Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Strasznie mi się podobasz
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Rajskie zorze - Piotr Patykiewicz



Chociaż wszystkie ręce były potrzebne do roboty, Marzanna trzymała chłopaka w pętach, póki nie wydostali się przez zachodnie cieśniny na pełne morze. Przez kilka pierwszych dni szarpał się i wył, potem tylko płakał. Umilkł na dobre, kiedy dziób statku skierował się na północ. Wyglądał, jakby pogodził się z losem. Siedział ze zwieszoną głową, nawet przestał wodzić za ludźmi złym wzrokiem. Ale kiedy któregoś ranka Marzanna pochyliła się nad nim, nagle poderwał głowę i splunął jej prosto w twarz.
- Nie dotykaj mnie, kłamliwa suko! - wysyczał.
Obojętnie otarła policzek rękawem, jakby to tylko morska piana bryznęła zza burty. Westchnęła, matczynym ruchem rozczochrała Chwostkowi grzywkę.
- Nigdy więcej tego nie rób, mały. - Niespodziewanie zagarnęła włosy w zaciśniętą pięść. - Inaczej nasadzę twój pusty łeb na maszt.
Przestraszył się tego, co zobaczył w jej oczach, ale wściekłość była silniejsza. Grdyka kilka razy podskoczyła mu na odsłoniętej szyi.
- Tylko zbóje udają gości, żeby okraść gospodarzy! Ten statek to cały majątek ojca.
- Wiele w życiu nakradłam, ale nie tym razem. - Puściła chłopca, poklepała go po policzku. - Dobrze wiesz, że stary oddał mi go w zamian za pewną przysługę.
- Skopaliście go na pomoście jak psa!
- Tak było trzeba. Gdyby zamiast nas zlała go żona, nie wstałby o własnych siłach.
Chłopak pociągnął nosem, w jego oczach zaszkliły się łzy. Bardzo się starał, żeby głos się nie łamał, ale i tak ostatnie słowa utknęły we łkaniu.
- Należało mu się! Sprzedał mnie... Własnego syna wydał na zatracenie.
- Nie sprzedał, bo nikt by cię nie kupił. Jesteś mi tu potrzebny jak pryszcz na tyłku. Było odwrotnie. Musiałam cię zabrać, to był warunek. - Podniosła twarz do słońca, przez chwilę chłonęła ciepło z zamkniętymi oczami. - Byłeś kiedyś na Północy?
Zdusił szloch i zmarszczył brwi.
- Nigdy nie wypływałem za cieśniny.
- Tak myślałam. - Marzanna spojrzała z lekkim odcieniem współczucia.
- Co z tego?
- Nic. - Przyklękła. - Posłuchaj, mały. Wprawdzie to nie moja sprawa, ale powiem ci, dlaczego ojciec wyprawił cię w świat. Ma nadzieję, że ta wyprawa cię odmieni. Że okrzepniesz i trochę przejaśni ci się w głowie, kiedy odczepisz się od maminego cycka. Jeśli kiedyś wrócisz między swoich, ojciec przyjmie cię jak syna. Jak prawdziwego syna.
Oczy Chwostka znowu zwilgotniały, ale gniewnie zacisnął powieki i potrząsnął głową.
- A jak nie wrócę?
- Wtedy pójdzie do kramarza i powie, że jego bękart zmarniał gdzieś na końcu świata.
Chłopak wstał postękując, z trudem utrzymywał się na związanych nogach. Na nadgryzionej wardze zaczerwieniły się małe kropelki krwi.
- Wrócę! - warknął. - Ale na miejscu starego nie czekałbym na ten dzień. Może być jego ostatnim.
- To przynajmniej rozumiem! Wreszcie mówisz jak chłop, a nie dzieciak. - Marzanna zaczęła rozsupływać mu sznury na nadgarstkach. - Chyba że w tej sprawie też wyręczysz się matką.
Chwostek strząsnął więzy. W pośpiechu, jeszcze nieruchawymi palcami rozwiązał nogi. Wyprostował się i spojrzał na Marzannę niepewnie, jakby się obawiał, że uwolniła go tylko przez pomyłkę.
- Nie boisz się, że ucieknę?
- Wolna droga! - roześmiała się. - Skacz i płyń, jeśli wystarczy ci sił.
- Na noc przecież dobijesz do brzegu.
- Obiecuję, że kiedy będziesz uciekał, udam, że nic nie widzę. Ale najpierw coś ci wyjaśnię. - Wskazała na strome, górzyste brzegi, które w ciszy przesuwały się z północy na południe. - To nie jest świat, jaki znasz. Tutaj ludzie mówią innym językiem, a Białego Chrystusa uważają za słabego bożka lękliwych ludzi. Obcych znają tylko z targów i z rabunków, zresztą jedno bardzo często miesza im się z drugim. Nie wiem, co zrobiliby z takim przestraszonym przybłędą jak ty. Sam to przemyśl.
Odwróciła się, kitki warkoczy chlasnęły go po twarzy.
*
Płynęli chyżo. Wiatr dopisywał, morze było puste i spokojne. Statek sprawował się dobrze, na pełnym morzu zelżała mdląca woń foczego tłuszczu, którą przesiąkły deski. Bździoch ze Szczukiem brali na siebie całą robotę, bo Chwostek miał bardzo małe pojęcie o żeglowaniu jak na syna rybaka, a Pestka woleli zostawić w spokoju. Pozwalali mu przesypiać cale dnie na stercie starych sieci albo siedzieć nieruchomo i gapić się na sunące po wodzie odbicia chmur.
Zawijali do wąskich zatoczek, które wżynały się głęboko między skały, kiedy ostatni skrawek słońca topił się już na zachodzie. Omijali z daleka światełka wsi i przystani, unikali ludzi. Rozpalali lichy ogienek, szybko łykali ledwo opieczone ryby, zapijali źródlaną wodą. Kilka razy zdarzyło się, że od łąk schodził do ognia jakiś śmierdzący capem pastuch, ale nigdy nie zostawał na dłużej. Marzanna znała w miejscowej mowie wystarczająco dużo obelg, żeby przepłoszyć każdego z nich.
Wydawało się, że Chwostek przygasł i zobojętniał, ale Szczuk cały czas miał go na oku.
- Coś za łatwo szczeniak pogodził się z losem - szepnął któregoś wieczoru do Marzanny. - Czy on wie, gdzie płynie?
- Mniej więcej.
- Którejś nocy powydusza nas we śnie.
- Nie zrobi tego. - Marzana przez chwilę przyglądała się chłopakowi, który po drugiej stronie ognia szukał sobie suchego miejsca do spania. - Wie, że bez nas przepadnie. A poza tym...
- Co?
- Wcale nie jest takim dzieciakiem, na jakiego wygląda. Nauczył się radzić sobie bez matki. Jest jak gad. Rozumiesz? Skryty i cierpliwy. Jeśli myśli o zemście, na nas czy na ojcu, nie zrobi tego tak po prostu, w pierwszym gniewie. Najpierw wszystko obmyśli, a potem poczeka na odpowiednią chwilę, choćby miało to potrwać bardzo długo.
- Dziękuję, dodałaś mi otuchy! - Szczuk wrzucił do ognia rybi ogon. - Czy my naprawdę jesteśmy rodzeństwem, czy może ciebie w kołysce podmieniła czarownica?
Z Pestkiem było źle. Mało jadł, dużo spał, w ogóle się nie odzywał. Z początku próbowali wynajdywać mu robotę, żeby wyrwać go z tego otępienia, ale szybko przestali. Robił wszystko, co kazali, choć tak nieporadnie, że więcej było z tego szkody niż pożytku. Dali mu spokój, przestali nawet zagadywać. Leżał na plecach i wpatrywał się pustym wzrokiem w czubek masztu, który pruł szare niebo.
Pomimo bliskiego lata robiło się coraz chłodniej. Kiedy budzili się o świcie skostniali z zimna, przy wygasłym ognisku, na kamieniach osiadała śliska warstewka szronu. Z trudem utrzymywali wiosła w zgrabiałych dłoniach. Daleko przed dziobem, poza wąskim ujściem zatoczki, morze iskrzyło się w blasku wschodu. Rozgrzewali się przy wiosłowaniu, ale na dobre odżywali dopiero wtedy, gdy skracał się wilgotny cień gór i na niebie pokazywało się słońce.
Któregoś z takich poranków, kiedy już wciągnęli wiosła i postawili żagiel, Szczuk przysiadł się do Bździocha. Zapatrzył się na oblodzone granie, gdzie dopiero rozpalała się jasność dnia.
- Mam w łachach tyle dziur, że równie dobrze mógłbym chodzić goły - burknął. - Zamarznę, zanim jeszcze zobaczymy pierwsze kry.
- Odwykłeś. Byle przymrozek ci straszny. - Bździoch przymknął oczy, kiedy lodowce nagle wybuchły słonecznym pożarem. - Jeszcze zatęsknisz za tym, na co teraz narzekasz.
- Nie! Przemyślałem wszystko. Odchodzę. Pomogę tej latawicy doprowadzić statek do Foczej Przystani, a potem niech radzi sobie sama. I tak wystarczająco długo pozwalałem jej wodzić się za nos.
Bździoch leniwie pokiwał głową, jakby niczemu się nie dziwił. Wydawało się, że nie ma nic do powiedzenia, ale po chwili osłonił dłonią oczy i spojrzał prosto na Szczuka.
- Żeby przejść tę drogę do samego końca, trzeba umieć oddać wszystko.
- Oszczędź mi takiego gadania - skrzywił się Szczuk. - Zresztą to nieważne. Ty i Marzanna wiecie, co robicie. Ale tamci dwaj? Po co ich wlec na zgubę?
Bździoch wyskrobywał paznokciem z rybich głów wszystko, co dało się zjeść.
- Chwostek od dawna nie siedzi w pętach. Jeśli ciągle tu jest, to znaczy, że tego chce.
- Bo durny! - Szczuk uderzył pięścią w udo. - A Pestek? Biedak chyba nawet nie wie, co się z nim dzieje.
Bździoch poruszył się, jakby zrobiło mu się niewygodnie. Przez chwilę rozmyślał ze zmarszczonym czołem.
- On już nie żyje, chociaż jeszcze nie umarł. Na taką chorobę nie ma leku. Chyba że... - przerwał i splunął, jakby pożałował, że za dużo powiedział.
- Co?
- Chyba że na końcu drogi odnajdzie to, co zgubił.
*
- To ma być ta sławna Focza Przystań? - Chwostek pierwszy wyskoczył na pomost. - Ojciec mi opowiadał, że ludzie tu się roją jak na książęcym podgrodziu.
Osada wyglądała jak wymarła. Na pustej przystani między belkami pomostu świstał wiatr, nad pochyłymi, schodzącymi aż do ziemi dachami chat nie unosił się dym. Kilka zabiedzonych kur gdacząc przechadzało się od obejścia do obejścia. Łysawy kocur zjeżył się na widok obcych, zniknął między opłotkami.
- Każdy, kto ma dwie zdrowe ręce, wypłynął na łowy. Zostali tylko starcy, niemowlęta i kobiety. - Marzanna przyglądała się osadzie w skupieniu, jakby sprawdzała, czy nic się tutaj nie zmieniło. - Jesienią znowu się zapełni. Nie będzie chaty, do której mógłbyś wściubić choćby mały palec.
- Po się zatrzymujemy na tym odludziu?
- Bo to jest ostatnie miejsce, gdzie jeszcze możemy się zatrzymać. Dalej będzie już tylko woda i lód.
Zeszli z pomostu na skalisty brzeg, prostując obolałe od wiosłowania karki. Kury w popłochu uciekały z drogi, chuda koza zameczała zza płotu. Mijali chatę za chatą, ale nie otwarły się żadne drzwi. Jeśli nawet ktoś im się przyglądał, robił to z ukrycia. Dopiero wyżej, kiedy przystań schowała się za rzędami pochylonych płotów, zza stodoły wychyliła się jakaś siwa staruszka.
- Pochwalony! - Szczuk skinął głową.
Staruszka pogroziła mu żylastą pięścią, splunęła i złorzecząc, odkuśtykała pośpiesznie.
- Co ja jej zrobiłem? - Szczuk poczerwieniał. - Kiedy byłem tu przed laty, spotykałem samych miłych ludzi, chociaż trochę nieokrzesanych.
- Nie bierz sobie tego do serca. - Marzanna nawet nie podniosła głowy. - To przeze mnie. Stąd pochodził mój ostatni mąż.
- Jesteś pewna, że chcesz ich prosić o pomoc?
- Nie, ich nie. Na szczęście jest tu także ktoś, kto mnie lubi.
- Chyba grabarz! - zarechotał Szczuk, a potem nagle urwał. - Nie! Jeśli myślisz o tej... o tej...
- Właśnie o niej. Ma posłuch, może wydusić dla nas od tych babin, co zechce, aż do ostatniej ości. A poza tym ona jedna umie docenić to, na co się porywamy.
- Bo jest pomylona, tak samo jak ty! - Szczuk wbił dłonie za pas, zły ruszył w bok, między chaty. - Idź sama. Nie chcę patrzeć na to straszydło.
Zaskoczony Chwostek przez chwilę oglądał się za Szczukiem, a potem uczepił się kurczowo ramienia Bździocha.
- O kim mówią?
- O Kurczygłówce. Nie bój się, ona nic ci nie zrobi. To znaczy nie przy Marzannie.
- Kurczygłówka? Głupie imię.
- Przy moim każde brzmi dobrze. - Bździoch spróbował wyswobodzić ramię. - Tak ją nazwali miejscowi, bo umie kurczyć głowy.
- Jezus! - Chwostek puścił rękę Bździocha, jakby nagle zauważył, że trzyma żmiję. - Jakie głowy?
- Zwyczajne. Ludzkie. Ucina je, patroszy, a potem moczy w jakimś wywarze. Robią się takie malutkie i poczerniałe, w sam raz na naszyjnik.
Chłopak skoczył w zaułek, gdzie zniknął Szczuk, ale ostry głos Marzanny osadził go w miejscu.
- Stój, bo inaczej twoja główka też pójdzie na rzemyk! Łatwo się skurczy, bo jest pusta. - Marzanna zrobiła kółko z kciuka i palca wskazującego. - Taka będzie. Bierz Pestka pod rękę, idziemy dalej.
Na środku pustego placu wioskowego stała studnia, żuraw skrzypiał na wietrze. Podeszli tam powoli, niechętnie opuszczali cień spadzistych dachów. Wicher hulał tu swobodniej, wzbijał kurzawę, rzucając w twarze brudny piasek. Szybkie kroki cichły wśród krzywych straganów, jakby ktoś uciekał.
Byli już bardzo blisko, kiedy nagle usłyszeli piskliwy śmiech.
- Hi, hi! Marzanna! To naprawdę ona. Odziana w szmaty niby dziadowska córka, ale nos trzyma wysoko, jak zawsze. - Zza studni pokazała się siwa głowa, z potarganymi włosami opuszczonymi na twarz. - Wróciła, żeby nas odwiedzić!
- Witaj, Kurczygłówko! - Marzanna podeszła do kamiennego obmurowania studni. - Witajcie wszyscy.
- Nic się nie zmieniła, hi, hi! Nic a nic. - Kurczygłówka obeszła studnię, rozgarniając włosy wyjrzała ponad ramieniem Marzanny. - A tam kto?
- Moja drużyna. Bździocha znasz, reszta to gołowąsy.
- Huuu! Drużyna? Marna jakaś, hi!
- Mniej żołądków, mniej zapasów. - Marzanna odsunęła się na bok i wtedy mogli zobaczyć Kurczygłówkę wyraźniej.
Nie była stara, może nawet młodsza od Marzanny, ale włosy miała białe, a twarz ciemną od brudu, strupów i zadrapań. Spod poszarpanej kiecki wystawały bose stopy. Ciężki naszyjnik z małych główek sięgał aż do pasa.
- Mądrze gada, hiii! - Uniosła końcami palców jedną z główek. - Uch, jak ona mądrze gada, prawda?
Chwostek chciał się cofnąć, ale z tyłu stał Bździoch. Chłopak wykręcił dziwacznie szyję i zapytał szeptem, nie odrywając wzroku od Kurczygłówki:
- Czemu ona gada z... z tym?
- Bo to jej rodzina. - Bździoch zbliżył usta do jego ucha. - Mąż i dwunastka dzieci. Którejś zimy wszystkich wytraciła zaraza, jednego po drugim.
- Aha. - Chwostek oddychał bardzo szybko. - Czemu ich nie pochowała?
- A kto ją wie? Oszalała.
- To czarownica, powinna wisieć.
- Szalonych się nie wiesza. Kto by wtedy wieszczył, uzdrawiał i wypędzał złe duchy?
Marzanna naciągnęła ze studni pełne wiadro. Żuraw jęczał, jakby od dawna nikt go nie używał.
- Nie jestem aż taka mądra, Kurczygłówko, żeby poradzić sobie bez ciebie. - Postawiła wiadro na brzegu studni. - Mam dobry statek, ale pusty. Nawet szczury się wyniosły. Potrzebuję suszonych ryb, placków, sera i co tam jeszcze się u was znajdzie.
- Hi, hi! - Kurczygłówka potrząsnęła naszyjnikiem. - Słyszcie? Ta dziewucha nigdy się nie podda. Za każdym razem wygania ją z Północy mroźny wiatr, a ona znowu próbuje. Szkoda na te zabawy zapasów, hi!
- Tym razem będzie inaczej. Patrz!
Marzanna podniosła przytroczony do pasa dzbanuszek, wyjęła zatyczkę, jednym okiem zajrzała do środka. Przez chwilę w jej źrenicy odbijało się kółko czerwonawego blasku. Przechyliła dziobek dzbanka nad wiadrem. Cieniutka strużka zaświeciła jak błyskawica i zaraz zgasła.
Przez jakiś czas nic się nie działo. Chwostek wstrzymał oddech, Bździoch odchrząknął niespokojnie. Nawet Pestek zmarszczył czoło.
- Hi! Co ona robi, kochanie? - Kurczygłówka pocałowała opuszek palca i dotknęła najmniejszej główki na naszyjniku. - Śmieszne, co? Uhuhu!
Marzanna spokojnie odwiesiła dzbanuszek na pas, położyła palec na ustach. Usłyszeli syk, z początku cichutki, ale potem coraz silniejszy, jakby w wiadrze miotała się wściekła żmija. Powciągali głowy w ramiona, kiedy nagle strzelił w górę kłąb gęstej pary.
Kurczygłówka pierwsza otrząsnęła się z zaskoczenia. Rozgoniła ręką opar, przechyliła wiadro do siebie.
- Nie ma wody!
Odwróciła wiadro dnem do góry, uderzyła z wierzchu pięścią. Czerwona, ognista kropla z ociąganiem napęczniała na okutej krawędzi. Rozciągnęła się, zachybotała i upadła na ziemię. Nie wsiąkła w piasek. Zamieniła się w skwierczącą, oblepioną pyłem kulkę.
Pochylona Kurczygłówka wyciągnęła rękę. Marzanna w ostatniej chwili złapała ją za nadgarstek.
- Spali ci dłoń! Do wieczora ostygnie, wtedy będziesz mogła zabrać to sobie na pamiątkę. Rozpali się za każdym razem, kiedy skropisz wodą.
- Ha! Ale to dziewczynisko jest sprytne! - Kurczygłówka przesuwała naszyjnik w dłoniach jak paciorki różańca. - Wytopi sobie drogę w lodzie i dotrze tam, gdzie zechce. Uhu, naprawdę tam dotrze!
- Chyba że zabije mnie mróz albo głód.
- Nie pozwolimy, żeby Marzanna zmarniała na białej pustyni! Prawda, dzieci? Damy jej tyle zapasów, ile zechce. A ona, jeśli wróci, odwdzięczy się nam. Wtedy skończy się wasze milczenie. Przemówicie, hu, ha, hu!
- To nie jest dobry pomysł. - Marzanna sposępniała.
- Niedobry? Co ona opowiada? Co może wiedzieć o główkach, które milczą? Nic! - Czarownica ściszyła głos do szeptu. - Marzanna podzieli się tym, co znajdzie na Północy. Obieca nam to, inaczej nie dostanie na Foczej Przystani nawet kawałka zjełczałego tłuszczu.
- Już dobrze, nie złość się. Zrobię, jak zechcesz, chociaż jestem pewna, że będziesz tego żałować.
- Uhu! Dobra dziewuszka, hi! Nie pozwolimy jej zginąć - Kurczygłówka ściągnęła z kościstego palucha rdzewiejący pierścień, podrzuciła w dłoni. - Niech to weźmie.
- Nie wybieram się na tańce, nie potrzebuję błyskotek.
- Skromna panienka, zawsze taka była! - Kurczygłowka poczerniałym zębem podważyła zielony kamyk, wydłubała go łatwo z oprawy i wypluła. Zanurzyła dłoń w skudlonych na karku włosach, przez dłuższą chwilę w skupieniu czegoś szukała. Kiedy znalazła, zmarszczki wokół oczu wygładziły się z radości. W palcach ściskała ogonek małej, piszczącej ze strachu myszki.
- To też chcesz mi podarować? - Marzanna obronnym ruchem uniosła dłonie.
- Nie! To nasza milutka, wesolutka pociecha, nie oddamy jej. Potrzebujemy tylko kawałek.
Kurczygłówka uniosła wierzgającą łapkami mysz do ust. Zanim zrozumieli, co chce zrobić, kłapnęła szczękami. Myszka pisnęła przeszywająco, czarownica wydłubała spomiędzy zębów maleńkie, bladoróżowe uszko.
- I po strachu.
Wpuszczona na ramię myszka w mgnieniu oka ukryła się we włosach, znacząc drogę krwawymi kropeczkami. Kurczygłówka bardzo ostrożnie wepchnęła odgryzione uszko do oprawy pierścienia, starannie ugniatając paznokciem.
- Niech Marzanna założy pierścień na palec, niech nigdy go nie zdejmuje. Kiedy przyjdzie zły czas i będzie potrzebować pomocy, szepnie tylko słowo do mysiego uszka. Kurczygłówka usłyszy, Kurczygłówka pomoże.
Marzanna musiała pokonać obrzydzenie, żeby wsunąć obręcz na serdeczny palec. Zrobiła to, zaciskając usta. Odetchnęła, zerknęła za siebie.
- Podejdźcie bliżej, obieżyświaty.
- Ja nie chcę! - Chwostek zaparł się piętami w piach, ale Bździoch pchnął go naprzód.
- Nie bój się - szepnął. - Marzanna zawsze sprawdza wszystkich przed wyprawą. Tam, na Północy, wyłażą z ludzi najróżniejsze rzeczy. Musi być pewna, że nikt nie zawiedzie.
Chwostkowi zrobiło się słabo, kiedy spojrzał na Kurczygłówkę z bliska. Miała czarne dziąsła i bardzo dziwne oczy, jakby powleczone mętnawą błonką. Zadarła brodę, przez chwilę głośno węszyła z przymrużonymi powiekami.
- Boją się, hi! - sarknęła. - Jeśli już tutaj się trzęsą, co będzie na Północy? Huhuhu, dobrze, dobrze. Zobaczmy najpierw tego większego. Jego strach jest dziwny, boi się czegoś innego. Nie nas.
Uniosła ramiona, ujęła w dłonie głowę Pestka. Zbliżyła jego twarz do swojej. Wydawało się, że zrobiła to łagodnie, ale kiedy Chwostek zobaczył jego napięty z wysiłku kark, zmiękły mu nogi. Oczy Kurczygłówki zbielały jeszcze bardziej, tylko źrenice odcinały się głęboką czernią. Wodziła kciukami po twarzy Pestka, dotykała powiek i warg. Wysunęła koniec języka jak zaciekawione dziecko. Węszyła, mlaskała, mruczała do siebie niezrozumiale.
Kiedy go wreszcie puściła, z rozmachu odbiegł parę kroków w tył.
- Biedny chłopaczek. - Poczochrała się po kudłach. - Biedniutki, uhu! Z wierzchu młody, a od środka całkiem stary. Jak drzewo, które próchnieje pod korą. Niby nic nie widać, ale zwali się przy pierwszym wietrze.
- Tyle, to wiem i bez ciebie - przerwała Marzanna niecierpliwie. - Mam go brać czy nie?
- On w niczym nie pomoże Marzannie. Ale Marzanna może pomóc jemu.
- Jak?
- Trzeba pilnować, żeby nie zboczył z drogi. Niech idzie naprzód, do kresu. Tam znajdzie ukojenie.
- Boże! Żebyś choć raz przepowiedziała coś jasno i zrozumiale!
Kurczygłówka odwróciła się do Chwostka, jakby wcale tego nie słyszała. Poczuł na sobie przenikliwe spojrzenie tak wyraźnie, jakby łaskotały go po twarzy posklejane brudem rzęsy. Uniosła ręce, wtedy zobaczył z bliska naszyjnik.
Miał wrażenie, że serce mu utknęło w pół uderzenia.
Główki były malutkie, ale zachowały kształt i rysy twarzy. Każda miała dziurkę w ciemieniu i pod brodą, przez którą przechodził rzemyk. Szeleściły popielate wiechcie włosów, maleńkie ślepka błyszczały jak okruszki lodu. Niektóre uśmiechały się bezzębnymi ustami, inne patrzyły przed siebie w zadumie.
- Uch, uch, uhuchuch! A z tego chłopca aż dymi, taki żywy. Ale zły. Jaki zły! Na Marzannę zły. Na cały świat. Jak szerszeń w ogniu!
- Nie obchodzą mnie jego narowy. Chcę wiedzieć, czy mi szczeniak nie skoczy do gardła gdzieś na pustkowiu.
Kiedy palce Kurczygłówki ześlizgnęły się ze skroni Chwostka, jeszcze przez jakiś czas czuł ich piekący dotyk. Głośno łapał oddech, jakby wynurzył się z przerębli.
- Niech płynie, hi, hi! Niech wędruje, niech cierpi. Niech nienawidzi, z każdym dniem coraz mocniej. Taka nienawiść to wielka siła, trzeba tylko wiedzieć, jak ją wykorzystać.
- Na co mi jego nienawiść?
- Żeby dojść do końca, trzeba będzie się odmienić. Nikt nie ucieknie przed zmianą, nawet Marzanna. Nienawiść tego chłopca pomoże jej.
Marzanna westchnęła, pokręciła opuszczoną głową.
- Bredzisz jak zwykle. Ale zrobię to, co radzisz. - Rozłożyła ręce. - Jak dotąd, zawsze wychodziło mi to na dobre.
Kurczygłówka nagle otworzyła szerzej oczy. Po ciemnym czole spłynęła kropla potu, zostawiając jaśniejszy ślad.
- Jeszcze ktoś.
Marzanna pobladła, uśmiechnęła się niepewnie.
- Nie trzeba. Ufam Bździochowi bardziej niż sobie samej.
- Nie on.
- Szczuk? Nie płynie.
- Niby taka mądra dziewucha, a przecież taka głupia. - Kurczygłówka ostrożnie, rozcapierzając palce, dotknęła brzucha Marzanny. - Tu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-10-02 (1529 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej