Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zaginiona sukcesorka
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Carpe jugulum - Terry Pratchett


      Istnieje wiele odmian wampirów. Mówi się nawet, że jest ich tyle co różnych chorób. I nie są wyłącznie ludźmi (jeśli wampiry można uznać za ludzi). W całych Ramtopach spotyka się wierzenia w to, że każde pozornie niewinne narzędzie, choćby młotek czy piła, będzie szukać krwi, jeśli zostawi się je nieużywane na dłużej niż trzy lata. W Ghacie wierzą w wampirze arbuzy, choć trudno ustalić, w co konkretnie na temat wampirzych arbuzów wierzą – możliwe, że także ssą z zemsty.
    Dwie kwestie tradycyjnie zastanawiają badaczy wampirów. Pierwsza: Dlaczego wampiry mają taką moc? Przecież wampira bardzo łatwo zabić, podkreślają. Istnieją dziesiątki sposobów pozbycia się wampira, nie licząc nawet kołka wbitego w serce, który działa też na zwyczajnych ludzi, więc jeśli pozostaną jakieś kołki w zapasie, to się nie zmarnują. Klasycznie – wampiry całe dnie spędzają w trumnach, bez żadnej straży poza starym garbusem, którego łatwo pokona nawet całkiem nieliczny tłum. A mimo to jeden wampir potrafi całą społeczność utrzymywać w stanie posępnej uległości…
Kolejna zagadka: Dlaczego wampiry zawsze są takie głupie? Tak jakby samo chodzenie przez cały dzień w stroju wieczorowym nie zdradzało wszystkiego, dlaczego muszą jeszcze mieszkać w starych zamkach, które oferują tak wiele sposobów pokonania wampira, jak choćby łatwe do zerwania kotary czy elementy dekoracyjne, które można szybko przerobić na symbole religijne? I czy naprawdę uważają, że pisanie swojego nazwiska wspak kogokolwiek oszuka?

    Powóz turkotał wśród wrzosowisk, wiele mil od Lancre. Sądząc ze sposobu, w jaki podskakiwał w koleinach, nie był zbyt obciążony. Ale wraz z nim sunęła ciemność.
Na granicy wrzosowiska, gdzie z gruzów zrujnowanego budynku wyrastało kilka drzew, powóz zatrzymał się ze zgrzytem.
    Konie stały nieruchomo. Od czasu do czasu tylko któryś uderzał kopytem albo potrząsał łbem. Woźnica siedział zgarbiony nad lejcami. Czekał.
    Cztery sylwetki przepłynęły w srebrzystym blasku księżyca tuż nad chmurami. Sądząc po odgłosach ich rozmowy, ktoś był poirytowany, choć ostry, nieprzyjemny ton głosu sugerował, że lepszym określeniem byłoby raczej „rozdrażniony”.
– Pozwoliłeś mu uciec! – Ten głos miał w sobie zawodzący ton chronicznego malkontenta.
– Był ranny, Lacci. – Ten głos za to brzmiał uspokajająco, ojcowsko, jednak z odrobiną powstrzymywanej chęci, by pierwszemu głosowi dać klapsa.
– Naprawdę nienawidzę tych stworzeń. Są takie… ckliwe!
– Rzeczywiście, moja droga. Symbole naiwnej przeszłości.
– Gdybym ja mogła tak płonąć, nie pętałabym się dookoła, tylko ładnie wyglądając. Dlaczego one tak robią?
– Dawno temu musiało to być dla nich użyteczne, jak przypuszczam. br/ – W takim razie są… Jak to nazwałeś?
– Ślepym zaułkiem ewolucji, Lacci. Samotnymi rozbitkami na morzu postępu.
– Czyli, zabijając je, wyświadczam im przysługę?
– Rzeczywiście, coś w tym jest. A teraz…
– W końcu kurczaki nie płoną – dodał jeszcze głos zwany Lacci. – W każdym razie nie tak łatwo.

– Słyszeliśmy, że eksperymentujesz. Może dobrym pomysłem byłoby najpierw je zabić. – To był trzeci głos, młody, męski i jakby nieco znużony tym żeńskim. W każdej sylabie rozbrzmiewała tonacja „starszego brata”.
– A w jakim celu?
– No cóż, moja droga, na pewno byłoby wtedy ciszej.
– Słuchaj tatusia, kochanie. – Ten czwarty głos mógł być tylko głosem matki. Kochałby pozostałe głosy niezależnie od tego, co by zrobiły.
– Jesteście tacy niesprawiedliwi!
– Pozwoliliśmy ci zrzucać kamienie na krasnali, kochanie. Ale życie nie jest tylko zabawą.
    Woźnica drgnął, kiedy głosy zniżyły się przez chmury. A po chwili cztery postacie stały już niedaleko. Wtedy zsunął się z kozła i z niejakim wysiłkiem otworzył drzwi karocy.
– Ale większość tych żałosnych stworzeń i tak uciekła – westchnęła matka.
– Nie martw się tym, moja droga – pocieszył ją ojciec.
– Naprawdę ich nienawidzę. Czy oni też są ślepym zaułkiem? – spytała córka.
– Nie do końca, moja droga, mimo naszych nieustających wysiłków. Igor! Ruszamy do Lancre!
    Woźnica obejrzał się.
– Tak, jastśnie panie.
– Och, po raz ostatni, człowieku… Czy w taki sposób powinno się mówić?
– To jedyny stspostsób, jaki znam, jastśnie panie – odparł Igor.
– I mówiłem ci, żebyś zdjął te pióropusze, idioto!
    Woźnica niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
– Mustsimy mieć czarne pióropustsze. To tradytsja.
– Usuń je natychmiast! – rozkazała matka. – Co sobie ludzie pomyślą?
– Tak, prostszę pani.
    Ten, którego nazywano Igorem, zatrzasnął drzwiczki i utykając, wrócił do koni. Ostrożnie zdjął czarne pióropusze i schował je pod kozłem.
Wewnątrz karocy odezwał się rozdrażniony głos.
– Czy Igor też jest ślepym zaułkiem ewolucji, tato?
– Możemy tylko mieć nadzieję, moja droga.
– Stspadaj – mruknął do siebie Igor, sięgając po lejce.

    Trakt wił się przez góry niczym rzucona na ziemię wstążka. Tu, wysoko, zawsze słychać było szum wiatru.
    Wierzchowiec rozbójnika był wielkim, czarnym ogierem. Całkiem możliwe, że był również jedynym koniem z umocowaną na boku drabiną.
    To dlatego że rozbójnik ów nazywał się Casanunda i był krasnoludem. Większość ludzi uważa krasnoludy za osobniki zrównoważone, ostrożne, przestrzegające prawa i bardzo powściągliwe w sprawach serca i innych mgliście z nim powiązanych organów. Jest to prawda, jeśli chodzi o znaczną większość krasnoludów. Ale genetyka rzuca dziwnymi kośćmi na zielonym suknie życia i w jakiś sposób krasnoludy wydały na świat Casanundę, który wolał zabawę od pieniędzy i poświęcał kobietom całą namiętność, jaką jego pobratymcy czuli do złota.
    Uważał także prawa za rzecz użyteczną i przestrzegał ich, kiedy to było wygodne. Gardził rozbójnictwem, ale było to zajęcie na świeżym powietrzu, z dala od miasta, co służy zdrowiu – zwłaszcza gdy pobliskie miasteczka pełne są mężów mających pretensje i grube kije.
    Kłopot polegał na tym, że nikt na drodze nie traktował go poważnie. Owszem, zatrzymywał powozy, ale pasażerowie mówili zwykle: „Co? A niech mnie, toż to półzbójnik. O co chodzi? Trochę nie dorośliśmy, co? He, he, he”, a on był wtedy zmuszony strzelać im w kolana. Chuchnął w dłonie, by je rozgrzać, i uniósł głowę, słysząc nadjeżdżający powóz.
    Już miał się wysunąć ze swej skromnej kryjówki w gąszczu, gdy zobaczył innego rozbójnika, wyjeżdżającego truchtem z lasku po drugiej stronie drogi.
    Powóz zahamował. Casanunda nie słyszał słów, ale rozbójnik objechał powóz, stanął obok drzwiczek i pochylił się, by przemówić do pasażerów…
…i wtedy jakaś ręka wysunęła się na zewnątrz, strąciła go z konia i wciągnęła do wnętrza. Powóz zakołysał się na resorach, potem drzwiczki otworzyły się gwałtownie, a rozbójnik wypadł na drogę i legł nieruchomo.
    Powóz ruszył dalej.
    Casanunda odczekał chwilę, po czym zbliżył się do ciała. Koń czekał cierpliwie, aż krasnolud odwiąże drabinę i zejdzie na ziemię.
    Od razu było widać, że rozbójnik jest całkiem martwy. Ludzie żywi mają zwykle w sobie trochę krwi.










Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2006-09-13 (1979 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej