Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rakietowe szlaki. Tom 1 (m)
 
Katalog - dodano
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 Krwawe róże
- Dot Hutchison
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Wybrana'' - Naomi Novik



Rozdział I



Nasz Smok nie pożera dziewcząt, które zabiera, nieważne, jakie historie opowiadają poza naszą doliną. Słyszymy je czasem od przejeżdżających tędy podróżnych. Mówią o tym tak, jakbyśmy składali ofiary z ludzi, a on był prawdziwym smokiem. Oczywiście to nieprawda: może sobie być nieśmiertelnym czarodziejem, ale nadal jest człowiekiem i nasi ojcowie skrzyknęliby się i zabili go, gdyby chciał co dziesięć lat zjadać jedną z nas. On broni nas przed Borem, a my jesteśmy mu wdzięczni, ale nie do tego stopnia.
Wcale ich nie pożera; tylko tak się mówi. Zabiera dziewczynę do swojej wieży, a po dziesięciu latach ją wypuszcza, choć już jako inną osobę. Ma ona wtedy zbyt ładne stroje, mówi jak dwórka i skoro przez dziesięć lat mieszkała sama z mężczyzną, oczywiście jej reputacja jest zszargana, chociaż dziewczęta twierdzą, że on nigdy żadnej nie tknął. A co innego mają mówić? I to nie jest w tym najgorsze – w końcu Smok daje każdej sakiewkę srebra za usługi, kiedy ją wypuszcza, więc każdy byłby szczęśliwy, gdyby mógł się z taką ożenić, ze zszarganą reputacją czy nie.
Jednak one nie chcą za nikogo wychodzić. Wcale nie chcą tutaj zostać.
– Zapominają, jak tu żyć – niespodziewanie powiedział mi kiedyś ojciec.
Jechałam obok niego na koźle wielkiego pustego wozu, wracając do domu po dostarczeniu tygodniowego zapasu drewna opałowego. Mieszkaliśmy w Dwierniku, który nie jest największą ani najmniejszą wioską w dolinie i nie leży najbliżej Boru, tylko siedem mil od niego. Droga wiodła przez wysokie wzgórze, z którego w pogodny dzień widać całą rzekę aż po jasnoszary pas wypalonej ziemi na samym skraju, a za nim litą ciemną ścianę drzew. Wieża Smoka znajdowała się spory kawałek dalej w przeciwną stronę, niczym ułomek białej kredy tkwiący w podnóżu zachodnich gór.
Byłam jeszcze bardzo mała – chyba nie miałam więcej niż pięć lat. Jednak już wiedziałam, że nie rozmawia się o Smoku ani o dziewczynach, które zabiera, więc zapamiętałam to, że mój ojciec złamał tę niepisaną zasadę.
– Pamiętają, że tu muszą się bać – dodał ojciec.
Nic więcej nie dodał. Cmoknął na konie, a on pociągnęły żwawiej, w dół zbocza i z powrotem między drzewa.
Nie widziałam w tym żadnego sensu. Wszyscy baliśmy się Boru. Jednak ta dolina była naszym domem. Jak można opuścić dom? Mimo to te dziewczyny nigdy tu nie zostawały.
Smok wypuszczał je z wieży, a one na krótki czas wracały do swoich rodzin – na tydzień lub czasem miesiąc, nigdy na dłużej. Potem zabierały swoje srebro i odchodziły. Przeważnie do Kralii i na uniwersytet. Równie często wychodziły za jakiegoś mieszczanina albo zostawały uczonymi lub sklepikarkami, chociaż niektórzy ludzie szeptali, że Jadwiga Bach, która została wzięta przed sześćdziesięcioma laty, została kurtyzaną i kochanką barona oraz księcia. Gdy jednak ja przyszłam na świat, ona była już tylko bogatą staruszką, która przysyłała wspaniałe prezenty swoim wnuczkom i siostrzenicom, ale nigdy nie przyjeżdżała w odwiedziny.
Tak więc nie można nazwać tego oddawaniem córki na pożarcie, ale też i nie wzbudza to radości. W dolinie nie ma aż tylu wiosek, żeby zagrożenie było niewielkie, ponieważ on wybiera tylko siedemnastoletnie dziewczyny urodzone po pierwszym października. Z mojego rocznika było takich jedenaście, tak więc prawdopodobieństwo wyboru było nieco mniejsze niż przy rzucie kostką. Wszyscy mówią, że zrodzoną dla Smoka dziewczynę z wiekiem kocha się bardziej, wiedząc, że tak łatwo można ją stracić. To jednak nie dotyczyło mnie i moich rodziców. Zanim urosłam na tyle, żeby zrozumieć, że mogę być wybrana, wszyscy wiedzieliśmy, że on weźmie Kasię.
Tylko podróżni, którzy nic nie wiedzieli, gratulowali rodzicom Kasi lub mówili im, jaka ich córka jest piękna, mądra i miła. Smok nie zawsze wybierał najładniejszą dziewczynę, ale zawsze pod jakimś względem niezwykłą: jeśli była jakaś bez wątpienia najśliczniejsza lub najmądrzejsza, najlepiej tańcząca albo najmilsza, jakoś zawsze potrafił taką zabrać, chociaż rzadko zamieniał z nią choć słowo, zanim dokonał wyboru.
A Kasia miała wszystkie te zalety. Miała gęste i jasne jak pszenica włosy, które nosiła splecione w warkocz do pasa, pełne ciepła piwne oczy i śmiech jak piosenka, którą chce się wspólnie śpiewać. Wymyślała najlepsze zabawy, potrafiła układać opowieści i nowe figury taneczne, gotować jak na ucztę, a kiedy przędła wełnę z owiec swojego ojca, nić schodziła z krosna gładka i równa, bez jednego węzełka czy pętelki.
Wiem, że opisuję ją tak, jakby nie należała do tej opowieści. Jednak było wprost przeciwnie. Kiedy matka opowiadała mi bajki o księżniczce prządce, dzielnej gęsiareczce lub rusałce, wyobrażałam je sobie jako trochę podobne do Kasi; tak właśnie o niej myślałam. Byłam jeszcze młoda i nieroztropna, więc kochałam ją bardziej, a nie mniej, ponieważ wiedziałam, że wkrótce zostanie wybrana.
Mówiła, że się tym nie przejmuje. Była również nieustraszona; jej matka Wensa o to zadbała. Pamiętam, że kiedyś powiedziała do mojej matki: „Będzie musiała być dzielna”, skłaniając oporną Kasię, żeby wspięła się na drzewo, a mama tuliła ją wtedy ze łzami w oczach.
Mieszkaliśmy tylko trzy domy od siebie, a ja nie miałam siostry, tylko trzech starszych braci. Kasia była moją najlepszą przyjaciółką. Od kołyski bawiłyśmy się razem, najpierw w kuchniach, starając się nie plątać matkom pod nogami, a potem na ulicy przed domem, dopóki nie byłyśmy dostatecznie duże, żeby bawić się w lesie. Jeśli tylko mogłam, to zamiast siedzieć w domu, zawsze wolałam biegać między drzewami, trzymając Kasię za rękę. Wyobrażałam sobie, że drzewa zginają konary, żeby nas osłonić. Nie wiedziałam, jak to zniosę, kiedy Smok ją zabierze.
Moi rodzice niespecjalnie obawialiby się, że mnie stracą, nawet gdyby nie było Kasi. Jako siedemnastolatka wciąż byłam chuderlawym i niezgrabnym źrebakiem o zmierzwionych spłowiałych włosach, a moim jedynym talentem – jeśli można go tak nazwać – była zdolność do darcia, plamienia lub gubienia w jeden dzień wszystkiego, w co mnie ubrano. Zanim ukończyłam dwanaście lat, zrezygnowana matka pozwalała mi biegać w rzeczach po starszych braciach z wyjątkiem świąt, kiedy musiałam przebierać się nie wcześniej niż dwadzieścia minut przed wyjściem z domu, a potem siedzieć na ławce przed domem, dopóki nie poszliśmy do kościoła. Pomimo to były niewielkie szanse na to, że dotrę na błonia, nie zawadziwszy o jakąś gałąź i nie opryskawszy się błotem.
– Będziesz musiała wyjść za krawca, moja mała Agnieszko – mawiał ze śmiechem mój ojciec, kiedy wieczorem wracał z lasu, a ja wybiegałam mu na spotkanie z umorusaną buzią, co najmniej jedną dziurą w ubraniu i bez szalika. Pomimo to podnosił mnie i całował, a matka tylko cicho wzdychała: który rodzic martwiłby się kilkoma takimi wadami u dziewczyny urodzonej w smoczych miesiącach?

Ostatnie lato przed wyborem było długie, ciepłe i pełne łez. Kasia nie płakała, ale ja tak. Siedziałyśmy do późna w lesie, usiłując rozciągać cudowne godziny dnia, a potem wracałam do domu głodna i zmęczona, żeby od razu pójść do łóżka i leżeć w ciemnościach. Matka przychodziła i głaskała mnie po głowie, cicho śpiewając, gdy zasypiałam zapłakana. Zostawiała przy moim łóżku talerz z jedzeniem, żebym miała co jeść, kiedy obudzę się głodna w środku nocy. Nie próbowała mnie pocieszać, no bo jak? Obie wiedziałyśmy, że obojętnie, jak bardzo kocha Kasię i jej matkę Wensę, mimo woli czuje w głębi serca ulgę – Smok nie weźmie mojej córki, nie mojej jedynej. I oczywiście nie chciałabym, żeby czuła co innego. Przez prawie całe tamto lato byłyśmy tylko my dwie, Kasia i ja. Tak było od dawna. W dzieciństwie bawiłyśmy się z innymi dziećmi z wioski, ale kiedy podrosłyśmy i Kasia wypiękniała, jej matka powiedziała: „Lepiej nie pokazuj się chłopcom, to będzie najodpowiedniejsze dla ciebie i dla nich”. Ja jednak trzymałam się jej, a moja matka naprawdę kochała Kasię i Wensę, więc nie próbowała nas rozdzielić, chociaż wiedziała, że przez to w końcu będę bardziej cierpieć.
Ostatniego dnia znalazłam dla nas polankę w lesie, gdzie drzewa wciąż miały liście, złote i ognistoczerwone, które szeleściły nam nad głowami, a wszędzie na ziemi leżały dojrzałe kasztany. Rozpaliłyśmy ognisko z gałązek i suchych liści, żeby upiec w nim garstkę. Nazajutrz był pierwszy października i miał się odbyć wielki festyn dla uhonorowania naszego patrona i pana. Jutro przybędzie Smok.
– Miło byłoby być trubadurem – oznajmiła Kasia, leżąc na plecach z zamkniętymi oczami. Nuciła cicho; wędrowny minstrel przybył na festyn i tego ranka ćwiczył piosenki na błoniu. Wozy z daniną przyjeżdżały cały tydzień. – Przejechać całą Polnię i śpiewać dla króla.
Powiedziała to w zadumie, nie jak rozmarzone dziecko, lecz jak ktoś, kto naprawdę myśli o opuszczeniu doliny i wyjeździe na zawsze. Wyciągnęłam rękę i uścisnęłam jej dłoń.
– I przyjeżdżałabyś do domu w każde zimowe święta – powiedziałam – i śpiewałabyś nam te wszystkie piosenki, których się nauczyłaś.
Mocno ściskałyśmy sobie dłonie i starałam się nie pamiętać o tym, że dziewczęta zabrane przez Smoka nigdy nie chciały wrócić.
Oczywiście w tym momencie żarliwie go nienawidziłam. Nie był jednak złym panem. Po drugiej stronie północnych gór baron z Żółtych Moczarów miał pięciotysięczną armię walczącą w wojnach prowadzonych przez Polnię, zamek z czterema wieżami i żonę, która nosiła klejnoty koloru krwi i futro z białych lisów, a wszystko to z lenna nie bogatszego od naszej doliny. Ludzie musieli przez jeden dzień w tygodniu pracować na polach barona, który miał najlepsze ziemie i zabierał ich synów do wojska, a przy tylu kręcących się wokół żołnierzach dorosłe dziewczęta musiały siedzieć w domach lub chodzić pod eskortą. A nawet on nie był złym panem.
Smok miał tylko jedną wieżę i ani jednego zbrojnego czy choćby sługi poza dziewczyną, którą zabierał. Nie musiał trzymać armii: był winien królowi tylko swoje usługi, swoją magię. Czasem musiał udać się na dwór, żeby odnowić przysięgę wierności, i zapewne król mógł wezwać go na wojnę, lecz przeważnie musiał przede wszystkim być tutaj, pilnować Boru i bronić króla przed jego złowrogim wpływem.
Jego jedyną ekstrawagancją były książki. Wszyscy byliśmy oczytani jak na wieśniaków, ponieważ płacił złotem za każdy zdobyty tom, tak więc handlarze ciągnęli tu zewsząd, chociaż nasza wieś znajdowała się na samym krańcu Polnii. A dopóki przyjeżdżali, napełniali juki swoich mułów wszelkimi używanymi lub tanimi książkami, jakie mieli, i sprzedawali je nam za grosze. Tylko naprawdę ubogi dom w dolinie nie miał co najmniej dwóch lub trzech książek dumnie stojących na półce.
Komuś, kto nie mieszkał dostatecznie blisko Boru, mogłoby się to wydawać trywialne i nieistotne, na pewno nie skłaniałoby do oddawania córki. Ja jednak przeżyłam Zielone Lato, gdy gorący wiatr przynosił pyłki z zachodniej części Boru aż w dolinę, na nasze pola i ogrody. Wszystko rosło bujnie, ale było dziwne i zdeformowane. Każdy, kto zjadł te plony, wpadał w szał, atakował bliskich, a w końcu uciekał do Boru i znikał, jeżeli go nie związano.
Miałam wtedy sześć lat. Rodzice próbowali mnie chronić, najlepiej jak mogli, ale mimo to doskonale pamiętam nastrój zgrozy, ogólny strach i nigdy niekończące się głodowe skurcze żołądka. Do lata zjedliśmy wszystkie zapasy z poprzedniego roku, licząc na to, że odnowimy je wiosną. Jeden z naszych sąsiadów, ogłupiały z głodu, zjadł trochę zielonego groszku. Pamiętam, że tamtej nocy słyszałam krzyki dobiegające z jego domu, a przez okno zobaczyłam, jak mój ojciec biegnie z pomocą i chwyta widły oparte o ścianę stodoły.
Pewnego dnia tamtego lata, za mała, żeby w pełni zrozumieć niebezpieczeństwo, wymknęłam się spod opieki zmęczonej, chudej matki i pobiegłam do lasu. W dolince osłoniętej od wiatru znalazłam kępę na wpół uschniętych jeżyn. Przedarłam się przez twarde suche pnącza do chronionego przez nie środka i zerwałam garść cudownych jeżyn, zupełnie niezdeformowanych, całych, soczystych i doskonałych. Każda była eksplozją smaku w ustach. Zjadłam dwie garście i napełniłam podołek, po czym z sukienką przesiąkającą i poplamioną na fioletowo ich sokiem pospieszyłam do domu, gdzie matka załkała ze zgrozy na widok mojej usmarowanej twarzy. Nie zachorowałam: jeżyny jakoś uniknęły przekleństwa Boru i ich owoce były dobre. Łzy matki jednak bardzo mnie przestraszyły i później przez kilka lat nie zbierałam jeżyn.
Tamtego roku Smok został wezwany na dwór. Wrócił wcześnie, od razu pojechał na pola i wezwał czarodziejski ogień, którym spalił wszystkie skażone uprawy i zatrute plony. To był jego obowiązek, ale później odwiedził każdy dom, w którym ktoś zachorował, i dał chorym napić się magicznego eliksiru przywracającego im rozum. Wydał rozkaz, żeby leżące dalej na zachód wioski, które ominęła plaga, podzieliły się z nami zbiorami, i nawet całkowicie zrezygnował w tamtym roku ze swojej daniny, żeby nikt z nas nie głodował. Następnej wiosny tuż przed siewami ponownie wyszedł na pola i spalił nieliczne pozostałe skażone rośliny, zanim zdążyły się na nowo zakorzenić.
Chociaż nas uratował, nie kochaliśmy go. Nigdy nie wychodził ze swej wieży, żeby wystawić napoje dla ludzi w porze żniw, tak jak robił to baron z Żółtych Moczarów, ani nie kupił żadnego drobiazgu na odpuście, jak to często robiły baronowa i jej córki. Czasem wędrowne trupy aktorskie dawały przedstawienia lub minstrele przechodzili przez przełęcz z Rusji. Nigdy nie przychodził posłuchać. Kiedy lennicy przywozili mu daninę, drzwi wieży same się otwierały i zostawiali wszystko w piwnicy, nawet się z nim nie spotkawszy. Nigdy nie zamienił więcej niż kilka słów z sołtysem naszej wioski ani nawet burmistrzem Olszanki, największej miejscowości w dolinie, leżącej bardzo blisko jego wieży. Wcale nie próbował zdobyć naszej miłości; nikt z nas go nie znał.
I oczywiście był też mistrzem czarnej magii. W pogodne noce jego wieżę oświetlały błyskawice, nawet zimą. Białe pasma, które wypuszczał z okien, unosiły się nocami nad drogami i rzeką, zmierzając w kierunku Boru, żeby go pilnować. I czasem, kiedy Bór kogoś schwytał – pasterkę, która ze swoim stadem podeszła za blisko jego skraju, myśliwego, który napił się z niewłaściwego strumienia, pechowego podróżnego, który przeszedł górską przełęcz, nucąc urywek piosenki zapadającej w pamięć – no cóż, Smok i dla nich schodził z wieży, a ci, których ratował, też nigdy nie wracali.
Nie był zły, ale chłodny i straszny. I miał zabrać Kasię, więc nienawidziłam go przez długie lata.
Tamtej ostatniej nocy moje uczucia się nie zmieniły. Zjadłyśmy z Kasią resztę kasztanów. Słońce zaszło, a nasze ognisko przygasło, ale zostałyśmy na polance, dopóki się żarzyło. Rano nie czekała nas daleka droga. Dożynki zwykle odbywały się w Olszance, ale w roku wyboru zawsze urządzano je w wiosce, w której mieszkała przynajmniej jedna z dziewcząt, żeby rodziny nie musiały daleko jechać. A w naszej wiosce była Kasia.
Nienawidziłam Smoka jeszcze bardziej, gdy następnego dnia wkładałam zieloną szatę. Mojej matce drżały ręce, gdy zaplatała mi warkocz. Wiedziałyśmy, że to będzie Kasia, ale to nie oznaczało, że wcale się nie bałyśmy. Uniosłam jednak kraj sukienki i weszłam na wóz, najostrożniej jak mogłam, uważając na drzazgi i pozwalając, żeby ojciec mi pomógł. Postanowiłam szczególnie się postarać. Wiedziałam, że to nic nie da, ale chciałam, by Kasia wiedziała, że kocham ją tak bardzo, że dam jej szansę. Nie zamierzałam zrobić z siebie czupiradła, zezowatej czy garbatej, jak to czasem robiły dziewczyny.
Zebrałyśmy się na błoniu. Wszystkie jedenaście stanęłyśmy w szeregu.
Stoły biesiadne były ustawione w czworobok i przeładowane, ponieważ nie były na tyle duże, żeby mieściły daninę całej doliny. Mieszkańcy zebrali się za nimi. Worki z pszenicą i owsem piętrzyły się na trawie, ułożone w piramidy. Tylko my stałyśmy na trawie z naszymi rodzinami i sołtyską Danką, która nerwowo przechadzała się przed szeregiem i bezgłośnie poruszała wargami, ćwicząc przemówienie powitalne.
Słabo znałam pozostałe dziewczyny. Nie były z Dwiernika. Wszystkie byłyśmy milczące i sztywne, w najlepszych ubraniach i z zaplecionymi warkoczami, obserwowałyśmy drogę. Jeszcze nie było na niej widać Smoka. Najdziksze myśli przychodziły mi do głowy. Wyobrażałam sobie, że kiedy przybędzie, zasłonię sobą Kasię i powiem, żeby zamiast niej zabrał mnie, albo oznajmię, że ona nie chce z nim iść. Wiedziałam jednak, że nie jestem na tyle odważna, żeby zrobić coś takiego.
A on przybył nagle, nieoczekiwanie. Wcale nie przyszedł drogą, po prostu nagle się zjawił. Akurat patrzyłam w tym kierunku: najpierw w powietrzu pojawiły się palce, potem ręka i noga, a później pół człowieka, co było tak niewiarygodne i niewłaściwe, że nie mogłam oderwać od tego oczu, choć skręciło mnie na ten widok. Inni mieli więcej szczęścia. Zauważyli go dopiero wtedy, gdy zrobił pierwszy krok w naszą stronę, i wszyscy wokół starali się nie okazywać zdziwienia.
Smok był niepodobny do żadnego mężczyzny z naszej wioski. Powinien być stary, zgarbiony i siwy, bo mieszkał w tej wieży od stu lat, ale w rzeczywistości był wysoki, trzymał się prosto, nie nosił brody i miał gładką skórę. Gdybym minęła go na ulicy, wzięłabym go za młodego człowieka, tylko trochę starszego ode mnie, kogoś, do kogo mogłabym uśmiechać się nad biesiadnym stołem i kto mógłby poprosić mnie do tańca. Jego twarz wyglądała jednak nieco nienaturalnie: miał siateczkę zmarszczek wokół oczu, jakby czas nie mógł go dotknąć, ale zmęczenie i owszem. Pomimo wszystko nie była to brzydka twarz, tylko chłodny wyraz czynił ją nieprzyjemną; wszystko w nim mówiło: „Nie jestem ani nie chcę być jednym z was”.
Oczywiście nosił drogie szaty: za brokat jego żupana cała rodzina miałaby co jeść przez rok, nawet bez złotych guzików. Był jednak chudy niczym człowiek, który na każde cztery lata ma trzy nieurodzajne. Choć sztywny, tryskał nerwową energią jak ogar, jakby niczego bardziej nie pragnął, niż wynieść się stąd jak najszybciej. Dla nas był to najgorszy dzień w życiu, lecz on nie miał do nas cierpliwości. Gdy nasza sołtyska Danka skłoniła się i powiedziała: „Panie, pozwól, że przedstawię ci te...”, on przerwał jej:
– Tak, załatwmy to.
Na ramieniu czułam ciepłą dłoń stojącego obok ojca, który się skłonił, a dłoń matki mocno uścisnęła moją z drugiej strony. Niechętnie cofnęli się razem z innymi rodzicami. Instynktownie wszystkie jedenaście przysunęłyśmy się do siebie. Kasia i ja stałyśmy prawie na końcu szeregu. Nie odważyłam się wziąć jej za rękę, ale stałam tak blisko, że dotykałyśmy się ramionami. Obserwowałam Smoka i nienawidziłam go, nienawidziłam, gdy szedł wzdłuż szeregu i kładąc palec pod brodę, lekko unosił twarz każdej dziewczyny, żeby się jej przyjrzeć.
Nie rozmawiał ze wszystkimi. Nie odezwał się słowem do dziewczyny stojącej obok mnie, tej z Olszanki, chociaż jej ojciec Borys był najlepszym hodowcą koni w dolinie, a ona miała wełnianą suknię ufarbowaną na jasnoczerwono i długie czarne włosy zaplecione w piękne warkocze przetykane czerwonymi wstążkami. Gdy przyszła moja kolej, ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na mnie – zimnymi czarnymi oczami, wydymając blade usta – po czym rzekł:
– Jak masz na imię, dziewczyno?
– Agnieszka – powiedziałam, albo spróbowałam powiedzieć; odkryłam, że zaschło mi w ustach. Przełknęłam ślinę.
– Agnieszka – powtórzyłam szeptem. – Panie.
Piekła mnie twarz. Spuściłam oczy. Zauważyłam, że chociaż uważałam, na mojej spódnicy są trzy duże plamy błota pełznące od rąbka w górę.
Smok poszedł dalej. Nagle przystanął, patrząc na Kasię, choć wcześniej nie zatrzymał się przy żadnej z nas. Stał tak, trzymając palce pod jej brodą, z nikłym uśmiechem zadowolenia wyginającym jego cienkie okrutne wargi, a Kasia patrzyła na niego odważnie i nawet nie drgnęła. Kiedy zadał jej pytanie, nie próbowała mówić chrapliwie lub piskliwie, lecz spokojnie i melodyjnie odpowiedziała:
– Kasia, panie.
Uśmiechnął się do niej znowu, nie miło, lecz jak zadowolony kot. Tylko z obowiązku dotarł do końca szeregu, ledwie zerkając na dwie dziewczyny, które stały za nią. Za plecami usłyszałam głośny oddech Wensy, bardziej przypominający szloch, gdy Smok zawrócił i podszedł ponownie do Kasi, wciąż z tym uśmiechem zadowolenia. Nagle znów zmarszczył brwi, obrócił głowę i spojrzał na mnie.
Zapomniałam się i jednak wzięłam Kasię za rękę. Ściskałam ją z całej siły, a ona moją. Po chwili puściła mnie, a ja splotłam dłonie przed sobą, zarumieniona i przestraszona. On tylko jeszcze przez chwilę patrzył na mnie, mrużąc oczy. Potem podniósł rękę i w jego palcach pojawiła się kula błękitno-białego płomienia.
– Ona nie chciała – powiedziała Kasia, po trzykroć dzielna, nie tak jak ja w jej obronie. Jej głos był drżący, lecz wyraźny, a ja zastygłam jak przerażony królik, wpatrując się w tę kulę. – Proszę, panie...
– Milcz, dziewczyno – rzekł Smok i wyciągnął do mnie rękę. – Weź ją.
– Mam... co? – odezwałam się, bardziej zaskoczona, niż gdyby rzucił mi ją w twarz.
– Nie stój jak idiotka – powiedział. – No, weź ją.
Ręka mi drżała, więc kiedy ją podniosłam, mimowolnie musnęłam jego palce, usiłując wyjąć z nich kulę. Nie spodobało mi się to; jego skóra była nienaturalnie gorąca. Ognista kula była jednak zimna jak marmur i nic mnie nie zabolało, gdy ją dotknęłam. Przyjemnie zaskoczona, trzymałam ją w palcach, gapiąc się na nią. On spojrzał na mnie ze zirytowaną miną.
– Cóż – powiedział z niezadowoleniem – zatem to chyba ty. – Wyjął kulę z mojej ręki i na moment zacisnął pięść; kula znikła równie nagle, jak się pojawiła. Obrócił się i powiedział do Danki: – Przyślijcie daninę, kiedy będziecie mogli.
Nadal nic nie rozumiałam. Chyba nikt nie zrozumiał, nawet moi rodzice; wszystko potoczyło się tak szybko i byłam zaszokowana tym, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę. Nie zdążyłam nawet się odwrócić i pożegnać, zanim się obrócił i chwycił moją rękę w przegubie. Tylko Kasia się poruszyła: obejrzałam się i zobaczyłam, że próbuje mnie złapać, żeby zaprotestować, ale Smok niecierpliwym i gwałtownym szarpnięciem pociągnął mnie za sobą i zniknęliśmy.
Kiedy znów się pojawiliśmy, przyciskałam wolną rękę do ust, krztusząc się. Gdy mnie puścił, opadłam na kolana i zwymiotowałam, nawet nie patrząc, gdzie się znajduję. Wydał nieartykułowany pomruk obrzydzenia, bo opryskałam długi szpic jego eleganckiego skórzanego buta.
– Bezużyteczna – mruknął. – Przestań dyszeć, dziewczyno, i sprzątnij to.
Odszedł, stukając obcasami o kamienne płyty posadzki. Pozostałam tam drżąca, aż nabrałam pewności, że już nic się nie zdarzy, a wtedy otarłam usta wierzchem dłoni i uniosłam głowę, żeby się rozejrzeć. Klęczałam na kamiennej posadzce, nie z byle jakiego kamienia, ale z białego marmuru przetykanego zielonymi żyłkami. Komnata była mała i owalna, z wąskimi oknami, umieszczonymi zbyt wysoko, żeby przez nie wyjrzeć, lecz strop nad moją głową był mocno wygięty. Znajdowałam się na samym szczycie wieży.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-08-31 (321 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej