Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasto Dusz
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Ruina i rewolta'' - Leigh Bardugo

(#1)





PRZEDTEM



Potwór nazywał się Izumrud, co znaczy wielki robak. Niektórzy opowiadali, że to on wydrążył tunele biegnące pod powierzchnią Ravki. Doskwierał mu chorobliwy apetyt, zajadał więc szlam i żwir, rył się coraz głębiej pod ziemię, szukał czegoś, co zaspokoiłoby jego głód, aż w końcu zapuścił się za daleko i zagubił się w ciemności.
Było to zwykłe bajanie, lecz w Białym Soborze ludzie przezornie nie oddalali się zbytnio od korytarzy otaczających główne jaskinie. W mrocznym labiryncie tuneli słychać było echo dziwnych odgłosów, jęków, niewyjaśnionego dudnienia. Zimne zakamarki ciszy przeszywały ciche syki – być może nic takiego, a być może dźwięk, jaki wydaje sunące, długie cielsko, które zakrada się pobliskim korytarzem w poszukiwaniu ofiary. W takich chwilach łatwo było uwierzyć, że Izumrud wciąż gdzieś tu żyje, czeka, aż przebudzi go wołanie bohaterów, śni o sutym posiłku, jaki by mu się trafił, gdyby jakieś bezradne dziecię wlazło mu do paszczy. Taki stwór spoczywa, lecz nie zdycha.
Tę opowieść – i różne inne, wszelkie nowe historie, jakie udało mu się zgromadzić – przyniósł dziewczynie z sobą chłopak, na początku, kiedy jeszcze wolno mu było się do niej zbliżać. Siadywał przy jej łóżku, starał się nakłonić ją, by jadła, nasłuchiwał zbolałego świstu w jej płucach, i snuł opowieść o rzece poskromionej przez potężnego Pływowładnego, który ukształtował ją tak, by przedarła się przez grube warstwy skał w poszukiwaniu złotej monety. Szeptał o biednym, przeklętym Peliekinie, który przez tysiąc lat znojnie machał czarodziejskim kilofem, pozostawiając po sobie wyrąbane jaskinie i tunele – był to samotnik, co szukał jedynie jakiegoś zajęcia i gromadził złoto oraz klejnoty, których nie zamierzał wcale wydawać.
Niespodziewanie pewnego poranka drogę do izby dziewczyny zastąpili chłopakowi zbrojni ludzie. A kiedy nie chciał odejść, odciągnęli go od drzwi zakutego w łańcuchy. Kapłan ostrzegł chłopaka, że wiara da mu spokój, a posłuszeństwo – przedłuży życie.
Zamknięta w celi, do towarzystwa mając jedynie kapanie wody oraz powolne bicie własnego serca, dziewczyna wiedziała, że opowieści o Izumrudzie są prawdziwe. Została pochłonięta w całości, pożarta, a dźwięczących, alabastrowych trzewiach Białego Soboru ostała się jedynie Święta.


* * *



Świętą codziennie budziło skandowanie jej imienia, codziennie też rosła jej armia, której szeregi pęczniały od głodnych i pozbawionych nadziei, od rannych żołnierzy i dzieci ledwie zdolnych nosić strzelby. Kapłan powiedział wyznawcom, że będzie ona pewnego dnia królową, a oni mu uwierzyli. Dziwowali się jednak jej poturbowanemu i tajemniczemu dworowi: kruczowłosej Szkwalniczce o ciętym języku, Zrujnowanej, owiniętej czarnym orarionem, co zakrywał ohydne blizny, blademu uczonemu, który przemykał korytarzami, ściskając książki oraz dziwne przyrządy. Były to nędzne niedobitki Drugiej Armii – nieodpowiednie towarzystwo dla Świętej.
Niewielu wiedziało, że była bezsilna. Wyróżniająca ją moc – boska czy nie – przepadła, a przynajmniej znalazła się poza zasięgiem. Jej wyzwawców trzymano na dystans, by nie widzieli, że jej oczy są zapadłe i ciemne, że oddycha urywanie i z przestrachem. Chodziła pomału, niepewnie, kości jej ciała były kruche jak naniesione przez morze drewno – słabowita dziewczyna, na której spoczywały nadzieje ich wszystkich.
Na powierzchni nowy król władał za sprawą swojej armii cienia i żądał, by zwrócić mu jego Przyzywaczkę Słońca. Groził i oferował nagrody, lecz w odpowiedzi otrzymał jedynie wyzwanie rzucone przez banitę, którego lud przezwał Powietrznym Księciem. Atakował on wzdłuż granicy od północy, zrzucał bomby na linie zaopatrzeniowe, czym zmuszał Króla Cieni do wznowienia handlu oraz przepraw przez Fałdę, choć przed potworami chronili podróżnych tylko Infernicy i łut szczęścia. Niektórzy mówili, że wyzwanie to rzucił książę Lancov. Inni opowiadali, że był to fjerdański buntownik, który nie chciał walczyć u boku wiedźm. Wszyscy jednak się zgadzali, że musi mieć własne sztuczki w zanadrzu.
Święta potrząsała kratami podziemnej klatki. To była jej wojna i domagała się wolności, by móc w niej walczyć. Kapłan odmówił.
Ale zapomniał, że zanim została Griszą i Świętą, była duchem Keramzina. Razem z chłopakiem gromadzili sekrety jak Peliekin skarby. Potrafili być złodziejami i zjawami, ukrywać siłę oraz psoty. Podobnie jak nauczyciele w majątku księcia kapłan sądził, że zna dziewczynę i wie, do czego jest zdolna.
Mylił się.
Nie słyszał ich tajemnego języka, nie rozumiał niezłomnego postanowienia chłopaka. Nie spostrzegł, kiedy słabość przestała dziewczynie ciążyć, a zaczęła jej służyć jako przebranie.


ROZDZIAŁ PIERWSZY



Stałam na rzeźbionym, kamiennym balkonie z rozłożonymi rękoma. Dygotałam w tanich ubraniach i starałam się urządzić porządne przedstawienie. Moja kefta składała się ze strzępów szaty, którą miałam na sobie tej nocy, kiedy zbiegliśmy z pałacu, oraz z krzykliwych zasłon pochodzących ponoć ze zlikwidowanego teatru gdzieś w okolicy Sali. Brzegi materiału wykończone były koralikami z żyrandoli we foyer. Haft na mankietach już się pruł. David i Genia zrobili, co mogli, ale pod ziemią mieliśmy ograniczone zasoby.
Z daleka spełniało to swoją funkcję – iskrzyło się złociście w świetle, które zdawało się promieniować z moich dłoni, i rzucało jasny blask na zastygłe w zachwycie twarze moich wyznawców, zgromadzonych poniżej. Z bliska widać było, że to tylko zetlałe nici i blichtr. Dokładnie tak jak ja. Wyświechtana Święta.
W Białym Soborze dudnił głos Apparata i tłum chwiał się z zamkniętymi oczyma, z uniesionymi rękoma, jak pole maków – blade łodygi ramion wprawiał w drżenie wiatr, którego ja nie czułam. Wykonywałam wyreżyserowane gesty, z rozmysłem poruszając się tak, by David i jedno z Inferników, które mu akurat pomagało tego ranka, mogli nadążyć za moimi ruchami, siedząc w ukrytym pomieszczeniu tuż nad balkonem. Poranne modły napawały mnie trwogą, ale według kapłana te fałszywe pokazy były konieczne.
– Dajesz swojemu ludowi dar, Sankta Alina – mówił. – Nadzieję.
Tak naprawdę było to złudzenie – blada imitacja światła, jakim niegdyś władałam. Złoty blask rzucały infernickie płomienie, odbite od obtłuczonego naczynia z luster, które David zbudował z odzyskanego szkła. Przypominało to naczynia, jakich użyliśmy podczas nieudanej próby odparcia hordy Darklinga w bitwie o Os Altę. Zaskoczono nas. W rezultacie moja moc, nasze plany, cała pomysłowość Davida i zaradność Mikołaja nie powstrzymały rzezi. Od tamtej pory nie potrafiłam przyzwać choćby promyka słońca. Lecz większość trzódki Apparata nigdy nie widziała, na co stać ich Świętą, na razie więc podstęp wystarczał.
Apparat skończył kazanie. Był to sygnał dla nas, byśmy również kończyli. Infernicy rozjarzyli otaczającą mnie poświatę. Zamigotała i zamrugała chaotycznie, po czym zgasła, gdy opuściłam ramiona. Cóż, teraz już wiedziałam, kto wraz z Davidem obsługuje ogień. Spojrzałam spode łba na pieczarę u góry. Harshaw. Tego to zawsze ponosiło. Z bitwy w Małym Pałacu uszło z życiem troje Inferników, lecz jedno z nich zmarło zaledwie kilka dni później w wyniku odniesionych ran. Z dwóch pozostałych Harshaw był potężniejszy i bardziej nieprzewidywalny.
Zeszłam z platformy, bo nie mogłam się doczekać, aż opuszczę Apparata, lecz źle stąpnęłam i się potknęłam. Kapłan złapał mnie za ramię i podtrzymał.
– Ostrożnie, Alino Starkov. Nie baczysz na swoje bezpieczeństwo.
– Dzięki – powiedziałam. Chciałam się odsunąć od niego, od odoru przeoranej ziemi i kadzidła, który wszędzie mu towarzyszył.
– Kiepsko się dzisiaj czujesz.
– Po prostu jestem niezdarna. – Oboje wiedzieliśmy, że to nieprawda. Od przybycia do Białego Soboru nabrałam sił – kości mi się zrosły, nie wymiotowałam już posiłków – lecz wciąż byłam słabowita. Doskwierały mi rozmaite bóle i nieustanne znużenie.
– Może zatem powinnaś poświęcić dzień na odpoczynek.
Zazgrzytałam zębami. Spędzę kolejny dzień zamknięta w swojej izbie. Przełknęłam frustrację i uśmiechnęłam się słabo. Wiedziałam, co chce zobaczyć.
– Jest mi bardzo zimno – powiedziałam. – Trochę czasu w Czajniku dobrze by mi zrobiło. – Zasadniczo była to prawda. W Białym Soborze jedynie w kuchniach udawało się poskromić wilgoć. O tej porze rozpalono już przynajmniej w jednym z palenisk, by przygotować śniadanie. Wielką, okrągłą jaskinię wypełniać będą zapachy pieczonego chleba i słodkiej owsianki, które kucharki przygotowywały z zapasów suszonego grochu oraz mleka w proszku, dostarczanych przez sprzymierzeńców na powierzchni i składowanych przez pielgrzymów.
Dla wzmocnienia efektu zadygotałam, lecz kapłan tylko niezobowiązująco mruknął.
Moją uwagę zwróciło poruszenie na dole jaskini: nowo przybyli pątnicy. Odruchowo zmierzyłam ich wzrokiem badawczo. Niektórzy mieli na sobie mundury, które zdradzały, że są dezerterami z Pierwszej Armii. Wszyscy byli młodzi i gibcy.
– Nie ma weteranów? – spytałam. – Wdów?
– Wyprawa pod ziemię jest trudna – odparł Apparat. – Wielu jest takich, którzy są za starzy albo za słabi, by się poruszać. Wolą wygody własnego domu.
Mało prawdopodobne. Pielgrzymi przybywali, podpierając się kulami i laskami, niezależnie od wieku czy stanu zdrowia. Choćby konali, schodzili się, by w ostatnich dniach życia popatrzeć na Świętą Słońca. Spojrzałam nieufnie przez ramię. Kątem oka widziałam brodatych, ciężko uzbrojonych członków Straży Kapłańskiej, którzy stali w łukowatym wejściu. Byli to mnisi, uczeni kapłani jak Apparat. Pod ziemią tylko im wolno było nosić broń. Na powierzchni pełnili rolę odźwiernych – wyszukiwali szpiegów i niewiernych, udzielali schronienia tym, których uznali za godnych. Ostatnio liczba pielgrzymów malała, a ci, którzy w końcu do nas dołączali, zdawali się raczej krzepcy niż pobożni. Apparat chciał zdobyć potencjalnych żołnierzy, a nie tylko gęby do wykarmienia.
– Mogę pójść do chorych i sędziwych – odezwałam się. Wiedziałam, że mój argument na nic się nie zda, ale i tak go poruszyłam – tak niemal należało: – Święta powinna chodzić wśród swojego ludu, a nie chować się jak szczur w labiryncie.
Apparat się uśmiechnął – dobroduszym, pobłażliwym uśmiechem uwielbianym przez pątników, który sprawiał, że mnie chciało się wyć.
– W trudnych czasach wiele zwierząt ukrywa się pod ziemią. Tak udaje im się przetrwać – odparł. – Kiedy głupcy stoczą już swoje bitwy, to szczury rządzą polami i miastami.
„I pożerają poległych” – pomyślałam z drżeniem. Jak gdyby czytał mi w myślach, schwycił mnie za bark mocno. Jego długie, białe palce oplatały moją rękę jak woskowaty pająk. Jeśli tym gestem chciał podnieść mnie na duchu – nie udało się.
– Cierpliwości, Alino Starkov. Powstaniemy, kiedy nastanie odpowiednia chwila – nie wcześniej.
„Cierpliwości”. Zawsze zalecał to samo. Powstrzymałam impuls, by dotknąć nagiego nadgarstka – miejsca, gdzie znajdować się miały kości ognistego ptaka. Posiadłam łuski węża morskiego oraz poroże jelenia, lecz wciąż brakowało ostatniego kawałka układanki Morozova. Możliwe, że już byśmy mieli trzeci wzmacniacz, gdyby Apparat wsparł łowy, albo chociaż pozwolił nam wrócić na powierzechnię. Lecz to pozwolenie miało swoją cenę.
– Zimno mi – powtórzyłam, maskując irytację. – Chcę iść do Czajnika.
Zmarszczył brew.
– Nie podoba mi się, jak tam siedzisz z tą dziewczyną…
Strażnicy za nami zaszemrali niespokojnie i dopłynęło do mnie słowo. Razrusza’ja. Odtrąciłam dłoń Apparata i pomaszerowałam do przejścia. Straż Kapłańska stanęła na baczność. Jak wszyscy ich pobratymcy byli ubrani w brązowe szaty i nosili złotą glorię – ten sam symbol, który widniał na odzieniu Apparata. To był mój symbol. Nigdy jednak nie spoglądali prosto na mnie, nigdy się nie odzywali ani do mnie, ani do innych uchodźców-Griszów. Stali tylko milcząco na krańcach pomieszczeń i wszędzie za mną chodzili, niczym brodate, zbrojne w strzelby widma.
– Ten przydomek jest zakazany – powiedziałam. Patrzyli wprost przez siebie, jakbym była niewidzialna. – Ona się nazywa Genia Safin, a gdyby nie ona, ja nadal byłabym więźniem Darklinga. – Zero reakcji. Widziałam jednak, jak znieruchomieli na sam dźwięk jej imienia. Dorośli, uzbrojeni mężczyźni, a boją się poharatanej dziewczyny. Przesądni idioci.
– Spokojnie, Sankta Alina – odezwał się Apparat. Chwycił mnie za łokieć i zaprowadził korytarzem do swojej izby posłuchań. Kamienny strop, poprzeszywany srebrnymi żyłkami, wyrzeźbiono w kształt róży, a na ścianach wymalowano Świętych ze złotymi nimbami. Znać tu było kunszt Fabrykatarów, bo zwykłe pigmenty nie wytrzymałyby zimna i wilgoci Białego Soboru. Kapłan rozsiadł się na niskim, drewnianym krześle i gestem wskazał mi drugie. Usiadłam, starając się ukryć ulgę. Nawet długie stanie mnie męczyło.
Przyjrzał mi się, widząc ziemistą cerę, ciemne cienie pod oczami.
– Z pewnością Genia mogłaby więcej dla ciebie zrobić.
Od mojej bitwy z Darklingiem minęły ponad dwa miesiące. Nie doszłam w pełni do siebie. Kości policzkowe wrzynały się w zapadłą twarz jak gniewne okrzyki, a moje siwe włosy były tak delikatne, że unosiły się jak pajęczyny. Udało mi się w końcu namówić Apparata, żeby pozwolił Genii zająć się mną w kuchni – przekonałam go obietnicą, że Genia wykorzysta swoje umiejętności, bym była bardziej reprezentacyjna. Od wielu tygodni był to mój jedyny kontakt z innymi Griszami. Delektowałam się każdą chwilą – każdą maleńką informacją.
– Robi, co może – odpowiedziałam. Kapłan westchnął.
– Zapewne wszyscy musimy zdobyć się na cierpliwość. Z biegiem czasu wrócisz do zdrowia. Dzięki wierze. Dzięki modlitwie.
Owładnął mną gniew. Doskonale zdawał sobie sprawę, że uzdrowi mnie jedynie używanie mojej mocy, ale w tym celu musiałabym wrócić na powierzchnię.
– Jeśli tylko pozwolisz mi wyjść na zewnątrz…
– Jesteś dla nas zbyt cenna, Sankta Alina, a ryzyko jest zbyt wielkie. – Wzruszył ramionami przepraszająco. – Skoro ty nie dbasz o swoje bezpieczeństwo, muszę to robić ja.
Zachowałam milczenie. W taką grę graliśmy, odkąd mnie tu sprowadzono. Apparat wiele dla mnie zrobił. Tylko dzięki niemu choć kilkoro moich Griszów przetrwało bitwę z potworami Darklinga. Udzielił nam schronienia pod ziemią. Jednak z każdym dniem Biały Sobór coraz bardziej przypominał więzienie, a nie azyl.
Złożył dłonie.
– Minęły miesiące, a ty mi nadal nie ufasz.
– Ufam – skłamałam. – Oczywiście, że ufam.
– A mimo to nie pozwolisz mi sobie pomóc. Jeśli zdobędziemy ognistego ptaka, to wszystko może ulec zmianie.
– David przedziera się przez dzienniki Morozova. Jestem pewna, że tam kryje się odpowiedź.
Apparat wbił we mnie spojrzenie płytkich, czarnych oczu. Podejrzewał, że wiem, gdzie jest ognisty ptak – trzeci wzmacniacz Morozova, a zarazem klucz do jedynej potęgi zdolnej pokonać Darklinga i zniszczyć Fałdę. I miał rację. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Nasza jedyna wskazówka na temat miejsca pobytu ptaka była pogrzebana wśród moich skąpych wspomnień z dzieciństwa oraz nadziei, że zakurzone ruiny Dva Stołba kryją coś więcej, niż się wydaje. Ale słusznie czy niesłusznie – to, gdzie ognisty ptak może się znajdować, zamierzałam zachować w tajemnicy. Byłam pod ziemią, w izolacji, niemal bez sił, i szpiegowała mnie Straż Kapłańska. Nie zamierzałam rezygnować ze swojej jedynej karty przetargowej.
– Chcę dla ciebie tylko tego, co najlepsze, Alino Starkov. Dla ciebie i dla twoich przyjaciół. Tak niewielu ich zostało. Gdyby coś im się przytrafiło…
– Zostaw ich w spokoju – warknęłam, zapomniawszy, że mam być słodka, że mam być łagodna.
Nie podobało mi się przenikliwe spojrzenie Apparata.
– Chciałem tylko powiedzieć, że pod ziemią zdarzają się wypadki. Wiem, że każdą stratę boleśnie byś odczuła, a jesteś przecież taka słaba. – Kiedy wypowiadał ostatnie słowo, odsłonił dziąsła. Były czarne jak u wilka.
Znów poczułam gniew. Od pierwszego dnia w Białym Soborze panowała atmosfera zagrożenia, która przygniatała mnie stale brzmieniem strachu. Apparat nie przepuścił okazji, by mi przypomnieć, jaka jestem bezradna. Niemal bezwiednie poruszyłam lekko palcami w rękawach. Cienie wezbrały gwałtownie na ścianach pieczary.
Apparat odchylił się na krześle. Popatrzyłam na niego ze zmarszczonym czołem, udając konsternację.
– Co się stało? – spytałam. Odkaszlnął, wodząc wzrokiem szybko z prawa na lewo.
– Nic… nic takiego – wyjąkał.
Zgodnie z moją wolą cienie opadły. Jego reakcja warta była zawrotów głowy, które mnie nękały, kiedy stosowałam tę sztuczkę. Bo była to tylko sztuczka. Potrafiłam wprawić cienie w ruch i tan, ale nic więcej. Było to nikłe, żałosne echo mocy Darklinga, resztka pozostała po konfrontacji, którą oboje niemal przypłaciliśmy życiem. Odkryłam to, kiedy próbowałam przyzwać światło, i starałam się wyćwiczyć umiejętność, by zmieniła się w coś większego – coś, czym można by walczyć. Bez powodzenia. Miałam poczucie, że cienie to kara, duchy większej potęgi, które tylko ze mnie szydziły – ze Świętej podróbek i luster.
Apparat wstał i spróbował nad sobą zapanować.
– Udasz się do archiwum – rzekł zdecydowanie. – Czas spędzony w ciszy na studiach i kontemplacji pomoże ci ukoić myśli.
Stłumiłam jęk. To dopiero była kara – długie godziny trawione na bezowocnym przeczesywaniu starych tekstów religijnych w poszukiwaniu informacji o Morozovie. W dodatku archiwum było wilgotne, smętne i roiło się tam od Straży Kapłańskiej. – Odprowadzę cię – dodał. Jeszcze lepiej.
– A Czajnik? – zapytałam, próbując zamaskować desperacki ton głosu.
– Później. Razru… Genia zaczeka – odparł, kiedy szłam za nim korytarzem. – Wiesz, nie musisz czmychać do Czajnika. Możesz się z nią spotkać tutaj. Na osobności.
Zerknęłam na strażników, którzy kroczyli za nami. Na osobności. Śmiechu warte. Ale myśl o tym, że mieliby mi odciąć dostęp do kuchni, śmieszna nie była. Być może dzisiaj główny kanał wentylacyjny będzie otwarty nieco dłużej niż parę sekund. Szansa była nikła, ale innej nadziei nie miałam.
– Wolę Czajnik – powiedziałam. – Jest tam ciepło. – Obdarzyłam go najpotulniejszym uśmiechem, jaki miałam w repertuarze, usta zadrżały mi lekko, po czym dodałam: – Przypomina mi to dom.
Uwielbiał ten obraz – skromna dziewuszka skulona przy piecu, ciągnąca w popiele rąbek sukienki. Kolejne złudzenie, nowy rozdział w jego księdze Świętych.
– No dobrze – rzekł w końcu.
Droga w dół z balkonu była długa. Biały Sobór zawdzięczał nazwę swym alabastrowym ścianom oraz olbrzymiej głównej jaskini, gdzie co rano i co wieczór odprawialiśmy nabożeństwa. Jednak Biały Sobór obejmował znacznie więcej – rozległą sieć tuneli i jaskiń, podziemne miasto. Nienawidziłam tutaj wszystkiego. Wilgoci, która ściekała ze ścian, skapywała z sufitów, skraplała się na mojej skórze. Chłodu, którego nie dało się rozproszyć. Muchomorów i nocnych kwiatów, które rosły w różnych zakamarkach. Nienawidziłam tego, jak mierzymy czas: poranne nabożeństwo, modlitwa popołudniowa, wieczernia, dni pod wezwaniem Świętych, dni postu całkowitego albo częściowego. Przede wszystkim jednak nienawidziłam czuć, że naprawdę jestem małym szczurkiem, bladym, z czerwonymi oczami, który skrobie w ścianki labiryntu wątłymi, różowawymi szponkami.
Apparat wiódł mnie przez jaskinie na północ od głównej niecki, gdzie trenowali Sol Sołdaci. Kiedy przechodziliśmy, ludzie przywierali do ścian albo wyciągali dłonie, by dotknąć mojego złotego rękawa. Szliśmy nieśpiesznie, dostojnie – z konieczności. Nie mogłam się szybciej przemieszczać bez wysiłku. Trzoda Apparata wiedziała, że jestem chora, i modliła się o moje zdrowie, lecz kapłan obawiał się, że gdyby odkryli, jak krucha – jak bardzo ludzka – w istocie jestem, wybuchłaby panika.
Kiedy przybyliśmy, Sol Sołdaci rozpoczęli już trening. Byli to święci bojownicy Apparata – żołnierze słońca, którzy mieli mój emblemat wytatuowany na ramionach albo twarzach. W większości byli to dezerterzy z Pierwszej Armii, choć niektórzy byli po prostu młodzi, zażarci i skłonni ponieść śmierć. Pomogli mnie uratować z Małego Pałacu. Ofiar było mnóstwo. Święci czy nie, nie mogli się mierzyć z nisztojami Darklinga. Niemniej w armii Darklinga służyli również zwykli żołnierze oraz Griszowie, więc Sol Sołdaci ćwiczyli.
Teraz jednak odbywało się to bez prawdziwej broni – posługiwali się atrapami mieczy oraz strzelbami naładowanymi kulami z wosku. Sol Sołdaci stanowili odrębną grupę pielgrzymów. Do sekty ściągnęła ich obietnica zmiany. Wielu z nich było młodych, a wobec Apparata oraz starych cerkiewnych zwyczajów miało mieszane uczucia. Od mojego przybycia do podziemia Apparat dużo mocniej trzymał ich w ryzach. Byli mu potrzebni, lecz w pełni im nie ufał. Wiedziałam, jak to jest.
Straż Kapłańska stała wzdłuż ścian, bacznie obserwując ich poczynania. Pociski strażników były prawdziwe, podobnie jak ostrza ich szabli.
Kiedy weszliśmy do pomieszczenia treningowego, zobaczyłam grupkę gapiów, która zebrała się, by popatrzeć, jak Mal sparuje ze Stiggiem – jednym z dwóch ocalałych Inferników. Stigg miał gruby kark, blond włosy i zero poczucia humoru – typowy Fjerdanin.
Mal odchylił się i łuk ognia go ominął, lecz druga dawka płomieni podpaliła mu koszulę. Gapie wstrzymali dech. Sądziłam, że się wycofa, ale on zamiast tego ruszył do ataku. Przekoziołkował, gasząc w ten sposób płomienie i zbijając Stigga z nóg. W okamgnieniu przycisnął Infernika do ziemi. Schwycił Stigga za nadgarstki, aby zapobiec kolejnym atakom.
Obserwujący to żołnierze słońca zaczęli bić brawo i gwizdać.
Zoja przerzuciła lśniące czarne włosy przez ramię.
– Brawo, Stigg. Jesteś związany i gotowy, by cię omaścić.
Mal uciszył ją spojrzeniem.
– Rozproszyć, rozbroić, obezwładnić – rzekł. – Rzecz w tym, by nie panikować. – Podniósł się i pomógł Stiggowi wstać. – Nic ci nie jest?
Stigg skrzywił się z irytacją, ale skinął głową i zacząć sparing z młodą, ładną wojaczką.
– Dawaj, Stigg – dziewczyna powiedziała z szerokim uśmiechem. – Obejdę się z tobą łagodnie.
Twarz dziewczyny wyglądała znajomo, lecz dłuższą chwilę trwało, nim skojarzyłam, kim była. Ruby. Mal i ja trenowaliśmy z nią w Policnai. Była w naszym pułku. Pamiętałam ją jako rozchichotaną, radosną, pogodną, skłonną do flirtu dziewczynę, jedną z takich, które sprawiały, że ja sama czułam się niezręczna i beznadziejna. Wciąż uśmiechała się łatwo, wciąż miała długi blond warkocz. Jednak nawet ze sporej odległości widziałam jej czujność, nieufność, którą zrodziła wojna. Po prawej stronie twarzy miała wytatuowane czarne słońce. Dziwnie było pomyśleć, że dziewczyna, która kiedyś siedziała naprzeciw mnie w kantynie, teraz widziała we mnie coś boskiego.
Apparat i jego straże rzadko wiedli mnie do archiwum właśnie tędy. Co dzisiaj było inaczej? Przyprowadził mnie tu, żebym mogła sobie obejrzeć resztki mojej armii i przypomnieć, ile kosztowały moje błędy? Pokazać mi, jak niewielu sprzymierzeńców mi zostało?
Patrzyłam, jak Mal dobiera w pary żołnierzy słońca i Griszów. Byli Szkwalnicy: Zoja, Nadia i jej brat Adrik. Wraz ze Stiggiem oraz Harshawem wyczerpywali oni zastęp moich Eterealników. Ale Harshawa nigdzie nie było widać. Po tym, jak przyzwał dla mnie płomienie podczas porannych modłów, pewnie z powrotem rzucił się do wyrka.
Jeśli chodzi o Korporalników, na piętrze treningowym byli tylko Tamar i jej olbrzymi bliźniak – Tolia. Zawdzięczałam im życie, ale dług ten mi ciążył. Byli blisko związani z Apparatem, mieli za zadanie szkolić Sol Sołdatów i długie miesiące w Małym Pałacu mnie okłamywali. Nie byłam pewna, co o nich sądzić. Nie stać mnie było na luksus zaufania.
Pozostali żołnierze musieli czekać na swoją kolej. Griszów było po prostu za mało. Genia i David trzymali się na uboczu, a i tak kiepscy z nich byli wojacy. Maxim był Uzdrowicielem i wolał doskonalić swój kunszt w lazarecie, choć niewielu spośród trzódki Apparata ufało Griszom na tyle, by skorzystać z jego usług. Siergiej był potężnym Sercodarcą, ale mówiono mi, że jest zbyt rozchwiany, by bezpiecznie ćwiczyć z uczniami. Kiedy Darkling rozpoczął atak z zaskoczenia, Siergiej był w sercu walki, widział, jak jego ukochaną dziewczynę rozdarły potwory. Jedynego poza nim Sercodarcę zabiły nisztoje gdzieś między Małym Pałacem a kaplicą.
„Przez ciebie” – rozbrzmiało w mojej głowie. „Bo ich zawiodłaś”.
Głos Apparata wyrwał mnie z ponurych myśli:
– Chłopak pozwala sobie na zbyt wiele.
Powiodłam wzrokiem w stronę Mala, który przemieszczał się między żołnierzami. Do jednego się odezwał, drugiego poprawił.
– Pomaga im w szkoleniu – powiedziałam.
– Wydaje rozkazy. Orecev – zawołał kapłan i wezwał go gestem. Zastygłam w napięciu, patrząc, jak Mal się zbliża. Odkąd zakazano mu wstępu do mojej izby, prawie go nie widywałam. Poza ostrożnie dozowanymi spotkaniami z Genią Apparat separował mnie od potencjalnych sojuszników.
Mal wyglądał inaczej. Miał na sobie zgrzebne ubranie, które w Małym Pałacu pełniło funkcję jego munduru, ale był szczuplejszy, bledszy przez czas spędzony pod ziemią. Wąska blizna na brodzie odznaczała się ostro.
Zatrzymał się przed nami i się skłonił. Od dawna nie znajdowaliśmy się tak blisko siebie.
– Nie ty jesteś tu kapitanem – rzekł Apparat. – Tolia i Tamar przewyższają cię stopniem.
Mal skinął głową.
– Owszem.
– Więc dlaczego prowadzisz ćwiczenia?
– Niczego nie prowadzę – odparł. – Mogę ich czegoś nauczyć. Oni mogą zdobyć umiejętność.
„Prawda” – pomyślałam z goryczą. Mal zyskał wielką sprawność w walce z Griszami. Pamiętałam, jak posiniaczony i zakrwawiony, stał nad Szkwalnikiem w stajni Małego Pałacu z wyzywającym wyrazem pogardy w oczach. Kolejne wspomnienie, bez którego bym się obeszła.
– Dlaczego tych rekrutów nie oznaczono? – zapytał Apparat, wskazując grupkę walczącą na drewniane miecze przy przeciwległej ścianie. Żadne z rekrutów nie mogło mieć więcej niż dwanaście lat.
– Bo to dzieci – odparł Mal lodowato.
– To ich wybór. Chciałbyś odmówić im szansy, by okazali wierność naszej sprawie?
– Chciałbym oszczędzić im żalu.
– Nikt tego nie potrafi.
Mięsień drgnął Malowi w policzku.
– Jeśli przegramy, te tatuaże napiętnują ich jako żołnierzy słońca. Równie dobrze mogliby się od razu zapisać na pluton egzekucyjny.
– Czy to dlatego ty sam nie nosisz na twarzy symbolu? Bo brakuje ci wiary w nasze zwycięstwo?
Mal zerknął na mnie, potem znów na Apparata.
– Wiarę zachowam dla Świętych – powiedział beznamiętnie. – Nie dla ludzi, którzy ślą dzieci na śmierć.
Kapłan zmrużył oczy.
– Mal ma rację – wtrąciłam. – Niech się nie tatuują. – Apparat wpatrywał się we mnie tymi płytkimi, czarnymi oczyma. – Proszę – powiedziałam delikatnie. – Przez wzgląd na mnie.
Wiedziałam, jak lubi ten głos – łagodny, ciepły głos niczym z kołysanki.
– Takie miękkie serduszko – powiedział i cmoknął. Widziałam jednak, że jest zadowolony. Choć opowiedziałam się przeciwko jego życzeniom, takiej chciał Świętej – kochającej matki, pociechy dla ludu. Wpiłam paznokcie w dłoń.
– To Ruby, prawda? – zapytałam, chcąc zmienić temat i odwrócić uwagę Apparata.
– Trafiła tu parę tygodni temu – powiedział Mal. – Dobra jest – pochodzi z piechoty. – Wbrew sobie poczułam leciutkie ukłucie zazdrości.
– Stigg nie wygląda za wesoło – zauważyłam, kiwając głową w jego stronę. Infernik zdawał się wyładowywać frustrację z odniesionej porażki na Ruby. Dziewczyna starała się dotrzymać mu pola, ale nie miała szans na zwycięstwo.
– Nie lubi przegrywać.
– Ty chyba nawet się nie zmachałeś.
– Nie – przyznał. – To pewien problem.
– Dlaczego? – zapytał Apparat. Mal zerknął na mnie przelotnie.
– Kiedy się przegrywa, więcej się można nauczyć. – Wzruszył ramionami. – Przynajmniej Tolia potrafi nakopać mi do dupy.
– Wyrażaj się – syknął Apparat. Mal nie zwracał na niego uwagi. Nagle włożył do ust dwa palce i zagwizdał przeszywająco.
– Ruby, odsłaniasz się!
Za późno. Jej warkocz płonął. Inni młody żołnierz podbiegł ku niej z wiadrem wody i chlusnął jej na głowę.
Skrzywiłam się.
– Postaraj się za bardzo ich nie przypiec.
Mal się ukłonił.
Soverena maja. – Odbiegł z powrotem do żołnierzy.
Ten tytuł. Wypowiedział go bez tej animozji, jaką nosił w Os Alcie, ale i tak jego słowa były jak cios w brzuch.
– Nie powinien się tak do ciebie zwracać – powiedział Apparat zrzędliwie.
– Czemu nie?
– To był tytuł Darklinga i nie przystoi on Świętej.
– Jak więc powinien mnie nazywać?
– W ogóle nie powinien się do ciebie zwracać wprost.
Westchnęłam.
– Kiedy następnym razem będzie miał coś do powiedzenia, każę mu napisać do siebie list.
Apparat zacisnął wargi.
– Jesteś dzisiaj niespokojna. Uważam, że dodatkowa godzina w kojącej atmosferze archiwum dobrze ci zrobi.
Mówił tonem karcącym, jakbym była marudnym dzieckiem, które za późno idzie spać. Zmusiłam się, by pomyśleć o obiecującym Czajniku i się uśmiechnąć.
– Na pewno masz rację. – „Rozproszyć, rozbroić, obezwładnić”.
Kiedy skręciliśmy w korytarz wiodący do archiwum, obejrzałam się przez ramię. Zoja obróciła żołnierza na plecy i kręciła nim jak żółwiem, wykonując dłonią leniwe gesty w powietrzu. Ruby rozmawiała z Malem, uśmiechając się szeroko z gorliwą miną. Ale Mal przyglądał się mnie. W widmowym świetle jaskini jego oczy były spokojne i ciemnoniebieskie – miały ten kolor, który jarzy się w sercu płomienia.
Odwróciłam się i poszłam za Apparatem szybkim krokiem, próbując ujarzmić świst w płucach. Pomyślałam o uśmiechu Ruby, o jej nadpalonym warkoczu. Miła dziewczyna. Normalna dziewczyna. Tego było Malowi trzeba. Jeśli jeszcze nie związał się z kimś innym, prędzej czy później to zrobi. A ja pewnego dnia będę na tyle dobrą osobą, by życzyć jak najlepiej. Ale nie dzisiaj.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-06-12 (377 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej