Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Magia krwi
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Sturmvogel - Andriej Łazarczuk



Za tydzień będzie nas wizytował Führer

Odkroił cieniutki plasterek kiełbasy, włożył do ust, zamknął nożyk i ciągle tym samym krokiem somnambulika skierował się do swojej pryczy.
– Co to za bałwan? – szybko zapytał Sturmvogel.
– Nie wiadomo – powiedział Fritz. – Jakiś drewniak z Berlina.
– Nie drewniak. – Odwrócił się Malec. – Nie czuje­cie? Iskry się sypią...
– Ktoś go widział?
– Na Górę nie wolno – rzucił ze złością Fritz. – Wa­runki zbliżone do bojowych. A tu... Wielki wieprz. Takie szynki. Co jeszcze można powiedzieć?
– Dobra. – Machnął ręką Sturmvogel. – Chowajcie to na razie, a ja do kibla...
W drzwiach zderzył się z hauptmannem Gürtnerem, malutkim, szczuplutkim, przypominającym kula­wą małpkę. W sumie – zacny człowiek, dla kursantów jak rodzony ojciec, cierpiał na podwyższony stopień roz­drażnienia, i wtedy mógł nawrzeszczeć w sposób wy­kwintny, zapędzić do aresztu albo użyć pięści. Ale na niego nikt się nie obrażał, nawet za to.
– Gdzie-e? – zaparł się cienkim, krzywym palusz­kiem w pierś Sturmvogla.
– Do kibla, panie hauptmann!
– Niedosrany?
– Tak jest!
– No to szybko...
W łazience Sturmvogel długo pił letnią wodę z kranu, potem pochylił się nad muszlą i wsadził trzy palce w gard­ło, wyrzucając porządne dzisiejsze śniadanie.
Biedna Trudel, tak się starała...
I wcale niepotrzebnie stado się tak lubieżnie uśmie­chało, wszystko było kompletnie inaczej. On po prostu pokazał tej udręczonej czterdziestoletniej kobiecie, jaka jest naprawdę. I tyle. Jedna noc na Górze. W ogrodzie Hipnosa. Od razu jej powiedział, że wszystko będzie jak we śnie...
Sturmvogel znowu przepłukał żołądek – aż do ja­kichś szarych smarków. Potem jeszcze raz, aż zwymio­tował czystą wodą.
Kiedyś on też nie potrafił odróżnić górnej jawy od snu.
Zresztą, to było we wczesnym bezsensownym dzie­ciństwie. A gdy już miał siedem lat – wszystko świetnie rozumiał. Dlaczego, na przykład, matka czasem zamyka go na noc w szafie...
Po ulicach chodzili wtedy żołnierze z czerwonymi fagami. Potem inni żołnierze i policjanci do nich strze­lali, kopniakami odpędzając chłopaków zbierających go­rące łuski. Spłonęło kilka domów. To się nazywało Re­publika Bawarska.
Strząsnął z siebie wspomnienia i popatrzył w brudne lustro. Pysk, rzecz jasna, zmiętolony...
Pół godziny później stado otrzymało dane wyjścio­we: na terenie obozu znajduje się człowiek przechowu­jący w umyśle dwudziestocyfrową liczbę. Znaleźć, prze­niknąć, zapamiętać liczbę, wrócić, zameldować. Działać w szyku zwartym. Prowadzący – hauptmann Gürtner.
Zestaw do przejścia w stan zmieniony każdy miał swój własny. Sturmvogel korzystał z czystego proszku z suszonych meksykańskich grzybów: szczypta na pół szklanki wrzątku. Inni stosowali jakieś skomplikowa­ne mieszanki wywołujące najprzeróżniejsze dodatkowe efekty: długotrwałość, jaskrawość, coś tam jeszcze. On uważał to za zbędne.
Na start każdemu przysługiwało oddzielne pomiesz­czenie, na wszelki wypadek obecna była pielęgniarka.
Sturmvogel zamieszał łyżeczką w szklance i małymi łyczkami wypił roztwór. Żołądek, wbrew obawom, zarea­gował normalnie. Bulion to bulion, nawet jeśli grzybowy. Grzybowy. Całkiem smaczny. Co prawda bez soli.
Potem odwrócił klepsydrę i zaczął patrzeć na mie­dziany dysk wiszący na przeciwległej ścianie.
– Dziś pan jakiś blady – powiedziała pielęgniarka. – Pewnie zakochany?
– Na razie nie – odparł Sturmvogel. – Ale mogę spró­bować. Choćby teraz.
Pielęgniarka zachichotała.
– Nie zdąży pan. Zmienię się w tykwę. A partia nie popiera wegetofilii.
– Przedstawimy to jako badanie naukowe.
– Powinien pan siedzieć spokojnie. Doktor zbeszta mnie, jeśli będę się śmiała razem z panem.
– Bohaterom odchodzącym na niebezpieczne zada­nie należy się namiętny pocałunek.
– Jeden.
– Tak. Ale namiętny.
– Oczywiście... – Pielęgniarka szybko cmoknęła go w kącik ust i odsunęła się. Serwetką starła ślad po szmin­ce. – Nie trzeba... – Nagle jej twarz posmutniała. – To...
Jej oczy jakby zasnuły się warstewką płynącej wody. I coś jeszcze powstało na granicy widzenia.
Sturmvogel szybko popatrzył w tamtą stronę – lekki cień przemknął po ścianie, rozpłaszczył się na podłodze. Przeniósł wzrok na klepsydrę, piasek już niemal cały był na dole, układał się w stożek. Przeskoki w czasie – czyli zaczęło brać. Za­raz zawiruje w głowie...
Zawirowało. Z przodu do tyłu, od czoła po kark. Ściany i sufit pozostały nieruchome, ale wiadomo było, że wirują szaleńczo – po prostu wzrok nie był w stanie uchwycić tego wiru. Ręce pielęgniarki legły na ramio­nach, poczuł to i zobaczył, spojrzenie dziwnie się rozje­chało: w tej chwili widział niemal wszystko dokoła sie­bie, tylko to, co było dokładnie za plecami, pozostawało ciemne.
Już czas, pomyślał Sturmvogel.
Zrobił ten sam wysiłek, jaki zazwyczaj robił przy odejściu w Górę, lecz odepchnąwszy się, nie wyciągnął się, a pochylił do przodu – i pognał ku miedzianemu dyskowi na ścianie, który okazał się znacznie dalej niż to się wydawało na początku, i był już nie dyskiem, a szero­kim otworem, za którym wyzierały jakieś niepojęte, ale ogromne budowle...
W pierwszej chwili rzuciło go w dół, lecz rozwinął skrzydła i położył się na powietrzu.
Z prawej strony nierówna ściana, cała w wypukło­ściach i wklęsłościach, i z lewej strony była taka sama ściana – nie lustrzane odbicie, nie forma do odlewu, ra­czej odpowiedź na pytanie. Z przodu, w górze i w dole – Sturmvogel obejmował to wszystko jedynym spojrze­niem – kłębiła się czerwonawa mgła. Przy dłuższym wpatrywaniu się można było zobaczyć, jak daleko z przo­du pasma mgły skręcają się w powolny lejek, z dna któ­rego czasem przebija otwarty gwiezdny płomień. Z tyłu mgła zdawała się nie tak czerwona, i na jej tle oko nie od razu zauważało mlecznobiały krąg przejścia.
Sturmvogel dzisiaj prowadził. Wykreślił w powietrzu płynny, powolny krąg. Skrzydło ogłaskiwało powietrze, jak kościana łopatka lodziarza ogłaskuje grudkę lodów. Pozostawały w nim bruzdy po piórach. A ono samo drga­ło i śpiewało.
Sturmvogel też miał ochotę śpiewać.
Lot już nie zdumiewał go tak jak wcześniej. Lecz cie­szył – bardziej niż wcześniej.
Białe, długie skrzydła z czarnymi koniuszkami. Wy­gięcie płynne i napięte...
Kiedyś po prostu nie zechce mu się zmieniać posta­ci na ludzką.
Z białego mglistego dysku wyleciało jeszcze dwóch: kruk i sokół. Nie wiadomo dlaczego, wcale nie miał ocho­ty przypominać sobie, kto z nich jakie imię nosi na ziemi. Hauptmann będzie bocianem – i wystarczy. Oto jest, bocian...
Wreszcie stado zebrało się prawie całe: bocian, kruk, sokół, dzika gęś, orłan, albatros. Jednego brakowało – łabędzia-trębacza, lecz czasem tak się zdarzało: nie mógł oderwać się lub na odwrót – przemknął wyżej. W szóst­kę wyrysowali kilka kręgów, i nareszcie bocian dał znak: niezbyt głośny, gardłowy dźwięk. Potem przemknął na lewą fankę, na sekundę opuścił nogi i rozczapierzył pal­ce – stado natychmiast zrównało się z nim, zwarło szyk. Sturmvogel zajął swoje miejsce: po prawej, trochę z tyłu. Hauptmann poprowadził szyk ku lewej ścianie do zna­jomych, zygzakowatych występów.
Teraz nastąpił szereg złudzeń: lecieli do ściany, a – wydawało się – oddalali od niej. Albo to ściana ucie­kała, rozstępowała się. Relief stawał się coraz bardziej złożony i dziwaczny. W gruncie rzeczy ściana była nicą dolnego świata, lecz naśladowała go nie tak jak – po­wiedzmy – plan odwzorowuje miejscowość lub fotografia osobę, a raczej tak jak opis pejzażu wypisany brajlem od­wzorowuje sam pejzaż. Czyli trzeba znać czcionkę, trze­ba znać język, trzeba posiadać wyobraźnię i fantazję, by ze słów ułożyć obrazek...
Sturmvogel sam też już nieźle orientował się w nicach Dołu. A teraz ich prowadził hauptmann, dla któ­rego takie loty były mniej więcej tym, czym spacer po własnym ogródku. Oto zaszła jeszcze jedna zmiana. Ściana, jeszcze przed chwilą stojąca pionowo, łagodnie pochyliła się i znalazła pod skrzydłem. Mgiełka zasłaniała strasznie daleki hory­zont; opary, różowawe i zielonkawe, wypełniały zwłasz­cza głębokie doły i jary.
Prawie nieuchwytne, powolne pulsowanie gdzieś tam, w grubej warstwie skał. Nawet nie bardzo wiadomo, co się zmienia: świat, kolor, objętość, kształty...
W dół. W dół. I oto jest – cud. Kolorowe plamy, krostki, występy, wklęsłości, zadrapania, cienie – wszystko to nagle zlewa się, staje się jakby widmowym rysunkiem na szkle, a przez szkło i przez rysunek wyłania się... Cóż to jest? Na poły znajome... Wieża? Ha, przecież to gra­werowany kubek na ołówki, a stoi on na biurku naczel­nika szkoły! Teraz już widać całe biurko i czyjś łokieć, dalej zegar na masywnej bransolecie, dłoń z grubymi palcami...
Drgania słabną.
Wiraż. Nas interesuje inny kierunek.
Sturmvogel sądził, że zobaczy epolet, ale nie – olbrzy­mie ramię jest gładkie, to marynarka. Do góry, obok mię­sistego ucha, i dalej, nad równym polem włosów. Głowa przypomina małą planetę. Wysoki, stabilny wir stoi nad jej biegunem...
A przez powłokę planety niewyraźnie, jednak przebi­jają cyfry! Dużo ich. Nie dadzą się zobaczyć z zewnątrz, ale to nie jest potrzebne.
Stado wykreśla kilka kół dokoła czubka głowy i wy­chodzącego z niej ciemnego powrósła. Jakoś ono zbyt czarne i pokreślone błyskawicami...
Hauptmann daje znak.
Stado ustawia się w rząd i po spirali zaczyna podcho­dzenie w dół do podstawy wiru.
Ryk wiatru. Powietrze jakby nasyca się stalą. Skrzyd­ła drżą.
Nie drżyj, Sturmvogel! Czy można się bać burzy, ma­jąc takie nazwisko?
Szyk się rwie, zwiera ponownie – i znowu rwie. Sturmvogel stara się trzymać blisko hauptmanna. Ten ma go­rzej – bocian jest kruchy. Obok przelatuje sokół, ma zło­żone skrzydła. Bliska błyskawica oślepia. Sturmvogel już jest sam i mknie, podporządkowując się huragano­wi. Wszystkie siły traci na trzymanie skrzydeł. Trzymać skrzydła. Trzymać!... Ale skręty spirali są coraz ciaśniejsze – i on też jakby skręca się w ciasne powrósło...
Ból mięśni jest nie do wytrzymania.
A potem wszystko się kończy. Cisza. Cisza po burzy jest szczególnie ogłuszająca. Dzwoniąca. Półmrok. Świat­ło dochodzi skądś z dołu.
Światło jest szaroróżowe.
Hauptmann zbiera stado. Wszyscy cali, – choć to dziwne. Ktoś tam stracił lotki, ale to drobiazg. Kruk krę­ci głową, otwiera dziób. Ma szalone oczy.
Oto są, poszukiwane cyfry. Świecą seledynowo, jakby napisane fosforyzującą farbą. Trzysta czterdzieści jeden... dwieście sześć... dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden... trzysta osiemdziesiąt siedem... siedemset dwanaście... sto trzydzieści... dwadzieścia dwa. Dobra. Zapamiętane.
Bocian macha skrzydłami i zaczyna nabierać wy­sokości. Wyjście na zewnątrz przez czakrę czołową jest najprostsze. Co prawda tam też szaleje wicher, strumień rwie się na zewnątrz... Ale my przecież mamy wprawę. Jesteśmy w końcu ptakami, silnymi ptakami!
Wicher zwalił się na nich wcześniej niż oczekiwali. Pędził w poprzek trasy, poziomy, przygniatający jak parowy walec. Co zdecyduje hauptmann? Do góry czy na dół? Na górze, na niewyobrażalnej wysokości, świe­cące lodowe pióra i wachlarz błyskawic. Kruk nie może się wzbić, i sokół też...
Na dół, ku ziemi. To znaczy – nie do ziemi oczywi­ście, ale jednak w dół. Przez obłoki, przez mgłę, obok ja­kichś latających wysepek zwisają korzenie, niczym mac­ki meduz.
Oto jest powierzchnia, niżej już się nie da. Świat­ło przenika gdzieś z boku i ściele się do samej „ziemi”. Wszystko porosło czymś niepokojącym i iskrząco białym. Ostnica, pleśń, mech?
Pokrętny kanion. Tam! Ciemny, wąski, niemal bez­denny. Tu napór wichru osłabł, tu można lecieć, najważ­niejsze jest w odpowiednim czasie skręcać. Jak narciarze na krętym zboczu. Od czasu do czasu Sturmvogel wzbijał się wyżej, żeby zerknąć na obrazek pejzażu, i pośpiesz­nie nurkował znowu. Wiatr uderzał z tyłu i wydawał się gorący.
Podczas kolejnego spoglądania na szlak Sturmvogel zobaczył w oddali dwie okrągłe góry, na razie jeszcze od­ległe. To były oczy. Tam, między nimi i wyżej, powinno otworzyć się wyjście, też burzliwe i trudne, jak i wejście, ale co z tego? Pokręci i wyrzuci...
Gdyby Sturmvogel zatrzymał się na górze jeszcze na sekundę albo dwie, może by go ominął los pozostałych. Ale zapikował w mrok, ustawił się za orłanem.
Wszystko odbyło się bardzo szybko. Mniej więcej tak rozbijają się ptaki o szyby latarni morskiej. Dopie­ro co miał przed sobą dumną sylwetkę z rozłożonymi skrzydłami, a tu nagle – kłębek piór i odłamki lekkich kości. Pierwszy rozwalił się hauptmann, rozlatujące się na wszystkie strony pióra przypominają eksplozję. Za nim – inni... Sturmvogel widział wszystko, i nic nie mógł zrobić, choć czas płynął wolno, ale ciało zamarło i tyl­ko czekało na uderzenie. Pokiereszowane ptaki wisiały na niewidzialnej przeszkodzie, i oto on sam zrównał się z nią...
Uderzenie było straszliwe. Nie w głowę, w skrzydła. To była sieć. Gwałtowne wytracenie prędkości spowo­dowało, że krew rzuciła się do głowy. Ból sparaliżował. Świadomość tłukła się i miotała. Potem Sturmvogel mocno pochylił głowę i wczepił się dziobem w sznur, z którego spleciono sieć. Dziób od razu ugrzązł w lepkich włóknach.
Bocian wisiał nieruchomo. Chyba miał skręcony kark. Kruk tłukł się, usiłując się uwolnić, chyba zaplątał się najsłabiej ze wszystkich, w każdym razie skrzydła miał wolne. Orłan próbował dziobem podrzeć sieć. Pozostali poruszali się słabo i mało sensownie.
A potem sieć drgnęła i zaczęła się kołysać. Sturmvogel nagle zrozumiał, co to za sieć.
Pająki zbliżały się z dołu, z mroku. Nawet nie pająki, a coś jak ogromne, futrzane kraby.
Trzy sztuki.
Kleszcze kiwały się nad wilgotnymi otworami gębo­wymi, obramowanymi cienkimi, krótkimi mackami. Je­den z pająków niewyobrażalnie szybkim ruchem odciął bocianowi dziób i zaczął owijać ciało pajęczyną. Skądś spod brzucha wyłoniło się drgające żądło. Stwór ulokował się nad ofiarą i wbił w nią żądło, lubieżnie podrygu­jąc pękatym brzuszkiem.
Dwa inne zajęły się dziką gęsią. W odróżnieniu od bociana, który był martwy albo ogłuszony, gęś usiłowa­ła walczyć, pozbawiono ją dzioba wraz z połową głowy, wycięto z sieci, owinięto pajęczyną i podwieszono jak w worku. Potem takim samym nieprzyzwoitym sposo­bem jeden z pająków zaczął pompować w nią truciznę. Sturmvogel widział, jak potwornie napięło się spętane ciało gęsi, jak wylazły z orbit oczy... Wyciągnięta szyja załamała się. Gęś zapewne w końcu umarła.
Fritz, przypomniał sobie Sturmvogel. To był Fritz Meissel...
Pająki skierowały się ku niemu. Uderzył skrzydła­mi, usiłując się wyrwać. Prawe uwolniło się, ale lewe wi­siało bezwładnie. Wprawnym ruchem jeden z pająków złamał Sturmvoglowi dziób, a drugi chwycił go za nogę, wyciął z pajęczyny. Sturmvogel oczekiwał, że zostanie spętany i zabity, ale pająki z niewiadomego powodu zwle­kały. Sieć znowu zaczęła się kołysać, pojawił się kolejny stwór, znacznie większy. Gruba sierść na jego ciele była skotłowana i siwa. Chwyciwszy Sturmvogla kleszczami za skrzydła, podniósł go przed i nad siebie. Krople krwi z okaleczonego dzioba niemal ciurkiem spadały na prze­rażający, dziwny, porośnięty rzadkimi, białymi włoska­mi pysk pająka. Paszcza i macki żarłocznie poruszyły się, a sześć czerwonych oczek patrzyło uważnie i niemal smutnie. Nie było w nich owadziej tępoty i obojętno­ści. Potem Sturmvogel usłyszał chrzęst z prawej i lewej. Straszliwe kleszcze odcięły mu skrzydła.
Upadł na pająka, odepchnął się nogami, prześliznął po kudłatym grzbiecie i runął gdzieś w dół, na kamienie, w kolczaste krzewy, w lodowaty potok.
Wyniósł go kruk. Bruno Bart. Dopiero po kilku dniach Sturmvogel odzyskał przytomność i dowiedział się, że z całego stada ocaleli tylko oni dwaj i że Führer nie przy­jedzie, rozczarowany tak mizernym wynikiem wstępne­go testu.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-10-06 (1568 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej