Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Twierdza
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zawód: wiedźma, cz.1 - Olga Gromyko


O młodej, przepięknej i niewinnej pannie, samotnie i smutno błąkającej się po ciemnym lesie, w oczekiwaniu swego strasznego losu...


Jakąś bezsensowną granicę ma ta cała Dogewa. Elfy mają wysokie trawy. Krasonoludy – skały. Wałdacy – kopce wyrzuconej na powierzchnię ziemi. Driady – sięgające chmur dęby. Druidzi – kamienne kręgi. Ludzie – rozsypujące się mury, fosy z zatęchłą wodą i zwodzone mosty, a przy nich łysych strażników, którzy drzemią czujnie, opierając się o zardzewiałe halabardy.
A tu – osiki. Jakaś kpina, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że mieszkańcy Dogewy są wampirami. Naprawdę ładne osiki, takie srebrzyste i drżące. Za osikami rozciągają się szpiczaste świerki, jak dywan, z którego gdzieniegdzie wyglądają umęczone brzózki i sosny. Sama Dogewa leży w dolinie, jak bułeczka z kruszonką na dnie zdobionej miseczki. Patrząc ze wzgórz widać białą obwódkę z osik, drugą, trochę szerszą, ze świerków, a na środku – szeroką zieloną dolinę z plamkami: Dogewa wśród pól uprawnych i w oparach mgły.
– Jak dojedziesz do drzew – tłumaczył mi mistrz – wyślij sygnał myślowy w głąb lasu. Dowolny. Możesz
– A do kogo mam ją kierować?się z czarnych kącików jedwabistych warg, rozdzielonych pierścieniami wędzidła. Kontakt telepatyczny to świadome współdzielenie myśli z kimś innym. Tak więc dzielę się tymi okruszkami, które mam. Z lasu ciągnie chłodem, a siedząca na gałęzi wilga ze zdziwieniem macha ogonem w odpowiedzi na moje wysiłki umysłowe.została mi zaproponowana ręka, której przyjęcia zresztą i tak nie zaryzykowałam.i ich przyczyny”. Stokrotka zareagowała na niego właściwie, czyli wcale, chociaż powinna była chrapać, bić kopytami i przewracać przekrwionymi oczami. Co prawda, kobyłka mi się trafiła wyjątkowo flegmatyczna.nauczał magii praktycznej, zaczynając od drugiego roku studiów – wymagający, zrzędliwy i kapryśny jak stara panna. Bardzo trudno było zrobić cokolwiek tak, żeby mu odpowiadało. A trzeba nadmienić, że ja nienawidzę się dopasowywać. Przez jakiś czas całkiem serio rozważałam, czy nie rzucić całego tego kramu i nie przenieść się na Wydział Wróżbiarstwa albo Zielarstwa. Ale przyzwyczaiłam się, wciągnęłam, straciłam połowę kolców i zaczęłam zwracać na mistrza nie więcej uwagi, niż na gałąź jeżyn, która co prawda kłuje i czepia się ubrania, ale przynosi pewien pożytek. “Magia praktyczna nie jest dla dziewczyn” – mawiali adepci, zazdroszcząc mi zdolności. Mieli rację. Byłam jedyna w całym roczniku, pozostałe pięć czy sześć odpadło po pierwszym semestrze. Fakt, dziewczynie wypada raczej opiekować się chorymi, przyjmować porody albo uzdrawiać rany – czyli leczyć albo chować błędy w sztuce pod ziemią. Na bakałarza magii praktycznej czekały uroczyska ze strzygami, zrzędliwe smoki, nieśmiałe bazyliszki i ogólnie naprawianie umiarkowanie przyjemnych sytuacji. Chyba za mało było we mnie współczucia , bym miała leczyć lud z i . A strzygi chyba współczucia nie wymagają.z majętnych rodzin, mniej więcej wykształcone, dobrze wychowane i gotowe w razie czego udzielić uczelni materialnego wsparcia. Na rozmowie długo próbowano mi wytłumaczyć, czym lewa ręka różni się od prawej, którą powinnam była położyć na kartce papieru i wyobrazić sobie, jak ten zwęgla się pod falangami palców. Co to były te “falangi”, również nie wiedziałam. Innymi słowy, Szkoła stała i zamierzała stać dalej bez mojego udziału.
– Na ogólnej częstotliwości. Któryś ze strażników granicy usłyszy.
Odchrząknęłam speszona.
– Lepiej by było, jakby nie słyszał...
– Nie musisz rozmyślać nad kolejnym wrednym kawałem. Wiem, wiem, jesteś w tej materii nadprzeciętnie zdolna, ale tym razem postaraj się powstrzymać. O czym to ja? A tak, o fali. Wampiry są bardzo wyczulone na telepatię, więc natychmiast zareagują na jej obecność, nawet jeśli nie będą potrafiły do końca odczytać przekazu. Tak więc skup się na ilości, a nie na jakości.
– O tak?
Z czołem zmarszczonym od wysiłku wbiłam spojrzenie w unoszący się nad łaźnią dym i na moją falę telepatyczną natychmiast zareagowało pięciu czy sześciu adeptów, którzy owiani parą wysypali się przez drzwi i okna, zaatakowani przez ożywione miotełki. Ręce kolegów po fachu zajmowały miednice, użyte do osłonięcia przed miotełkami tego, co najcenniejsze. Mistrz przywołał miotełki do porządku jednym ruchem brwi, ale spojrzenia rzucane przez niedomytych młodzieńców, nie wróżyły autorce żartu niczego dobrego.
– Powiedziałem “pomyśleć”, a nie przesyłać zaklęcia. Szkoda, że lata spędzone w tych murach jednak nie nauczyły cię myślenia.
Tak więc myślę. Stoję pod osiką ze zmarszczonym czołem, a Stokrotka już coś żuje – zielonkawa ślina sączy.
Albo zadanie okazało się dla mnie za trudne, albo zszokowani strażnicy upadli, gdzie stali, ścięci z nóg siłą mojej myśli. Moje starania zostały uwieńczone sukcesem dopiero po jakichś czterdziestu minutach, podczas których zdążyłam przemyśleć sobie więcej spraw niż w ciągu poprzednich osiemnastu lat.
Ale oto jest rezultat. Zadziałało. A może po prostu przechodził obok?
Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wampira. Może gdyby pojawił się znikąd, był blady jak śmierć i niedwuznacznie szczerzył zakrwawione kły, to bym się go przestraszyła, tak jak w zasadzie planowałam. Moja wiedza w dziedzinie wampirologii bazowała na ludzkich legendach i opowieściach, charakteryzujących się zadziwiającym pesymizmem. W dodatku wszystkie miedzioryty, obrazy, gobeliny i rysunki naskalne przedstawiają wampiry wyłącznie w nocy i w ciemnościach. Skrzydła, zęby, pazury – to wszystko wydaje się gigantyczne i koszmarne wyłącznie dlatego, że tak naprawdę nic nie widać.
Światło dzienne doszczętnie rozproszyło aureolę przerażenia. W blasku słońca na tle bezkresnych pól i wysokich drzew wampir wydał mi się oburzająco wręcz kruchy i nieszkodliwy. Co prawda nadal nie zsiadłam z konia. Ale w końcu musiałam – po dżentelmeńsku.
Wampir uśmiechnął się, pokazując długie kły. Każdy by się uśmiechnął, widząc, jak spełzam – zsuwam się po stromym boku Stokrotki. Przerzuciłam wodze przez głowę kobyły i spojrzałam na niego wyczekująco. Strażnik granicy okazał się wyższy ode mnie o pół głowy, szeroki w barach i całkiem niczego sobie. Długie ciemne włosy otaczały wąską opaloną twarz, a złożone za plecami skrzydła nadawały mu pewne podobieństwo do Moroja, demona – wysłannika śmierci, którego wielgachny posąg stał w auli Szkoły. Czarne, przeszywające, lekko skośne oczy badały moją niezbyt interesującą powierzchowność, ale jednak nie potrafiły odgadnąć, co się za nią ukrywa.
– Kim pani jest i czego szuka w Dogewie? – zapytał z mocą, gardłowym i całkiem groźnym głosem.
– Ja? – skupiona na wysyłaniu sygnału telepatycznego, zapomniałam o przygotowanej zawczasu odpowiedzi.
– No przecież nie ja! – Wampir zniżył się do żartu.
Mnie jakby jakiś leszy podkusił.
– O, ja jestem po prostu młodą, przepiękną i niewinną panną, samotnie i smutno błąkającą się po ciemnym lesie, w oczekiwaniu swego strasznego losu – wypaliłam, przypominając sobie pogłoski o gustach wampirów i uczciwie starając się nie roześmiać strażnikowi prosto w twarz. Czy muszę wspominać, że właściwa odpowiedź nie miała nic wspólnego z moją improwizacją?
Wampira zamurowało tak, że dużo bardziej ode mnie zaczął przypominać skrzywdzoną przez los pannę.
– Przepraszam? – zapytał zdumiony.
Posłusznie powtórzyłam.
Po twarzy strażnika przemknął cień zrozumienia.
– Panna Wolha Redna, adeptka Szkoły Magii ze Starminu – powiedział powoli i poważnie. – Zgadza się?
Tym razem ja się zdziwiłam.
– Skąd pan...
– Proszę za mną – wampir odwrócił się i zniknął w otaczającym polankę osikowym gąszczu.
– A koń?
– Proszę przeprowadzić – usłyszałam spokojną odpowiedź. – Do drogi jest kilka kroków, a obejście tego to co najmniej pół mili.
Stokrotka, delikatnie mówiąc, nie była zachwycona perspektywą pakowania się w krzaczory. Zawisłam na wodzach. Bez efektu. Kobyła zatańczyła w miejscu, stając dęba i próbując się odwrócić. Wysokie i gęste zarośla osiki z jej punktu widzenia nijak nie nadawały się dla szanujących się koni. Rozważyłam utworzenie iluzji drogi, ale w ferworze walki nieco zmaltretowałyśmy giętkie gałęzie i Stokrotka zobaczyła w głębi lasu drogę prawdziwą. Parsknąwszy parę razy dla formalności, uspokoiła się, a ja zdecydowanie pociągnęłam ją za sobą.
Myśl, czy dogewska dzicz nadaje się dla ludzi, nigdy wcześniej nie przyszła mi do głowy. Wysiłkiem woli odpędziłam ją i teraz. No wampiry, niechaj sobie będą. Koniec końców nie strzygi. Ostatecznie to rozumna rasa. Jakoś się dogadamy.
Wampir czekał cierpliwie, oparty o pień osiki, wyglądając jak poglądowa rycina z księgi “Ludzkie przesądy Przekonawszy się, że jesteśmy w komplecie, wampir z widoczną niechęcią oderwał plecy od gościnnego drzewa i poprowadził nas w głąb lasu. Teraz miałam okazję podziwiać jego plecy: skrzydła, wystające przez rozcięcia w ubraniu, przypominały czarny płaszcz, założony razem z wieszakiem – bo właśnie z nim kojarzyły mi się cienkie kości, podtrzymujące skórzaste nietoperzowate błony.
Trochę mroczny, ale majestatyczny bór, wyścielony kobiercem świerkowych igieł, niczym nie różnił się od dziesiątków i setek innych borów, przez które zdarzało mi przejeżdżać, przechodzić, a nawet przepełzać na czworakach w poszukiwaniu jagód. W gałęziach cichutko ćwierkały zniczki, a wzdłuż skraju ledwo zauważalnej ścieżki obficie panoszył się delikatny jasnozielony szczawik.
Wampir milczał. Ja rozmyśla łam. Ty m razem wyłącznie na własny rachunek.
Jeszcze tydzień temu nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że kiedykolwiek znajdę się w Dogewie, w dodatku w interesach. Do skończenia szkoły pozostawał półtoraroczny zapas niezgryzionego granitu nauki, chociaż z niektórych przedmiotów zauważalnie wyprzedzałam nie tylko adeptów z mojego rocznika, ale i nauczycieli. Co tam ukrywać, nawet mistrz nie zawsze mógł rozeznać się w przytaczanych przeze mnie abstrakcjach. Mistrz.
Osiem lat temu, gdy nieśmiało stuknęłam młotkiem w mosiężną blachę na bramie Szkoły, nikt nie wierzył, że wyjdzie ze mnie choćby zielarka. Byłam dzikim dziesięcioletnim niedorostkiem ze średniostatystyczną ilością pryszczy przemieszanych z piegami. I masą talentów schowanych tak głęboko, że na rozmowie kwalifikacyjnej ich nie wychwycono. Nawet nikt szczególnie nie próbował. Szkoła wolała przyjmować miejskie dzieciaki
Pamiętam, że siedziałam na ziemi przy bramie i na poły łykałam, a na poły rozmazywałam po twarzy duże łzy złości, wbrew woli toczące się z oczu. Na moje szczęście (albo nieszczęście?), mistrz nie należał do komisji rekrutacyjnej i właśnie wracał z długiej podróży dyplomatycznej, a ja siedziałam na jego drodze.
– Czy magiczce wypada płakać? – zapytał surowo, zawisając nade mną jak brodata skała z laską.
Hałaśliwie wytarłam nos.
– A ja nie jestem magiczką! I mogę płakać gdzie chcę!
– O masz ci los! – zdziwił się mistrz, sadowiąc się na brzeżku kamiennej donicy z kwiatami. – A wiesz, że kiedy małe dziewczynki gorzko płaczą, psuje się pogoda? Oj zobacz, przywołasz jeszcze deszcz na moją siwą głowę.
– Nie przywołam.
– A to czemu?
– A bo pan jest czarodziejem i na pana nie kapie.
Mistrz ni to zaśmiał się, ni to zakasłał w brodę.
– I dlatego chciałaś zostać magiczką? A kim? Zielarką czy pytią?
– Nie! Prawdziwą magiczką! Żeby tak strasznie czarować i żeby się wszyscy mnie bali!
– Nekromantką? – uśmiechnął się mistrz.
– Ne kro... czego?
– Złą wiedźmą – wyjaśnił.
– A dobre wiedźmy bywają? – spytałam po chwili namysłu.
– Czemu nie, bywają. Nazywa się je magami praktykami albo magami wojownikami.
– O to, to! To mi pasuje.
– A strzyg się nie boisz?
– Niee. Ja się tylko karaluchów boję. I trochę szczurów – przyznałam z westchnieniem.
– No właśnie. A mag nie powinien się bać niczego.
– I pan się niczego, niczego nie boi?
Mistrz chwilę pomyślał, a potem poskrobał się w czubek głowy.
– Widzisz, mimo wszystko istnieje ktoś, kogo mag powinien się bać. On sam. Magia to nie kuglarskie sztuczki z kulkami i kartami, może być mroczna i jasna, dobra i zła, destrukcyjna i tworząca, i to, jaka będzie w twoim ręku, zależy tylko od ciebie, a to ogromna odpowiedzialność. Patrz – powiedział, odwracając rękę dłonią do góry, by zmaterializować nad nią zlepek niebieskiego płomienia. – Ładna kulka, prawda? I jaka nieszkodliwa z wyglądu. Zobacz, jak spokojnie leży w mojej dłoni. Jak myślisz, czy będzie tak samo posłuszna w cudzym ręku?
Nie lubiłam odpowiadać na prowokacyjne pytania, więc bez wahania złapałam kulkę obiema rękoma.
– Uj, ale ona jest lodowata! – zakrzyknęłam z zachwytem, zapominając o łzach. – I się rusza!
Mistrz odpowiedział po chwili. Z trudem podciągnął opadniętą szczękę i słabym głosem poprosił, żebym “wyrzuciła to paskudztwo” gdzieś daleko. Zdziwiłam się, ale posłuchałam. Błysnęło i zagrzmiało, a gdy dym się rozwiał, zobaczyliśmy dach odległej stodoły. Przez chwilę wisiał w powietrzu, a potem z łomotem opadł na zgliszcza.
– Co tu się dzieje?! Ksander, znowu pańskie durne eksperymenty? – zagrzmiało za plecami. Odwróciłam się i zobaczyłam niziutkiego pulchnego maga o wyłupiastych oczach, w nieokreślonym wieku, z haczykowatym nosem i szczotką rudych wąsów.
– A, Pitrim – niedbale powiedział mistrz, nawet się nie odwracając. – Jak ci się udało przegapić taką perłę? Niesamowity dar kierowania energią, zdolności telekinetyczne – urodzony praktyk. Biorę ją do swojej grupy.
Pitrim jest rektorem i kierownikiem ds. nauczania w jednej osobie. Wykłada nekromancję, ale to tak mimochodem, ponieważ bakalaureat ma z magii żywiołów. Imię ma długie i poskręcane jak zwinięta w kłębek żmija. Podał je na zajęciach wprowadzających, ale tak szybko i niewyraźnie, że nikt nie zdążył nawet zanotować. Adepci zwracali się do niego per “wielce szanowny profesor Pitrim”. Wykładowcy opuszczali “wielce szanownego”. A mistrz – również “profesora”.
Gdy nie słyszał natomiast, używano określenia “nekropiernik”. Przy czym mówili tak zarówno adepci, jak i wykładowcy.
Pitrim zmierzył mnie pogardliwym spojrzeniem.
– Brak miejsc – odburknął. – I tak mamy o siedmiu uczniów za dużo, a wszystko dzięki panu. Zbiera ich pan z ulicy jak zmokłe kociaki, a potem zaczyna się cała ta głupia kołomyja ze skreślaniem, która tworzy niebezpiecznych dla społeczeństwa niedouczonych magów.
Na chwilę powietrze między magami zgęstniało i zrobiło się ciemniejsze. Ale tylko na sekundę.
– Chodź, dziecko – powiedział mistrz, nie opuszczając oczu. – Dostałaś się. Od tej chwili jesteś adeptką Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-10-06 (1602 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej