– Pierwsza strzała wystrzelona z idealnym wyczuciem czasu i odległości.
Cnán natychmiast zrozumiała. Opuściła dłoń. Łucznik osiągnął dokładnie to, co sobie zamierzył. Najwyraźniej opuścił obozowisko jeszcze przed jej przybyciem, żeby krążyć wokół klasztoru i obserwować okolicę.
Ucieczka na nic by się nie zdała. Nie miała do czynienia z Mongołami i ich szakalami ani z niewyszkolonymi bandytami, ale z ludźmi, którzy urodzili się i wychowali w lasach. Przy pierwszym fałszywym kroku druga strzała przeszyłaby zielone gałęzie i wbiła się jej w kręgosłup.
Cnán się uspokoiła. Jej oczy drgnęły, gdy tuż obok usłyszała kolejny słaby szelest. Jej śladem między drzewami podążali co najmniej dwaj mężczyźni: łucznik, który wciąż pozostawał w ukryciu po prawej stronie Cnán, a także tropiciel, który właśnie zbliżał się do niej od tyłu. Obaj z pewnością pochodzili z obozowiska i pełnili straż w lesie.
Myśliwy za jej plecami zaczął iść swobodniej, robiąc dużo hałasu, ale jeszcze nie widziała jego twarzy. On również nie mógł dostrzec jej oblicza, gdyż zasłaniały je przygwożdżony kaptur oraz gęstwina pozlepianych zaschniętym błotem czarnych włosów, które zwisały spod peleryny na środku głowy. Okrążył ją ostrożnie, a gdy wreszcie ujrzał ją w pełnej krasie, przez kilka chwil uważnie się sobie przypatrywali.
Cnán widywała wielu dziko wyglądających mężczyzn podczas swojej długiej podróży przez ziemie Rusinów, ale ten jegomość – odziany wyłącznie w skóry własnoręcznie zabitych istot, ze splątaną brodą gęstą jak futro niedźwiedzia – wyglądał na wpół zwierzęco. Żadna część jego stroju nie została utkana – nie interesowały go kobiece sztuki. Zielone oczy – ich kąciki zmarszczone od słońca – rozświetlały jego oblicze młodzieńczą wesołością.
Nie musiała zgadywać, co w niej dostrzegł, gdyż to oznajmił. Mówił w obcym języku, ale niektóre słowa miały znajome źródła. Rozpoznała „kobietę”, „Mongołkę” i „szpiega” – to ostatnie słowo bardzo przypominało jej prawdziwe imię w tocharskim.
Mogła sklecić zaprzeczenie w słowach, które może by zrozumiał, ale istniały skuteczniejsze języki niewymagające słów.
Cnán zrzuciła pelerynę, wyprostowała się, parsknęła drwiąco i zmierzyła go wzrokiem.
To było lepsze niż siarczysty policzek. Myśliwy cofnął się o pół kroku, po czym odzyskał równowagę, udając, że się zatoczył. Jego zielone oczy się śmiały. Zerknął w prawo, włączając trzecią osobę do ich niemej rozmowy: łucznika, który odepchnął sobie z drogi gałąź końcem łuku i podszedł bliżej.
Był to najwyższy mężczyzna, jakiego Cnán widziała od lat, a być może w całym życiu. Wiedziała, że ludzie w chrześcijańskich krajach przewyższają posturą tych ze stepów, ale ten człowiek był prawdziwym olbrzymem, nawet pośród swojego ludu. Miał jasnorude włosy i brodę. Nie był przystojny, ale jego oblicze promieniowało siłą, która budziła respekt. Przez kilka chwil przyglądał się Cnán, a następnie zwrócił się do myśliwego, który wciąż chichotał. Wymienili kilka urywanych zdań, kilkakrotnie powtarzając słowa „Mongołka” i „szpieg”. Ich mowa brzmiała tak samo, ale z pewnością się różniła, bo niezbyt sprawnie się porozumiewali.
Po kilku nieporozumieniach łucznik przeszedł na łacinę. Jednak myśliwy tylko pokręcił głową i uniósł dłonie.
Najwyższy czas przejąć inicjatywę.
– Jestem Vaetha – skłamała po łacinie. Mówienie w drugim języku matki przychodziło jej z zaskakującą łatwością. – Przybywam z krainy daleko na Wschodzie i przynoszę wieści dla chrześcijan. Przekażę je mistrzowi waszego zakonu. Proszę, zabierzcie mnie do niego.
Myśliwy ponownie pokręcił głową z szerokim uśmiechem, a następnie obrócił się na pięcie i odszedł w stronę klasztoru.
– Nie ruszaj się – rzekł łucznik. Wyjął nóż z pochwy i ostrożnie okrążył kobietę, mrużąc lśniące oczy. Niedbale odciął kaptur od strzały, rozrywając materiał. Najwyraźniej żelazny grot był dla niego ważniejszy, gdyż po chwili odciął kawałek kory i wydobył go ze starannością cyrulika.
– Jestem Ræwulf – powiedział, rzucając pelerynę pod jej stopy. – A kim ty jesteś i dlaczego mówisz po łacinie?
– Ona należy do Wiążących. – Nowy głos, głuchy i głęboki, dobiegł spośród drzew.
Cnán obróciła się i zobaczyła, że dyskretnie zbliżył się do nich starszy mężczyzna, którego widziała w obozowisku. Był ubrany w szatę chrześcijańskiego mnicha. Miał pomarszczoną, zniszczoną twarz i co najmniej sześćdziesiąt lat, jednak wiek go nie osłabił. Przyglądał się jej z powagą, trzymając dłoń na piersi i bębniąc palcami po mostku. Chrzęst metalu wskazywał na to, że pod podniszczoną w podróży tuniką nosi kolczugę.
Zamieszanie zwróciło uwagę pozostałych ludzi na polanie, nawet młodzieńców zajętych okładaniem się patykami, którzy przerwali ćwiczenia, zasalutowali sobie nawzajem i uścisnęli dłonie, a następnie powolnym krokiem ruszyli w stronę Cnán.
Jeździec minął ich galopem i wstrzymał wierzchowca tuż na skraju lasu, po czym zbliżył się od tyłu do starca. Popatrzył na nią z góry i z obrzydzeniem poruszył wąsami, jakby była wzdętym kleszczem, którego właśnie wyciągnął sobie z wewnętrznej strony uda.
– Mongołka! – orzekł.
– Nie, Istvánie – odparł starszy mężczyzna, nawet się nie oglądając. – To prawda, że ma ich kości policzkowe, ale przyjrzyj się jej oczom.
– Zatem rozbójniczka albo rabuś trupów. Tak czy inaczej, zabijcie ją. – István splunął na ziemię niedaleko jej stóp, zręcznie zawrócił konia i odgalopował.
Starszy mężczyzna zbliżył się i podniósł podartą pelerynę. Wręczył ją Cnán, grzecznie, bez strachu, ale również bez pokory.
– Jestem Feronantus – przedstawił się – ze Skjaldbræður. – Nie użył nowszej chrześcijańskiej nazwy, ale starszej, w mowie Północnych: Bractwo Tarczy.
– Jestem Vaetha – odrzekła. – Jak słusznie osądziłeś, jestem posłańcem.
– Ta, która widzi – przetłumaczył Feronantus. – To po tocharyjsku. Gra słów oznaczająca szpiega. Oczywiście kłamiesz, jeśli chodzi o twoje imię – tego się spodziewaliśmy. Ale Vaetha wystarczy, póki nie zaufasz mi na tyle, żeby zdradzić, kim naprawdę jesteś.
Starała się wytrzymać jego spojrzenie, ale nie dała rady.
– Chodź – rzekł Feronantus. Odwrócił się do niej plecami i odszedł.
Powędrowała za nim w stronę budynków. Olbrzymi łucznik Rædwulf podążał za nimi obojgiem, ściskając swoją cenną strzałę i wygładzając jej pierzysko, jakby była żywą istotą, która potrzebuje pocieszającego dotyku swojego pana.
Młody blondyn popatrzył oszołomiony na przechodzącą Cnán, po czym obrócił się w stronę pozostałych. Roześmiali się, widząc jego zaskoczenie.
Rycerz, z którym ćwiczył walkę, nachylił się i wyciągnął zaciśniętą dłoń ku jego kroczu.
– Mogłaby ci odciąć jaja – zakpił. – Niewielka strata!
– Widziałeś ją? – ostro spytał chłopak. Ruszył za Feronantusem, krocząc bokiem jak szczeniak. – Mam na imię Haakon – zwrócił się do Cnán. – Mówiłaś, że jak się nazywasz? – Najwyraźniej nigdy wcześniej nie widział ciemnoskórej kobiety.
– Nie kłopocz się – rzekł Feronantus. – Odejdzie, zanim wydobędziesz z niej prawdę. Poza tym pamiętaj o swoich ślubach.
Nieudolne oszołomienie chłopaka przyprawiało Cnán o obrzydzenie. Feronantus być może należał do starej szkoły, ale pozostali – jegomość wyglądający na Saracena, mężczyźni trzymający kubki z piwem, wymachujący patykami, hałaśliwi młodzicy, natarczywy blondyn – stanowili bezładną zbieraninę, jakiej się nie spodziewała, znając opowieści swojej matki o stali i chwalebnych czynach. Wojowniczy mnisi z Petraathen wyraźnie przeżywali trudne chwile.
Może zmienią to wieści, które przywiozła.


* * *



Zanim dotarli do sypiącego się klasztoru, którego używali jako kapitularza, uwagę Feronantusa zwrócił odziany w skóry myśliwy. Ten z niewiadomego powodu przykucnął, dziwacznie rozpłaszczył się na ziemi i z zamkniętymi oczami przycisnął ucho do zapadniętego, omszałego nagrobka.
Tak naprawdę nie ucho, lecz grubą kość czaszki, która znajdowała się głębiej. Czegoś nasłuchiwał.
– Co się zbliża, Finnie? – spytał Feronantus w szorstkiej mowie, którą preferował myśliwy.
Finn uniósł cztery wyprostowane palce. Potem opuścił dłoń na ziemię i zaczął naśladować galopującego konia.
„Wiele stepowych kuców”... Finn otworzył oczy i pokręcił głową. Złożył dłonie, a następnie je rozsunął. „Jeden bardzo duży”, ocenił.
– Konni – rzekł Feronantus.
Cnán nagle odniosła wrażenie, że wszyscy mężczyźni w klasztorze, nie licząc Feronantusa i Finna, zniknęli. Rozglądając się, dostrzegła, gdzie się pochowali. Chłopcy, którzy przed chwilą wymachiwali drewnianymi mieczami, teraz dzierżyli długie stalowe ostrza. István i Ræwulf wyjęli łuki i założyli strzały na cięciwy, a Finn zrobił to samo, gdy tylko ponownie stanął na nogach.
Minął upokarzająco długi czas, zanim Cnán cokolwiek usłyszała. W końcu ciężki stukot kopyt i brzęk stali przebiły się przez gęstą roślinność otaczającą klasztor i na leśnej drodze pojawili się dwaj jeźdźcy, którzy jechali obok siebie, prowadząc luzaki.
Oto rycerz godny opowieści matki, pomyślała Cnán. Był wysoki, miał długie kasztanowe włosy odgarnięte do tyłu nad wysokim czołem, orzechowe oczy i gładko ogoloną twarz anioła. Nosił kolczugę, z czym często się spotykała, ale jego ramiona i pierś osłaniały także wypolerowane stalowe płyty. Na plecy zarzucił tarczę, kształtem, jak z przekąsem zgadywała Cnán, przypominającą łzy, które z pewnością spłynęły po twarzach wszystkich eleganckich dam w jego zamku w dniu, gdy pogalopował walczyć z Mongołami. Przy biodrze miał prosty, obosieczny miecz przeznaczony do walki jedną ręką, ale dłuższy i delikatniejszy niż większość tego typu oręża.
Drugi mężczyzna był niższy, umięśniony i miał kanciastą głowę. W pierwszej chwili Cnán wzięła go za giermka, ale gdy obaj przybysze wjechali na teren klasztoru, stwierdziła, że wiekiem co najmniej dorównuje rycerzowi. Jego ubiór, chociaż znoszony, bardziej pasował do dworskiego życia niż do leśnego obozu. Przy jego boku dyndała broń przypominająca toporek, a cały był obwieszony sztyletami. Na plecy zarzucił naciągniętą i odbezpieczoną kuszę. W jego postawie i sposobie, w jaki odnosił się do pięknego rycerza, nie było uległości, tylko szacunek wynikający z równości i braterstwa. A także gorzka świadomość tego, że ludzie wyżej cenią jego przystojnego przyjaciela.
Rycerz wpatrywał się w Feronantusa i najwyraźniej miał na końcu języka uprzejme powitanie, ale dworzanin z nadmiarem sztyletów wtrącił się i odezwał jako pierwszy. Uroczyście zatoczył łuk ręką i oznajmił donośnym głosem:
– Chrześcijański świat jest ocalony! Brat Parsifal obrał to za swoją misję.
Wokół rozległy się śmiechy, częściowo jako odpowiedź na usłyszany żart, ale częściowo, jak podejrzewała Cnán, jako wyraz ulgi, że ci dwaj mężczyźni są po stronie Bractwa.
Rycerz Parsifal podjechał do Feronantusa i zsiadł z konia z wyuczoną elegancją. Finn nie mylił się co do jego wierzchowca. Było to niezwykle piękne zwierzę z białą strzałką na czole i jedwabistą szarą grzywą oraz wysklepioną piersią, większe od rumaka Istvána i co najmniej dwukrotnie potężniejsze od mongolskich kuców.
Cnán słyszała od swoich sióstr o potyczce między braćmi z zakonu krzyżackiego i grupą Mongołów, którzy zboczyli ze szlaku i zgubili się na terytorium wroga. Uwięzieni pomiędzy rzeką i lasem, niezdolni do swobodnego manewrowania, Mongołowie zbili się w kupę, a rumaki krzyżaków staranowały ich drobniejsze kuce, wywracając je jak kręgle. Nietrudno było w to uwierzyć, patrząc na tego potężnego konia. Zaiste, wierzchowiec godny jeźdźca...
Parsifal nisko pokłonił się Feronantusowi. Cnán wcale się nie podobało, jaką przyjemność sprawia jej patrzenie na oblicze rycerza. Starała się, by nikt tego nie zauważył.
– Bracie Parsifalu, bracie Rogerze, witajcie – rzekł Feronantus. – Dobrze widzieć was obu. Dzięki Bogu za waszą bezpieczną podróż.
Towarzysz Parsifala, Roger, stał zaledwie krok za nim.
– Prawdę mówiąc, Bóg okazał się zaskakująco mało pomocny... – zaczął, a Parsifal posłał mu rozpaczliwe spojrzenie. Gdy znajdowali się obok siebie, różnica wzrostu między nimi nie była tak wyraźna, jak się początkowo zdawało; Parsifal robił wrażenie potężniejszego za sprawą swojego wierzchowca.
– Wysłuchamy waszych opowieści podczas wieczerzy – zapewnił Feronantus, unosząc dłoń, żeby zakończyć rozmowę.
– Będziemy ich słuchać bez końca! – zaśmiał się olbrzym, który szkolił Haakona.
Parsifal odwrócił się w stronę żartownisia i na jego twarzy pojawił się nieudawany zachwyt.
– Taran! Miałem nadzieję, że cię tutaj zastanę.
– Słyszałem, że możesz przybyć – rzekł Taran – i wiedziałem, że będzie trzeba przywrócić ci formę, nim rozpoczną się zawody.
– Tarana już znacie – powiedział Feronantus – a ten ciemny, niezwykły jegomość to Rafael, nasz medyk. Wiele moglibyśmy rzec w ramach powitań i opowieści, jednak gdy przybyliście, Rogerze i Parsifalu, właśnie zmierzałem na spotkanie, które niewątpliwie jest zbyt ważne, by z nim zwlekać.
Przybysze skierowali wzrok na Cnán, a następnie z powrotem na Feronantusa.
– To nasza szybkonoga przewodniczka i posłanniczka – wyjaśnił Feronantus. – Jej imię jest nieistotne, przynajmniej na razie.
Taran mruknął coś na temat „Wiążących”, a zaskoczenie na ich twarzach ustąpiło miejsca ostrożnemu zainteresowaniu.


* * *



– Skąd przybyłam? Z miejsc, których nazw nigdy nie słyszeliście. Dlatego nie widzę sensu, żeby je podawać – rzekła Cnán w odpowiedzi na pierwsze pytanie Feronantusa.
Wokół stołu zapanowała wesołość. Cnán denerwowała się, że mężczyzna imieniem Rafael, o krótko przystrzyżonej czarnej brodzie i syryjskim wyglądzie, może przejrzeć jej blef. Zgadywała, że to krzyżowiec, urodzony i wychowany w jednym z nielicznych pozostałych miast-fortec, w których armie Zachodu wciąż stacjonowały w tej zapuszczonej piekielnej dziurze, którą nazywali Ziemią Świętą. Jednakże taki człowiek może znać najgłębsze zakątki Azji lepiej niż choćby Taran, który był Irlandczykiem i zapewne uznawał Dublin za część egzotycznego Orientu.
A może traktowała go niesprawiedliwie? Była głodna i zaszczuta jak zwierzę, i to uczyniło ją nerwową. Zatopiła zęby w kawałku chleba, a trzej starsi rycerze zachichotali.
– Jednak w ostatnich kilku dniach – kontynuowała z pełnymi ustami – przybyłam z Czeszowa. To na wschód stąd. – Przełknęła. – W lesie. – Ponownie przełknęła. – Mongołowie nie lubią się zapuszczać w tamte okolice. Żyje tam pewien człowiek, szlachetnie urodzony Rusin z Włodzimierza Wołyńskiego, którego zapewne znacie pod nazwą Lodomeria. Mężczyzna ten twierdzi, że was zna.
Feronantus przybrał poważną, zbolałą minę.
– Iłłarion – rzekł.
– To członek waszego zakonu?
– Nie – odparł Feronantus – ale mógł nim zostać, gdyby nie... religijne kontrowersje.
– Wyznaje niewłaściwy rodzaj chrześcijaństwa? – spytała Cnán, nie przestając żuć.
– Tak. Proszę, mów dalej. Zatem powiadasz, że Iłłarion żyje?
– Wyglądacie na zaskoczonych – zauważyła Cnán – co wskazuje na to, że dotarły do was wieści o wydarzeniach w Lodomerii.
Milczenie Feronantusa wskazywało na to, że potwierdza jej słowa. Jednakże Taran wyglądał na podrażnionego.
– Ja o niczym nie słyszałem – odparł Irlandczyk.
– Mówiąc w skrócie, wydarzyło się tam to samo, co we wszystkich innych miastach, które stanęły na drodze Mongołom. Może nawet spotkał ją gorszy los.
– Jak Iłłarion zdołał się wymknąć? Nie nawykł do ucieczek.
– Zaiste, celnie oceniasz jego charakter – zgodziła się Cnán. – Stanął do walki. Został wzięty do niewoli razem z licznymi wysoko urodzonymi mieszczanami, przedstawicielami kleru, kupcami i tak dalej. Mongołowie nie lubią przelewać krwi jeńców. Na polu bitwy to konieczność, ale wolą bezkrwawo uśmiercać pojmanych wrogów. Jeśli chodzi o pojedynczą osobę, przyprowadzają zapaśnika, który łamie jej kręgosłup. To jednak zbyt powolna metoda przy większej liczbie jeńców. W takim wypadku związują ich i układają na otwartym polu jak ludzki dywan. Podczas gdy biedacy jęczą i błagają o litość, Mongołowie nakrywają ich deskami, tworząc chwiejną podłogę. Potem jeżdżą po niej konno – chociaż ich kucom wcale się to nie podoba – tam i z powrotem... raz za razem... dopóki krzyki i jęki nie ustaną. Mongołowie ryczą, bełkoczą i wznoszą toasty swym paskudnym mlekiem. Ich dzieci patrzą na to wszystko i tańczą jak chochliki w piekle. Urządzają nie lada przyjęcie. – Splunęła i powiodła wzrokiem po kręgu oszołomionych twarzy. Odłożyła chleb. – Gdy dobiega końca, większość jeńców jest już zadeptana na śmierć. Ci, którzy uchodzą z życiem, są zbyt połamani, żeby się ruszać. Bardziej martwi niż żywi, bardziej połamani niż cali – dodała, ponownie dotykając chleba. Poczuła skurcz w żołądku i pokręciła głową. – Wystarczy.
– To się przydarzyło Iłłarionowi?
– Tak. A także jego żonie i córce. Następnego ranka, gdy Onghwe-chan i jego ludzie odsypiali zabawę, pojawiło się kilkoro czarnych kości...
– Czarnych kości? – spytał Feronantus.
– Inaczej aratów, Mongołów z niższej kasty. Byli wśród nich Tatarzy, Turcy, kilku Rusinów. Przyszli, żeby podnieść deski i zabrać uszy.
– Uszy? – ostro spytał Taran.
– Tak liczą zabitych wrogów – wyjaśnił Rafael.
– Większość z nas ma dwoje uszu! – zaprotestował Taran.
– Zawsze chodzi o prawe ucho – spokojnie odparł Rafael.
– Kiedy odcięli prawe ucho Iłłarionowi, ten się obudził – wyjaśniła Cnán. – Jak demon, wyciągnął rękę z błota, chwycił nóż oprawcy, obrócił ostrze i go wypatroszył. Kilku kolejnych aratów pomknęło ku niemu na krzywych nogach. Iłłarion podniósł jedną z desek i użył jej jako drąga. Kolejno roztrzaskał im głowy. Wszystkich pozabijał. – To nieco ją rozweseliło i odgryzła kolejny kęs chleba. – Potem zabrał ich konie i odjechał. Macie piwo?
Rycerze popatrzyli po sobie i uśmiechnęli się, jakby wymieniali jakiś sekret. Rafael nalał jej kufel pieniącego się kwaśnego napitku, którym się raczyli. Smakował jak piwo, ale był mocny jak miód i uderzył jej do głowy.
– Skoro Iłłarion wciąż żyje, nie mogę zlekceważyć tej opowieści – rzekł Feronantus po dłuższym namyśle. – Jednak podejrzewam, że w połowie składa się z prawdy, a w połowie z bzdur.
– Deska użyta jako drąg – odezwał się Taran, szarpiąc się za brodę i krzywiąc twarz. – Trudno byłoby ją dobrze chwycić.
– Iłłarion zawsze sprawnie posługiwał się kijem – przypomniał mu Feronantus.
– Wątpię, żeby obudził go łowca uszu – stwierdził Rafael. – Pewnie czekał, udając martwego.
– Na pewno stracił ucho – oznajmiła Cnán. – Prawe.
– Nie musimy teraz rozstrzygać takich kwestii – uznał Feronantus, widząc, że Taran zamierza zgłosić nową wątpliwość. – Twierdzisz, że żyje i jest niedaleko.
– Ledwo i w pewnym sensie – odparła Cnán. – O dwa dni jazdy w normalnych okolicznościach.
– Miłuję Iłłariona – swobodnie przyznał Feronantus – i zrobiłbym dla niego niemal wszystko. Ale jest nas niewielu i zgromadziliśmy się tutaj w innym celu.
– Przewidywał, że tak powiecie – odrzekła Cnán – ale upierał się, że i tak winniście po niego pojechać, a gdy znajdzie się w waszym obozie, wszystko zrozumiecie.
Feronantus sprawiał wrażenie nieco zgaszonego. Popatrzył pytająco na Cnán.
– Doprowadzisz nas do niego?
– Oczywiście, jeśli pozwolicie mi dokończyć chleb. No i dolejecie piwa.
– Proszę, jedz do syta. Rafaelu, pojedziesz z nami, żeby opatrzyć ranę Iłłariona?
– Oczywiście.
– Zabierz Finna, a także Haakona, na wypadek kłopotów.
– Haakon może nam być potrzebny tutaj – ostrzegł Taran. Cnán zdziwiła się, do czego potrzebują chłopca. Wyglądał na nieporadnego i niezdarnego. Niemal było go jej żal.
– Rafael przywiezie go całego i zdrowego – odparł Feronantus, przenosząc wzrok na Syryjczyka.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-06-19 (539 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej