Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pieśń Łuków. Azincourt
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Patrol Zmroku'' - Siergiej Łukjanienko



Rozdział 1



Jeśli nawet lubi się swoją pracę, ostatni dzień urlopu budzi smutek. Jeszcze tydzień temu smażyłem się na czystej hiszpańskiej plaży, jadłem paellę (szczerze mówiąc, uzbecki pilaw bardziej mi smakuje), w chińskiej restauracji piłem zimną sangrię (czemu Chińczycy przygotowują narodowy hiszpański napitek lepiej niż tubylcy?) i kupowałem w małych sklepikach różne pamiątki...
A teraz znów byłem w Moskwie, z jej latem, dusznym i męczącym, i mijał ostatni dzień urlopu – gdy mózg nie ma już sił odpoczywać, ale jeszcze stanowczo odmawia pracy.
Może właśnie dlatego telefon Hesera tak mnie ucieszył.
– Dzień dobry, Anton – rzekł szef, nie przedstawiając się. – Witaj z powrotem. Poznałeś?
Od jakiegoś czasu zacząłem wyczuwać telefony Hesera. Dzwonek telefonu zmieniał się nieuchwytnie, nabierając władczego brzmienia.
Ale nie miałem zamiaru mówić o tym szefowi.
– Poznałem, Borysie Ignatjewiczu.
– Jesteś sam?
Zbędne pytanie. Heser na pewno świetnie wie, gdzie jest teraz Swietłana.
– Sam. Dziewczyny są na wsi.
– Dobrze im. – Szef westchnął i w jego głosie zabrzmiały ludzkie nutki. – Olga też poleciała rano na urlop. Połowa pracowników grzeje się na południu... Mógłbyś teraz podjechać do biura? – Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Heser dokończył dziarsko: – No to świetnie! Czyli widzimy się za czterdzieści minut.
Miałem wielką ochotę nazwać Hesera tanim pozerem – oczywiście, dopiero po rozłączeniu się – ale nie zrobiłem tego. Po pierwsze, szef mógł usłyszeć moje słowa bez pośrednictwa telefonu, po drugie, kim jak kim, ale tanim pozerem Heser nie był na pewno. Po prostu cenił czas. Skoro wiedział, że powiem (a taki właśnie miałem zamiar), że będę za czterdzieści minut, to po co tracić czas na słuchanie tego?
Poza tym, telefon mnie ucieszył. Dzień i tak był stracony, na wieś pojadę dopiero za tydzień, na porządki w mieszkaniu jeszcze za wcześnie – jak każdy szanujący się mężczyzna pod nieobecność rodziny sprzątam tylko raz, na dzień przed końcem „kawalerskiego” życia. Nie miałem ochoty nikogo odwiedzać ani nikogo gościć. Warto czasem wrócić z urlopu dzień wcześniej – w odpowiedniej chwili można z czystym sumieniem zażądać wolnego dnia.
Chociaż w naszej „firmie” nie było zwyczaju żądania wolnych dni.
– Dziękuję, szefie – powiedziałem z głębi serca. Odkleiłem się od fotela, odłożyłem niedoczytaną książkę i przeciągnąłem się.
I wtedy telefon zadzwonił znowu.
To mógł znów dzwonić Heser – żeby mi powiedzieć „nie ma sprawy”, ale to by już było czyste figlarstwo!
– Halo – powiedziałem oficjalnym tonem.
– Anton, to ja.
– Swietka! – zawołałem, siadając w fotelu. Stałem się czujny, Swietłana miała niespokojny głos. – Swietka, co z Nadią?
– Wszystko w porządku – powiedziała szybko Swietłana. – Nie denerwuj się. Powiedz lepiej, co u ciebie?
Zastanowiłem się, o co jej może chodzić. Pijackich libacji nie urządzałem, kobiet do domu nie zapraszałem, brudem nie zarosłem, nawet naczynia zmywam...
A potem zrozumiałem.
– Przed chwilą dzwonił Heser.
– Czego chciał? – spytała szybko Swietłana.
– Nic szczególnego, prosił, żebym przyszedł dziś do pracy.
– Anton, ja coś wyczułam. Coś niedobrego. I co, zgodziłeś się? Idziesz?
– Dlaczego miałbym nie iść? I tak nie mam nic do roboty.
Swietłana milczała na drugim końcu kabla (chociaż, jakie kable mogą mieć telefony komórkowe?) i w końcu powiedziała niechętnie:
– Wiesz, poczułam jakby ukłucie w sercu. Wierzysz, że umiem wyczuwać nieszczęście?
Uśmiechnąłem się.
– Tak, o, Wielka.
– Anton, bądź poważny! – Swietłana zdenerwowała się, jak zawsze, gdy nazywałem ją Wielką. – Posłuchaj... Jeśli Heser coś ci zaproponuje, nie zgadzaj się.
– Swieta... Skoro Heser mnie wzywa, to pewnie po to, żeby mi coś zaproponować. Mówił, że brakuje mu ludzi, podobno wszyscy są na urlopach.
– Brakuje mu... mięsa armatniego – odparła Swietłana. – Anton... Dobrze. Wiem, że i tak mnie nie posłuchasz. Po prostu... uważaj.
– Swietka, chyba nie myślisz, że Heser chce mnie wystawić? – spytałem ostrożnie. – Rozumiem twój stosunek do niego...
– Bądź ostrożny. Ze względu na nas. Dobrze? – nalegała Swietłana.
– Dobrze – obiecałem. – Zawsze jestem bardzo ostrożny
– Zadzwonię, jeśli jeszcze coś wyczuję – powiedziała Swietłana, chyba trochę uspokojona. – I ty też dzwoń, dobrze? Jeśli tylko zdarzy się coś niezwykłego, dzwoń. Dobrze?
– Zadzwonię na pewno.
Swietłana milczała kilka sekund, a potem powiedziała:
– Odszedłbyś z Patrolu, Jasny magu trzeciego stopnia... – I rozłączyła się.
Coś podejrzanie łatwo odpuściła, zadowalając się drobną „szpilką”... Chociaż umówiliśmy się, że nie będziemy rozmawiać na ten temat; ustaliliśmy to trzy lata temu, gdy Swietłana odeszła z Nocnego Patrolu. I ja ani razu nie złamałem obietnicy. Oczywiście opowiadam swojej żonie o pracy... o tych sprawach, o których chce się pamiętać. I ona zawsze słucha z zainteresowaniem. A teraz nie wytrzymała...
Czyżby rzeczywiście wyczuła coś niedobrego?
Przez to wszystko zbierałem się do wyjścia długo i niechętnie. Włożyłem marynarkę, potem przebrałem się w dżinsy i koszulę w kratę, a następnie olałem to wszystko i wskoczyłem w szorty i czarną koszulkę z napisem: „Mój przyjaciel był w stanie śmierci klinicznej, ale z tamtego świata przywiózł mi tylko tę koszulkę!”. Będę wyglądał na radosnego niemieckiego turystę, za to zachowam – dla Hesera – choćby iluzję wakacyjnego nastroju.
W efekcie wyszedłem z domu dwadzieścia minut przed wyznaczonym spotkaniem z szefem. Musiałem łapać okazję, wymacywać linie prawdopodobieństwa i podpowiadać kierowcy te ulice, na których mogliśmy się nie obawiać korków.
Kierowca przyjmował podpowiedzi niechętnie, z powątpiewaniem.
Ale dzięki nim się nie spóźniłem.


* * *



Windy nie działały – robotnicy w niebieskich kombinezonach wrzucali do nich papierowe worki z cementem. Ruszyłem po schodach i zobaczyłem, że na pierwszym piętrze naszego biura trwa remont. Robotnicy wykładali ściany płytami kartonowo-gipsowymi, a tynkarze od razu szpachlowali miejsca połączeń. Jednocześnie zakładano podwieszany sufit, który miał ukryć kanały wentylacyjne.
Aha, więc jednak Witalij Markowicz, nasz kierownik działu gospodarczego, postawił na swoim! Namówił szefa na porządny remont, nawet pieniądze skądś wytrzasnął.
Przystanąłem na chwilę, popatrzyłem na robotników przez Zmrok. Ludzie, jak można się było spodziewać. Aura jednego tynkarza, niepozornego faceta, wydała mi się podejrzana, ale szybko zrozumiałem, że on po prostu jest zakochany, i to we własnej żonie! No proszę, są jeszcze na świecie porządni ludzie.
Drugie i trzecie piętro już zostało wyremontowane, co wprawiło mnie w dobry humor. Nareszcie w centrum analitycznym też będzie chłodno! Wprawdzie nie przychodzę tu codziennie, ale jednak. W przelocie przywitałem się z ochroniarzami, postawionymi tu na czas remontu, ruszyłem do gabinetu Hesera i natknąłem się na Siemiona, który z miną mentora tłumaczył coś Juli.
Jak ten czas leci... Trzy lata temu Jula była niemal dziewczynką, a teraz jest z niej piękna młoda kobieta. Tę dobrze zapowiadającą się czarodziejkę chcieli nawet ściągnąć do europejskiego biura Nocnego Patrolu. Lubią podkradać innym młodych i zdolnych pracowników, nie przestając perorować o wielkiej, wspólnej sprawie.
Ale tym razem im się nie udało. Heser nie tylko wybronił Julkę, ale nawet zagroził, że sam zacznie rekrutować europejską młodzież.
Ciekawe, czego w tej sytuacji chciała sama Jula...
– Ściągnęli cię z urlopu? – spytał Siemion, przerwawszy na mój widok moralizatorską przemowę. – Już się wywczasowałeś?
– Jedno i drugie – odparłem. – Coś się stało? Cześć, Julka.
Nie wiem dlaczego, ale ja i Siemion nigdy się nie witamy, jakbyśmy się przed chwilą widzieli. On zawsze wygląda tak samo – niedbale ubrany, z pomiętą twarzą wieśniaka, który przeniósł się do miasta.
Dzisiaj wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle.
– Cześć, Anton. – Julka się uśmiechnęła. Minę miała nietęgą, widocznie Siemion przeprowadzał rozmowę wychowawczą. Jest mistrzem od takich spraw.
– Nic się nie stało. – Siemion pokręcił głową. – Cisza i spokój. W tamtym tygodniu wzięliśmy dwie wiedźmy, ale za drobiazgi.
– No to świetnie – powiedziałem, udając, że nie widzę żałosnego spojrzenia Julki. – Idę do szefa.
Siemion skinął głową i odwrócił się do dziewczyny. Wchodząc do sekretariatu, usłyszałem jeszcze, jak mówi:
– No więc, Jula, od sześćdziesięciu lat zajmuję się tym samym, ale takiej nieodpowiedzialności...
Trzeba przyznać, że Siemion jest surowy, ale sprawiedliwy, i jeśli kogoś sztorcuje, to znaczy, że ma powód. Dlatego nie miałem zamiaru ratować Julki przed tą rozmową.
W sekretariacie, gdzie teraz łagodnie szumiała klimatyzacja, a sufit ozdabiały małe lampki halogenowe, siedziała Larysa. Widocznie Gala, sekretarka Hesera, jest na urlopie, a nasi dyspozytorzy faktycznie mają niewiele roboty.
– Witaj, Anton – powiedziała Larysa. – Dobrze wyglądasz.
– Dwa tygodnie na plaży – odparłem z dumą.
Larysa zerknęła na zegarek.
– Dostałam polecenie, żeby cię wpuścić od razu jak przyjdziesz, ale szef ma jeszcze gości. Wejdziesz?
– Wejdę – zdecydowałem. – Nie po to tak pędziłem...
– Gorodecki do pana, Borysie Ignatjewiczu – zakomunikowała Larysa przez interkom i skinęła mi głową: – Wchodź, gorąco tam teraz...
W gabinecie Hesera rzeczywiście było „gorąco”. Przed jego biurkiem siedziało w fotelach dwóch nieznanych mi mężczyzn w średnim wieku. W myślach ochrzciłem ich Gruby i Chudy, ale pocili się jednakowo.
– I co my tu mamy? – zagrzmiał potępiająco Heser i zerknął na mnie: – Wchodź, Anton, siadaj, zaraz skończę.
Gruby i Chudy chyba poczuli się raźniej.
– Jakaś gospodyni domowa!... – huczał Heser. – Przekręcając fakty... wszystko upraszczając i trywializując... robi was jak chce! Na skalę światową!
– Właśnie dlatego, że upraszcza i trywializuje – odpowiedział ponuro Gruby.
– Kazał pan, żeby „wszystko jak leci” – poparł go Chudy. – Oto i efekt, Najjaśniejszy Heserze!
Popatrzyłem na gości Hesera przez Zmrok. No nie, znowu ludzie! I do tego znają imię i tytuł szefa! I jeszcze wymawiają je z sarkazmem! Pewnie, że bywają różne okoliczności, ale żeby sam Heser otwierał się przed ludźmi...?
– Dobrze. – Szef skinął głową. – Daję wam jeszcze jedną szansę. Ale tym razem pracujcie pojedynczo.
Gruby i Chudy wymienili spojrzenia.
– Postaramy się – zapytał Gruby, uśmiechając się dobrodusznie. – Sam pan wie, że mieliśmy pewne sukcesy...
Heser parsknął. Jakby otrzymując sygnał, że rozmowa dobiegła końca, goście wstali, uścisnęli rękę szefowi i wyszli. W sekretariacie Chudy powiedział coś wesoło do Larysy, ta się roześmiała.
– Ludzie? – zapytałem ostrożnie.
Heser skinął głową, zerknął nieprzyjaźnie na drzwi i westchnął:
– Ludzie, ludzie... Dobra, Gorodecki, siadaj.
Usiadłem, ale Heser nie zaczynał rozmowy. Przekładał jakieś papiery, oglądał kolorowe, oszlifowane szkiełka leżące w glinianej misce... Byłem ciekaw, czy to amulety, czy zwykłe szkło, ale nie odważyłem się zajrzeć do misy.
– Jak tam wakacje? – zapytał Heser, sięgając po kolejny pretekst do odłożenia zasadniczej rozmowy.
– Dobrze – odparłem. – Bez Swiety nudno, ale przecież nie będę ciągnął Nadii do tego hiszpańskiego piekła.
– Słusznie – przyznał Heser. Nie wiedziałem, czy Wielki mag ma dzieci, takich informacji nie przekazuje się nawet swoim. Pewnie ma. Pewnie jest w stanie odczuwać coś w rodzaju uczuć ojcowskich. – Anton, dzwoniłeś do Swietłany?
– Nie. – Pokręciłem głową. – Kontaktowała się z panem?
Heser skinął głową i nagle wybuchnął. Uderzył pięścią w stół i wypalił:
– Co ona sobie wyobraża?! Najpierw dezerteruje i odchodzi z Patrolu...
– Heserze... każdy z nas ma prawo odejść – wtrąciłem, ale on nie miał zamiaru się wycofywać.
– Dezerteruje! Czarodziejka jej stopnia nie należy do samej siebie! Nie ma prawa należeć! Jeśli już... jeśli już nazywa się Jasną... i do tego jeszcze wychowuje córkę na człowieka!
– Nadia jest człowiekiem – powiedziałem, czując, że i we mnie zaczyna się gotować. – O tym, czy zostanie Inną, czy nie, zdecyduje w swoim czasie sama... Najjaśniejszy Heserze!
Szef zrozumiał, że też jestem zdenerwowany, i zmienił ton.
– Dobrze, to wasze prawo. Uchylajcie się od walki, łamcie dziecku życie... róbcie sobie co chcecie! Ale skąd ta nienawiść?
– Co Swieta mówiła? – zapytałem.
Heser głęboko westchnął.
– Twoja żona zadzwoniła do mnie. Na numer telefonu, którego nikt nie ma prawa znać...
– To znaczy, że nie zna – wtrąciłem.
– I powiedziała, że zamierzam cię zabić! Że wymyśliłem dalekosiężny plan, przewidujący fizyczne usunięcie Antona Gorodeckiego!
Przez chwilę patrzyłem Heserowi prosto w oczy, a potem się roześmiałem.
– Śmieszy cię to? – zapytał Heser z męką w głosie. – Naprawdę cię to śmieszy?
– Heserze... – Z trudem zdławiłem śmiech. – Przepraszam. Czy mogę mówić szczerze?
– Ależ proszę...
– Jest pan największym intrygantem ze wszystkich znanych mi osób. Większym od Zawulona. Machiavelli to przy panu neptek...
– Nie doceniasz Machiavellego – burknął Heser. – No dobrze, zrozumiałem, jestem intrygantem. I co dalej?
– Jestem pewien, że nie chce mnie pan zabić. W sytuacji krytycznej mógłby mnie pan poświęcić, w imię uratowania ogromnej rzeszy ludzi czy Jasnych Innych. Ale żeby tak... planowo... Nie wierzę.
– Dziękuję, od razu mi lepiej. – Heser skinął głową. Nie wiem, czy go uraziłem, czy nie. – W takim razie dlaczego Swietłana mówi mi takie rzeczy? Przepraszam, Antonie... – Heser zawahał się, nawet odwrócił wzrok, ale mimo wszystko dokończył: – Nie spodziewacie się czasem dziecka? Drugiego?
Osłupiały, pokręciłem głową:
– Nie... chyba nie... No nie, przecież by mi powiedziała!
– Kobietom, które się spodziewają dziecka, czasem odbija – burknął Heser i znów zaczął przekładać swoje szkiełka. – Wszędzie widzą zagrożenia dla dziecka, męża, siebie... A może ona teraz... – Wielki mag speszył się i przerwał sam sobie: – Głupstwo... Zapomnij... Wiesz co, pojechałbyś do żony na wieś, pobawił się z dzieckiem, napił mleka prosto od krowy...
– Przecież jutro kończy mi się urlop – przypomniałem. Oho, coś tu było wyraźnie nie w porządku! – I zdaje się, że już dziś czeka mnie praca?
Heser wytrzeszczył na mnie oczy.
– Anton! Jaka praca? Swietłana krzyczała na mnie przez piętnaście minut! Gdyby była Ciemną, już wisiałoby nade mną inferno! Nie ma o czym gadać, odwołuję twoje zadanie i przedłużam ci urlop o tydzień. Jedź do żony na wieś!
W naszym moskiewskim oddziale krąży takie powiedzonko: „Trzech rzeczy nie może zrobić Jasny Inny: ułożyć sobie życia osobistego, doprowadzić do szczęścia i pokoju na całej Ziemi i wydębić wolnego dnia od Hesera”.
Z życia osobistego jestem zadowolony, a teraz nawet dostałem tydzień urlopu.
Więc może również szczęście i pokój na Ziemi jest tuż-tuż?
– Nie cieszysz się? – zapytał Heser.
– Cieszę – wyznałem.
Wprawdzie perspektywa pielenia ogródka pod czujnym okiem teściowej niezbyt mnie cieszyła, ale za to Swieta! I Nadia! Nadia, Nadieńka, Nadiuszka! Moje cudo dwuletnie... Człowiek, człowieczek... Potencjalnie Inna wielkiej siły. Tak wielka, że sam Heser mógłby się jej nadać na zelówki. Wyobraziłem sobie podeszwy sandałków Nadii z Jasnym magiem Heserem w charakterze zelówek i uśmiechnąłem się.
– Wstąp do księgowości, wypłacą ci premię – ciągnął Heser, nawet nie podejrzewając, jak się z niego w myślach naśmiewam. – Sam sobie wymyśl sformułowanie. Za wieloletnią owocną pracę...
– Heserze, co to było za zadanie?
Heser zamilkł i zaczął mnie świdrować wzrokiem. W końcu powiedział:
– Opowiem ci, a potem ty zadzwonisz do Swietłany, bezpośrednio stąd, i zapytasz, czy masz się zgodzić, czy nie. Dobrze? O urlopie też powiesz.
– Co się stało?
Heser otworzył biurko, wyjął i podał mi czarną skórzaną teczkę, wyraźnie pachnącą magią – ciężką, bojową.
– Możesz śmiało otworzyć, ustawiłem ci dostęp – burknął Heser.
Otworzyłem. Gdybym nie miał dostępu, w tej właśnie chwili stałbym się garstką popiołu. W teczce leżał list. Jedna jedyna koperta.
Adres naszego biura ułożono z liter wyciętych z gazety.
Adresu nadawcy, rzecz jasna, nie było.
– Litery wycięto z trzech gazet – odezwał się Heser. – „Prawda”, „Kommiersant” i „Argumenty i fakty”.
– Jakże oryginalnie – przyznałem. – Mogę otworzyć?
– Otwórz, kryminolodzy zrobili z tą kopertą wszystko, co mogli. Odcisków palców brak, klej „Made in China” można kupić w każdym kiosku...
– Papier toaletowy! – zawołałem zachwycony, wyjmując list z koperty. – Przynajmniej czysty?
– Niestety – rzekł Heser. – Żadnych śladów substancji organicznych. Zwykły tani papier toaletowy. Nazywa się „54 metry”.
Na kawałku papieru toaletowego, oderwanym wzdłuż perforacji, naklejono tekst listu – również z liter wyciętych z gazet. Autor wycinał całe słowa, jedynie końcówki doklejał oddzielnie, bez najmniejszego szacunku dla czcionki:
„NOCNY PATROL zapewne ZAINTERESUJE się FAKTem, że PEWIEN Inny ODKRYł pewnemu człowiekowi całą prawdę o INnych i teraz zamierza uczynić z TEGO CZŁOWIEKa Innego. życzliWY”.
Roześmiałbym się, ale jakoś mi się nie chciało. Zamiast tego inteligentnie zauważyłem:
– „Nocny Patrol” naklejono całymi słowami...
– Był taki artykuł w „Argumentach i faktach” – wyjaśnił Heser. – O pożarze na wieży Ostankino. Nosił tytuł „NOCNY PATROL NA WIEŻY OSTANKINO”.
– Ciekawe... – przyznałem. Wzdrygnąłem się, przypominając sobie tamte wydarzenia. To były niewesołe czasy... i niewesołe przygody. Przez resztę życia będzie mnie prześladować twarz Ciemnego Innego, którego w Zmroku zrzuciłem z wieży...
– Nie zwieszaj nosa na kwintę, Antonie. Wszystko zrobiłeś wtedy jak należy – powiedział Heser. – Przejdźmy do meritum.
– Dobrze, Borysie Ignatjewiczu – zwróciłem się do Hesera jego cywilnym imieniem. – I co, to tak na serio?
Heser wzruszył ramionami.
– W liście nie ma nawet śladu magii. Albo napisał go człowiek, albo zdolny Inny, który umie usuwać swoje ślady. Jeśli człowiek, to znaczy, że naprawdę doszło do przecieku informacji; jeśli Inny, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialną prowokacją.
– Żadnych śladów? – upewniłem się.
– Żadnych. Jedyny punkt zaczepienia to stempel pocztowy. – Heser się skrzywił. – Ale to z kolei zbyt wyraźnie pachnie podpuchą...
– A co, wysłali ten list z Kremla?
– Prawie. Skrzynka, do której wrzucono list, znajduje się na terenie kompleksu Assol.
Słynne wieżowce z czerwonymi dachami, które bez wahania zaakceptowałby towarzysz Stalin, widziałem jedynie z daleka.
– Da się tam tak po prostu wejść?
– Nie – odparł Heser. – Właśnie to mnie dziwi. Po co wysyłać list z Assolu po tych wszystkich szykanach z papierem, klejem i literami? Nadawca albo popełnił gruby błąd...
Pokręciłem głową.
– Albo wskazuje nam fałszywy trop – dokończył Heser i popatrzył na mnie, obserwując moją reakcję.
Zastanowiłem się i znów pokręciłem głową.
– To zbyt naiwne. Nie.
– A może życzliwy – ostatnie słowo Heser wymówił z sarkazmem – naprawdę chce nam wskazać ślad, dać punkt zaczepienia?
– Po co?
– No przecież wysłał ten list w jakimś celu – rzekł Heser. – Sam rozumiesz, Antonie, że nie możemy tego faktu zignorować. Zakładamy najgorszy wariant – jest Inny-zdrajca, który wyjawił człowiekowi tajemnicę naszego istnienia.
– Kto mu uwierzy?
– Człowiekowi nie uwierzyłby nikt. Ale Inny może zademonstrować swoje umiejętności.
Heser miał rację, ale to wszystko nie mieściło mi się w głowie. Kto i po co robiłby coś takiego? Nawet najgłupszy i najbardziej złośliwy Inny powinien wiedzieć, co się stanie, gdy ludzie poznają prawdę.
Nowe polowanie na czarownice.
Z tym, że role czarownic ludzie przypiszą zarówno Ciemnym, jak i Jasnym, wszystkim, posiadającym zdolności Innego...
Wszystkim bez wyjątku. Swietłanie i Nadii również.
– Jak można zrobić z człowieka Innego? – zapytałem. – Wampiry?
– Wampiry, wilkołaki... – Heser rozłożył ręce. – To chyba wszystko. Inicjacja jest możliwa na najniższych, najbardziej prymitywnych poziomach Ciemnej siły, a zapłatą będzie utrata człowieczeństwa. Nie da się zrobić maga ze zwykłego człowieka.
– Nadia... – wyszeptałem. – Przepisaliście dla Swietłany Księgę Losu!
Heser pokręcił głową.
– Nie, Antonie, twojej córce sądzone było urodzić się Wielką. My jedynie sprecyzowaliśmy znak, wykluczyliśmy przypadkowość.
– Jegor – przypomniałem. – Chłopiec już się stał Ciemnym Innym...
– Starliśmy mu znak inicjacji, daliśmy szansę ponownego wyboru – potwierdził Heser. – Antonie, jedyne ingerencje, do jakich jesteśmy zdolni, to te związane z wyborem Ciemny-Jasny. Ale wyboru Inny-człowiek nie mamy. Nikt na świecie go nie ma.
– Czyli chodzi o wampiry – zawyrokowałem. – Załóżmy, że wśród Ciemnych pojawił się kolejny zakochany wampir...
Heser rozłożył ręce.
– Być może. Wtedy wszystko jest raczej proste. Ciemni sprawdzą swoich niższych, to dla nich równie ważne jak dla nas. A właśnie, przy okazji. Oni dostali taki sam list. I również wysłany z Assolu.
– Inkwizycja czasem nie dostała?
– Stajesz się coraz bardziej przenikliwy. – Heser się uśmiechnął. – Dostała. I też pocztą, z Assolu.
Heser wyraźnie coś sugerował. Zastanowiłem się i wyciągnąłem jeszcze jeden „przenikliwy” wniosek:
– Czyli śledztwo prowadzą oba Patrole oraz Inkwizycja?
W spojrzeniu Hesera błysnęło rozczarowanie.
– Wygląda na to, że tak. W przypadku absolutnej konieczności można się otworzyć przed ludźmi. Sam rozumiesz. – Skinął głową w stronę drzwi, którymi niedawno wyszli jego goście. – Ale tylko wyjątkowo, przy nałożeniu konkretnych magicznych ograniczeń. Nasz przypadek jest bardzo poważny – zdaje się, że jakiś Inny ma zamiar handlować inicjacjami.
Wyobraziłem sobie wampira proponującego swoje usługi bogatym „nowym Rosjanom” i uśmiechnąłem się. „Nie chcecie naprawdę napić się krwi narodu, wielmożny panie?”. Zresztą nie chodzi przecież o krew. Nawet najsłabszy wampir czy wilkołak posiada Siłę. Żadnych chorób i dolegliwości, za to długowieczność i ogromna siła fizyczna. Wilkołak spokojnie załatwiłby Karelina i obił mordę Tysonowi. Do tego dochodzi ów zwierzęcy magnetyzm – każda kobieta jest twoja, wystarczy, że skiniesz palcem.
Rzecz jasna, zarówno wampiry, jak i wilkołaki są spętane różnymi ograniczeniami, znacznie bardziej niż magowie, wymaga tego ich brak zrównoważenia. Ale czy wampir-neofita to rozumie?
– Z czego się śmiejesz? – zapytał Heser.
– Wyobraziłem sobie ogłoszenie w gazecie: „Zamienię w wampira. Stuprocentowa jakość, sto lat gwarancji. Cena do uzgodnienia”.
Heser pokiwał głową.
– Dobra myśl. Każę sprawdzić gazety i strony ogłoszeń w Internecie.
Popatrzyłem na Hesera, ale nie zrozumiałem, czy mówi poważnie, czy żartuje.
– Moim zdaniem, nie ma realnego zagrożenia – stwierdziłem. – Może po prostu jakiemuś wampirowi odbiło i postanowił sobie dorobić? Pokazał któremuś bogaczowi kilka trików i zaproponował... ee... ugryzienie.
– Pozwolić się ugryźć i zapomnieć – poparł mnie Heser.
Zachęcony, rozwinąłem myśl:
– Powiedzmy, że żona owego bogacza dowiedziała się o tej strasznej propozycji i kiedy mąż rozważa wszystkie za i przeciw, ona pisze do nas w nadziei, że zlikwidujemy wampira i jej mąż pozostanie człowiekiem. Stąd połączenie: litery wycięte z gazety i poczta w Assolu. Wołanie o pomoc! Nie może powiedzieć tego wprost, ale błaga: ratujcie mojego męża!
– Romantyk. – Heser pokręcił głową. – „Jeśli drogie wam są życie i rozum, trzymajcie się z dala od torfowisk!”. I ciach-ciach, nożyczkami do manikiuru wycina literki ze świeżego numeru „Prawdy”. Adresy też wzięła z gazety?
– Adres Inkwizycji! – zawołałem olśniony.
– I tu masz rację. Mógłbyś wysłać list do Inkwizycji?
Milczałem. Zostałem sprowadzony na swoje miejsce. A przecież Heser wyraźnie powiedział o liście do Inkwizycji!
– W naszym Patrolu ich adres pocztowy znam tylko ja. W Dziennym Patrolu, jak sądzę, tylko Zawulon. Jaki z tego wniosek, Gorodecki?
– Że list wysłał pan albo Zawulon.
Heser tylko prychnął.
– Inkwizycja bardzo się zaniepokoiła? – zapytałem.
– Niewłaściwe słowo. Samo usiłowanie handlu inicjacjami ich nie martwi. To typowa praca Patroli – odnaleźć tego, kto złamał prawo, ukarać i zlikwidować przeciek informacji. Zarówno my, jak i Ciemni jesteśmy jednakowo poruszeni tą sprawą... Ale list do Inkwizycji, o, to już zupełnie inna kwestia! Sam wiesz, że Inkwizytorów jest niewielu. Jeśli jakaś strona łamie Traktat, Inkwizycja staje po stronie przeciwnej, utrzymując w ten sposób równowagę. Załóżmy teraz, że w jednym z Patroli dojrzewa plan zdobycia ostatecznego zwycięstwa. Grupa magów bojowych mogłaby podczas jednej nocy usunąć wszystkich Inkwizytorów, przy założeniu, że magowie posiadają dane dotyczące Inkwizycji, czyli kim są Inkwizytorzy, gdzie mieszkają, gdzie są przechowywane dokumenty...
– List przyszedł do ich głównego biura?
– Tak. A ponieważ sześć godzin później biuro świeciło pustką i w budynku wybuchł pożar, przypuszczam, że właśnie tam Inkwizycja trzymała wszystkie swoje archiwa. Tego to nawet ja nie wiem na pewno. Wysyłając list do Inkwizycji, nadawca, człowiek lub Inny, rzucił im wyzwanie. Teraz Inkwizytorzy zaczną go ścigać. Wersja oficjalna – z powodu naruszenia tajemnicy oraz usiłowania inicjacji człowieka. Wersja nieoficjalna – ze strachu o własną skórę.
– Nigdy nie przypuszczałem, że oni mogą się bać o siebie – powiedziałem.
Heser pokiwał głową.
– I to jeszcze jak, Antonie. Oto informacje do przemyślenia... Dlaczego w Inkwizycji nie zdarzają się zdrajcy? Przychodzą tam Ciemni i Jaśni, odbywają naukę... A potem Ciemni okrutnie karzą Ciemnych, a Jaśni Jasnych, jeśli tylko naruszą Traktat.
– Może chodzi o szczególne cechy osobowości? – zasugerowałem. – Tych Innych się specjalnie wybiera.
– I co, nigdy nie popełniono błędu? – zapytał sceptycznie Heser. – Takie rzeczy się nie zdarzają. A jednak nie ma w historii ani jednego przypadku złamania Traktatu przez Inkwizytorów.
– Może zbyt dobrze wiedzą, jakie są konsekwencje złamania Traktatu? Jeden Inkwizytor w Pradze powiedział mi: „Trzyma nas przerażenie”.
Heser się skrzywił.
– Vitezsław... on lubi piękne słowa. Dobrze, dajmy temu spokój. Sytuacja jest prosta. Istnieje Inny, który albo łamie Traktat, albo kpi sobie z Patroli i Inkwizycji. Inkwizycja prowadzi swoje dochodzenie, Ciemni swoje. My również musimy wyznaczyć pracownika.
– Mogę zapytać, dlaczego to mam być właśnie ja?
Heser rozłożył ręce.
– Istnieje wiele powodów. Pierwszy – w czasie śledztwa trzeba będzie się kontaktować z wampirami, a ty jesteś naszym specjalistą od niższych Ciemnych.
Nie, chyba jednak nie drwi...
– Drugi – kontynuował Heser, wyliczając na palcach. – Inkwizycja wyznaczyła oficjalnych śledczych i są to twoi znajomi, Vitezsław i Edgar.
– Edgar jest w Moskwie?! – zdumiałem się. Nie mogę powiedzieć, żebym uwielbiał tego Ciemnego maga, który trzy lata temu przeszedł do Inkwizycji. Ale... ale nie czułem do niego antypatii.
– Jest. Cztery miesiące temu skończył kurs nauki i przyleciał do nas. Ponieważ w czasie śledztwa będziesz miał do czynienia z Inkwizytorami, dobrze się składa, że już się z nimi kontaktowałeś.
– Kontakt z nimi nie należał do najprzyjemniejszych – zauważyłem.
– A co, spodziewasz się samych przyjemności, masażu w godzinach pracy? – zapytał kłótliwie Heser. – Trzeci powód, dla którego chciałem wysłać na to zadanie właśnie ciebie... – zamilkł.
Czekałem.
– Śledztwo ze strony Ciemnych prowadzi twój stary znajomy – powiedział w końcu.
Mógł nie podawać imienia.
– Konstanty. Młody wampir i twój były sąsiad. Pamiętam, że byliście w dobrych stosunkach.
– Oczywiście – powiedziałem z goryczą. – Gdy był dzieckiem, pił tylko świńską krew i marzył, żeby uwolnić się od tego przekleństwa. Dopóty, dopóki nie zrozumiał, że jego przyjaciel, Jasny mag, spala takich jak on na popiół.
– Takie jest życie – skonstatował Heser.
– Przecież na pewno pił już ludzką krew! – zawołałem. – Skoro zasłużył się w Dziennym Patrolu...
– Został Wyższym wampirem – rzekł Heser. – Najmłodszy Wyższy wampir w Europie. Jeśli przełożymy to na naszą skalę, to...
– Drugi-trzeci poziom Siły – szepnąłem. – Pięć-sześć ludzkich żywotów...
Kostia, Kostia... Byłem wtedy młodym i niedoświadczonym Jasnym magiem. Nie miałem jeszcze przyjaciół w Patrolu, a ze starymi znajomymi stosunki się urwały. Inni nie mogą się przyjaźnić z ludźmi. I wtedy się okazało, że moimi sąsiadami są Ciemni Inni, rodzina wampirów. Rodzice byli wampirami, inicjowali syna, ale generalnie nic złego nie robili. Żadnych nocnych łowów, żadnego domagania się licencji, posłusznie pili świńską krew i krew dawców. I mnie, głupiego, jakoś to uspokoiło. Zaprzyjaźniłem się z nimi, odwiedzałem ich, nawet zapraszałem do siebie! Jedli to, co przygotowałem, nawet chwalili. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ludzkie jedzenie jest dla nich bez smaku. Że dręczy ich pradawny, odwieczny głód.
Młody wampirek postanowił, że zostanie biologiem i odkryje, jak się wyleczyć z wampiryzmu...
A potem ja po raz pierwszy zabiłem wampira.
I Kostia wstąpił do Dziennego Patrolu. Nie wiem, czy skończył tę swoją biologię, ale z dziecięcych iluzji wyleczył się na pewno.
I zaczął dostawać licencje na zabijanie. W ciągu trzech lat wyrósł do poziomu Wyższego wampira? Musieli mu w tym pomóc! Wykorzystali wszystkie możliwości Dziennego Patrolu, żeby sympatyczny Kostia raz po raz dostawał prawo wbicia kłów w ludzką szyję...
I nawet się domyślam, kto mu w tym pomógł.
– Jak myślisz, Antonie – spytał Heser – kogo w takiej sytuacji należałoby wyznaczyć na śledczego z naszej strony?
Wyjąłem z kieszeni komórkę i zadzwoniłem do Swietłany.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2014-11-03 (440 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej