Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Działa Imperium
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Nadchodzi ogień'' - Gillian Anderson, Jeff Rovin



Prolog



Kołysząc się lekko pod Księżycem w pełni, statek badawczy Falkland Advanced Petroleum wpłynął do portu w Stanley. Po trzech tygodniach na morzu jego kadłub był sfatygowany przez pogodę, delikatne czujniki ukryte pod pokładem poobijane przez niestrudzone fale, a kierownik zespołu geologicznego wyczerpany.
Mimo to, pochylając się nad malutkim stołem laboratoryjnym w swojej kajucie na dziobie, doktor Sam Story obserwował z zainteresowaniem skałę, którą zdalnie sterowany chwytak głębinowy oderwał od rafy ostatniego dnia pobytu na południowym Atlantyku. Srebrnawy kamień mieścił mu się w dłoni, miał kształt przypominający kartę do gry i podobną grubość. Pięćdziesięciotrzyletni geolog przyglądał mu się przez szkło powiększające od przeszło godziny, nieśpiesznie przesuwając soczewką z góry na dół i na boki, nie mogąc uwierzyć w to, co ujrzał.
W końcu mężczyzna wyprostował się na krześle, zamrugał zmęczonymi oczami i włączył kciukiem niewielki dyktafon.
— Okaz E-33 — zaczął ostrożnie — wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jest odłamkiem pallasytu. Z moich obserwacji wynika, że ślady wyszczerbienia w tylnej części stanowią dowód na ręczne odłupanie od skały macierzystej. Jednakże…
Ostrożnie odłożył kamień na bawełnianą szmatkę i zdjął rękawiczki lateksowe. Ten relikt spoczywał na dnie oceanu przez setki, a może i tysiące lat, omywany lodowatymi wodami — szorstka powierzchnia i wydzieliny ciała mogły wyrządzić mu jeszcze więcej szkód.
Doktor Story ponownie przyjrzał się kamieniowi i znakowi, który lśnił subtelnym blaskiem na jego powierzchni.
— Na przedniej ściance wyryto symbol — piramidę, która powstała z połączenia czterech trójkątnych kształtów. Każdy z tych trójkątów składa się z trzech zachodzących na siebie półksiężyców, z dodatkowymi, mniejszymi półksiężycami odchodzącymi z rogów. Poprawka, te mniejsze przypominają bardziej pazury lub szpony. Trójkąt pośrodku piramidy nie posiada pazurów. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie funkcji ani znaczenia tego symbolu.
Pochylił się nisko, wpatrzony uważnie w kamień.
— Jeśli chodzi o sam proces wykonania znaku, szerokość i głębokość żłobień wskazują na narzędzie mniejsze i delikatniejsze niż to, które posłużyło do stworzenia samego reliktu. Chociaż w czasach jego pochodzenia istniały plemiona, które mogłyby sporządzić taki rysunek, krawędzie żłobień są prawdziwą zagadką.
Doktor Story podniósł szkło powiększające, mamrocząc:
— Z obu stron występują zaokrąglenia, wskazujące na długie eony erozji. Sęk w tym, że krawędzie nie są jednolite, nakładają się na siebie jak pęcherze. Takie pęcherze mogły powstać jedynie wskutek użycia wysokiej temperatury, co najmniej klasy D, a ludzie pierwotni nie dysponowali narzędziami zdolnymi wytwarzać temperaturę rzędu tysiąca stopni Celsjusza.
Doktor Story wyprostował się na krześle i podnosząc dyktafon, uśmiechnął się szeroko. Trzymanie w ręce tak nowoczesnego urządzenia wydawało mu się dziwnie niekonsekwentne. Z jakichś powodów ten stosunkowo wyrafinowany produkt uboczny ludzkiej myśli był wyjątkowo trywialny w porównaniu ze zwykłym kamieniem, wydobytym z dna oceanu wyłącznie dzięki ślepemu losowi.
Nie, stwierdził w myślach, to nie takie proste. Magma wulkaniczna mogłaby osiągnąć podobną temperaturę, lecz zdarzało się to rzadko. Po dotarciu na powierzchnię zwykle miała około ośmiuset stopni Celsjusza. Dotychczas obserwował podobne oznaki topnienia i późniejszego twardnienia na odłamkach meteorów, które wrzały podczas ognistej podróży przez atmosferę, a potem wytracały ciepło w zimniejszym środowisku, nie ulegając już sile tarcia.
— Ale to w żaden sposób nie tłumaczy, w jaki sposób stopiły się te wyżłobienia — ciągnął doktor Story. — One nie mogły przejść przez atmosferę. To bowiem oznaczałoby, że pochodzą z…
Doktor Story był zmęczony. Nie spał od prawie czterdziestu ośmiu godzin i wiedział, że powinien odpocząć, zanim zacznie rozważać implikacje swojego odkrycia.
Wyłączywszy lampkę na stole laboratoryjnym, położył się do małego łóżka opuszczanego ze ściany kajuty. Po dwudziestu jeden dniach na morzu delikatne kołysanie statku działało na niego kojąco. Pomimo niespodziewanego uderzenia o zanurzony kadłub — pewnie znowu jakiś wieloryb; ostatnio walenie z zadziwiającą częstotliwością podpływania do brzegu — naukowiec zasnął w ciągu kilku chwil.
Drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do pomieszczenia. Poruszał się ostrożnie; kołysanie statku było nieprzewidywalne, a intruz nie chciał wpaść na stół czy łóżko.
Odłożył na podłogę pusty futerał na aparat. Kierując się światłem księżyca wpadającym do kajuty przez bulaj, szybko zabrał tablet i dyktafon. Zawinął odłamek skalny w bawełnianą szmatkę i schował go do przygotowanego futerału.
Zaraz potem zniknął, oddalając się od publicznego molo. Przystanął tylko na chwilę, żeby wrzucić urządzenia elektroniczne do wody. Popatrzył, jak w perłowym blasku księżyca opadają na dno, po czym ruszył w stronę hotelu Malvina House.


Rozdział pierwszy



To był niespotykanie ciepły poranek jak na październik, bardziej sprzyjający leniwej przechadzce niż szybkiemu marszowi. Mimo to Ganak Pawar i jego córka utrzymywali zwyczajowe szybkie tempo, gdy szli przez wschodnią część Manhattanu. Ganak, jako stały przedstawiciel Indii w Organizacji Narodów Zjednoczonych z trzydziestoletnim doświadczeniem na stanowisku urzędnika spraw zagranicznych, miał na twarzy wyraz wyuczonej tolerancji. Szesnastoletnia Maanik sprawiała wrażenie wyjątkowo ożywionej, jakby czerpała dodatkową energię ze słońca, które zalało York Avenue.
— Tato, twoje wczorajsze wystąpienie było niesamowite! — powiedziała z entuzjazmem. — Godzinami nie mogłam spać, w mojej głowie kłębiło się tyle myśli.
— Bardzo się cieszę — odparł jej ojciec.
— Najwyższa pora, żeby ludzie inaczej spojrzeli na Kaszmir, a tobie udało się zwrócić uwagę Zgromadzenia na ten problem — ciągnęła. — Cieszę się, że CNN robiło transmisję z obrad, bo twoje słowa były inspirujące.
— To miło, że tak uważasz. Mnie niestety nie wszyscy gratulowali.
— Tato, dałeś im nieźle popalić. To wymagało odwagi!
Ganak się uśmiechnął.
— „Dałem im popalić”, tak?
— Och, przecież wiesz, o co chodzi — zaśmiała się. — Tak czy siak, nie powinieneś być taki skromny, szczególnie teraz, kiedy trzeba z determinacją pójść za ciosem.
Ganak nie był pewien, czy to odwaga, czy desperacja skłoniła go, żeby pokazać nagranie z kaszmirską matką podpalającą się nad ciałem martwego syna. W Kaszmirze napięcia narastały co kilka lat, tym razem jednak zanosiło się na coś więcej. W ciągu dwóch dni zginęły trzydzieści dwie osoby, a Pakistan i Indie znów potrząsały nuklearnymi szabelkami. Niewykluczone, iż to właśnie znajome, wyświechtane groźby kazały mu zasugerować, żeby ONZ ustanowił w Kaszmirze protektorat. Gdyby organizacja tymczasowo przejęła władzę administracyjną, jak doszło do tego w Kosowie dziewięć lat temu, ludzie zyskaliby czas na decyzję, do którego kraju dołączyć — chyba że opowiedzieliby się za niepodległością…
— Tato?
— Tak?
— Chciałabym wnieść jakiś wkład do twojego następnego wystąpienia — oznajmiła Maanik, niemal podskakując z ekscytacji. — Powinieneś wysłuchać moich pomysłów.
Ganak uśmiechnął się, spojrzawszy na córkę. W kurtce ze sztucznej, brązowej skóry założonej na ciemnoniebieską sukienkę prezentowała się wyjątkowo dojrzale. Oprócz tego miała na sobie pomarańczowo-złote legginsy, z jedną nogawką w poziome paski, a drugą w deseń wirujących piór. Własnoręcznie zszyła ze sobą te dwie niepasujące części garderoby, a do nich dobrała szalik, też w kolorach pomarańczu i złota. Ganak zauważył z zaskoczeniem, że Maanik zaczęła wyskubywać brwi i choć zawsze mogła się pochwalić gęstymi czarnymi włosami, ostatnio inaczej układały się na jej ramionach.
W niczym nie przypomina swojej matki, pomyślał. Kiedy dwa lata temu rodzina Pawarów przeprowadziła się z Nowego Delhi na Manhattan, a Maanik rozpoczęła naukę w Eleanor Roosvelt High School, jego córka natychmiast zaczęła się zmieniać. Podczas gdy jej matka, Hansa, należała do osób cichych i refleksyjnych, Maanik kochała myśleć na głos. Tam, gdzie jej mama brała się za planowanie, Maanik improwizowała. Hansa kultywowała tradycyjny styl życia, Maanik uwielbiała wymykać się z domu, żeby jeździć na rolkach z synem kanadyjskiego ambasadora. Amerykański ochroniarz Pawarów, Daniel — który szedł kilka kroków za nimi — otrzymał polecenie, by mieć na oku młodą damę, gdy nie było jej w domu.
Ganak wciąż nie mógł się zdecydować, czy bardziej go martwi to beztroskie podejście do tradycji, czy napawa dumą łatwość, z jaką córka żyła własnym życiem. Hansie postawa Maanik nie przypadła do gustu, ale Ganak nie potrafił ocenić tego tak jednoznacznie, w związku z czym spory rodzinne czasami wymagały od niego nie mniejszej dyplomatycznej wprawy niż obecny kryzys w Kaszmirze.
Myśl o Indiach i Pakistanie sprawiła, że zrzedła mu mina. Ostatnio wytchnienie dawał mu już tylko poranny marsz z córką do szkoły.
— Maanik, bardzo chcę wysłuchać twoich pomysłów, ale musisz wiedzieć, że czasami po natarciu warto na chwilę odpuścić.
— Ale co mądrego z tego wyniknie? — nie rozumiała dziewczyna. — Po co zatrzymywać coś, co już się wprawiło w ruch?
— Przed wyjściem z domu czytałem dziś rano sprawozdania. Indie i Pakistan kipią gniewem, mimo że reszta świata popiera ideę protektoratu.
— Właśnie o to mi chodzi — upierała się niezrażona Maanik. — Teraz musisz tylko przekonać Indie i Pakistan.
— Myślisz, że to takie proste?
— Nie, to nie jest proste, ale uważam, że moje pomysły mogą ci w tym pomóc. Zastanawiałam się nad przyszłymi komentarzami i artykułami, ale przede wszystkim… — Maanik odwróciła się i teraz szła przed ojcem tyłem, promieniejąc na twarzy. — Udzielisz mi wywiadu, w którym mówiłbyś o tej sytuacji? Sieci telewizyjne rzucą się na taki kawałek jak szczerbaty na suchary, oglądaliby to rodzice razem ze swoimi dziećmi. Zrobilibyśmy to w niegroźnym, swobodniejszym tonie, dając wyraz swoim emocjom. Rozumiesz, żeby przyzwyczaić ludzi do twojego pomysłu bardziej za pomocą rozmowy niż argumentów. Jeśli zrobimy wszystko jak należy, to może się roznieść po całej sieci!
Ganak musiał przyznać, że Maanik mu zaimponowała. Okazało się, że jego córka przygotowała własne wystąpienie. Właśnie takie odkrycia były jednym z powodów, dla których pomimo kryzysu upierał się na te wspólne, półgodzinne przechadzki do szkoły — zawsze z wyłączonym telefonem.
— To rzeczywiście bardzo kreatywne pomysły — stwierdził.
— Super! To znaczy, że mogłabym sobie zrobić wolne od szkoły i załatwić praktykę w kwaterze ONZ. Zresztą szkoła na pewno potraktowałaby to jako zajęcia…
— Stażystami w ONZ mogą być wyłącznie studenci szkół podyplomowych. Uczniów szkół średnich nawet nie bierze się pod uwagę.
— Ale Bapu… — próbowała go zmiękczyć, posługując się zdrobnieniem „tatuś” w języku hindi. — Jestem wystarczająco inteligentna i zdeterminowana, a moja pomoc mogłaby się teraz okazać nieoceniona.
— Doceniam twoje zaangażowanie. Zrozum jednak, że każdy pracownik ONZ musi być nie tylko zdeterminowany, ale też mieć właściwe kwalifikacje.
— Można by zrobić wyjątek…
— Wyjątki są zarezerwowane na wyjątkowe okazje.
Maanik zmarszczyła brwi.
— Nawet nie wiem, co to znaczy — burknęła.
— To znaczy nie, Maanik. Przykro mi.
Odwróciła się i znów szła przodem, teraz jednak wyraźnie sfrustrowana.
— Czy to znaczy, że mam marnować czas na snucie planów, które nigdy nie doczekają się realizacji?
— Jesteś wyjątkową młodą damą i…
— Naprawdę uważam, że marnuję w tej szkole czas.
— Uczysz się o innych ludziach i innych epokach.
— Jednocześnie ignorując to, że w naszej ojczyźnie może wybuchnąć wojna? Wpadłam w pułapkę rzeczy nieistotnych, Bapu.
— Twoje książki nie są nieistotne.
— Naprawdę? A co jeśli jakiś szalony oficer jednej z armii właśnie przygotowuje się do wystrzelenia głowicy? Z nim też rozmawiałbyś o książkach, które ostatnio przeczytałeś? Albo o wierszach?
— Maanik, kochanie, za chwilę przegrasz tę kłótnię — rzucił z uśmiechem Ganak.
— Tak? — Dziewczyna zatrzymała się na rogu Siedemdziesiątej Szóstej, oparła ciężar ciała na jednej nodze i uniosła brwi. — Niby dlaczego?
Jej ojciec uśmiechnął się jeszcze szerzej.
— Jesteś młoda i niecierpliwa. Ja już kiedyś byłem na twoim miejscu, ale ty jeszcze nie miałaś okazji znaleźć się na moim.
Maanik odwróciła się niespodziewanie do mierzącego prawie metr dziewięćdziesiąt blondyna z krzywym nosem, który stanął za nimi.
— Danielu, ty też uważasz, że to dobry argument?
— Wolałbym zachować w tej kwestii neutralność, panienko — odparł rozbawiony ochroniarz. Zza lustrzankowych okularów przeciwsłonecznych przyglądał się pieszemu, który przechodził obok, a kątem oka obserwował jadące zbyt szybko samochody. Gdy zapaliło się zielone światło, rozejrzał się, po czym przeszedł na drugą stronę York Avenue, w wąską uliczkę pełną czerwonej cegły i liści, które powoli przyjmowały tę samą barwę.
— Maanik! — napomniał córkę Ganak. — Pozwól Danielowi wykonywać jego pracę. — Natychmiast jednak złagodniał, jak zawsze podczas przekomarzanek z córką. — Twoja praca polega natomiast na zdobywaniu wykształcenia i doświadczenia, a także na nauce cierpliwości, bo to z nich bierze się mądrość.
— Z cierpliwości? — parsknęła.
— Czy zdajesz sobie sprawę, że to moje główne zadanie? Kierować z empatią i spokojem. Przekonywać ludzi do moich celów, a nie naginać ich wolę. Pracuję nad ustanowieniem protektoratu w Kaszmirze, tylko że po prostu wolniej. Uważasz takie podejście za mniej odważne od potrząsania pięścią? Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie!
Młoda kobieta nagle skurczyła się w sobie jak mała dziewczynka, wciąż tak naiwna w oczach swego ojca. Szli przez chwilę w milczeniu, aż w końcu Ganak złapał impulsywnie córkę za rękę, a ona ścisnęła jego dłoń.
Na chodniku przy wejściu do szkoły stała spora grupa uczniów i paru nauczycieli, którzy w pośpiechu wysyłali SMS-y i kończyli rozmowy przed pierwszą godziną lekcyjną o siódmej czterdzieści pięć. Dziś wypadały zajęcia Klubu Praw Człowieka, organizowane na zmianę z Modelem ONZ. Maanik nie pośpieszyła jednak szukać kolegów. Jej ojciec zauważył, że ciężko nad czymś rozmyśla, być może nawet żałując rozmowy.
Kiedy się rozglądał, miał wrażenie, że wszyscy są dziwnie markotni. Niestety, nagranie z samobójstwem matki trafiło po jego wystąpieniu do sieci. Ganak żałował, że do tego doszło, szczególnie że najprawdopodobniej widziało je wielu z tych uczniów, a jeszcze więcej przynajmniej o nim słyszało. Świat potrzebował jednak bodźca, żeby położyć kres wiecznym napięciom w Kaszmirze. Rada Bezpieczeństwa musiała wywrzeć nacisk na Indie i Pakistan; w innym wypadku te dwa kraje nadal będą skakać sobie do gardeł, aż pewnego dnia jakiś szalony generał postanowi zakończyć konflikt w dużo gorszy sposób. Ambasador zdawał sobie sprawę, że swoim wystąpieniem jeszcze bardziej zaostrzył sytuację. Dlatego też nie mógł winić córki, że popadła w ponurą zadumę po tym, jak utemperował jej przekonanie o realnym wpływie na przebieg wydarzeń.
— No, już tak tego nie rozpamiętuj — rzucił i ucałował Maanik w czoło. — Na twoim miejscu zaufałbym tacie.
— Ufam — odparła Maanik. — To inni ludzie budzą mój niepokój.
Ganak się uśmiechnął.
— I właśnie w tym problem, co? Bo przecież ktoś musi pierwszy opuścić szablę, wierząc, że druga strona ma takie same intencje.
Pomachał córce na pożegnanie i odwrócił się w stronę Pierwszej Alei. Czekał ich z Danielem kolejny półgodzinny spacer do położonej w centrum kwatery głównej ONZ. Ganak chciał wykorzystać ten czas, żeby jeszcze raz przeanalizować w głowie strategię i wykonać parę telefonów. Teraz, gdy Maanik nie szła u jego boku, mógł się dostroić do rytmu miasta — samolotów i helikopterów szumiących nad głową, ciężarówek dostarczających towary, samochodów przemykających wyboistymi drogami… W uliczne dźwięki wdarł się głośny ryk motocykla, ale Ganak nie zwrócił na niego uwagi.
Daniel, przeciwnie, zwrócił od razu. Hałas z rury wydechowej był tak głośny, że motocykl prawdopodobnie nie miał tłumika, rzecz niecodzienna na Upper East Side, w spokojnej, starzejącej się części Manhattanu. Daniel wpatrywał się w motocykl, gdy ten skręcił w Siedemdziesiątą Szóstą — czarny z czerwonymi wykończeniami i ze szczupłym motocyklistą w czarnej skórze. Kierowca minął stojącą na rogu grupę robotników drogowych i przemknął obok mężczyzny trzymającego na drążku znak zwolnij. To też się nie zgadzało; dlaczego ten człowiek nie tkwił na skrzyżowaniu, gdzie powinien usprawniać komunikację? Idąc, stawiał kroki zdecydowanie i patrzył bezpośrednio na ambasadora Pawara. Wetknął wolną dłoń pod żółto-czerwoną kamizelkę, próbując zasłonić się znakiem i…
Przed szkołą nikt nie zareagował na pierwszy strzał. Był to tylko jeden z wielu głośnych dźwięków, zagłuszonych częściowo przez jeszcze głośniejszy motocykl. Ganak odwrócił się jednak i zamarł. Właśnie na to liczyli zabójcy — na paraliż, który uczyni z ambasadora łatwy cel. Na szczęście Daniela uczono, jak reagować na takie sytuacje.
Zanim strzelec zdążył pociągnąć za spust, ochroniarz rzucił się w stronę ambasadora. Pochwyciwszy go w niedźwiedzi uścisk, padł razem z nim na beton, jednocześnie sięgając po pistolet dziewięć milimetrów. Oparł się na sztywnej lewej ręce, częściowo osłaniając ciało ambasadora, a prawą wycelował w ulicę.
Po drugim i trzecim strzale przechodnie z krzykiem uciekali do klatek schodowych i chowali się za samochodami. Drzewa i zaparkowane na ulicy pojazdy utrudniały zabójcy namierzenie celu. Po wschodniej stronie uczniowie, nauczyciele i inni ludzie zgromadzeni przed szkołą zaczęli krzyczeć. Jedni przypadli do ziemi, drudzy tulili się do murów. Nieliczne osoby, które nie reagowały, były ściągane przez innych na kolana. Maanik wciąż stała, trzęsąc się ze strachu. Panna Allen, nauczycielka zaawansowanego kursu języka angielskiego, złapała dziewczynę za kołnierz i szarpnęła w dół.
Maanik próbowała wyrwać się opiekuńczej ręce i podnieść głowę. Nie była w stanie krzyczeć, nie potrafiła nawet otworzyć ust. Czwarty strzał już nie padł, czy to oznaczało, że poprzednie trzy były celne? Pomyślała o Danielu, zastanawiała się, czy wszystko z nim w porządku. Może to on oddał jeden ze strzałów? Pod prawym policzkiem czuła zimny beton chodnika. Coś zaszeleściło, suchy liść, gdy wyciągała szyję, żeby spojrzeć w dół ulicy.
Z oddali dolatywał dźwięk syren. Panna Allen zawahała się, po czym uniosła na kolana. Ktoś musiał sprawdzić, co się dzieje z tatą Maanik, i to nie mogła być jego córka.
— Zostań tutaj — pouczyła dziewczynę.
Mary Allen nakazała gestem innemu uczniowi, żeby pilnował koleżanki, po czym pobiegła nisko pochylona w stronę Piątej Alei i ciał na chodniku. Nie widziała krwi, ale za to zauważyła, jak mężczyzna w żółto-czerwonej kamizelce robotnika drogowego wskakuje na tył motocyklu. Ogłuszył ją huk silnika, gdy maszyna pomknęła na wschód. Z tej odległości widziała już, że dwoma leżącymi postaciami byli ambasador Pawar i jego ochroniarz. Jeden z mężczyzn poruszył się, usiadł, na jego jasne włosy padły promienie słońca. Ochroniarz odwrócił się do ciała, które osłaniał. Ojciec Maanik uniósł głowę. Podparł się ręką, chciał wstać, ale zachwiał się i upadł. Panna Allen popędziła w jego stronę, po czym zawołała przez ramię:
— Maanik, nic mu nie jest! Nic im się nie stało!
Nie było to do końca prawdą, dostrzegła brunatne ślady na chodniku. Szukała ran na ciele ambasadora, gdy raptem zauważyła krew lejącą się spod rękawa ochroniarza i zrozumiała, że to on został postrzelony. Zawołała do uczniów, by sprowadzili szkolną pielęgniarkę.


* * *



Kwadrans później, rozłączywszy się po rozmowie z żoną, Ganak Pawar delikatnie uniósł głowę Maanik ze swojego ramienia i pomógł córce usiąść prosto na kanapie w gabinecie dyrektora szkoły. Ściągnął z jej policzka kawałek suchego liścia. Byli teraz sami, oboje cali i zdrowi. Karetka zabrała Daniela do szpitala — szybko tracił krew, a jego prawa ręka odmawiała posłuszeństwa, ale załoga karetki zapewniła ich, że nic mu nie będzie.
Maanik nie płakała, nawet kiedy adrenalina opuściła jej krwioobieg. Głęboki, rwany oddech nieco się uspokoił. Dziewczyna nadal się trzęsła, ale jej ojciec nie mógł zignorować pukania do drzwi. Do środka zajrzał dyrektor.
— Panie ambasadorze, samochód już czeka.
— Rozumiem, dziękuję — odpowiedział Ganak. — Zaraz tam będę.
Maanik chwyciła go za rękę i ścisnęła mocno.
— Kochanie, muszę iść.
— Ale ja nie chcę.
— Wiem i rozumiem, ale przysięgam, że nic mi nie będzie. Taka sytuacja nigdy nie zdarza się dwa razy tego samego dnia.
Dziewczyna kiwnęła bez przekonania głową.
— Gdy tylko poczujesz się na siłach, poproś dyrektora, żeby zadzwonił po mamę, niech cię zabierze do domu. Powinnaś spędzić ten dzień spokojnie.
Maanik odwróciła wzrok, milcząc. Jej palce zacisnęły się jeszcze mocniej, paznokcie niemal wbiły w jego skórę.
— Maanik…
— Nic już nie ma sensu. ONZ, twoje wystąpienie… Nic.
— Wręcz przeciwnie. Nie wolno ci tracić wiary.
— Właśnie mogłam stracić ciebie. Kto w takiej sytuacji miałby jeszcze wiarę?
— Ale nie straciłaś, nadal tu jestem, a kiedy po tym zamachu pojawię się w siedzibie ONZ, mój głos zabrzmi donośniej.
— Nie wracam do domu — oznajmiła nagle Maanik i puściła dłoń ojca.
— W porządku, jeśli nie masz…
— Ty wciąż musisz wykonywać swoją pracę, dlatego ja wykonam swoją.
Ganak wziął głęboki oddech i spojrzał na córkę. Ten argument tak do niej pasował. Złożył na jej czole pocałunek dłuższy niż zwykle, a potem, wstając, uścisnął jej dłonie.
— W takim razie zobaczymy się na kolacji. Zadzwonię do ciebie w ciągu dnia. Poproszę dyrektora, żeby pozwolił ci zostawić włączony telefon. Maanik Pawar, potrafisz sprawić, że czuję się bardzo dumnym ojcem.
— A ja dumną córką, tato ambasadorze — odparła z uśmiechem. Bladym, ale jednak.
Jeszcze raz cmoknął ją w czubek głowy, po czym wyszedł energicznym, zdecydowanym krokiem. Maanik wstała, ale niemal od razu musiała usiąść, bo nogi miała jak z waty. Mimo to poszła na drugie zajęcia, zaawansowany kurs historii Stanów Zjednoczonych.
Pielęgniarka poprosiła dyrektora, żeby wysłał nauczycielom wiadomość z prośbą o baczne obserwowanie dziewczyny.
Maanik — rejestrując subtelne spojrzenia dzieciaków, których zbyt dobrze nie znała, i uniesione kciuki kolegów i koleżanek — usiadła na krześle i otworzyła zeszyt, by spisać temat z tablicy. Zaschło jej pióro i przez chwilę kreśliła na papierze okręgi, aż popłynął granatowy atrament. Mimo to nie przestawała rysować kółek i dopiero po chwili wzdrygnęła się, spostrzegłszy, co robi — zupełnie jakby na chwilę zasnęła, a po przebudzenia ujrzała kartkę pełną bazgrołów. Skoncentrowała się na słowach nauczyciela.
Słuchała, a potem poszła z kilkoma znajomymi na zajęcia z geometrii i w ich trakcie znów zaczęła rysować okręgi, zapełniając nimi całą kartkę. Odłożyła pióro i podrapała się pod rękawem sukienki. Nic jej nie swędziało, ale czuła, że musi to zrobić.
— Tatusiu… — wyszeptała.
Nikt jej nie usłyszał.
— Tato? — powiedziała donośniej.
Dziewczyna siedząca po prawej odwróciła się w jej stronę.
— Maanik?
Teraz także nauczyciel zwrócił na nią uwagę.
Maanik spojrzała na uczennicę i ujrzała przed sobą nieznajomą twarz. Ciało dziewczyny było zupełnie blade i niemal przejrzyste, jak lód na chodniku, a oczy miały czerwonawy odcień, niczym rubiny ze szkatułki mamy. Na tle twarzy odznaczały się sine usta.
Maanik odezwała się chrapliwym, zduszonym głosem:
— Tatusiu… pomóż mi!
Nauczyciel pośpiesznie ruszył między ławkami. Maanik oddychała coraz gwałtowniej. Raz po raz uderzała piórem w ławkę, a paznokcie drugiej dłoni wbiła sobie w nadgarstek, aż pojawiły się krople krwi.
Nauczyciel delikatnie chwycił ją za ramiona i posłał innego ucznia po pielęgniarkę.
— Maanik, przestań…
Maanik popchnęła mężczyznę na biurko. Miotała się na krześle i nagle zamarła, choć tylko na chwilę. A potem krzyknęła tak głośno, że nauczyciel przyciągnął ją do siebie w rozpaczliwej i bezsilnej próbie uciszenia dziewczyny.
Gdy do klasy dotarła pielęgniarka, Maanik zesztywniała.


Rozdział drugi



Caitlin O’Hara, doktor medycyny i filozofii, zaledwie dwa tygodnie przed czterdziestką i po trzech pierwszych łykach kawy, nacisnęła ikonę kluczy na tablecie.
— Nie możemy dać im gwiazdki z nieba, doktor O’Hara.
— Kiedy ja nie mówiłam o gwiazdce — odpowiedziała do głosu z tabletu. — Mówiłam o pieniądzach na dwadzieścia pięć schronisk testowych, pani Tanaka. Stać was na to.
Na ekranie obracał się trójwymiarowy projekt niewielkiego domu. Jedna ze ścian zniknęła i dzięki temu Caitlin mogła zrobić zbliżenie wnętrza. Taki budynek zapewniał wystarczająco dużo miejsca dla dwudziestu osób, które miesiącami musiały pocić się z gorąca albo marznąć w zdewastowanych namiotach. Tę nową wizualizację stworzył producent mebli modułowych, zakontraktowany przez wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców. Do poprzedniego modelu zgłoszono parę zastrzeżeń — brakowało w nim między innymi zamka po wewnętrznej stronie drzwi wejściowych — ale wszystkie niedoskonałości zostały poprawione. Brakowało jedynie funduszy.
Do rozmowy włączył się szef Tanaki, dyrektor Qanooni:
— Zwyczajnie nie dysponujemy setkami tysięcy dolarów, jakich wymagałby projekt.
— A więc wracamy do punktu wyjścia naszej dyskusji — zauważyła Caitlin. — Czyli do zbiórki społecznej. Wiem, że w ten sposób stracicie bonusy, jakie zwykle dostajecie od państw darczyńców, i trzeba będzie poświęcić na projekt kilka roboczogodzin, ale wydaje mi się, że ludzkie życie warte jest tego wysiłku.
Konferencja z urzędnikami do spraw rozwoju Światowej Organizacji Zdrowia miała już za chwilę przekroczyć zaplanowane trzydzieści minut. Nie ulegało jednak wątpliwości, że schroniska dla uchodźców są kwestią priorytetową. Zarówno to, jak i czas uciekający przed jej następnym spotkaniem biznesowym dodały Caitlin śmiałości.
Na chwilę zapadła cisza, aż w końcu Tanaka wymamrotała coś do dyrektora, a Qanooni oznajmił:
— Dobrze, przedstawimy tę kwestię zarządowi.
— Błagam, tylko nie to — jęknęła Caitlin. — Wiedzą państwo, co oznacza słowo „zarząd”? Zbieraninę antypatycznych… — zaczęła sama odpowiadać na swoje pytanie.
— Bardzo dziękujemy, pani doktor — przerwał jej pośpiesznie Qanooni. — Czy muszę pani przypominać, że my także w nim zasiadamy?
— Nie ma takiej potrzeby. Przepraszam, jeśli państwa uraziłam. — Caitlin uśmiechnęła się szeroko. — Po prostu nie znoszę biurokracji. Giną przez nią wyłącznie dobre pomysły, nigdy te złe. Dlatego proszę państwa, żebyście poszli do najbliższej szkoły średniej w Genewie i zatrudnili grupę uczniów, którzy za możliwość poprawienia sobie ocen w ciągu kilku godzin utworzą stronę ze zbiórką pieniędzy.
— Gdyby to było takie proste — westchnęła Tanaka. — Mogą się pojawić problemy z odpowiedzialnością prawną…
— Współczuję — odparła Caitlin. — Naprawdę. Płacę za ubezpieczenie więcej niż za mieszkanie i biuro, a mieszkam na Manhattanie! Tak czy inaczej, kwestia ludzkiego zdrowia jest ważniejsza od ubezpieczenia. Musi być. W przeciwnym razie co my tu robimy?
— Słuszna uwaga — rzucił Qanooni, a Tanaka chrząknęła w zamyśleniu.
— Nie mylę się w tej sprawie — naciskała Caitlin.
— Ależ skąd — żartował Qanooni. — Kiedy ostatnio w czymkolwiek się pani myliła?
— W dwa tysiące dziesiątym roku, w Kamerunie — odpowiedziała. — Zapadał zmrok i wzięłam hienę cętkowaną za psa. Wynalazłam wtedy skok w dal tyłem i jednocześnie ustanowiłam rekord świata, a wszystko za jednym zamachem.
Jej telefon zabzyczał raz i drugi. Dzwonił Benjamin Moss.
— Dyrektorze Qanooni, pani Tanako, muszę się rozłączyć, ale wyślę państwu e-maila. Dziękuję za poświęcony mi czas.
Dyrektor także jej podziękował, zamiast się jednak pożegnać, jeszcze raz wspomniał o odpowiedzialności prawnej. Komórka Caitlin ucichła, żeby po chwili znów się odezwać. Ben postanowił zadzwonić po raz drugi, zamiast zostawić wiadomość głosową.
Caitlin zakończyła spotkanie, rozsiadła się na krześle i pozwoliła, by jej wzrok spoczął na ścianie biura obwieszonej fotografiami Tajlandii, Kuby i Filipin, a także oprawionymi dyplomami i nagrodami — certyfikatami, które ułatwiły jej karierę w psychiatrii młodzieżowej, choć tak naprawdę nie miały większego znaczenia.
Po chwili oddzwoniła do Bena — odebrał po pierwszym sygnale.
— Ben, za minutę mam sesję, dlatego lepiej, żeby to było…
— Możesz odwołać?
— Co? Nie…
— Cai, mówię poważnie. Potrzebuję cię w siedzicie ONZ, najszybciej, jak to możliwe.
— Ja też nie żartowałam, chodzi o… — Ktoś zapukał do drzwi. — Sekundę! — zawołała, podejrzewając, że to jej asystentka. Pewnie chciała zapowiedzieć pacjenta. — Ben, przyszła do mnie jedenasta zero zero.
— Proszę, odwołaj tę sesję — zadręczał ją Ben. — Przecież wiesz, że nie nalegałbym, gdyby to nie było ważne.
Caitlin zmarszczyła brwi.
— To spotkanie też jest ważne. Powiedz mi chociaż, o co chodzi.
— Przez telefon? Nie mogę. Ten obszar jest elektronicznie podsłuchiwany przez każdy rząd na planecie. Błagam cię, Cai.
— To naprawdę aż tak pilna sprawa?
— Naprawdę.
Caitlin podniosła się i spojrzała na drzwi.
— Potrzebuję kilku minut. Potem do ciebie przyjadę.
— Dzięki. Wyślę ci SMS-a, gdzie się spotkamy.
Caitlin zakończyła rozmowę, otworzyła drzwi i wyjaśniła sytuację. Po przełożeniu wizyty klienta na inny termin złapała taksówkę do siedziby ONZ.
Wiadomość od Bena brzmiała: „Róg 48 i 2”. Kiedy taksówka stanęła przy chodniku, Caitlin wypatrzyła przyjaciela, który przechadzał się przed wieżowcem mieszkalnym. Miał na sobie szyty na miarę garnitur, a na twarzy posępny wyraz. Caitlin wodziła za nim wzrokiem, a kierowca pobierał należność z karty. Rozciągający się za Benem długi, ponury portyk sprawiał, że krok mężczyzny wydawał się jeszcze bardziej nerwowy, jakby więziły go kolumny łuków. Przyglądał się każdej przejeżdżającej taksówce, a gdy wypatrzył tę właściwą, jego twarz nieco pojaśniała i podszedł szybko do przyjaciółki.
Odkąd Caitlin poznała Benjamina Mossa, jeszcze jako studenta Uniwersytetu Nowego Jorku, tylko dwa razy widziała w jego oczach strach: 11 września 2001 roku, gdy obserwowali płonące wieże World Trade Center z Washington Square Park, i w Tajlandii, po tsunami z 2004 roku, gdy morze wyrzucało na brzeg ciała. Teraz też sprawiał wrażenie przestraszonego.
Uściskali się serdecznie. Powietrze było tego dnia nienaturalnie chłodne, mimo że stali bezpośrednio w słońcu.
— Mam u ciebie wielki dług wdzięczności — powiedział Ben.
— Większy, niż ci się wydaje. Po co mnie tu ściągałeś? — zapytała Caitlin.
Ben pokierował ją taktownie w stronę portyku. Zatrzymał się dopiero pod jego zadaszeniem i zerknął ukradkiem na odźwiernego. Caitlin nagle poczuła się uwięziona wraz z Benem w jego wyimaginowanej klatce.
— Ben, co się dzieje?
— Co u Jacoba? — szeptem zmienił temat. — Wciąż ma dziesięć lat?
— U Jacoba wszystko w porządku. Zapisał się na zajęcia z gotowania. Chce się też uczyć tai-chi, jak ci ludzie w parku.
— Znam dobrego nauczyciela. Z Chin.
— Ben? Co się stało i dlaczego udajesz, że nic?
Jej przyjaciel odetchnął głęboko. Pracował jako tłumacz dla ONZ. Widziała go kiedyś podczas pracy — po usłyszeniu zdania dawał sobie chwilę, by zastanowić się, jak przełożyć słowa na inny język. I robił to właśnie teraz.
— Tego ranka ambasador Indii przy ONZ odprowadzał córkę do szkoły — zaczął prawie szeptem. — Może już o tym słyszałaś…
— Próba zamachu — stwierdziła krótko Caitlin.
— No właśnie. Pełnomocnik policji zaangażował w sprawę Biuro Operacji Antyterrorystycznych, ale na razie znaleźli tylko jakiegoś bezimiennego faceta i niewyraźne nagranie z dwoma mężczyznami uciekającymi na motocyklu przez York Avenue.
— Nikt nie wziął na siebie odpowiedzialności za ten atak?
Ben pokręcił przecząco głową.
— Nowojorska policja uważa, że to byli wolni strzelcy, ale zarówno Indie, jak i Pakistan zaczynają wytykać się nawzajem palcami.
— Czyli nikt nie wie, dlaczego doszło do zamachu?
— Niestety, a mnóstwo ludzi życzyłoby sobie jego śmierci lub chociaż odstawienia na boczny tor. To pacyfista, ale piastuje zbyt wysokie stanowisko, żeby go tak po prostu odwołać. Tydzień temu rozpoczęły się rozmowy pokojowe w sprawie napięć między Pakistanem i Indiami i większość delegatów ONZ oraz Rady Bezpieczeństwa domagała się jego udziału.
— A ty pracujesz jako jego tłumacz — podsumowała Caitlin.
— Zgadza się. Tłumacz hindi, urdu, szina i ujgurskiego, a czasami języków plemiennych. — Po raz pierwszy uśmiechnął się szeroko. — Można dostać zawrotów głowy.
— A co z głową ambasadora? — zapytała.
— Wygląda na to, że wszystko w porządku. To nie jest facet, którym łatwo wstrząsnąć.
Skoro ambasador czuł się dobrze, to nie z jego powodu Ben ściągnął ją w to miejsce. Caitlin czekała, aż przyjaciel podejmie właściwy temat.
Jego głos był jeszcze cichszy, kiedy nachylił się do niej konspiracyjnie:
— Rozmowy przebiegały powoli i ostrożnie — aż do dziś. Ambasador Pawar dostał telefon w sprawie córki i musiał wyjść, odwołując dalsze obrady. Wystarczyła sekunda, żeby delegaci Pakistanu zaczęli się wściekać. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak długo będą szli na ustępstwa. Pół godziny później zastępca ambasadora Indii — który też się zmartwił — odciągnął mnie na bok i poprosił, żebym pojechał po ambasadora do jego mieszkania. Czyli tu. — Skinął na wieżowiec pnący się nad ich głowami w chmury.
— Przecież do tego faceta dopiero co strzelali — zauważyła Caitlin. — Naprawdę nie mogą mu dać paru godzin wolnego?
— Tu nie chodzi o niego, Cai. Chodzi o wykorzystywanie takich zdarzeń jako pretekstu. Ambasador spóźnił się na rozmowy, a jego nieobecność dała wszystkim czas i wymówkę, żeby znów złapać się za łby.
— Rozumiem. Ale to nie z powodu ambasadora musiałeś mnie tu ściągnąć.
— Nie — odparł Ben poważnym tonem.
Co innego mogło odciągnąć dyplomatę od jednego kryzysu, jeśli nie inny kryzys w jego własnym domu? Caitlin poczuła ukłucie niepokoju, przypominając sobie o pełnej miłości i troski uwadze, jaką darzył ją ojciec.
— Chodzi o córkę? — Caitlin słyszała o strzelaninie z telewizji.
Ben kiwnął głową. Wpatrywał się w ulicę, aż w końcu odwrócił się do odźwiernego.
— Co się jej stało? — drążyła.
— Mogę tylko powiedzieć, że… — Ben zacisnął usta, a potem odetchnął. — Że to, co widziałem, było niepokojące, Cai. Musisz po prostu zobaczyć to na własne oczy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-05-21 (439 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej