Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Legenda kroczącej śmierci
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Na ostrzu noża'' - Patrick Ness



Pierwsze, co odkrywasz, jak twój pies nauczy się mówić, to że psy nie mają za wiele do powiedzenia. O niczym.
– Chce mi się kupę, Todd.
– Zamknij pysk, Manczi.
– Kupę. Kupę, Todd.
– Powiedziałem, zamknij pysk.
Idziemy przez zarośnięte chwastami pola na południowy wschód od osady, te, co to opadają ku rzece i dalej, ku bagnom. Ben mnie wysłał, żebym mu narwał trochę bagiennych jabłek, i kazał mi zabrać Mancziego, choć wszyscy wiemy, że Cillian kupił go tylko po to, żeby się podlizać burmistrzowi Prentissowi i dlatego bach, na urodziny w zeszłym roku dostałem psa, chociaż nigdy nie mówiłem, że chcę psa. Mówiłem, że najbardziej to chcę, żeby Cillian wreszcie naprawił turbocykl, żebym nie musiał się tłuc na piechotę w każdy przeklęty kąt w tej głupiej dziurze, ale nie, wszystkiego najlepszego, Todd, masz tu szczeniaczka, Todd, i chociaż go nie chcesz, chociaż nigdy żeś o niego nie prosił, zgadnij, kto musi go karmić i tresować i kąpać i wyprowadzać i słuchać, jak paple, teraz, kiedy jest już wystarczająco duży, by zarazek gadania działał na jego japę. Zgadnij, kto?
– Kupa. – Manczi szczeka cicho do siebie. – Kupa, kupa, kupa.
– Po prostu zrób tę durną kupę i przestań o niej mleć ozorem.
łodygę trawy rosnącej obok ścieżki i zamierzam się na niego. Nie trafiam, nie mam zamiaru go trafić, ale on tylko wydaje swój krótki szczekający śmiech i biegnie dalej. Idę za nim, uderzając trawy rosnące po obu stronach łodygą, którą trzymam w ręku, mrużąc oczy przed słońcem, próbując o niczym nie myśleć.
Tak naprawdę nie potrzebujemy tych jabłek z bagien. Ben może je kupić w sklepie pana Phelpsa, jeśli naprawdę chce. Wiadomo też, że pójście na bagna, żeby zerwać parę jabłek, to nie robota dla mężczyzny, bo mężczyźnie nigdy nie wolno się tak obijać. No cóż, ja oficjalnie stanę się mężczyzną dopiero za trzydzieści dni. Przeżyłem dwanaście lat liczących po trzynaście długich miesięcy i do tego jeszcze dwanaście miesięcy, i to wszystko oznacza, że od wielkich urodzin dzieli mnie jeszcze cały miesiąc. Powstają plany, trwają przygotowania, będzie niezłe przyjęcie, jak sądzę, choć zaczynam wyłapywać związane z nim dziwne obrazy, całe ciemne i jednocześnie zbyt jaskrawe, ale w każdym razie stanę się mężczyzną, a zrywanie jabłek na bagnach to nie robota dla mężczyzny, ani nawet dla prawie-mężczyzny.
Ale Ben wie, że może mnie poprosić, żebym tam poszedł, i wie, że powiem: dobrze, pójdę, bo bagna to jedyne miejsce w pobliżu Prentisstown, gdzie możesz zyskać chwilę wytchnienia od całego tego Szumu, co się wylewa z ludzi, całego zgiełku i jazgotu, co nigdy nie cichnie, nawet kiedy śpią, mężczyźni i te myśli, co sami nie wiedzą, że je mają, nawet kiedy wszyscy je słyszą. Mężczyźni i ich Szum. Nie wiem, jak oni to robią, że są w stanie wytrzymać jedni z drugimi.
Mężczyźni robią wokół siebie mnóstwo Szumu.
– Wiewiórka! – woła Manczi i już leci, zbaczając ze ścieżki, nie dbając o moje krzyki, więc ja też muszę za nim pobiec przez (rozglądam się, żeby mieć pewność, że jestem sam) cholerne pola, bo Cilliana szlag trafi, jeśli Manczi wpakuje się w jakąś cholernąmoja cholerna wina, nawet jeśli ja w ogóle nie chciałem dostać tego cholernego psa, do jasnej cholery.
– Manczi! Wracaj tu!
Wiewiórka!
Przedzieram się przez trawę. Pędrakulki przylepiają mi się do podeszew. Gdy próbuję się ich pozbyć, jedna się rozwala, zostawiając na bucie zieloną smugę, której – jak wiem z doświadczenia – już się nie wywabi.
Manczi! – wściekam się.
– Wiewiórka! Wiewiórka! Wiewiórka!
Ujada wokół drzewa, a wiewiórka biega tam i z powrotem po pniu, drażniąc się z nim. No chodź, młyniecki psie – mówi jej Szum. Chodź złap, chodź złap. Młyniec młyniec młyniec.
– Wiewiórka, Todd! Wiewiórka!
Kuźwa, ale durne te zwierzaki.
Łapię Mancziego za obrożę i daję mu solidnego klapa po tylnych łapach.
– Au, Todd? Au? – Walę go znowu. I znowu. – Au? Todd?
– Chodź – mówię, a mój własny rozwścieczony Szum huczy tak głośno, że ledwo słyszę własne myśli, czego zaraz pożałuję, poczekajcie tylko.
Młyniecki chłopak, młyniecki chłopak – myśli wiewiórka pod moim adresem. Chodź złap, młyniecki chłopaku.
– Ty też się odpartol – odpowiadam, ale nie mówię “odpartol”, tylko deczko mniej grzecznie.
I naprawdę, naprawdę powinienem był się jeszcze raz rozejrzeć.
Bo znikąd zjawia się Aaron, znienacka podrywa się z trawy, podrywa się i wali mnie z liścia w twarz, rozcinając mi wargę swoim wielkim pierścieniem, a potem zaciska dłoń w pięść i wymierza drugi cios na odlew, trafiając w kość policzkową, ale przynajmniej nie w nos, bo już upadam w trawę, próbując uciec przed jego sierpowym, i puszczam obrożę Mancziego, a on pędzi z powrotem ku wiewiórce, szczekając jak najęty, zdrajca jeden, i ląduję na czworakach w trawie, zasyfiając sobie pędrakulkami całe ciuchy.
I zostaję tak, na ziemi, dysząc.
Aaron staje nade mną, jego Szum zasypuje mnie fragmentami Biblii i jego następnego kazania i pojedynczych myśli: Język, młody Todd i znalezienie ofiary i święty wybiera swą drogę a Bóg słyszy, a do tego ta powódź obrazów, która jest w każdym Szumie, znajomych rzeczy oraz przelotnych migawek...
Co? Co u diaska?
Ale głośny kawałek jego kazania zagłusza to coś, a ja spoglądam w górę, w jego oczy i nagle nie chcę wiedzieć. Czuję już smak krwi z wargi, którą mi rozciął swoim pierścieniem i nie chcę wiedzieć. On nigdy tu nie przychodzi, mężczyźni nigdy tego nie robią, mają swoje powody, jak to mężczyźni, tylko ja i mój pies tu bywamy, ale teraz on tu jest i nie chcę nie chcę nie chcę wiedzieć.
Aaron uśmiecha się zza tej swojej brody, patrząc w dół, uśmiecha się patrząc na mnie, leżącego w trawie.
Uśmiechnięta pięść.
– Język, młody Toddzie – mówi – wiąże nas jak więźniów na łańcuchu. Czy niczego się nie nauczyłeś w kościele, chłopcze? – A potem mówi to, co najczęściej powtarza z ambony. – Jeśli jeden z nas upada, wszyscy upadamy.
Tak, Aaronie – myślę.
– Ustami, Todd.
– Tak, Aaronie – mówię.
– A cholery? – nie odpuszcza. – A kuźwy? Nie myśl, że ich też nie słyszałem. Twój Szum cię zdradza. Zdradza nas wszystkich.
Nie do końca – myślę, ale równocześnie odpowiadam:
– Przepraszam, Aaronie.
Nachyla się nade mną, zbliżając wargi do mojej twarzy, i czuję zapach oddechu wydobywającego się z jego ust, czuję ten smród jak ciężar, jakby to były palce sięgające ku mnie.
– Bóg słyszy – szepcze. – Bóg słyszy.
I znów podnosi rękę, uchylam się odruchowo, on parska śmiechem, a potem już go nie ma, tak po prostu. Odchodzi z powrotem w kierunku osady, zabierając swój Szum ze sobą.
Cały się trzęsę od napięcia po tym, jak mnie walnął, trzęsę się przez to, że jestem tak nakręcony i zaskoczony i wściekły i tak bardzo nienawidzę tej osady oraz mieszkających w niej mężczyzn, że mija dłuższa chwila, nim jestem w stanie wstać i znowu złapać mojego psa. Co on tu do kuźwy nędzy robił? – myślę i jestem tak wkurzony, wciąż tak nabuzowany złością i nienawiścią (i strachem, tak, strachem, zamknijcie się) że nawet się nie odwracam, żeby sprawdzić, czy Aaron usłyszał mój Szum. Nie odwracam się. Nie odwracam się.
A potem jednak się odwracam i idę po mojego psa.
– Aaron, Todd? Aaron?
– Nie powtarzaj więcej tego imienia, Manczi.
– Krwawisz, Todd. Todd? Todd? Todd? Krwawisz?
– Wiem. Zamknij się.
– Młyniec – mówi, jakby to nic nie znaczyło. Łeb ma pusty jak niebo.
Wymierzam mu klapsa w tyłek.
– Tego też nie powtarzaj.
– Au? Todd?
Idziemy dalej, trzymając się w bezpiecznej odległości od rzeki, którą mamy po lewej. Rzeka płynie w dół przez serię kanionów na wschód od osady; bierze swój początek daleko na północy, za naszą farmą, mija osadę i rozlewa się szerzej, tworząc podmokły obszar, który przechodzi w bagniska. Lepiej trzymać się z dala od rzeki, a zwłaszcza od tego podmokłego odcinka przed linią bagiennych drzew, bo żyją tam kroksy, wystarczająco duże, żeby załatwić prawie-mężczyznę i jego psa. Płetwy na ich grzbietach wyglądają zupełnie jak trzciny, a jeśli podejdziesz za blisko, WUUM! – wylatują z wody, rzucają się na ciebie z wyciągniętymi szponami i kłapiącą paszczą, i w zasadzie nie masz już wtedy szans.
Omijamy podmokły odcinek i staram się chłonąć przybliżającą się ciszę bagien. Nie ma tu już nic ciekawego do oglądania, tak naprawdę, i to dlatego mężczyźni tu nie przychodzą. A także przez zapach. Nie udaję, że go nie ma, ale też wcale nie śmierdzi tu tak strasznie, jak powiadają mężczyźni. Czują smród swoich wspomnień, nie ten zapach, który teraz tu jest; czują zapach tego, co było kiedyś. Wszystkich martwych stworzeń. Szpakusy i ludzie mieli odmienne zdanie na temat grzebania zwłok. Szpakusy po prostu wykorzystywały bagno, wrzucały swoich zmarłych do wody, pozwalając im zatonąć, i nie było żadnego problemu, pewnie dlatego, że ich ciała dobrze się do tego nadawały. Tak powiada Ben. Woda i muł i szpacka skóra dobrze się ze sobą łączyły, zwłoki nie zatruwały bagna, tylko je użyźniały, tak jak mężczyźni użyźniają ziemię.
A potem nagle, rzecz jasna, było o wiele więcej szpakusów do pogrzebania niż normalnie, zbyt wiele, żeby mogło ich połknąć nawet tak wielkie bagno jak to, mimo że jest naprawdę pioruńsko wielkie. I nie było już żadnych żywych szpakusów, co nie? Tylko sterty szpackich trupów, gromadzące się w bagnisku, gnijące i cuchnące, i musiało minąć mnóstwo czasu, nim bagna stały się z powrotem bagnami, a nie paskudnym syfem pełnym much i smrodu i kto wie, jakich zarazków, co tamci je zachowali specjalnie dla nas.
Urodziłem się w tamtym czasie, w całym tamtym syfie, gdy bagna były przepełnione, cmentarz był przepełniony, a w osadzie zostało za mało ludzi, no więc nic nie pamiętam, nie pamiętam świata bez Szumu. Mój tatko zachorował i zmarł, zanim się urodziłem, a potem oczywiście zmarła też mama, jakżeby inaczej. Ben i Cillian mnie przygarnęli, wychowali mnie. Ben powiada, że moja mama była ostatnią z kobiet, ale wszyscy to mówią o wszystkich mamach. Może i Ben nie kłamie, on sądzi, że to prawda, ale kto wie?
Tak czy owak jestem najmłodszy z całej osady. Kiedyś wychodziłem rzucać kamieniami w polne wrony razem z Regiem Oliverem (starszym o siedem miesięcy i osiem dni), Liamem Smithem (starszym o cztery miesiące i dwadzieścia dziewięć dni) i Sebem Mundym, który był najmłodszy po mnie, starszy o trzy miesiące i jeden dzień, ale teraz już nawet on się do mnie nie odzywa, po tym jak stał się mężczyzną.
Chłopcy nigdy tego nie robią, gdy już skończą trzynaście lat.
Tak to już jest w Prentisstown. Chłopcy stają się mężczyznami, którzy chodzą na swoje spotkania tylko-dla-mężczyzn, żeby tam gadać piorun wie o czym. Chłopcy zdecydowanie nie mają tam wstępu, a jeśli jesteś ostatnim chłopcem w osadzie, musisz po prostu czekać, całkiem sam.
No, ty i pies, którego nie chcesz.


* * *



Wynosimy się z bagien i ruszamy z powrotem w stronę osady, a cały świat wydaje się nam czarny i szary niezależnie od tego, co słońce ma do powiedzenia w tym temacie. Nawet Manczi mało co mówi, gdy idziemy z powrotem przez pola. Mój Szum wre i bulgoce niczym gulasz na ogniu, aż muszę się zatrzymać na chwilkę, żeby się ciut uspokoić.
Nie ma czegoś takiego jak milczenie. Ani tutaj, ani nigdzie. Ani gdy śpisz, ani gdy jesteś sam, nigdy.
Jestem Todd Hewitt – myślę sam do siebie z zamkniętymi oczami. Mam dwanaście lat i dwanaście miesięcy. Mieszkam w Prentisstown na Nowym Świecie. Dokładnie za miesiąc stanę się mężczyzną.
To taka sztuczka, której nauczył mnie Ben. Pomaga wyciszyć mój Szum. Zamykasz oczy i tak wyraźnie i spokojnie, jak tylko potrafisz, powtarzasz sobie, kim jesteś, bo to się gubi w tym całym Szumie.
Jestem Todd Hewitt.
– Todd Hewitt – mamrocze do siebie Manczi tuż obok.
Biorę głęboki oddech i otwieram oczy.
Oto, kim jestem. Jestem Todd Hewitt.
Idziemy dalej, oddalając się od bagien i od rzeki, wspinamy się po pokrytym nieużytkami zboczu aż na mały grzbiecik na południe od osady, gdzie kiedyś była szkoła, przez ten krótki i bezsensowny czas, gdy istniała. Zanim przyszedłem na świat, chłopcy byli uczeni w domach przez swoje mamy, a potem, kiedy zostali sami chłopcy i mężczyźni, po prostu siadaliśmy do widu i modułów uczących, aż w końcu burmistrz Prentiss zakazał takich rzeczy, twierdząc, że wid i nauka „mają szkodliwy wpływ na dyscyplinę naszych umysłów”.
Obczajcie to: burmistrz Prentiss ma Punkt Widzenia.
No więc przez prawie pół durnego roku pan Royal, ten z wiecznie smutną miną, zbierał wszystkich chłopców i sadzał ich tutaj, w wolno stojącym budynku z dala od Szumu miasta. Nie żeby to coś pomagało. Praktycznie nie da się niczego uczyć w klasie pełnej Szumu chłopców, a już kompletnie nie idzie zrobić klasówki. Ściągasz nawet, jeśli tego nie chcesz, a wszyscy chcą.
A potem pewnego dnia burmistrz Prentiss postanowił spalić wszystkie książki, co do jednej, nawet te, które mężczyźni mieli w domach, bo ponoć książki też miały szkodliwy wpływ, a pan Royal, miękki gość, co robił z siebie twardego gościa, pijąc whisky w klasie, dał za wygraną i wziął strzelbę i skończył ze sobą, i to by było na tyle, gdy chodzi o moją naukę w szkole.
Ben nauczył mnie reszty w domu. Naprawiania maszyn i szykowania żarcia i cerowania ubrań i podstaw uprawy roli i takich tam. A także mnóstwa rzeczy związanych z survivalem, takich jak myślistwo i to, które owoce można jeść i jak na podstawie księżyców wyznaczać strony świata i jak używać noża oraz strzelby i co robić, gdy wąż cię dziabnie i jak wyciszać swój Szum, na tyle, na ile się da.
Próbował mnie też uczyć czytania i pisania, ale burmistrz Prentiss wychwycił to w moim Szumie pewnego ranka i zamknął Bena w ciupie na tydzień i tak się skończyła moja nauka z książek, a że trzeba się było uczyć tylu innych rzeczy i tyle jest roboty na farmie do ogarnięcia na co dzień i trzeba po prostu jakoś przeżyć, nigdy tak naprawdę nie nauczyłem się porządnie czytać.
Nie szkodzi. Nikt z Prentisstown nigdy nie napisze żadnej książki.
Manczi i ja mijamy budynek szkoły, wspinamy się na grzbiecik i patrzymy na północ, a tam rozciąga się osada. Nie za dużo z niej teraz zostało. Jeden sklep, kiedyś były dwa. Jeden pub, kiedyś były dwa. Jedna klinika, jedno więzienie, jedna niedziałająca stacja benzynowa, jeden wielki dom – dom burmistrza, jeden posterunek policji. Kościół. Jeden krótki kawałek drogi biegnący przez środek, kiedyś wybrukowany, ale nigdy nie naprawiany, raz dwa zmienił się w żwirówkę. Wszystkie domy i takie tam rozrzucone są po obrzeżach, tak jakby, jak gospodarstwa. To miały w założeniu być gospodarstwa, niektóre nadal są, a niektóre stoją puste albo jeszcze gorzej.
I to by było na tyle, gdy chodzi o Prentisstown. Populacja: sto czterdzieści siedem i spada, spada, spada. Stu czterdziestu sześciu mężczyzn i jeden prawie-mężczyzna.
mówi, że kiedyś było więcej osad rozrzuconych po Nowym Świecie, że wszystkie statki wylądowały z grubsza w tym samym czasie, jakieś dziesięć lat przed tym, jak się urodziłem, ale kiedy zaczęła się wojna ze szpakusami, kiedy szpakusy rozpyliły zarazki i wszystkie pozostałe osady zostały wykoszone, to Prentisstown też prawie zostało wykoszone i przetrwało tylko dzięki temu, że burmistrz Prentiss był tak dobrym dowódcą, i nawet jeśli burmistrz Prentiss jest chodzącym koszmarem, to zawdzięczamy mu przynajmniej to, że dzięki niemu żyjemy tu sami na całym wielkim pustym pozbawionym kobiet świecie, o którym nie da się powiedzieć nic dobrego, w osadzie liczącej stu czterdziestu sześciu mężczyzn, która z każdym mijającym dniem umiera trochę bardziej.
Bo niektórzy mężczyźni nie są w stanie tego znieść, co nie? Kończą ze sobą jak pan Royal albo po prostu znikają pewnego dnia, jak pan Gault, nasz stary sąsiad, co kiedyś miał drugą farmę owiec, albo pan Michael, nasz drugi najlepszy cieśla, albo pan Van Wijk, co zniknął w dniu, gdy jego syn stał się mężczyzną. To się wcale nie zdarza tak rzadko. Jeśli cały twój świat to jedna pełna Szumu osada bez przyszłości, czasem po prostu musisz się z niej wynieść nawet, jeśli nie masz dokąd pójść.
Bo gdy prawie-mężczyzna, znaczy się ja, spogląda w górę ku osadzie, słyszy tych stu czterdziestu sześciu mężczyzn, co się ostali. Słyszę ich wszystkich, co do jednego. Ich Szum spływa ku mnie w dół wzgórza normalnie jak jakaś powódź, jak potwór wielkości nieba, co leci cię dorwać, bo nie masz dokąd zwiać.
Oto, jak jest. Tak wygląda każda minuta każdego dnia mego durnego, śmierdzącego życia w tej durnej, śmierdzącej osadzie. Nie ma sensu zatykać uszu, to nic nie pomaga.

A to są tylko słowa, głosy, co gadają, jęczą, śpiewają i płaczą. Są też obrazki, co się nagle pojawiają w myślach, nieważne, jak bardzo ich nie chcesz, obrazki wspomnień i fantazji i sekretów i planów i kłamstw, kłamstw, kłamstw. Bo w Szumie można kłamać, nawet kiedy wszyscy wiedzą, co myślisz; możesz zagrzebać rzeczy pod innymi rzeczami, możesz je schować na widoku, po prostu nie myślisz o nich jasno albo przekonujesz sam siebie, że prawdziwa jest odwrotność tego, co chowasz, a wtedy kto rozróżni, co w powodzi jest prawdziwą wodą, a co cię nie zamoczy?
Mężczyźni kłamią, a sami przed sobą kłamią najgorzej.
Dla przykładu, nigdy nie widziałem na żywo kobiety, ani Szpakla, ma się rozumieć. Oczywista, widziałem i kobiety, i Szpakli na widach, zanim te zostały zakazane, i widzę ich cały czas w Szumie mężczyzn, bo o czym niby myślą mężczyźni poza seksem i wrogami? Ale szpakusy są większe i paskudniej wyglądają w Szumie niż na widach, co nie? A kobiety z Szumu mają jaśniejsze włosy i większe piersi i noszą mniej ciuchów i dużo swobodniej się zachowują niż na widach. No więc to co trzeba zapamiętać, najważniejsza rzecz z tej całej mojej gadaniny, to że Szum nie jest prawdą. Szum jest tym, co mężczyźni by chcieli, żeby było prawdą, a między tymi dwiema rzeczami jest różnica tak wielka, że może cię, kuźwa, zabić, jeśli nie będziesz uważać.
– Dom, Todd? – Manczi szczeka ciut głośniej koło mojej nogi, bo tak właśnie trzeba gadać w Szumie.
– Taa, idziemy – odpowiadam. Mieszkamy po drugiej stronie, bardziej na północny wschód, i będziemy musieli przejść przez osadę, żeby się tam dostać, no więc oto i osada, trzeba ją minąć najszybciej, jak tylko się da.
Pierwszy z brzegu stoi sklep pana Phelpsa. Dogorywa ten jego sklep, tak jak i reszta osady, a pan Phelps spędza cały swój czas na rozpaczaniu. Nawet kiedy coś od niego kupujesz i jest tak uprzejmy, że ojeju, rozpacz sączy się z niego niczym ropa z rany. Kończy się, szepcze jego Szum, kończy się, wszystko się kończy i Strzępy i strzępy i strzępy i Moja Julia, moja droga, droga Julia, która była jego żoną i która w Szumie pana Phelpsa nie ma na sobie zupełnie nic.
– Serwus, Todd – woła do mnie, gdy Manczi i ja przechodzimy śpiesznie obok.
– Serwus, panie Phelps.
– Cudny dziś dzień, no nie?
– To fakt, panie Phelps.
– Cud! – szczeka Manczi i pan Phelps się śmieje, ale jego Szum nadal powtarza: koniec i Julia i strzępy i wyświetla obrazy tego, czego mu najbardziej brakuje, gdy chodzi o żonę i co kiedyś robiła, jakby to było w jakiś sposób wyjątkowe.
Nie myślę w moim Szumie niczego szczególnego na użytek pana Phelpsa, po prostu to co zwykle, te rzeczy, co to się je myśli mimo woli. Choć nagle łapię się na tym, że myślę to wszystko troszkę głośniej, żeby zasłonić myśli o tej dziurze, którą odkryłem na bagnach, przyblokować ją za głośniejszym Szumem.
Nie wiem, czemu to robię, nie wiem, czemu miałbym to ukrywać.
Ale ukrywam.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-07-06 (529 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej