Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Walc stulecia
 
Katalog - dodano
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 Wyklucie
- Ezekiel Boone
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Ruina i rewolta'' - Leigh Bardugo

(#2)





ROZDZIAŁ DRUGI



Masywne wrota Czajnika zamknęły się z hukiem; usłyszałam, że ryglują zamek. Próbowałam nie koncentrować się na tym, jak mnie ściska w żołądku, lecz zrozumieć, co się dookoła mnie dzieje. Nadia i Zoja – dwie Szkwalniczki – Mal i David, nieszkodliwy Fabrykator. Na liściku napisane było „Dzisiaj”. Co to oznaczało?
– Zapytam ponownie, kapłanie. O co chodzi? Dlaczego moi przyjaciele są pod strażą? Dlaczego broczą krwią?
– To nie są twoi przyjaciele. Odkryto intrygę, mającą na celu doprowadzenie do tego, by Biały Sobór runął nam na głowy.
– O czym ty opowiadasz?
– Widziałaś dziś, jak bezczelny był ten chłopak…
– Więc o to chodzi? Że nie drży w twej obecności należycie?
– Chodzi o zdradę! – Wyjął z płaszcza niewielką, płócienną sakiewkę i wysunął ją do przodu. Zmarszczyłam czoło. Widywałam takie sakiewki w warsztatach Fabrykatorów. Używało się ich do…
– Proch – oznajmił Apparat. – Ta fabrykatorska gnida zrobiła go z materiałów dostarczonych przez twoich rzekomych przyjaciół.
– Czyli David zrobił proch. Powodów mogą być setki.
– W Białym Soborze broń jest zakazana.
Uniosłam brew, patrząc znacząco na strzelby, wymierzone obecnie w Mala i moich Griszów.
– A to co? Chochle? Jeśli zamierzasz rzucać oskarżenia…
– Podsłuchano ich plany. Wystąp, Tamar Kir-Bataar. Powiedz prawdę, którą odkryłaś.
Tamar skłoniła się głęboko.
– Griszowie i tropiciel planowali cię uśpić narkotykiem i zabrać cię na powierzchnię.
– Ja chcę wrócić na powierzchnię.
– Prochu zamierzano użyć, by nikt za wami nie szedł – ciągnęła. – By zwalić jaskinie na Apparata i twoją trzodę.
– Na setki niewinnych ludzi? Mal nigdy by tego nie zrobił. Żadne z nich by tego nie zrobiło. – Nawet ta jędza Zoja. – Poza tym to nie ma sensu. Niby jak mieli mnie uśpić?
Tamar skinęła głową w stronę Genii i stojącej przy nas herbaty.
– Sama piję tę herbatę – warknęła Genia. – Nic takiego w niej nie ma.
– To zdolna trucicielka i kłamczucha – odparła Tamar zimno. – Zdradziła cię już raz Darklingowi.
Genia zacisnęła palce na szalu. Obie wiedziałyśmy, że w tym zarzucie kryje się prawda. Poczułam niechciane ukłucie podejrzliwości.
– Ufasz jej – powiedziała Tamar. W jej głosie brzmiała dziwna nuta. Jak gdyby nie oskarżała, lecz wydawała rozkaz.
– Czekali tylko, aż zbiorą dość prochu – powiedział Apparat. – Potem zamierzali uderzyć – wziąć cię na powierzchnię i zaprowadzić do Darklinga.
Pokręciłam głową.
– Naprawdę mam uwierzyć, że Mal oddałby mnie Darklingowi?
– Dał się zwieść – rzekł Tolia cicho. – Tak desperacko chciał cię uwolnić, że stał się ich pionkiem.
Zerknęłam na Mala. Nie mogłam odczytać wyrazu jego twarzy. Po raz pierwszy zaczęłam wątpić. Zoi nie ufałam nigdy, a jak dobrze znałam Nadię? Genia – Genia tyle wycierpiała z rąk Darklinga, lecz łączyły ich głębokie więzi. Zimny pot zrosił mi kark, poczułam, jak popłoch nadwątla mój umysł.
– Spiski w spiskach – syknął Apparat. – Masz miękkie serce, które cię zdradziło.
– Nie – odparłam. – To wszystko nie ma sensu.
– To szpiedzy i obłudnicy!
Przycisnęłam palce do skroni.
– Gdzie moi pozostali Griszowie?
– Są zamknięci i czekają, aż będzie można ich porządnie przesłuchać.
– Powiedz mi, że nic im się nie stało.
– Widzicie tę troskę o tych, którzy chcą wyrządzić jej krzywdę? – Apparat zapytał Straż Kapłańską. „Jemu to sprawia przyjemność” – zdałam sobie sprawę. „On na to czekał”. – To oznaka jej dobroci i wspaniałomyślności. – Spojrzał mi w oczy. – Doznali pewnych obrażeń, ale zapewnimy zdrajcom najlepszą opiekę. Powiedz tylko słowo.
Ostrzeżenie bylo jednoznaczne – i w końcu pojęłam. Niezależnie od tego, czy zagrożenie rzeczywiście istniało, czy też był to jakiś podstęp Apparata, nastała wreszcie chwila, na którą liczył – okazja, by doszczętnie mnie odizolować. Koniec odwiedzania Genii w Czajniku, koniec ukradkowych rozmów z Davidem. Kapłan wykorzysta tę szansę, by odseparować mnie od wszystkich, którzy są bardziej lojalni wobec mnie niż wobec jego sprawy. A ja jestem za słaba, by go powstrzymać.
Lecz czy Tamar nie kłamie? Czy sojusznicy to w istocie wrogowie? Nadia opuściła głowę. Zoja miała podbródek zadarty do góry, a oczy lśniły jej prowokacyjnie. Łatwo było uwierzyć, że jedna z nich albo obie mogły zwrócić się przeciwko mnie – nawiązać kontakt z Darklingiem i podarować mu mnie z jakąś nadzieją na pobłażanie. A David pomógł założyć mi obrożę.
Czy Mal mógłby dać się wmanewrować w to, by mnie zdradzić? Nie wydawał się przestraszony ani zmartwiony – wyglądał tak jak w Keramzinie, kiedy przymierzał się do czegoś, przez co oboje mieliśmy potem kłopoty. Twarz miał posiniaczoną, ale zauważyłam, że stroi bardziej prosto. A potem zerknął w górę – prawie jak gdyby kierował wzrok ku niebu, jak gdyby się modlił. Nie dałam się zwieść. Mal nigdy nie był specjalnie religijny. On patrzył na główny przewód kominowy.
„Spiski w spiskach”. Zdenerwowany David. Słowa Tamar. „Ufasz jej”.
– Wypuścić ich – rozkazałam. Apparat pokręcił głową ze smutną miną:
– Siły naszej Świętej nadwerężają ci, którzy twierdzą, że ją miłują. Spójrzcie, jaka jest wątła, słabowita. To ich wpływ jej szkodzi. – Kilku spośród Strażników Kapłańskich pokiwało głowami, a w ich oczach widziałam ten dziwny, fanatyczny blask. – Jest Świętą, lecz to także młode dziewczę owładnięte emocjami. Nie rozumie, jakie tu działają siły.
– Rozumiem, że pobłądziłeś, kapłanie.
Apparat obdarzył mnie pobłażliwym, pełnym politowania uśmiechem.
– Jesteś chora, Święta Alino. Nie w pełni władz umysłowych. Nie odróżniasz przyjaciół od wrogów.
„Taka praca” – pomyślałam ponuro. Nabrałam powietrza głęboko. Nastała chwila wyboru. W kogoś musiałam wierzyć, i na pewno nie w Apparata – człowieka, który zdradził swojego króla, a potem zdradził Darklinga, i który na pewno z radością wyreżyserowałby moje męczeństwo, gdyby miało mu się to przysłużyć.
– Uwolnisz ich – powtórzyłam. – Więcej ostrzegać nie będę.
Przez twarz przemknął mu uśmieszek. Za litością kryła się arogancja. Doskonale zdawał sobie sprawę, jaka jestem słaba. Musiałam wierzyć, że pozostali wiedzą, co robią.
– Straż odprowadzi cię do twojej komnaty, byś mogła spędzić dzień w odosobnieniu – rzekł. – Poddasz refleksji to, co zaszło, i wróci ci zdrowy rozum. Dziś wieczorem razem się pomodlimy o wskazanie drogi.
Czemu podejrzewałam, że „wskazanie drogi” oznacza miejsce przebywania ognistego ptaka oraz zapewne wszelkie informacje o Mikołaju Lancovie, jakie mam?
– A jeśli odmówię? – zapytałam, mierząc wzrokiem Straż Kapłańską. – Czy twoi żołnierze podniosą rękę na swoją Świętą?
– Będziesz nadal nietknięta i objęta opieką, Święta Alino – powiedział Apparat. – Nie mogę tak samo łaskawie potraktować tych, których mienisz przyjaciółmi.
Kolejne groźby. Popatrzyłam na twarze strażników, na ich zapamiętałe oczy. Zamordowaliby Mala, zabili Genię, zamknęli mnie na klucz w pokoju i czuliby przy tym, że mają świętą rację.
Zrobiłam niewielki krok do tyłu. Wiedziałam, że Apparat odczyta to jako znak słabości.
– Czy wiesz, dlaczego tu przychodzę, kapłanie?
Machnął dłonią lekceważąco z wyraźnym zniecierpliwieniem.
– To miejsce przypomina ci dom.
Spojrzałam Malowi w oczy przelotnie.
– Powinieneś już wiedzieć – powiedziałam – że sierota nie ma domu.
Poruszyłam lekko palcami w rękawach. Po ścianach Czajnika wzbiły się cienie. Słaba to była dywersja, ale podziałała. Strażnicy drgnęli zaskoczeni, zaczęli gwałtownie machać strzelbami, a pojmani przez nich Griszowie wzdrygnęli się z szoku. Mal się nie zawahał.
– Teraz! – krzyknął. Rzucił się do przodu i wyrwał Apparatowi z rąk proch.
zacisnął pięści. Dwóch strażników padło na ziemię, kurczowo trzymając się za pierś. Nadia oraz Zoja nadstawiły ręce, a Tamar zawirowała i toporkami przecięła im więzy. Obie Szkwalniczki uniosły ramiona, a w pomieszczeniu pognał wiatr, unosząc trociny z podłoża.
Pojmać ich! – zawył Apparat. Strażnicy ruszyli do akcji.
Mal cisnął sakiewkę z prochem w górę. Nadia i Zoja podbiły ją wyżej, prosto w główny komin.
Mal walnął w jednego ze strażników. Widocznie wcześniej udawał, że ma połamane żebra, bo teraz poruszał się zupełnie bez wahania. Pięść, cios łokciem. Strażnik padł. Mal schwycił jego pistolet i wymierzył w górę – w komin, w ciemność.
To ma być plan? Nikt nie mógłby trafić.
Kolejny strażnik rzucił się na Mala. Mal wykręcił się z jego rąk i wystrzelił.
Na chwilę wszystko zastygło i zapanowała cisza. Potem wysoko nad nami usłyszałam przytłumiony huk.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-07-01 (371 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej