Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Laguna
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Baranek - Christopher Moore



Wydaje się wam, że wiecie, jak ta historia się skończy, ale to nieprawda. Możecie mi wierzyć. Byłem tam. Wiem. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem człowieka, który miał zbawić świat, siedział niedaleko głównej studni w Nazarecie, z jaszczurką wystającą mu spomiędzy warg. Tylko ogon i tylne łapki były widoczne na zewnątrz; przednie łapki i głowa zniknęły w ustach. Miał sześć lat, jak ja, i broda jeszcze mu nie wyrosła, więc nie przypominał tych portretów, jakie znacie. Oczy były jak ciemny miód i uśmiechały się do mnie spod strzechy błękitnoczarnych loków otaczających jego twarz. W tych oczach jarzyło się światło starsze niż Mojżesz.
– Nieczysty! Nieczysty! – wrzasnąłem, wskazując chłopca, by moja matka wiedziała, że znam Prawo.
Ale nie zwróciła na mnie uwagi, podobnie jak wszystkie inne matki napełniające dzbany przy studni. Chłopiec wyjął jaszczurkę z ust i oddał młodszemu bratu, siedzącemu obok na piasku. Maluch bawił się z nią przez chwilę i drażnił, aż uniosła się, jakby chciała go ukąsić. Wtedy chwycił kamień i rozbił jej głowę. Zaskoczony, popychał jaszczurkę palcem, a kiedy doszedł do wniosku, że nic już nie zrobi, podniósł ją i oddał z powrotem starszemu bratu.
Ponownie trafiła do ust, ale zanim zdążyłem wykrzyczeć oskarżenie, wysunęła się żywa, wijąca się, gotowa znowu kąsać. Podał ją młodszemu bratu, a ten uderzył mocno kamieniem, raz jeszcze kończąc, czy rozpoczynając, cały proces. Patrzyłem, jak jaszczurka ginie kolejne trzy razy. Wtedy się odezwałem.
– Też chcę tak robić.
Zbawiciel wyjął jaszczurkę z ust i zapytał:
– Którą część?
Przy okazji, miał na imię Joszua. Jezus to grecka wersja Yeshuy, czyli Joszuy. Chrystus nie jest nazwiskiem. To greckie tłumaczenie słowa „mesjasz”, messiah, co po hebrajsku oznacza namaszczonego. Nie mam pojęcia, od czego pochodzi „S” w „Jezus S. Chrystus”. To jedna z tych rzeczy, o które powinienem go zapytać.
Ja? Ja jestem Lewi, zwany Biffem. Bez drugiego imienia. Joszua był moim najlepszym przyjacielem. Anioł mówi, że powinienem tu siedzieć, spisywać swoją opowieść i zapomnieć o wszystkim, co zobaczyłem w tym świecie, ale jak mam tego dokonać? Przez ostatnie trzy dni widziałem więcej ludzi, więcej obrazów, więcej cudów niż przez całe trzydzieści trzy lata życia, a anioł twierdzi, że mam je zignorować... Tak, otrzymałem dar języków i nie widzę nic, czego nie potrafiłbym określić słowem, ale co z tego? Czy pomogła mi w Jeruzalem wiedza, że to „mercedes” mnie przeraził do tego stopnia, że skoczyłem do „pojemnika na śmieci”? A potem, kiedy Raziel wyciągnął mnie, łamiąc mi przy tym paznokcie, gdy walczyłem, by pozostać w kryjówce, czy pomogła mi świadomość, że to „Boeing 747” zmusił mnie, bym zwinął się w kłębek, próbując pohamować łzy i odciąć od ognia i huku? Czy jestem maleńkim dzieckiem, bojącym się własnego cienia, czy też spędziłem dwadzieścia siedem lat u boku Syna Bożego?
Na tym wzgórzu, gdzie wyciągnął mnie z ziemi, anioł powiedział: „Zobaczysz wiele dziwnych zjawisk. Nie lękaj się. Masz świętą misję i ja będę cię chronił”. Bezczelny palant. Gdybym wiedział, co ze mną zrobi, przyłożyłbym mu jeszcze raz. Leży teraz na łóżku po drugiej stronie pokoju, patrzy, jak na ekranie poruszają się obrazy, i je lepki smakołyk zwany snickersem, gdy ja tymczasem spisuję opowieść na kartkach miękkiego jak jedwab papieru z wypisanymi u góry słowami „Hyatt Regency, St. Louis”. Słowa, słowa, słowa... Miliony, miliony słów krążą w mojej głowie niczym jastrzębie, czekając, by zanurkować na strony i porwać, rozedrzeć jedyne dwa, które chciałbym zapisać.
Dlaczego ja?
Było nas piętnastu – nie, czternastu po tym, jak powiesiłem Judasza – więc czemu akurat ja? Joszua stale powtarzał, żebym się nie lękał, że zawsze będzie przy mnie. Gdzie teraz jesteś, przyjacielu? Czemuś mnie opuścił? Ty byś tu nie czuł strachu. Wieże, maszyny, blichtr i smród tego świata by cię nie zniechęciły. Za chwilę zamówię sobie pizzę do pokoju. Smakowałaby ci pizza. Sługa, który ją przynosi, ma na imię Jesus, a nie jest nawet Żydem. Zawsze lubiłeś ironię. No dalej, Joszua, anioł twierdzi, że ciągle jesteś z nami, mógłbyś go przytrzymać, kiedy ja mu wleję, a potem obaj zjemy pizzę.
Raziel obejrzał moje zapiski i upiera się, że powinienem przestać jęczeć i przejść do głównej opowieści. Łatwo mu mówić, to nie on spędził ostatnie dwa tysiące lat pogrzebany w ziemi na wzgórzu. Wszystko jedno, nie pozwoli mi zamówić pizzy, dopóki nie skończę rozdziału, więc oto on...

Urodziłem się w Galilei, w miasteczku Nazaret, w czasach Heroda Wielkiego. Mój ojciec, Alfeusz, był kamieniarzem, a matkę, Naomi, nękały demony, a przynajmniej tak wszystkim mówiłem. Joszua uważał chyba, że miała tylko trudny charakter. Moje prawdziwe imię, Lewi, pochodzi od brata Mojżesza, przodka klanu kapłanów; moje przezwisko, Biff, bierze się ze slangowego określenia trzepnięcia w głowę – czego według matki wymagałem przynajmniej raz dziennie już od wczesnego dzieciństwa. Dorastałem pod władzą Rzymu, choć do dziesiątego roku życia nie oglądałem zbyt wielu Rzymian. Rzymianie siedzieli zwykle w ufortyfikowanym mieście Seforis, godzinę marszu na północ od Nazaretu. To tam zobaczyliśmy z Joszuą zamordowanego rzymskiego żołnierza. Ale za bardzo wybiegam naprzód. Na razie, załóżmy, że żołnierz jest zdrowy, bezpieczny i zadowolony z noszenia miotły na głowie.
Większość mieszkańców Nazaretu stanowili farmerzy; hodowali winogrona i oliwki na kamienistych wzgórzach za miastem oraz pszenicę i jęczmień w dolinach. Byli też pasterze kóz i owiec, których rodziny żyły w miasteczku, gdy mężczyźni i starsi chłopcy pilnowali stad w górach. Nasze domy były zbudowane z kamienia, a mój miał też kamienną podłogę, choć wielu wystarczała mocno ubita ziemia.
Byłem najstarszym z trzech synów, więc już w wieku sześciu lat przygotowywano mnie, żebym poznał ojcowskie rzemiosło. Matka nauczała mnie Prawa oraz opowiadała historie z Tory po hebrajsku, a ojciec zabierał do synagogi, bym słuchał, jak starsi czytają Biblię. Moim językiem naturalnym był aramejski, ale zanim skończyłem dziesięć lat, umiałem mówić i czytać po hebrajsku nie gorzej od większości mężczyzn.
Nauce hebrajskiego i Tory pomogła na pewno moja przyjaźń z Joszuą. Kiedy inni chłopcy bawili się w „podrażnij owcę” albo w „kopnij Kananejczyka”, my z Joszuą bawiliśmy się w rabinów, a on się upierał, żeby przy ceremoniach używać autentycznego hebrajskiego. Była to lepsza zabawa, niż może się wydawać – a w każdym razie była do czasu, kiedy matka przyłapała nas, jak próbujemy obrzezać ostrym kamieniem mojego młodszego brata Sema. Ależ zrobiła nam awanturę... Moje argumenty, że Sem potrzebował odnowienia swego przymierza z Panem, jakoś jej nie przekonały. Pobiła mnie do krwi oliwkową rózgą i zakazała bawić się z Joszuą przez miesiąc. Wspominałem już, że była opętana przez demony?
Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że mały Sem tylko na tym skorzystał. Był jedynym znanym mi dzieciakiem, który mógł sikać zza rogu. Z taką umiejętnością można się nieźle urządzić jako żebrak. Ale nigdy mi nie podziękował.
Bracia.
Dzieci widzą magię, ponieważ jej szukają.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Joszuę, nie wiedziałem, że jest Zbawicielem, zresztą on też nie wiedział. Wiedziałem tylko, że się nie boi. Pośród narodu pokonanych wojowników, ludzi usiłujących zachować dumę, kiedy padają na twarz przed Rzymem i Bogiem, jaśniał niczym kwiat na pustyni. Ale może tylko ja to zauważyłem, ponieważ tylko ja tego szukałem. Wszystkim innym wydawał się całkiem zwyczajnym dzieckiem: te same potrzeby co u innych, ta sama szansa, że umrze, zanim dorośnie. Kiedy opowiedziałem matce o tej jego sztuczce z jaszczurką, najpierw sprawdziła, czy nie mam gorączki, a potem kazała mi pójść spać, dając tylko miskę rosołu na kolację.
– Słyszałam różne historie o matce tego chłopca – powiedziała mojemu ojcu. – Twierdzi, że rozmawiała z aniołem Pana. Mówiła Esterze, że urodziła Syna Bożego.
– I co odpowiedziałaś Esterze?
– Że tamta powinna uważać, by faryzeusze nie dowiedzieli się o jej bredniach, bo niedługo zaczniemy zbierać kamienie, by ją ukarać.
– W takim razie nie powinnaś więcej o tym wspominać. Znam jej męża, to prawy człowiek.
– Przeklęty obłąkaną dziewczyną za żonę.
– Biedactwo... – mruknął ojciec, odłamując kawał chleba.
Dłonie miał twarde jak róg, kanciaste jak młoty i szare jak u trędowatego – od wapienia, przy którym pracował. Jego uścisk pozostawiał mi na plecach szramy, które niekiedy płakały krwią, a jednak, kiedy wracał z pracy, bracia i ja walczyliśmy o to, kto pierwszy znajdzie się w jego ramionach. Gdyby te same rany zadał nam w gniewie, pewnie z płaczem pobieglibyśmy chować się pod maminą spódnicą. Co wieczór zasypiałem, czując na plecach jego dłoń niby tarczę.
Ojcowie.
– Chcesz połamać jakieś jaszczurki? – spytałem Joszuę, kiedy znów go zobaczyłem.
Drapał patykiem po ziemi i nie zwracał na mnie uwagi. Postawiłem stopę na jego rysunku.
– Wiedziałeś, że twoja matka jest obłąkana?
– Mój ojciec jej to robi – odparł ze smutkiem, nie unosząc głowy.
Usiadłem obok.
– Niekiedy nocą moja matka wydaje takie skomlące odgłosy, jak dzikie psy – oznajmiłem.
– Jest obłąkana? – spytał Joszua.
– Rankiem wygląda całkiem zdrowo. Śpiewa, kiedy szykuje śniadanie.
Joszua kiwnął głową. Chyba się ucieszył, że obłęd czasem mija.
– Kiedyś mieszkaliśmy w Egipcie – powiedział.
– Nie, nie mieszkaliście. To za daleko. Dalej nawet niż Świątynia. Świątynia w Jeruzalem była najdalszym miejscem, które odwiedziłem w dzieciństwie. Każdej wiosny moja rodzina wyruszała na pięciodniową pieszą wędrówkę do Jeruzalem, na święto Paschy. Zdawało się, że trwa to całą wieczność.
– Mieszkaliśmy tutaj, potem mieszkaliśmy w Egipcie, a teraz znowu tutaj – upierał się Joszua. – To była daleka droga.
– Kłamiesz! Trzeba czterdziestu lat, żeby dotrzeć do Egiptu!
– Już nie. Teraz jest bliżej.
– Tak jest napisane w Torze. Mój abba mi przeczytał. Izraelici wędrowali przez pustynię całe czterdzieści lat.
– Izraelici się zgubili.
– Na czterdzieści lat? – Zaśmiałem się. – Izraelici musieli być głupi.
– My jesteśmy Izraelitami.
– My?
– Tak.
– Muszę znaleźć swoją mamę – powiedziałem.
– Jak wrócisz, pobawimy się w Mojżesza i faraona.
Anioł zwierzył mi się, że zapyta Pana, czy nie mógłby zostać Spidermanem. Bez przerwy ogląda telewizję, nawet kiedy zasypiam, i dostał obsesji na punkcie bohatera, który walczy ze złem, skacząc z dachów. Anioł twierdzi, że zło jest teraz groźniejsze niż za moich czasów, więc wymaga wspanialszych bohaterów. Dzieci potrzebują bohaterów, jak twierdzi. Osobiście myślę, że tylko chciałby bujać się w obcisłych czerwonych gatkach między budynkami. Zresztą jaki bohater potrafiłby dotrzeć do tych dzieci z ich maszynami, lekarstwami, odległościami, które stały się niedostrzegalne? (Taki Raziel: niecały tydzień tutaj, a już zamieniłby Miecz Boży na pojemnik do wystrzeliwania pajęczyny). Za moich czasów bohaterowie byli nieliczni,
ale prawdziwi – niektórzy z nas potrafili nawet prześledzić swoje z nimi pokrewieństwo. Joszua zawsze odgrywał bohaterów – Dawida, Joszuę, Mojżesza – gdy dla mnie pozostawały role tych złych: faraona, Achaba i Nabuchodonozora. Gdybym dostawał szeklę za każdym razem, kiedy ginąłem jako Filistyn, no cóż, powiem wam uczciwie, że nieprędko jechałbym na wielbłądzie przez ucho igielne. I kiedy wspominam to teraz, mam wrażenie, że Joszua ćwiczył przed tym, czym miał się stać.
– Wypuść mój lud – rzekł Joszua jako Mojżesz.
– Dobra.
– Nie możesz tak sobie powiedzieć: dobra.
– Nie mogę?
– Nie. Pan uporem napełnił twe serce, żebyś nie słuchał moich próśb.
– Ale dlaczego tak zrobił?
– Nie wiem. Zrobił i już. A teraz wypuść mój lud.
– Nie.
Skrzyżowałem ręce na piersi i odwróciłem się jak ktoś o upartym sercu.
– Patrz oto, jak przemienię tę laskę w węża! A teraz wypuść mój lud!
– Zgoda.
– Nie możesz tak się zgadzać!
– Dlaczego? To całkiem niezła sztuczka z tą laską.
– Ale to nie tak szło!
– Niech ci będzie. Nic z tego, Mojżeszu, twój lud musi tu zostać.
Joszua pomachał mi laską przed twarzą.
– Strzeż się, ześlę na ciebie plagę żab! Wejdą do pałacu twego, do łoża twego i wcisną się w twoje rzeczy.
– I co?
– I to źle. Wypuść mój lud, faraonie.
– Ale ja dosyć lubię żaby.
– Martwe żaby – zagroził Mojżesz. – Całe stosy parujących, cuchnących zdechłych żab.
– Ach, w takim razie lepiej zabierz swój lud i odejdź. I tak muszę zbudować parę sfinksów i różnych takich.
– Do licha, Biff, nie możesz tak odpowiadać! Mam jeszcze dla ciebie inne plagi!
– Chcę być Mojżeszem.
– Nie możesz.
– Czemu?
– To ja mam laskę.
– Hm...
I tak to się toczyło. Nie jestem pewien, czy odgrywanie złoczyńców przychodziło mi równie łatwo, jak jemu odgrywanie bohaterów. Czasami zatrudnialiśmy młodszych braci, żeby powierzyć im co bardziej obrzydliwe role. Mali bracia Joszuy, Juda i Jakub, grali całe populacje, na przykład mieszkańców Sodomy przed drzwiami domu Lota.
– Przyślij nam tych dwóch aniołów, żebyśmy mogli się z nimi zapoznać.
– Nie uczynię tego – odparłem, grając Lota (porządnego gościa, ale tylko dlatego, że Joszua chciał grać aniołów). – Ale mam dwie córki, które nikogo jeszcze nie znają, z nimi możecie się zapoznać.
– Zgoda – rzekł Juda.
Otworzyłem szeroko drzwi i wyprowadziłem swoje wyimaginowane córki.
– Miło mi panią poznać.
– Jestem zaszczycona.
– Bardzo mi przyjemnie.
– TO NIE TAK BYŁO! – wrzasnął Joszua. – Powinniście próbować wyłamać te drzwi, a wtedy ja porażę was ślepotą!
– A potem zniszczysz miasto? – upewnił się Jakub.
– Tak.
– To wolimy raczej poznać córki Lota.
– Wypuść mój lud – odezwał się Juda.
Miał tylko cztery lata i historie często mu się myliły. Najbardziej lubił Księgę Wyjścia, bo mogli z Jakubem oblewać mnie wodą z wiadra, kiedy w pościgu za Mojżeszem prowadziłem swoje wojska przez Morze Czerwone.
– Dość tego – zirytował się Joszua. – Judo, będziesz żoną Lota. Idź i stań tam.
Czasami Juda musiał grać żonę Lota niezależnie od przedstawianej opowieści.
– Nie chcę być żoną Lota.
– Cicho! Słupy soli nie mówią.
– Nie chcę być dziewczyną.
Nasi bracia zawsze grali żeńskie role. Ja sam nie miałem sióstr do dręczenia, a jedyna wówczas siostra Joszuy, Elżbieta, wciąż była jeszcze noworodkiem. Tak było, zanim spotkaliśmy Magdalenę. Magdalena zmieniła wszystko.
Kiedy podsłuchałem, jak moi rodzice rozmawiają o szaleństwie matki Joszuy, często ją obserwowałem, wypatrując objawów. Ale wydawało się, że zajmuje się swoimi sprawami jak wszystkie inne matki – opiekuje się maluchami, pracuje w ogrodzie, nosi wodę albo szykuje jedzenie. Nie zauważyłem żadnych skłonności do biegania na czworakach czy piany na ustach, których się spodziewałem. Była młodsza niż wiele innych matek i o wiele młodsza od swojego męża, Józefa – starego człowieka, według standardów naszych czasów. Joszua mówił, że Józef nie jest jego prawdziwym ojcem, ale nie chciał zdradzić, kto nim jest. Kiedy poruszałem ten temat, a Maria była w zasięgu głosu, wołała Josha, a potem przykładała palec do warg, nakazując milczenie.
– To jeszcze nie czas, Joszua. Biff by nie zrozumiał.
Wystarczyło, że usłyszałem, jak wymawia moje imię, a serce waliło mi mocno. Bardzo wcześnie pojawiło się u mnie uczucie szczenięcej miłości do matki Joszuy; snułem fantazje o małżeństwie, rodzinie i przyszłości.
– Twój ojciec jest stary, Josh, prawda?
– Nie tak bardzo.
– Kiedy umrze, czy twoja matka wyjdzie za jego brata?
– Mój ojciec nie ma braci. A czemu pytasz?
– Bez powodu. A co byś pomyślał, gdyby twój ojciec był niższy od ciebie?
– Nie jest.
– Ale kiedy twój ojciec umrze, matka może poślubić kogoś niższego od ciebie i wtedy on będzie twoim ojcem. Będziesz musiał robić, co ci każe.
– Mój ojciec nigdy nie umrze. Jest wieczny.
– Ty tak uważasz. Ale myślę sobie, że kiedy będę już mężczyzną, a twój ojciec umrze, wezmę sobie twoją matkę za żonę.
Joszua skrzywił się, jakby nadgryzł niedojrzałą figę.
– Nie mów takich rzeczy, Biff.
– Nie przeszkadza mi, że jest obłąkana. Podoba mi się jej niebieski płaszcz. I jej uśmiech. Będę dobrym ojcem. Nauczę cię kamieniarstwa i będę cię bił tylko wtedy, kiedy będziesz bezczelny.
– Wolę bawić się z trędowatymi niż tego słuchać – oświadczył
Joszua i zaczął odchodzić.
– Czekaj! Bądź miły dla swojego ojca, Joszuo bar Biff. – Mój własny ojciec używał mojego pełnego imienia wtedy, kiedy chciał coś podkreślić. – Czyż nie nakazał Mojżesz, że masz mnie czcić?
Mały Joszua odwrócił się na pięcie.
– Nie mam na imię Joszua bar Biff, zresztą Joszua bar Józef też nie. Moje imię to Joszua bar Jahwe!
Rozejrzałem się w nadziei, że nikt go nie słyszał. Nie chciałem, żeby mój jedyny syn (planowałem sprzedać Jakuba i Judę w niewolę) został ukamienowany na śmierć za wymawianie imienia Boga nadaremno.
– Nie mów tak, Josh. Nie ożenię się z twoją matką.
– Nie, nie ożenisz się.
– Przepraszam.
– Wybaczam ci.
– Ale będzie z niej doskonała konkubina.
Nie pozwólcie sobie wmawiać, że Książę Pokoju nigdy nikogo nie uderzył. W tych dniach początkowych, zanim stał się tym, kim miał się stać, nie raz rozbił mi nos. Wtedy po raz pierwszy.
Maria miała pozostać moją jedyną prawdziwą miłością, dopóki nie zobaczyłem Magdaleny.
Jeśli mieszkańcy Nazaretu uważali matkę Joszuy za szaloną, niewiele o tym mówili z szacunku dla jej męża, Józefa. Znał Prawo, Proroków i Psalmy, a niewiele żon w Nazarecie nie podawało kolacji w jednej z jego gładkich mis z oliwkowego drewna. Był sprawiedliwy, silny i mądry. Ludzie mówili, że należał kiedyś do esseńczyków, tych surowych, ascetycznych Żydów, którzy trzymali się z dala od innych, nigdy się nie żenili i nie ścinali włosów. Nie utrzymywał jednak z nimi kontaktów i w przeciwieństwie do nich, wciąż potrafił się uśmiechać.
W tych wczesnych latach widywałem go rzadko, gdyż stale przebywał w Seforis, pracując dla Rzymian, dla Greków i dla żydowskich posiadaczy ziemskich z tego miasta. Jednakże co roku, kiedy zbliżało się Święto Pierwszych, Józef opuszczał ufortyfikowane miasto i zostawał w domu, by rzeźbić misy i łyżki przeznaczone dla Świątyni. Podczas Święta Pierwszych tradycja nakazywała oddawać kapłanom ze Świątyni pierwsze jagnięta, pierwsze ziarno i pierwsze owoce. Nawet pierworodni synowie, którzy przyszli na świat w ciągu roku, byli przeznaczani dla Świątyni – albo poprzez obietnicę oddania ich do pracy, kiedy już podrosną, albo poprzez dar pieniędzy. Rzemieślnicy, tacy jak mój ojciec i Józef, mogli oddawać rzeczy, które wykonali; w niektórych latach ojciec szykował moździerze i tłuczki albo młyńskie kamienie na daninę, kiedy indziej oddawał dziesięcinę w monecie. Na to święto niektórzy wyruszali na pielgrzymkę do Jeruzalem, ale że wypadało zaledwie siedem tygodni po Passze, wiele rodzin nie mogło sobie na to pozwolić. Dary trafiały więc do naszej skromnej wiejskiej synagogi.
W ciągu tygodni poprzedzających święto Józef siedział przed domem, w cieniu daszku, jaki zrobił, i siekierą oraz dłutem dręczył oliwkowe drewno. Joszua i ja bawiliśmy się u jego stóp. Miał na sobie jednoczęściową tunikę, jakie nosiliśmy wszyscy – prostokąt materiału z dziurą na głowę pośrodku, przepasany szarfą, tak że rękawy opadały do łokci, a skraj sięgał kolan.
– Może w tym roku powinienem oddać Świątyni mojego pierwszego syna, co, Joszua? Czy nie chciałbyś czyścić ołtarza po ofiarach? – Józef uśmiechnął się, nie unosząc głowy znad pracy. – Wiesz przecież, że jestem im winien pierwszego syna. W czasie Święta Pierwszych, kiedy się urodziłeś, byliśmy w Egipcie. Myśl o bezpośrednim kontakcie z krwią wyraźnie przeraziła Joszuę, jak zresztą przeraziłaby każdego żydowskiego chłopca.
– Oddaj im Jakuba, abba. On jest twoim pierwszym synem. Józef zerknął w moją stronę, by się przekonać, czy zareagowałem. Owszem, ale to dlatego, że myślałem o swojej pozycji pierwszego syna; miałem nadzieję, że mój ojciec nie wpadł na taki pomysł.
– Jakub jest drugim synem. Kapłani nie chcą drugich synów. To musisz być ty.
Zanim odpowiedział, Joszua popatrzył na mnie, a potem na ojca. I uśmiechnął się.
– Ale, abba, gdybyś umarł, kto się zajmie mamą, jeśli ja będę w Świątyni?
– Ktoś się nią zaopiekuje – wtrąciłem. – Jestem tego pewien.
– Nie umrę jeszcze przez długi czas. – Józef szarpnął siwą brodę.
– Broda już mi bieleje, ale mam w sobie jeszcze wiele życia.
– Nie bądź taki pewny, abba – rzucił Joszua.
Józef upuścił misę, nad którą pracował, i wpatrzył się w swoje dłonie.
– Biegnijcie się bawić, wy dwaj – powiedział głosem brzmiącym jak szept.
Joszua wstał i odszedł. Chciałem zarzucić Józefowi ręce na szyję, nigdy bowiem nie widziałem tak wystraszonego dorosłego i mnie również to przeraziło.
– Mogę pomóc? – spytałem, wskazując niedokończoną misę na kolanach Józefa.
– Idź z Joszuą. Potrzebny mu przyjaciel, który nauczy go być człowiekiem. Wtedy ja będę mógł go nauczyć być mężczyzną.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-10-11 (1561 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej