Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Lawinia
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Makabryczne Memuary Mocarnej McMężnej - Ahmet Emuukha Rodan Zappa



Obudź się McMężna

Może obudził mnie smród cuchnącego oddechu Charkacza, ziejącego z jego zgniłego, zatęchłego, nafaszerowanego ostrymi zębiskami pyska, albo straszne, donośne zgrzyt!, trzask!, łup! wydobywające się z jego oślizgłej paszczy? Tak, to pewnie ten dźwięk. Jaskinię wypełniał hałas, jakby dwanaście ludzkich czaszek klekotało w toczącej się po skalistym zboczu beczce.
Tak czy inaczej, nie ma nic gorszego niż grubaśny, chrapiący Charkozaur. Gadzi, żółtawy, plamisty bandzioch unosi się i opada z każdym smrodliwym oddechem. Ble. Przypomina trujący suflet, zrobiony z najobrzydliwszych składników na świecie.
Kiedy moje oczy przywykły do ciemności, zobaczyłam jeszcze jedną, znacznie straszniejszą od Charkozaura rzecz: w ogromnej, żelaznej klatce, wiszącej nad otchłanią wypełnioną ognistą lawą, leżało posiniaczone, zakrwawione ciało mojego ojca.
To było zdecydowanie gorsze.
Czy wspominałam, że ja oraz mój młodszy brat, Maks, byliśmy uwięzieni w podobnej klatce? Pomimo że jestem McMężna, przyznam, że się bałam. Musiałam znaleźć jakiś sposób, żeby nas stąd wydostać, zanim będzie za późno. Los mojej rodziny – i prawdopodobnie całego świata – wisiał na włosku.
Uspokój się. Weź głęboki oddech. Musisz się zrelaksować. Wdech, wydech. Uda ci się, powiedziałam sobie.
Nazywam się Minerwa McMężna. Mieszkam przy ulicy Bujanego Konika w Piszczyświstkach. Mam jedenaście lat i potrafię:
1. Czytać i pisać w makabryckim, co jest niesamowitą sprawą, gdyż makabrycki to tajemny język, którym porozumiewają się potwory. Przy okazji, to także najstarszy język na planecie. Niestety, nie mówię w nim za dobrze. W moim wykonaniu brzmi to tak, jakby kaszląca foka płukała gardło, plując do wielkiego cynowego wiadra.
2. Umiem zrobić gwiazdę na jednej ręce z przejściem do salta i zwykle udaje mi się to już za pierwszym razem.
3. Nie chwaląc się, jestem też bystrą dziewczynką. I znam świetnie geografię. Potrafię wymienić alfabetycznie wszystkie miasta w promieniu pięciuset kilometrów od Piszczyświstek, poczynając od Agrestii, z jej malowniczymi pałacami, aż do leżącego na stokach upiornych gór Złozarmowa. Dokładnie jest tych miast dwieście osiem. I jeśli zechcę, mogę wyliczyć je także w odwrotnym porządku. Mój tata zwykł powtarzać, że jestem aż nadto bystra i dlatego właśnie ciągle pakuję się w kłopoty.
Natomiast mój dziewięcioletni brat, Maksym McMężny, jest najbardziej denerwującym bratem na świecie. I mam istotne powody, aby tak mówić. Oto kilka z nich:
1. Lubi mnie ciągnąć za włosy.
2. Mlaska przy jedzeniu, a okruchy zawsze wypadają mu z buzi. To takie niekulturalne.
3. Wiecznie kopie doły na naszym podwórku i zagrzebuje w nich moje maskotki – oczywiście czyni to wbrew ich woli. Właściwie przekształcił nasze podwórko w makabryczny cmentarz. W deszczowe dni widać jak z błotnistych mogił wystają pluszowe łapki zabawek. Zawsze, kiedy wychodzę przed dom, wyobrażam sobie, że wołają mnie słodkimi, choć upiornymi głosami: Czemuś nas nie ocaliła, Minerwo? Jak mogłaś na to Maksowi pozwolić? Nigdy ci tego nie wybaczymy. Nigdy.
Niestety, mój piekielny braciszek wmieszał w ziemię końskie łajno, więc wydobycie moich przytulanek jest absolutnie wykluczone. Tata co prawda powiedział, że każe je Maksowi wykopać i uprać, ale nie zgodziłam się – za bardzo boję się zarazków z końskich kupek. Gryzą mnie przez to okropne wyrzuty sumienia. I w efekcie naprawdę mam ochotę dać Maksowi w nos. Ale, mimo że Maks bardzo mi to utrudnia, i tak go kocham, bo, na dobre czy na złe, jest moim małym braciszkiem i nic tego nie zmieni.
Aczkolwiek uważam, że moim obowiązkiem, jako starszej siostry, jest kochać go i dręczyć w równej mierze, co też staram się robić regularnie.
W tym momencie Maks był tuż obok. Leżał twarzą na brudnej, zardzewiałej podłodze naszej klatki, z nosem tuż przy szczątkach niestrawionych fragmentów kości i innych niedojedzonych odrażających, krwawych ochłapów, jakie walały się po naszym wiszącym miejscu kaźni.
Wyraźnie widziałam guza, którego Charkacz nabił mu ogonem na potylicy. Opuchlizna na mojej własnej głowie pulsowała boleśnie. Jeśli czaszka Maksa znajdowała się choć w połowie w takim stanie jak moja, brat będzie wściekły, kiedy go obudzę.
Za pomocą mocnego uszczypnięcia.
Bardzo, naprawdę bardzo mocnego uszczypnięcia.
Tak, wiem co sobie myślicie. Jak ona może być tak okrutna? A co, jeśli Maks krzyknie z bólu i ściągnie na nas uwagę Charkacza? Cóż, prawda jest taka... Charkozaury znane są z tego, że niedosłyszą, a była już najwyższa pora, żeby obudzić Maksa.
No, a poza tym wykorzystam każdą sposobność, żeby się trochę zemścić.
– Maks, wstawaj – szepnęłam łagodnie, jednocześnie mocno szczypiąc go pod pachą.
– Au! Czemu to zrobiłaś? – pisnął.
– Pluszaki – przypomniałam mu w odpowiedzi.
– Argh, moja głowa! – jęknął, rozcierając sobie guza. Spojrzał na mnie zaczerwienionymi oczyma. – Jak mogłaś mnie uszczypnąć?! Zwariowałaś?
– Przecież musiałam cię jakoś obudzić, no nie?
Maks nachmurzył się, ale najwyraźniej w jego przestępczym umyśle pojawiła się zaraz inna myśl.
– Phi, to wcale nie bolało, Mini – oświadczył drwiąco.
– A właśnie, że bolało, kłamczuchu – odparłam, rozeźlona.
– A wcale że nie, Mini – upierał się.
– Nie nazywaj mnie tak! – Wie, że nie cierpię, jak mówi do mnie „Mini”. Jestem rok i dwa miesiące starsza od Maksa, ale on jest pięć centymetrów wyższy. To okropne, że choć mam nad nim przewagę wieku, on ma nade mną przewagę wzrostu!
Życie jest okrutne. Może powinnam uszczypnąć go jeszcze raz...?
– Minerwa? Maks?! To wy? – Słaby głos ojca natychmiast przykuł naszą uwagę. – Myślałem, że już nigdy was nie zobaczę.
– Tatusiu! Jak się czujesz? – zawołałam.
– Jestem trochę poobijany i posiniaczony, ale jakoś przeżyję.
– Nie martw się, wydostaniemy cię stąd – zapewnił go Maks, po czym szepnął do mnie: – Bo wydostaniemy, prawda, Minerwo?
– Nie! – zdenerwował się tata. – Zabraniam wam robić cokolwiek! To zbyt niebezpieczne. Siedźcie spokojnie i czekajcie. Znajdę jakiś sposób, żeby nas stąd wyciągnąć.
– Ale tato, damy radę. Jesteśmy twardzi, mamy wprawę – powiedziałam z olbrzymią determinacją.
– Tak, dotarliśmy tu bez niczyjej pomocy – pochwalił się Maks, nieco zasmucony tatowym brakiem wiary w nasze siły.
– I nawet walczyliśmy z potworami – dodałam butnie.
– Słuchajcie, dzieci. Tylko wam się wydaje, że wiecie co robić. Ale wierzcie mi, nie macie zielonego pojęcia, co nam tu grozi. To istota inna niż wszystkie, najnikczemniejsza z najnikczemniejszych, najstraszliwsza z najstraszliwszych, makabrycznie mordercze monstrum, najgroźniejsze ze wszystkich.
– Mówisz o... – wykrztusiłam.
– Tak – rzekł ojciec. – Zarmaglorg, władca wszelkiego zła. A znajdujemy się w piekielnych otchłaniach Śmierdzy Trupibąk, miejscu, z którego nigdy nie uciekł żaden śmiertelnik.
– O, nie! – wykrzyknęliśmy z Maksem.
– O, tak. To niestety prawda. Ten potwór torturował mnie bez przerwy, odkąd tu jestem. Pożąda złej mocy, zaklętej w Diamencie Monidemu. – Nagle uświadomiłam sobie, że mój ojciec, niezrównany Manfred McMężny, najMcMężniejszy człowiek na świecie, zwyczajnie się boi.
Nie jest dobrze, pomyślałam.
– Mini, tato, patrzcie tam – wybełkotał Maks. Wystawił głowę przez pręty, wskazując na ognistą rozpadlinę poniżej.
Milisekundę później w czeluści nastąpiła gwałtowna eksplozja o ogromnej sile. Podmuch szarpnął klatkami, które obiły się o siebie, rzucając mnie oraz Maksa na żelazne szczeble wiszącego więzienia. Przewracaliśmy się jak dwa małe kociaki w worku, bezlitośnie strąconym z urwiska. Uderzyłam o przerdzewiały zamek klatki z taką siłą, że straciłam na chwilę oddech, a Maks grzmotnął się w szczękę tak mocno, że niechybnie musiał sobie wybić wszystkie zęby. Kakofonia zgrzytów odbiła się echem od wiszących u sklepienia groty stalaktytów. Czarne roje przestraszonych nietoperzy wypadły ze swych przytulnych kryjówek i latały wokół nas, oszalałe ze strachu.
Z przepaści wystrzeliło jeszcze trzynaście wielkich kul skłębionego ognia. Płomienie, które lizały wściekle ściany jaskini, sięgnęły naszej klatki, opalając mojemu bratu włosy. Zapach siarki, palonych włosów i skwierczących nietoperzy – to zbyt wiele, nawet jak na McMężną.
Potem wstrząsy i wybuchy ustały tak szybko, jak się zaczęły. Na razie został nam oszczędzony okropny los upieczenia żywcem. Gdy tylko dym się rozproszył, ustaliłam trzy następujące fakty:
1. Nadal oddychaliśmy. (Dobrze).
2. Zamek naszej klatki był zniszczony. (Bardzo dobrze).
3. Charkacz ocknął się z drzemki. (Niezbyt dobrze).

Molly, moja mama

Zanim opowiem wam, co stało się potem, powinnam chyba wyjaśnić kilka spraw, które wydarzyły się dwa lata temu. Właśnie w rocznicę śmierci mamy odkryliśmy z Maksem, że nasza rodzina nie jest taka zwyczajna. I chyba wtedy rozpoczęła się ta cała historia.
Siedzieliśmy w domu przy ulicy Bujanego Konika. Na zewnątrz panowała straszna, zimna noc. Niebo zasnuwała kłębiąca się złowrogo masa czarnych chmur. Ciężkie krople deszczu łomotały głośno o nasz dach. Pobliskie drzewa rzucały upiorne cienie, poruszając sękatymi, palczastymi gałęziami, jakby wykonywały dance macabre przy akompaniamencie wyjącego wichru. W oknach raz po raz rozbłyskiwały przecinające niebo, trzaskające pioruny. Mimo że w domu było sucho i bezpiecznie, za każdym razem, gdy rozlegał się grzmot, czuliśmy z Maksem jego wibracje aż w kościach. Taka noc naprawdę przejmowała grozą, a my zostaliśmy sami. Pocieszałam się jednak, że jesteśmy odważnymi dziećmi, a tata wróci niedługo.
Poszliśmy na górę, żeby ogrzać się przy kominku w bibliotece. To mój ulubiony pokój. Ściany, od podłogi do sufitu, zastawione są wysokimi na dziesięć metrów drewnianymi regałami, wypełnionymi setkami, może nawet tysiącami książek. Na półkach tłoczy się bardzo zróżnicowana tematycznie kolekcja, od literatury faktu do fantastyki, od pozycji współczesnych do średniowiecznych, od komedii do tragedii, od historii do mitologii. Są tam także grube, oprawne w skórę, ważące chyba z tonę słowniki dziwnych języków i ogromne atlasy z mapami miejsc, które mam nadzieję kiedyś odwiedzić.
Moje najszczęśliwsze wspomnienia o mamie, Molly Adelajdzie McMężnej, wiążą się właśnie z tym miejscem. Uwielbiała bibliotekę. Nadal pamiętam jej orzechowe oczy, miękkie, ciemne włosy, wąski, zgrabny nos oraz uśmiechnięte usta, którymi szczodrze obdarzała nas pocałunkami. Zwykła siadać przy kominku, w ukochanym, zielonym, pluszowym fotelu, tuż pod okropnym olejnym portretem naszego praprapradziadka, Maksymiliana McMężnego. W tym właśnie fotelu lubię siadać najbardziej. Mama dużo nam czytała, a my śmialiśmy się, gdy naśladowała głosy dziwnych postaci zamieszkujących karty książek. Odsłaniała przed nami tajniki skomplikowanych równań matematycznych oraz zadziwiających tekstów naukowych, umiejętnie szkicując zdumiewające zwierzęta, dziwaczne ptaki i osobliwe rośliny. (To sprawiało mi największą przyjemność). Opowiadała nam pełne przygód historie o dzielnych kapitanach, którzy wyruszali na poszukiwania wspaniałych złotych skarbów i zmagali się z ogromnymi falami na pokładach zbrojnych w armaty statków. (Te opowieści ubóstwiał Maks, ja nazywam je bajeczkami dla głupiutkich małych chłopców).
Kolejnym powodem, dla którego tak kocham bibliotekę, jest przepięknie pomalowany sufit. Przedstawia magiczne, nocne niebo, usiane odległymi gwiazdami, jaśniejącymi księżycami i oszałamiająco barwnymi planetami. Gdy Maks miał trzy lata, mama wzięła pędzel oraz paletę z farbami i wdrapała się na jedną ze starych, rozchwierutanych drabin. Bosa, stanęła na najwyższym szczeblu, ogarniając wzrokiem gwiezdny fresk w poszukiwaniu najlepszego miejsca do malowania. Balansując niepewnie, zanurzyła pędzel w farbie i wspięła się na palcach, by sięgnąć sufitu. Drabina chwiała się lekko, gdy mama zaczęła nanosić kolory.
– Minerwo – powiedziała, a złota kropla kapnęła jej na policzek. – Wiesz, że zapoczątkowałam tę tradycję po twoim urodzeniu?
Potrząsnęłam przecząco głową.
– Właśnie wtedy zaczęłam. To ty mnie zainspirowałaś. A wiesz, co namalowałam dla ciebie?
– Nie – odrzekłam, obserwując z trwogą, jak stareńka drabina chybocze pod ciężarem mamy.
– To, tutaj – wskazała cudną, różowawą konstelację składającą się z ośmiu jaśniejących gwiazd, ułożonych w kształt idealnego serca wokół rubinowej, lśniącej kuli słońca.
– Ty, moja kochana córeczko, jesteś tym słońcem pośrodku. Widzisz, otacza go osiem gwiazd –przewodniczek.
Widziałam i strasznie mi się to podobało.
- Osiem jest liczbą wieczności, a ja tak właśnie będę cię kochała, Minerwo. Wiecznie. – Potem przesłała mi całusa i wróciła do pracy.
Bardzo się denerwowałam, słysząc, jak drabina strasznie skrzypi, ale mama zdawała się nie zwracać na to uwagi. Malowała, prowadząc pędzel płynnymi ruchami, każdym pociągnięciem osiągając zamierzony efekt. Wreszcie skończyła.
Voilà! I co ty na to, Minerwo? – spytała. – To kometa dla Maksa. Złoty, połyskliwy ogon dla mojego złociutkiego synka.
Powiedziałam, że jest ładna, ale tak naprawdę bardziej podobała mi się moja konstelacja.
Klap, skrzyp, klap, chrup, klap, trzask. Trzymałam kciuki, gdy schodziła z niebezpiecznej drabiny. Kiedy dotarła bez szwanku na ziemię, podbiegła do mnie, pochwyciła w objęcia i obsypała niekończącym się deszczem pocałunków. To moje ostatnie szczęśliwe wspomnienie o mamie. Zmarła kilka dni później.
(Mamo, jeśli możesz to przeczytać z nieba, to chcę, abyś wiedziała, że bardzo za tobą tęsknię. I tata też. I Maks, ten matołek, też za tobą tęskni).
Jak już mówiłam, to była rocznica śmierci mamy, a tata zawsze chciał, żebyśmy obchodzili ten dzień wyjątkowo. Dlatego co roku, tak jak robił to w urodziny mamy, wsiadał na tego samego konia, jechał tą samą ulicą do tej samej cukierni, w której kupował ten sam nieprawdopodobnie pyszny, siedmiowarstwowy tort grapefruitowy z najlepszym kremem waniliowym na świecie (ulubiony tort mamy). Potem wydawaliśmy małe przyjęcie, tylko dla nas trojga, żeby uczcić pamięć mamy.
Tata założył kurtkę przeciwdeszczową i buty do konnej jazdy, a potem mocno nas uściskał. Ucałował mnie i Maksa w czoło, mówiąc, że wróci przed kolacją. Potem przykazał, żebyśmy:
1. Dokładnie zamknęli za nim drzwi.
2. Byli dla siebie mili.
3. A co najważniejsze, trzymali się z dala od kłopotów.
Następnie, w samym środku okropnej burzy, pogalopował błotnistą ulicą. Dla swojej Molly.

Kłopotliwe kłopoty

Jako że jesteśmy grzecznymi dziećmi, uczyniliśmy, co nam kazał. Zamknęliśmy za nim drzwi. Byliśmy dla siebie mili (co rzadko się zdarza). Ale jeśli chodzi o kłopoty, to jest z tym niejaki kłopot, bo gdy zostajemy z Maksem sami, często, zupełnie przypadkiem, w nie wpadamy.
Pozwólcie, że wyjaśnię. Wpadanie a pakowanie się w kłopoty, to dwie różne sprawy.
Pakowanie się w kłopoty jest wtedy, gdy świadomie robi się coś, czego robić się nie powinno.
Na przykład: jeśli w nadziei, że po drodze wbije mu się trochę rozumu do głowy, specjalnie zepchnę mojego irytującego braciszka ze schodów. Dobrze wiem, że jestem starsza i nie powinnam zrzucać go z wysokich schodów. Nie będę oszukiwała, że nie sprawia mi przyjemności widok Maksa, który koziołkuje w dół, obijając się po drodze o każdy stopień, aby wylądować w końcu z miłym dla ucha łomotem. Nie mogę też powiedzieć, że jestem zadowolona, gdy po wszystkim wychodzi z tego cało, nic sobie nie łamiąc, ani nawet nie nabijając porządnego guza. Ale muszę wspomnieć, że drze się potem wniebogłosy, a rycząc, puszcza nosem odrażające bańki i rozmazuje sobie po twarzy obrzydliwe gile. Tak, wiem, może wam się to wydać bestialstwem, ale na swoją obronę przypominam, że to usprawiedliwione działania odwetowe za jego haniebne zbrodnie, których codziennie jestem ofiarą. Bo widzicie, mój brat, Tyranozaurus Maks, celowo i bez żadnego powodu stłukł moją ręcznie formowaną figurkę małego zajączka z dmuchanego szkła, niszcząc przedmiot, który przypadkiem wyjątkowo lubiłam. Tak dla waszej informacji, zostałam za to surowo ukarana. Przez dwa tygodnie nie mogłam bawić się na podwórku ani wychodzić z domu i to w środku lata.
W przeciwieństwie do poprzedniego przypadku, wpadanie w kłopoty zachodzi wtedy, gdy nieświadomie zrobi się coś, czego robić się nie powinno.
Zupełnie jak tamtego dnia.
W oczekiwaniu na tatę, czytaliśmy sobie spokojnie przy kominku w bibliotece. Wokół stały zapalone świece, było ciepło, przytulnie. Maks leżał rozwalony na ziemi i pochłaniając jakąś książkę o piratach, z lubością dłubał palcem w nosie. Drugą ręką bezustannie turlał po podłodze swoją głupią szklaną kulkę. Z jakichś kretyńskich powodów nigdzie się bez niej nie rusza i za każdym razem, kiedy czyta ­przygody piratów lub bawi się w pirata, udaje, że to bezcenny klejnot z jego sekretnej, pirackiej skrzyni na skarby:
– Oto Klejnot Bebladara. Tylko dzielny herszt piratów, taki jak ja, mógł odnaleźć taką wspaniałość. Za ten bezcenny kamień kupię statek i wypłynę na zdradliwe morza chciwości w poszukiwaniu pirac­kiego przeznaczenia.
Jest strasznie denerwujący.
W tym czasie ja, siedząc w ulubionym fotelu mamy, ze wszystkich sił próbowałam skoncentrować się na fascynującej rozprawie naukowej, opisującej troski i cienie wychowania porzuconego oseska nietoperza wampira. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie mogłam powstrzymać się przed zerkaniem na wiszący tuż nade mną ponury portret Maksymiliana McMężnego. Ten obraz zawsze mnie przerażał. Chyba dlatego, że Maks w dziwaczny sposób był bardzo podobny do naszego przodka. No, istniała między nimi jedna ogromna różnica – Maks posiadał dwoje oczu, zaś Maksymilian tylko jedno. Miejsce, gdzie powinno znajdować się drugie, dziadek miał zasłonięte przepaską.
Nagle – „burrrrrrrp!” – z ust brata wydobyło się imponująco długie i głośne beknięcie, wywołane wypiciem nadmiernej ilości soku truskawkowego. Dźwięk ten szczęśliwie oderwał mnie od wpatrywania się w portret Maksymiliana. Niestety zapach, który się potem rozszedł, był mieszaniną owocowej kombinacji zepsutych parówek i skisłego mleka. Coś obrzydliwego! (Aczkolwiek, choć niechętnie, muszę przyznać, że było jednocześnie zabawne). Cuchnęło tak strasznie, że ani chwili dłużej nie chciałam pozostać w bibliotece. Stwierdziłam, że mam ochotę napić się wody. Wzięłam jeden z lichtarzy, a po drodze do drzwi zauważyłam, że przydałoby się dorzucić trochę do ognia. Poprosiłam Maksa, żeby się tym zajął, a on radośnie na to przystał, co było miłe, bo zwykle nie chce robić tego, o co go proszę.
W kuchni wyjęłam z kredensu swoją ulubioną szklankę (tę z wiewiórką pod parasolem; uwielbiam ten rysuneczek – jest taki słodko głupiutki). Podeszłam do zlewu i odkręciłam kurek. W rurach zasyczało złowrogo, gdy napełniałam naczynie po brzegi. Ni stąd, ni zowąd, poczułam jakby osaczyły mnie cienie. Zaczęłam się bać. Zapragnęłam znaleźć się już na górze, z Maksem, zapaść się w bezpieczny fotel mamy. Wypiłam więc wodę najszybciej jak umiałam.
– Minerwa! – zawołał mój brat z biblioteki. Serce podskoczyło mi do gardła. Zakrztusiłam się, wypluwając wodę na posadzkę.
– Chodź tu! – krzyczał Maks. – Minerwa! Szybko!
– Już idę! Czekaj! – odwrzasnęłam, kaszląc. Popędziłam na złamanie karku. Musiałam ocalić mojego małego braciszka przed lichowieczymś!
– Mini, Mini, pospiesz się! – usłyszałam.
– Już biegnę, Maks, lecę! – wykrzykiwałam, przeskakując po dwa stopnie. W końcu wpadłam do biblioteki, bojąc się tego, co w niej zastanę.
Maks stał pod portretem pradziadka, z przyklejonym do twarzy szerokim, przebiegłym uśmiechem. Nic złego mu się nie działo. Żadnego niebezpieczeństwa w zasięgu wzroku. Co to za wygłupy?
– Maks, ty bałwanie, prawie umarłam! Myślałam, że coś ci się stało – warknęłam na niego. – Czemu zawsze mnie tak nabierasz? Byłam pewna, że jesteś w poważnych tarapatach!Maks wskazał na kominek.
– Lepiej przestań kłapać, Minerwo i spójrz za siebie.
Mój strach i złość wyparowały natychmiast, zastąpione zdumieniem. W miejscu kominka znajdowały się masywne, kamienne drzwi koloru kości słoniowej, z napisem „STRZEŻCIE SIĘ POTWORY, BO WEJŚĆ TU MOŻE TYLKO McMĘŻNY”, wykutym tuż nad ogromnymi, złotymi klamkami.
– Coś ty zrobił, Maks? – spytałam, zaskoczona.
– Chodź, Mini! Zobaczymy, co jest za nimi! – zawołał podniecony Maks, nie racząc odpowiedzieć na moje pytanie.
– Gdzie jest kominek? Maks, jak to się stało?
– Nie uwierzysz, Mini – zaczął trajkotać. – Podszedłem, żeby dorzucić do ognia, tak jak mnie prosiłaś. Ale nagle zaczęła mi latać koło głowy taka dziwaczna czerwona ćma, więc złapałem pogrzebacz i udając, że to piracka szabla, zamachnąłem się na wstrętnego robala, ale nie trafiłem i walnąłem przypadkiem w cegłę nad kominkiem, no i zobaczyłem, że ona się poruszyła, więc ją popchnąłem jeszcze trochę i pufff! – kominek zniknął, a pojawiły się te wielkie drzwi! – zakończył w upojeniu.
Byłam kompletnie oszołomiona tym, co usłyszałam, a jednocześnie zazdrosna, że nie ja to odkryłam. Jeśli nie jest to idealny przykład na wpadanie w kłopoty, to nie wiem. Zdawałam sobie sprawę, że tata prawdopodobnie nie będzie tym zachwycony, ale musiałam sprawdzić co jest za drzwiami.
Położyliśmy dłonie na złotych klamkach. Były chłodne, i ku mojemu zdumieniu, poddały się łatwo. Pchnęliśmy gigantyczne skrzydła, a droga do pokoju, który na zawsze miał odmienić nasz los, stanęła otworem. Wtedy wkroczyliśmy z Maksem w tajemniczy świat historii naszego rodu – świat, który przyniósł nam pełną niebezpieczeństw przyszłość.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-09-29 (1642 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej