Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Bez odkupienia
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Skald. Kowal słów. Tom I'' - Łukasz Malinowski



Obudziły go smród łajna, bzyczenie much oraz przyjemny wiaterek. Otworzył oczy i ujrzał nad sobą zad klaczy, która wachlowała go ogonem. Przez chwilę czuł się jak w domu, zad ten bowiem niczym nie różnił się od tych, jakie widywał w Östlandzie.
Wspominanie rodzinnych stron zostało przerwane, gdy czyjaś czarna głowa przesłoniła mu widok. Jej właściciel stwierdził głosem zmienionym przez opatrunki tkwiące w dziurkach złamanego nosa:
– W końcu nasza księżniczka się obudziła.
Östmad szarpnął się i poczuł uścisk sznura na ramionach i nogach. Dopiero teraz pojął, że spoczywa przywiązany do włóczyska. Pod plecami nie czuł niczego twardego, zatem konstrukcja musiała zostać wykonana ze skóry rozciągniętej na drewnianej ramie. Jej dolne rogi ciągnęły się po ziemi, a górne utrzymywały się w powietrzu dzięki dwóm żerdziom przymocowanym do boków klaczy.
– Mógłbyś nie zasłaniać widoku?
– W twoim stanie chyba lepiej, że daję ci trochę cienia.
– Lepiej, ale jestem pieśniarzem wyczulonym na piękno, a twoja gęba jest szkaradniejsza niż koński zad.
– Gdyby to zależało ode mnie, przed oczami miałbyś tylko ziemię.
Uśmiech Vaeringa, który ten pochopnie przywołał na twarz, szybko zmienił się w grymas bólu. Kac i obita głowa dały o sobie znać. Ale dowiedział się przynajmniej tyle, że porywacze nie zamierzali go zabić.
– Los człowieka przędą norny, ale jego wykonawcami są zwykle ludzie. Kto więc trzyma igłę nawlekającą nić mojego przeznaczenia?
– Jak na skalda, masz kiepski słuch. Mówiłem przy naszym pierwszym spotkaniu, że Tirus Wielki zaprosił cię do swojego pałacu.
– W moich stronach gościmy piwem i mięsiwem, a nie pałką.
– W naszych zaś miodem, chlebem, solą i damskim towarzystwem. Ale jeśli gość obraża gospodarza, zasługuje na karę.
– A czymże mu uchybiłem?
– Odmową.
– A co to za gospodarz, który z zaproszeniem wysyła potwora z sag dla dzieci?
– Potężny. Taki, z którego rozkazu ożywają bestie z ludowych skazek.
Ali uśmiechnął się, pokazując palcem, kogo ma na myśli.
– A jak tam twój nos?
– Piękny nie byłem, to i tym ciosem urody mi nie dodałeś.
Pieśniarz zdziwił się, słysząc tę zuchwałą i ciętą odpowiedź, godną prawdziwego syna Północy, a nie jakiegoś czarnego stwora. Blamad zachowywał spokój i wydawało się, że nie da się niczym sprowokować. Skald zaczął uważniej przyglądać się porywaczowi. Obserwację miał o tyle ułatwioną, że Ali ciągle był w ruchu, raz prowadząc pochód, raz doglądając więźnia, to znów gawędząc z towarzyszami. Östmad mógł go więc obejrzeć z każdej strony. Czarny demon miał rozumny wyraz twarzy, a w jego oczach nie tliły się iskierki okrucieństwa charakterystyczne dla odrmadów, szaleńców. Był łysy, ale jego głowę zdobiło coś innego niż włosy. Na całej jej górnej części widniał niebieski tatuaż wężowego łba, którego poskręcany, rozdwojony język sięgał brwi wojownika. Grube cielsko węża spływało na szyję, kark i plecy czarnego stwora, by wić się wokół kręgosłupa, a potem niknąć pod szarawarami. Poeta domyślił się, że tatuaż ciągnął się dalej, po prawej nodze Blamada, gdyż tuż nad stopą zobaczył koniec cienkiego ogona, wyłaniający się z nogawki spodni.
– Skąd tak dobrze znasz mowę moich przodków i obyczaje ludzi Północy, demonie? – zapytał, gdy Ali kolejny raz zbliżył się do niego.
– „Demonie”? Prawisz jak ci śmieszni mężczyźni w czarnych kieckach z Kristlandów. Nie powinieneś mnie raczej nazwać draugiem albo fjandim, jak w twoim języku mówi się na krwiożercze potwory?
– Powinienem. Ale kristlandzki „demon” lepiej pasuje do jakiegoś tam Ibna, który trzy razy dziennie wzywa imienia boga Maumentsa.
– Muhammada... Widzę, żeś mądrzejszy, niż wyglądasz, choć nie do Muhammada kieruję modły, bo to tylko prorok. Ale muszę cię zawieść. Żaden ze mnie dżin, ifrit ani nawet ghul, choć smolistą barwą swej skóry mógłbym konkurować z diabłem Romverjów. Jestem po prostu zwykłym Blamadem w niezwykłej krainie.
– Taaa. Zwykłym. Masz szczęście, że to nie zima.
– Czemuż to?
– Bo wyglądałbyś jak gówno na śniegu.
Żart był słaby i prostacki, ale pieśniarza wciąż bolała głowa, utrudniając skupienie. Nie był zadowolony z dowcipu, ale z radością dostrzegł, że porywacz nie został na niego obojętny. Ali na pół uderzenia serca zmarszczył brwi, zdradzając oznaki zdenerwowania.
– Bezczelny jak zawsze. Ale ja nie pozwolę sobie na gniew. Poznałem się na was, Vaeringowie. Wyniosłością, śmiałością i pogardą stawiacie się ponad innymi, by ukryć prawdę.
– Jaką to? Ciekawym wielce.
– A taką, że na ziemiach Wschodu jest was tylko garstka. I taką, że gdyby mieszkańcy Gardariki się zjednoczyli, to uciekalibyście w popłochu jak bydło przed grzywiastym kotem.
– Twój pan musi myśleć inaczej. W końcu to ja jestem mu do czegoś potrzebny, a nie kupa smerdów z cepami i widłami.
– Zostałeś wezwany, bo kagan nie posłuchał mojej rady.
– Widać mądry, że odrzuca od siebie czarne myśli.
– Cięty masz język, ale lepiej na niego uważaj. Nie jesteśmy na Północy, gdzie zuchwałość nagradza się złotymi pierścieniami. Choć przodkowie mojego pana również wywodzą się z Noregu, nie pobłaża on takim jak ty. Za mniejsze przewiny wbija na pal i rozrywa końmi.
– Nie odpowiedziałeś jeszcze na moje pytanie. Skąd znasz język i obyczaje mego ludu?
– Szybko się uczę, a spotkałem wielu Vaeringów i kilku sagnamadów. Poznanie waszej mowy i nauczenie się waszej bezczelności nie jest trudne w kraju, którego władcy wysługują się obcymi z różnych stron, by rozwiązywać swoje problemy.
– A skąd ty się tutaj wziąłeś? Jakoś nie pasujesz mi do lasów i stepów. Może ten wasz grzywiasty kot przegnał cię z ojczyzny?
– To długa historia, nie będę cię zanudzał.
– Chwilowo nie mam nic lepszego do roboty.
– Dobrze więc. Pochodzę z krainy, którą wy, przybysze z Północy, nazywanie Blalandem. Matka powiła mnie w małej wiosce daleko na południe stąd, na obrzeżach wielkiego królestwa Wagadou, rządzonego przez ród boskich ghanów. Było to wspaniałe sioło nad jeziorem. Mężczyźni z mojego plemienia zajmowali się polowaniem, a kobiety przyrządzaniem strawy. Wzbudzaliśmy lęk w naszych wrogach, a miłość w przyjaciołach. Gdy osiągnąłem wiek męski, zabiłem wielkiego grzywiastego kota i zostałem przyjęty do grona wojowników. Potem, zwyczajem przodków, wyruszyłem do Serklandów, by uczyć się rzemiosła wojownika i poznać sekret stali. To tam poznałem...
– Jednak masz rację. Nudzisz mnie. Ciekawszym zajęciem jest oglądanie chmur.
– Jak chcesz – gniewnie rzucił Ali i odszedł.
Ainar przymknął oczy i spróbował się przespać. Drzemka okazała się całkiem przyjemna, choć przerywana wstrząsami, gdyż ciągnięto go po wertepach. Jawa mieszała mu się ze snem. Odróżniał je tylko po tym, że jawa była bardziej bajkowa. Dwóch Blamadów jechało na cudacznych koniach z garbem na grzbiecie. Bestie o żółtej sierści rzucały mu znudzone spojrzenia, a ich tępe pyski nie przeżuwały tylko wtedy, gdy zwierzęta pluły. Inny czarnoskóry dosiadał małego konia w paski. Jechał na oklep, a jego nogi potrącały źdźbła żółtej trawy. Podróżowali teraz między bezleśnymi wzgórzami, ale nie byli jeszcze na sławnych południowych stepach, o jakich opowiadano mu w otoczonym lasami Holmgardzie.
Nastrój senności i otępienia potęgowało słońce. Skóra boleśnie swędziała pieśniarza, zmieniając odcień na ohydnie rumiany, a potem na jeszcze brzydszy – brunatny. Nie myślał jednak o tym, gorzej jednak było z nie zwracaniem uwagi na narastające pragnienie. Łaknął jednak nie wody, którą porywacze podawali mu regularnie, wlewając mu ją do ust ze skórzanego bukłaka, lecz ale. Złocistego pszenicznego napoju, jedynego, jaki jest w stanie ugasić ten rodzaj pragnienia, który męczy mężczyznę w upalne dni.
Katusze spragnionego zakończyły się szybciej, niż się spodziewał, i w nie taki sposób, w jaki sobie życzył.
Skórzane leże gruchnęło o ziemię. Głowa poety ponownie wybuchła bólem, a z góry skapnęła na nią ciepła maź. Smakowała jak krew. Ainar odchylił głowę do tyłu i zobaczył, że zad, który niedawno przypominał mu o rodzinnych stronach, o mało nie posłał go na wieczną biesiadę we dworze boskiego Valfuda. Na szczęście koń przewrócił się na bok, przy okazji łamiąc żerdzie włóczyska. Zwierzę próbowało wymachiwaniem kopyt przegnać śmierć. W boku i szyi wierzchowca sterczały strzały. Ciche rżenie powoli zmieniało się w niemal ludzki charkot.
Leżąc na plecach, Vaering więcej słyszał niż widział. Zorientował się wszakże, że czarni dobyli broni i ukazując swoją nocną, tchórzliwą naturę, ukryli się za wozem zaprzęgniętym w woła i za garbatymi końmi. Ali, którego Skald potrafił już rozpoznać po głosie, wykrzykiwał rozkazy w nieznanej poecie mowie.
Kiedy klacz w końcu zdechła, między wzgórzami zapadła cisza.
Nie trwała długo. Ainar usłyszał tętent koni, dzikie wrzaski i świst strzał, które wbiły się w ziemię niebezpiecznie blisko. Potem usłyszał bitewne zawołanie czarnych. Początkowo myślał, że sam Göllnir mami mu uszy pijackimi jękami lub zdrowy rozsądek mści się za morzenie go głodem i pragnieniem. Ale nie. Blamadowie wyraźnie śpiewali „mniam, mniam”. Widać nie on jeden miał ochotę na przekąskę.
Czarni wojownicy zaczęli tupać i uderzać włóczniami o ziemię, wybijając jednostajny rytm, który łupał w zbolałej po przepiciu głowie Skalda. Pieśniarz zaczął na poważnie rozważać odrąbanie sobie czerepu. Szarpnął się ponownie i tym razem udało mu się złamać jedną z żerdzi, uszkodzoną już podczas upadku. Nie przyniosło mu to wolności, ale mógł przynajmniej obrócić się na bok i przyjrzeć nadchodzącemu starciu.
Jeden z napastników wysforował się przed resztę. Ainar był pewien, że pędzi na niego kolejny stwór z gardarikańskich skazek. Wysoki na osiem stóp, wyróżniał się czterema nogami i dwiema głowami – końską i ludzką. Ta druga miała skośne oczy, skórę koloru moczu, a wieńczyła ją futrzana czapa. Dwie ręce stwora szyły z pokrzywionego, więc najwyraźniej złamanego, łuku. Strzały trafiały jednak w cel, mimo iż pokraka cwałowała.
Przez chwilę pieśniarz myślał, że chyba jednak wypił za dużo, ale porzucił tę niemądrą myśl, gdyż napastnik był zbyt rzeczywisty, by mógł się okazać tylko pijacką wizją. Zrozumiał zatem, że musi mieć przed sobą osławionego Huna lub Tattara, konio-człowieka, owoc podłego związku mężczyzny z klaczą, który krew wrogów pije na śniadanie, a mleko z własnych wymion na kolację.
Konio-ludzi przybywało. Gdy byli zaledwie o ćwierć mili przed wozami, rozdzielili się sprawnie. Część pognała dalej, wprost na Blamadów, a reszta rozjechała się na boki, nie przestając strzelać z łuków. Ci, którzy szarżowali, trzymali w dłoniach wygięte półksiężycowato miecze i skórzane tarcze.
Czarni nie czekali, aż Tattarzy ich dopadną. Cisnęli włóczniami o szerokich grotach.
Trzy potwory, trafione w końską pierś, zwaliły się na ziemię. Reszta wpadła między Blamadów. Pobrzękiwania żelaza i odgłosy łamanych kości zagłuszyły jęki rannych i zawodzenia konających, a wszystkie razem zlały się w jeden znany na całym świecie – od Lodowej Wysyp do Indialandu – odgłos bitwy.
Fylgja, boska dawczyni szczęścia, uśmiechnęła się do Ainara. Tattarzy mieli ręce pełne krwawej roboty i nie zwracali na niego uwagi. Przynajmniej na razie. Walczący zmieszali się ze sobą, tworząc przedziwny korowód bajkowych postaci. Odziani w kocie skóry czarni i skośnoocy koczownicy w skórzanych kaftanach wymieniali uprzejmości zakrzywionymi mieczami – poeta przypomniał sobie, że nazywano je szablami – drewnianymi pałkami, włóczniami i toporkami o wąskich ostrzach. Pomiędzy nimi przemykały konie w paski i żółte ogiery z garbami.
Pozostali konio-ludzie z łukami nadal krążyli wokół pola bitwy, z bezpiecznej dla siebie odległości celnie trafiając w Blamadów. Czarnych wojowników nie było jednak łatwo powalić – wielu walczyło mimo strzały w udzie czy plecach, a umierało dopiero wtedy, gdy ich ciała zostały posiekane lub tak naszpikowane pierzastymi pociskami, że zaczynały przypominać jeża. Ta nadludzka wytrzymałość nie była jednak w stanie zrównoważyć liczebnej przewagi koczowników. Wtedy Ali pokazał swe prawdziwe oblicze siewcy śmierci.
Dotychczas walczył nie mniej zajadle niż pozostali wojownicy, teraz jednak dał się ponieść bojowemu uniesieniu, zupełnie jakby był hamramirem czy berserkiem, z których to szalonych wojowników słynęła Północ. Przełożył włócznię do lewej ręki, a z ziemi podniósł kolejną. Podrzucił obie, pochwycił je w połowie drzewca i pobiegł w kierunku dwóch konio-ludzi siejących spustoszenie wśród Blamadów.
Ainar przysiągłby na włócznię Göllnira, że źrenice Alego poszerzyły się dwukrotnie, a oczy zapłonęły jak u serklandzkiego dżina. Strzały tylko otarły się o odsłoniętą pierś Czarnego Berserka, jakby jego ciało stało się odporne na ciosy. Doskoczył do pierwszego stwora i wbił obie włócznie w jego ludzką pierś. Ciosy rozerwały poczwarę na pół. Część człowiecza poleciała dobre pięć stóp do tyłu, a część końska stanęła dęba.
Ali obrócił się w kierunku drugiego Tattara i bez broni pognał wprost na niego, jakby chciał wziąć stwora na rogi niczym żubr. Tuż przed przeciwnikiem zmienił jednak kierunek biegu. Minął o pięść koński łeb, uchylił się przed płaskim cięciem szabli i uderzył barkiem w poczwarę. Obaj runęli na ziemię. Ali, który znalazł się na wierzchu, zaryczał zwycięsko, koński łeb potwora zarżał, niezadowolony z ciężaru berserka, a skośnooka głowa, ściśnięta w czarnych łapach, zawyła. Wszyscy zamilkli, gdy suchy trzask obwieścił złamanie kręgosłupa.
Ainar odwrócił wzrok od walczących. Miał własne kłopoty. Jego fylgja wyrżnęła go w pysk, zabierając ze sobą szczęście: obie strony walki przypomniały sobie o nim, i to równocześnie. Z przeciwnych stron popędzili ku niemu i Blamad, i Tattar.
Ten pierwszy był bliżej, ale ten drugi biegł szybciej dzięki końskim nogom. Obaj krzyczeli i wywijali żelazem. Skald nie rozumiał ich słów, ale wątpił, by go pozdrawiali.
Wygrał czarnoskóry, choć wyprzedził wroga tylko o długość konia. Ciął mieczem dwa razy. Trafił pod pachę i między nogi pieśniarza. „Tylko nie tam” – pomyślał Ainar, spodziewając się kolejnej dawki bólu. Ten jednak nie nadszedł, a zamiast niego Vaering poczuł, że może się ruszyć. Liny zostały przecięte.
Stoczył się z leży na trawę, unikając kopyt potwora. Wybawca przeskoczył nad Skaldem i pchnął konio-człowieka w pierś. Zwierzę zaryło kolanami o ziemię i zrzuciło jeźdźca z siodła.
Dopiero teraz, patrząc na Huna z bliska, Skald przekonał się, że jego podejrzenia były słuszne. Nie miał do czynienia z dziwacznym stworem, ale z niskim człowieczkiem który tak wprawnie dosiadał kuca, że zdawał się tworzyć z nim jedność. Tattar zadziwiająco niezgrabnie podnosił się na nogi, więc z pewnością bardziej przywykł do jazdy w siodle niż do chodzenia po ziemi.
„Kto marnuje czas na rozważaniach, umrze jako starzec” – mawiała babka Ainara, a że poeta zwykł korzystać z jej rad, odegnał myśli o naturze napastnika. Miał poważniejsze zmartwienie – żółtolicy pokurcz biegł w jego stronę i wcale wprawnie machał przy tym szablą.
Pieśniarz uśmiechnął się brzydko. Podniósł z ziemi kawał drzewca złamanej włóczni i przywitał napastnika z całą serdecznością Północy. Zamachnął się kijem, trafiając koczownika w ramię. Skośnooki zawył, ale się nie poddał. Odwagi mu nie brakowało, choć z pewnością nigdy nie walczył z tak wysokim przeciwnikiem. Przy Ainarze wyglądał jak mały ogar obszczekujący niedźwiedzia.
Hun nie docenił zasięgu ramion Skalda i zapłacił za to najwyższą cenę. Składacz strof zdzielił go po głowie, następnym ciosem złamał przedramię, a w końcu wbił ostry koniec złamanego drzewca w brzuch wroga. Nim pokurcz padł na ziemię, Skald wyszarpnął mu szablę z dłoni.
Zważył nową broń w dłoni i zakręcił kilka młyńców. Pomyślał, że to całkiem poręczne żelazo, choć stanowczo za lekkie. Poszukał wzrokiem swojego wybawcy. Blamad walczył kilka kroków za nim, odpierając ataki dwóch pieszych Tattarów.
Ainar podszedł do oswobodziciela i uderzył lewym sierpowym. Pięść trafiła w czarną skroń i obaliła dzikiego, nim ten zdążył się zdziwić takim obrotem sprawy. Skald pamiętał jego twarz. To właśnie on powalił go wczoraj pod skytningiem – Vaering był tego prawie pewny. Prawie, bo wszyscy czarnoskórzy wydawali mu się tacy sami.
Po karze przyszła pora na krztynę wdzięczności – nie zostawił porywacza na łasce wrogów. Przyjął obronną postawę i wyzwał Hunów do walki, plując im pod nogi. Sieknął z prawej, ciął z lewej, odskoczył, pchnął, uderzył z góry. Niscy ludzie padli martwi, pocięci jak mięso w potrawce.
Pieśniarz był dobry w zabijaniu. Dziś jednak nie marnował czasu na prawdziwą szermierkę ani tanie sztuczki – wywijanie młynków czy płytkie, szerokie cięcia, po których krew sikała jak woda z gejzeru – choć broń, którą właśnie dzierżył, świetnie się do nich nadawała. Dziś Skald uderzał po östlandzku, czyli tak, by zabić jednym ciosem. Celował w linie życia, przechodzące przez szyję, wewnętrzne strony rąk i tył nóg, oraz w krzyż śmierci, którego poprzeczna belka biegła między ramionami, a pionowa od głowy do pępka.
Odwrócił się ku kolejnym napastnikom. W lewej ręce trzymał kawałek drzewca włóczni, w prawej szablę. Dzięki takiej broni i ogromnej przewadze zasięgu ramion nakarmił tego dnia jeszcze wiele kruków i wron. Jednego Tattara sieknął przez twarz, innemu uciął ucho wraz ze sporym kawałkiem skóry. Uchylił się przed cięciem i uderzył drzewcem w skośnookie oblicze. Zęby, razem z zakrwawionymi korzeniami, spadły na żółtawą trawę.
Szykował się właśnie do dobicia pokurcza, gdy ujrzał nowego przeciwnika. Nie dało się go nie zauważyć, choć nie był żadnym wielkim jötunem ani trollem. Wyłonił się jakby spod ziemi w otoczeniu dymu i kurzu, a towarzyszył temu huk przywodzący na myśl grom z jasnego nieba. Z tej zasłony wyłoniły się dwie kulki, które potoczyły się pod nogi dwóch najbliżej stojących Blamadów i wybuchły czarnym dymem. Dało się wyczuć siarkę. Wojownicy potarli oczy, popatrzyli po sobie i zawyli. Ich źrenice się powiększyły, oczy zrobiły czerwone, a po policzkach pociekły smoliste łzy. Jeden z czarnych rzucił się na ziemię i zaczął walić głową o kamień, aż pękła mu czaszka. Drugi upuścił włócznię i trzymając się za głowę, pobiegł w stronę ściany kurzu. Na spotkanie nadleciał mu nóż, który przebił jego szyję na wylot.
Dym powoli się rozwiewał i Ainar mógł w końcu przyjrzeć się wrogowi. Czarownik był karłem, a jakby samo to było za mało upokarzające, złośliwi bogowie obdarzyli go jeszcze garbem i prawie całkowitą łysiną. Prawie, bo na czubku głowy nosił kosmyk siwych włosów związanych w kucyk, który opadał na bok, przysłaniając lewe ucho. Grube czarne wąsy odciągały uwagę od szerokiego nosa i małych, sprytnych oczu. Krępy tułów podtrzymywały masywne, choć krzywe kulasy. Grube jak bochenki chleba pięści trzymały długą laskę, przyozdobioną u góry wiązanką suszonych ziół. Zgarbiony czarownik podpierał się kijem, choć Ainar miał wrażenie, że dziwak i bez niego by sobie poradził.
Pieśniarz wiedział, że z takiej odległości nie powinien dostrzec aż tylu szczegółów, ale mógłby przysiąc na boskiego Jednorękiego, że gdy karzeł wbił w niego swoje świdrujące oczy, tęczówki pokurcza zmieniały kolor – z piwnych, przez zielone na niebieskie i z powrotem. Poeta usłyszał też wyraźnie jego głos:
– Krew w ciemności, ciemność we krwi, lękliwe sny. Nawet miód, mak polny i Jomali nie złamią twojej klątwy.
Żeby nie było wątpliwości, do kogo mówi, wskazał Ainara różdżką. A potem zniknął – tak samo nagle, jak się pojawił i w towarzystwie takiego samego dymu i huku.
Skald podejrzewał, że karzeł zapadł się pod ziemię, podobnie jak mieli to w zwyczaju jego mali kuzyni z zaśnieżonej Północy. Razem z czarownikiem ulotnili się też ostatni Tattarzy, choć nie zrobili tego równie niepostrzeżenie. Pognali w kierunku, w którym wiatr rozwiewał dym. Zniknęli za wzgórzami. Zostawili poważnie rannych braci, a ci skonali lub dobił ich Ali.
W polu pozostali Skald, czterech Blamadów, koń w paski i dwa garbate ogiery.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-07-31 (510 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej