Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kamień na szczycie
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Bohater wieków'' - Brandon Sanderson



PROLOG



Marsh próbował się zabić.
Jego dłoń zadrżała, gdy starał się zebrać siły, by podnieść rękę, wyrwać kolec z pleców i zakończyć potworną egzystencję. Nie próbował się już uwolnić. Trzy lata. Trzy lata w postaci Inkwizytora, trzy lata uwięzienia we własnych myślach. Te lata udowodniły, że nie ma ucieczki. Nawet teraz jego myśli się zaćmiły.
A później To przejęło kontrolę. Świat wokół niego jakby wibrował – i nagle zaczął widzieć wszystko wyraźnie. Dlaczego walczył? Dlaczego się martwił? Wszystko było w jak najlepszym porządku.
Zrobił krok do przodu. Choć nie widział już tak jak zwyczajni ludzie – w końcu w jego oczodoły wbito potężne stalowe kolce – wyczuwał pomieszczenie wokół siebie. Kolce wystawały z tyłu jego czaszki. Gdyby wyciągnął rękę i dotknął tyłu głowy, poczułby ostre końce. Nie było krwi.
Kolce dawały mu moc. Wszystko otaczały niebieskie allomantyczne linie, rozjaśniając świat. Pomieszczenie było średnich rozmiarów, a wraz z Marshem znajdowało się w nim kilku towarzyszy – również otoczonych błękitem, allomantyczne linie wskazywały na metale w ich krwi. Każdy miał kolce w oczodołach.
To znaczy, każdy poza mężczyzną przywiązanym przed nim do stołu. Marsh uśmiechnął się, wziął kolec ze stołu i uniósł go. Więzień nie został zakneblowany. To by stłumiło krzyki.
– Proszę – wyszeptał więzień i zadrżał. Nawet terrisański lokaj załamywał się, mając w perspektywie własną gwałtowną śmierć.
Mężczyzna próbował się szarpać. Znajdował się w bardzo niewygodnej pozycji, został bowiem przywiązany na innej osobie. Stół zaprojektowano w taki właśnie sposób, wgłębienie mieściło ciało poniżej.
– Czego chcecie? – spytał Terrisanin. – Nic już wam nie powiem o Synodzie.
Marsh pomacał mosiężny kolec, czując jego ostry koniec. Miał pracę do wykonania, lecz zawahał się, smakując ból i przerażenie w głosie mężczyzny. Zawahał się, żeby móc...
Marsh zapanował nad własnym umysłem. Słodki aromat sali zniknął, zastąpiony przez smród krwi i śmierci. Jego radość zmieniła się w grozę. Więzień był terrisańskim Opiekunem, człowiekiem, który całe życie pracował dla dobra innych. Zabicie go będzie nie tylko zbrodnią, ale i tragedią. Marsh próbował zapanować nad sobą, unieść rękę i wyrwać najważniejszy kolec z pleców – jego usunięcie zabiłoby go.
To jednak było zbyt silne. Moc. Jakimś sposobem panowała nad Marshem – i potrzebowała go oraz innych Inkwizytorów jako swoich rąk. Była wolna – Marsh wciąż czuł, jak się tym raduje – lecz coś nie pozwalało jej zbyt mocno wpływać na świat. Przeciwnik. Siła, która otaczała świat niczym tarcza.
To nie było jeszcze pełne. Potrzebowało więcej. Czegoś jeszcze... czegoś ukrytego. A Marsh to odnajdzie, przyniesie swojemu panu. Panu, którego Vin uwolniła. Istocie, która została uwięziona w Studni Wstąpienia.
Nazywała się Zniszczeniem.
Marsh uśmiechnął się, gdy jego więzień zaczął płakać. Później zrobił krok do przodu, unosząc kolec. Przytknął go do piersi skamlącego mężczyzny. Kolec musiał przebić jego ciało, przeszywając serce, a później wbić się w ciało Inkwizytora przywiązanego poniżej. Hemalurgia była brudną sztuką.
I dlatego była taka zabawna. Marsh uniósł drewniany młot i zaczął uderzać.



* * *



Trzymanie mocy uczyniło dziwne rzeczy z moim umysłem. W ciągu kilku chwil zaznajomiłem się z samą mocą, jej historią i sposobami, w jakie mogła zostać wykorzystana.
Jednakże wiedza różniła się od doświadczenia czy nawet umiejętności wykorzystania mocy. Na przykład, wiedziałem, jak poruszyć planetę na nieboskłonie. Nie wiedziałem jednak, gdzie ją umieścić, by nie znalazła się za blisko Słońca lub zbyt daleko od niego.

* * *


Jak zawsze, dzień TenSoona zaczął się w ciemnościach. Częściowo wynikało to oczywiście z faktu, że nie miał oczu. Mógłby je sobie stworzyć – należał do Trzeciego Pokolenia, czyli był stary, nawet według standardów kandra. Przetrawił wystarczająco wiele ciał, by umieć instynktownie stworzyć narządy zmysłów, bez modelu do skopiowania.
Niestety, oczy nie dałyby mu zbyt wiele. Nie miał czaszki, a zdążył już odkryć, że większość organów nie działa zbyt dobrze bez pełnego ciała – i szkieletu – jako podpory. Jego własna masa zmiażdżyłaby oczy, gdyby się poruszył w nieodpowiedni sposób, a ich odwracanie w różne strony byłoby bardzo trudne.
Poza tym, i tak nie miał na co patrzeć. TenSoon przesunął nieco swoją masę wewnątrz więziennej celi. Jego ciało wyglądało teraz jak zbiór przezroczystych mięśni – niczym masa wielkich ślimaków, połączonych ze sobą, nieco bardziej elastycznych niż ciało mięczaka. Gdyby się skupił, mógłby rozpuścić jeden z mięśni i albo połączyć go z innym, albo stworzyć coś nowego. Niestety, bez szkieletu był niemal bezsilny.
Znów poruszył się w celi. Jego skóra miała swój własny zmysł – coś w rodzaju smaku. W tej chwili smakowała smród jego odchodów po bokach celi, ale nie ważył się odłączyć tego zmysłu. Nie miał innych sposobów na kontakt ze światem.
„Cela” była właściwie przykrytą kratą kamienną jamą, w której ledwie mieściło się jego ciało. Nadzorcy zrzucali z góry jedzenie, a od czasu do czasu wylewali wodę, by go nawodnić i spłukać odchody przez niewielki otwór ściekowy w dnie. Zarówno otwór, jak i przestrzenie między prętami kraty na górze były zbyt wąskie, by się przez nie przecisnął – ciała jego rodzaju były elastyczne, ale istnieją pewne ograniczenia w ściskaniu sterty mięśni.
Większość ludzi oszalałaby, gdyby została zamknięta w tak ograniczonej przestrzeni przez... nawet nie wiedział, ile czasu minęło. Miesiące? TenSoon jednak miał Błogosławieństwo Przytomności. Jego umysł nie poddawał się tak łatwo.
Skup się, powiedział sobie. Nie miał mózgu, nie tak jak ludzie, ale był zdolny do myślenia. Nie rozumiał tego. Nie był pewien, czy ktokolwiek z kandra to rozumie. Może ci z Pierwszego Pokolenia wiedzieli więcej, ale jeśli nawet, to nie dzielili się swoją wiedzą.
Nie mogą cię tu trzymać bez końca, powiedział sobie. Pierwszy Kontrakt stanowi...
Zaczynał już wątpić w Pierwszy Kontrakt – a raczej w to, czy Pierwsze Pokolenie się nim kierowało. Czy mógł mieć do nich pretensje? TenSoon złamał Kontrakt. Jak sam przyznał, wystąpił przeciwko woli swojego pana, by pomóc komuś innemu. Ta zdrada skończyła się śmiercią jego pana.
Jednakże nawet tak karygodny czyn był najmniejszą z jego zbrodni. Karą za złamanie Kontraktu była śmierć i gdyby TenSoon się na tym zatrzymał, pozostali by go po prostu zabili. Niestety, chodziło o coś więcej. Zeznania TenSoona – które złożył na zamkniętym przesłuchaniu przed Drugim Pokoleniem – ujawniły o wiele bardziej niebezpieczne i ważniejsze uchybienie.
TenSoon zdradził tajemnicę swojego ludu.
Nie mogą mnie stracić, pomyślał, wykorzystując tę myśl, by zachować koncentrację. Muszą się najpierw dowiedzieć, komu powiedziałem.
Tajemnica. Cenna, jakże cenna tajemnica.
Skazałem nas wszystkich na zagładę. Mój lud. Znów będziemy niewolnikami. Nie, już jesteśmy niewolnikami. Staniemy się czymś innym – automatami, z umysłami opanowanymi przez innych. Uwięzieni i wykorzystani, nasze ciała nie będą już należeć do nas.
To właśnie zrobił – to potencjalnie rozpoczął. Przyczyna, dla której zasługiwał na uwięzienie i śmierć. Ale pragnął żyć. Powinien sobą gardzić. Mimo to, z jakiegoś powodu wciąż czuł, że postąpił właściwie.
Znów się poruszył, masy śliskich mięśni przesuwały się po sobie. W połowie ruchu zamarł. Wibracje. Ktoś nadchodził.
Przygotował się, odpychając mięśnie na bok, tworząc wgłębienie pośrodku ciała. Potrzebował całego dostępnego jedzenia – nie dawali mu zbyt wiele. Tym razem jednak przez kratę nie spadły pomyje. Czekał w napięciu, aż krata się otworzy. Choć nie miał uszu, wyczuwał wibrację, gdy kratę odsuwano, aż żelazo uderzyło o podłogę nad jego głową.
Co?
Następnie pojawiły się haki. Otoczyły jego mięśnie, chwytając go i rozrywając ciało, gdy wyciągały go z jamy. Bolało. Nie tylko szarpanie hakami, ale też nagła wolność, gdy jego ciało rozlało się po posadzce więzienia. Niechętnie posmakował kurz i wysuszone pomyje. Jego mięśnie drżały, brak ograniczeń po opuszczeniu celi wydawał mu się dziwny. Napiął się, poruszając swoją masę w sposób, który wydawał mu się niemal zapomniany.
I wtedy nadeszło. Czuł je w powietrzu. Kwas, gęsty i gryzący, pewnie w pozłacanym wiadrze niesionym przez nadzorców. A jednak mieli go zabić.
Ale nie mogą! Pomyślał. Pierwszy Kontrakt, prawo naszego ludu...
Coś na niego spadło. Nie kwas, ale coś twardego. Dotknął tego z przejęciem, mięśnie się poruszały, smakowały, sprawdzały, macały. Było okrągłe, z otworami i kilkoma ostrymi krawędziami... czaszka.
Smród kwasu stał się ostrzejszy. Czy go mieszali? TenSoon poruszył się szybko, otaczając czaszkę, wypełniając ją. Już przygotował sobie rozpuszczone ciało w wewnętrznej sakiewce. Teraz je wykorzystał, oblał nim czaszkę, szybko tworząc skórę. Pominął oczy, pracował nad płucami, tworzył język, na razie ignorując wargi. Pracował z desperacją, gdy smak kwasu stawał się coraz silniejszy, a wtedy...
Trafił w niego. Spalił mięśnie jednej połowy jego ciała, omywając jego masę, roztapiając go. Najwyraźniej Drugie Pokolenie zrezygnowało z wyciągania z niego tajemnic. Zanim go zabiją, muszą mu dać szansę na wypowiedzenie ostatnich słów. Wymagał tego Pierwszy Kontrakt – stąd czaszka. Tyle że strażnicy najwyraźniej mieli rozkaz zabić go, nim zdąży powiedzieć cokolwiek w swojej obronie. Trzymali się litery prawa, jednocześnie ignorując jego ducha.
Nie uświadamiali sobie jednak, jak szybko pracował Ten Soon. Niewielu kandra spędziło na Kontraktach tyle czasu co on – wszyscy z Drugiego Pokolenia i większość z Trzeciego już dawno odeszli ze służby. Prowadzili łatwe życie w Ojczyźnie.
A łatwe życie niewiele uczyło.
Większość kandra potrzebowała godzin, by stworzyć ciało – niektórzy młodsi nawet kilku dni. Jednak TenSoon w ciągu kilku sekund ukształtował podstawowy język. Gdy kwas zalewał jego ciało, zmusił się do stworzenia krtani, napełnił płuco i wychrypiał jedno słowo.
– Sąd!
Kwas przestał się lać. Jego ciało wciąż płonęło. Pracował mimo bólu, tworząc prymitywne narządy słuchu wewnątrz jamy czaszki.
W pobliżu ktoś szepnął:
– Głupiec.
– Sąd! – powtórzył TenSoon.
– Przyjmij śmierć – wysyczał ktoś. – Nie stawiaj się w pozycji, w której możesz wyrządzić większą krzywdę naszemu ludowi. Pierwsze Pokolenie dało ci tę szansę na śmierć ze względu na twoje lata dodatkowej służby!
TenSoon się zawahał. Proces będzie publiczny. Na razie tylko wybrane jednostki znały rozmiary jego zdrady. Mógł umrzeć, przeklinany za złamanie Kontraktu, lecz zachowując pewną dozę szacunku ze względu na wcześniejszą karierę. Gdzieś – pewnie w jamach w tym właśnie pomieszczeniu – znajdowali się inni, cierpiący niekończące się uwięzienie, które ostatecznie łamało nawet umysły tych obdarzonych Błogosławieństwem Przytomności.
Czy chciał się stać jednym z nich? Wyjawiając swoje czyny na otwartym forum, skaże się na wieczność w cierpieniu. Wymuszanie procesu było głupotą, nie mógł bowiem mieć nadziei na oczyszczenie z zarzutów. Jego zeznania już go pogrążały.
Jeśli miał się odezwać, to nie dlatego, by się bronić. Chodziło o coś zupełnie innego.
– Sąd – powtórzył, tym razem cichym szeptem.



* * *



W pewnym sensie posiadanie takiej mocy było zbyt przytłaczające, tak sądzę. Wymagała ona całych tysiącleci na zrozumienie. Stworzenie świata od nowa byłoby łatwe dla kogoś, kto rozumiał moc. Ja jednak zrozumiałem niebezpieczeństwo związane z moją ignorancją. Jak dziecko, które nagle zyskało ogromną siłę, mógłbym uderzyć zbyt mocno i zmienić świat w popsutą zabawkę, której nie umiałbym naprawić.

* * *


Elend Venture, drugi władca Ostatniego Imperium, nie urodził się wojownikiem. Był szlachetnie urodzonym – co w czasach Ostatniego Imperatora czyniło z niego zawodowego bywalca salonów. Spędził młodość, poznając błahe gierki Wielkich Domów, żyjąc wygodnym życiem imperialnej elity.
Nic dziwnego, że skończył jako polityk.
„Nie sądzę, byś kiedykolwiek poprowadził natarcie na siły wroga”. Te słowa wypowiedziała Tindwyl – kobieta, która udzielała mu lekcji polityki. To wspomnienie sprawiło, że na twarzy Elenda pojawił się uśmiech, gdy jego żołnierze wpadli do obozu kolossów.
Elend rozjarzył cynę z ołowiem. Uczucie ciepła – teraz już znajome – wypełniło jego pierś, a mięśnie napięły się od dodatkowej siły i energii. Wcześniej połknął metal, by wykorzystać jego moc w bitwie. Był Allomantą. Wciąż go to czasem zadziwiało.
Jak przewidywał, atak zaskoczył kolossy. Przez kilka chwil stały bez ruchu, wstrząśnięte – choć musiały widzieć nową armię Elenda ruszającą do ataku. Kolossy nie umiały sobie radzić z czymś niespodziewanym. Nie potrafiły pojąć, że nieliczna armia słabych ludzi atakuje ich obóz. Musiało więc minąć trochę czasu, zanim się dostosowały.
Armia Elenda dobrze wykorzystała ten czas. Sam Elend uderzył jako pierwszy, rozjarzając cynę z ołowiem, by zyskać jeszcze większą siłę, kiedy uderzył pierwszego kolossa. To był jeden z mniejszych. Jak wszystkie inne, z wyglądu przypominał człowieka, za wyjątkiem przerośniętej, pofałdowanej skóry, która wyglądała tak, jakby była oddzielona od ciała. W jego paciorkowatych, czerwonych oczach malowało się nieludzkie zaskoczenie, gdy umarł z mieczem Elenda wbitym w pierś.
– Atakujcie szybko! – ryknął, gdy kolejne kolossy zaczęły się odwracać od ognisk. – Zabijcie ich jak najwięcej, zanim ogarnie je żądza krwi!
Jego żołnierze – przerażeni, lecz zdeterminowani – atakowali wokół niego, powalając kilka pierwszych grup kolossów. „Obóz” był właściwie miejscem, gdzie kolossy zdeptały popiół i rośliny pod nim, po czym wykopały doły, w których rozpaliły ogniska. Elend widział, jak początkowy sukces dodaje jego ludziom pewności siebie. Dodał im otuchy, allomantycznie Przyciągając ich uczucia, czyniąc ich odważniejszymi. Z tą formą Allomancji czuł się zdecydowanie lepiej – wciąż nie do końca pojął sztukę skakania za pomocą metali, tak jak czyniła to Vin. Uczucia natomiast rozumiał dobrze.
Fatren, przysadzisty przywódca miasta, trzymał się blisko Elenda, prowadząc grupę żołnierzy w stronę dużej grupy kolossów. Elend miał na niego oko. Fatren był władcą tego miasteczka – gdyby zginął, byłby to cios dla morale. Razem zaatakowali niewielką grupkę kolossów. Największy miał około jedenastu stóp wzrostu. Jak w wypadku wszystkich dużych stworów, jego skóra – niegdyś luźna – była naciągnięta na przerośniętym cielsku. Kolossy nie przestawały rosnąć, lecz ich skóra zawsze pozostawała tej samej wielkości. Na młodszych istotach wisiała luźno i fałdowała się. Na wielkich była naciągnięta i popękana.
Elend spalił stal i rzucił przed siebie garść monet. Odepchnął kawałki metalu swoim ciężarem, zasypując nimi kolossy. Stwory były zbyt twarde, by zwyczajne monety je zabiły, ale odłamki metalu mogły je zranić i osłabić.
Wypuściwszy monety, Elend zaatakował dużego kolossa. Bestia zdjęła z pleców wielki miecz i wydawała się uszczęśliwiona perspektywą walki.
Koloss zamachnął się jako pierwszy, a miał oszałamiający zasięg. Elend musiał odskoczyć do tyłu; cyna z ołowiem dodawała mu zwinności. Miecze kolossów były potężne i prymitywne, tak tępe, że bardziej przypominały pałki. Siła uderzenia wstrząsnęła powietrzem – Elend nie miałby szansy na sparowanie ciosu, nawet z pomocą cyny z ołowiem. Ponadto miecz – a raczej koloss, który go trzymał – ważył tyle, że Elend nie mógłby wykorzystać Allomancji, by Odepchnąć go z rąk stwora. Odpychanie stalą opierało się na sile i masie. Gdyby Elend Pchnął coś cięższego od siebie, poleciałby do tyłu.
Dlatego musiał polegać na dodatkowej szybkości i zręczności cyny z ołowiem. Uskoczył w bok i czekał na powrót ostrza. Stwór obrócił się w milczeniu, spojrzał na Elenda, ale nie zaatakował. Jeszcze nie do końca ogarnęła go żądza krwi.
Elend spojrzał na swojego przerośniętego przeciwnika. Jak tu trafiłem? – pomyślał, nie po raz pierwszy. Jestem uczonym, nie wojownikiem. Do niedawna był przekonany, że w ogóle nie nadaje się na przywódcę.
Czasami dochodził do wniosku, że za dużo myśli. Teraz rzucił się pochylony do przodu i uderzył. Koloss przewidział ten ruch i próbował opuścić swoje ostrze na głowę Elenda. Ten jednak Przyciągnął miecz innego kolossa – to wytrąciło stwora z równowagi i pozwoliło dwóm żołnierzom na zabicie go, ale jednocześnie Przyciągnęło Elenda w bok. Ledwie uniknąwszy ciosu przeciwnika, obrócił się w powietrzu, rozjarzył cynę z ołowiem i uderzył z boku.
Na wylot przeciął nogę stwora na wysokości kolana, obalając go. Vin zawsze powtarzała, że allomantyczne moce Elenda są nadzwyczaj silne. On sam nie był tego pewien – nie miał zbyt wielkiego doświadczenia z Allomancją – ale siła jego własnego ciosu sprawiła, że się zatoczył. Zaraz jednak odzyskał równowagę i odciął kolossowi głowę.
Kilku żołnierzy wpatrywało się w niego. Jego biały mundur splamiła jaskrawoczerwona krew kolossa. Nie po raz pierwszy. Elend odetchnął głęboko, gdy usłyszał nieludzkie wrzaski w obozie. Stwory zaczynały wpadać w morderczy szał.
– Utworzyć szyk! – krzyknął Elend. – Trzymać się razem, przygotować się na atak.
Żołnierze reagowali powoli. Byli o wiele mniej zdyscyplinowani niż oddziały, do których Elend się przyzwyczaił, lecz na jego rozkaz zbili się w gromadę. Venture rozejrzał się po okolicy. Zabili kilka setek kolossów – zadziwiający wyczyn.
Tyle że łatwa część się skończyła.
– Nie cofać się! – ryczał Elend, biegnąc przed szeregami żołnierzy. – Walczyć! Musimy zabić ich jak najwięcej jak najszybciej! Wszystko od tego zależy! Niech poznają waszą furię!
Spalił mosiądz i Odepchnął ich uczucia, Uspokajając ich strach. Allomanta nie potrafił zapanować nad umysłami – w każdym razie nie nad ludzkimi – umiał jednak podsycić pewne uczucia, jednocześnie tłumiąc inne. I znów, Vin twierdziła, że Elend umiał wpłynąć na o wiele
większą liczbę ludzi niż powinno to być możliwe. Ale też zdobył swoje moce niedawno, w miejscu, które, jak podejrzewał, było pierwotnym źródłem Allomancji.
Pod wpływem Uspokajania jego żołnierze się wyprostowali. Elend znów poczuł szacunek dla tych prostych skaa. Dawał im odwagę i tłumił część strachu, lecz determinacja należała do nich. To byli dobrzy ludzie.
Jeśli będzie miał szczęście, uratuje część z nich.
Kolossy zaatakowały. Jak miał nadzieję, spora grupa stworów oderwała się od obozu i ruszyła w stronę wioski. Niektórzy żołnierze krzyczeli, ale byli zbyt zajęci walką, by za nimi podążyć. Elend rzucał się do walki w miejscach, gdzie szyk się chwiał, wzmacniając słaby punkt. Robiąc to, spalał mosiądz i próbował Odpychać uczucia pobliskich kolossów.
Nic się nie działo. Stwory były odporne na emocjonalną Allomancję, szczególnie kiedy już manipulował nimi ktoś inny. Jednak jeśli udało mu się przebić, przejmował całkowitą kontrolę nad nimi. To wymagało czasu, szczęścia i determinacji do walki.
I to właśnie robił. Walczył u boku swoich ludzi, patrzył, jak umierają, zabijał kolossy. Zwinął szeregi, tworząc półokrąg, by uniknąć otoczenia swoich sił. Mimo to walka była ponura. W miarę, jak kolejne grupki kolossów wpadały w szał i atakowały, szanse ludzi Elenda malały. Kolossy wciąż opierały się jego manipulacji. Zbliżały się coraz bardziej...
– Jesteśmy zgubieni! – wrzasnął Fatren.
Elend odwrócił się, z niejakim zaskoczeniem stwierdzając, że przysadzisty lord stoi u jego boku i wciąż żyje. Ludzie nadal walczyli. Od pojawienia się żądzy krwi minęło może piętnaście minut, ale szeregi już zaczynały się chwiać.
Na niebie pojawiła się plamka.
– Poprowadziłeś nas na śmierć! – wrzasnął Fatren. Pokrywała go krew kolossów, poza plamą na ramieniu, która wyglądała na jego własną krew. – Dlaczego?
Elend jedynie wskazał na plamkę.
– Co to? – spytał Fatren.
Venture się uśmiechnął.
– To pierwsza z armii, które ci obiecałem.


* * *



Vin spadła z nieba w chmurze podków, lądując dokładnie pośrodku armii kolossów. Bez wahania wykorzystała Allomancję, by Odepchnąć parę podków w stronę odwracającego się kolossa. Jedna trafiła w czoło stwora, odrzucając go do tyłu, a druga przeleciała nad jego głową i uderzyła kolejnego stwora. Vin obróciła się na pięcie, rzuciła kolejną podkowę, która minęła szczególnie dużego kolossa i trafiła stojącego za nim mniejszego pobratymca.
Rozjarzyła żelazo, Przyciągając tę podkowę i zaczepiając ją o nadgarstek większego ze stworów. Przyciąganie natychmiast pociągnęło ją w stronę kolossa, ale jednocześnie wytrąciło istotę z równowagi. Potężny żelazny miecz uderzył w ziemię w chwili, gdy Vin trafiła kolossa w pierś. Wówczas Odepchnęła się od leżącej broni i zrobiła w powietrzu salto do tyłu, gdy inny koloss zamachnął się w jej stronę.
Uniosła się na wysokość piętnastu stóp. Cios był niecelny, miecz obciął głowę jednego ze stworów poniżej. Istota, która to zrobiła, nie wydawała się zmartwiona, że zabiła swojego towarzysza – jedynie spojrzała na Vin z nienawiścią w czerwonych oczach.
Vin Przyciągnęła leżący miecz, który uniósł się w jej stronę, ale jednocześnie pociągnął ją w dół. Chwyciła go, opadając – ostrze było niemal jej wzrostu, lecz rozjarzona cyna z ołowiem dodawała jej sił – i odrąbała ramię atakującego kolossa.
Później obcięła mu nogi na wysokości kolan i zostawiła na śmierć, zwracając się w stronę kolejnych przeciwników. Jak zawsze, kolossy wydawały się zafascynowane Vin, choć jednocześnie rozjuszone i zdezorientowane. Kojarzyły duży rozmiar z niebezpieczeństwem i z trudem rozumiały, jak drobna kobieta w rodzaju Vin – dwadzieścia lat, ledwie pięć stóp wzrostu, delikatna niczym wierzba – mogła stanowić zagrożenie. Jednak widziały, jak zabija, i to je do niej przyciągało.
Vin to nie przeszkadzało.
Wrzasnęła, atakując, choćby po to, by na zbyt cichym polu walki rozległ się jakiś dźwięk. Kolossy zazwyczaj przestawały ryczeć, gdy wpadały w szał, i skupiały się na zabijaniu. Rzuciła garść monet, Odpychając je w stronę grupy za plecami, po czym skoczyła do przodu, Przyciągając się do miecza.
Koloss przed nią potknął się. Wylądowała mu na plecach, atakując stwora obok. Upadł, a wtedy Vin wbiła miecz w plecy kolossa, na którym stała. Odepchnęła się w bok i Przyciąganiem wyciągnęła ostrze z umierającej istoty. Chwyciła broń, cięła trzeciego stwora, po czym
rzuciła miecz, Odpychając go niczym ogromną strzałę w pierś czwartego potwora. To Odpychanie jednocześnie odrzuciło ją do tyłu, dzięki czemu uniknęła ataku. Chwyciła miecz wbity w grzbiet stwora, którego przebiła wcześniej, wyrywając go, i jednym płynnym ruchem przebiła nim obojczyk i pierś piątej bestii.
Wylądowała na ziemi. Wokół niej kolossy padały martwe.
Vin nie była furią. Nie była grozą. Wyrosła z tego. Widziała, jak Elend umiera – trzymała go wtedy w ramionach – i wiedziała, że sama na to pozwoliła. Świadomie.
A jednak wciąż żył. Każdy oddech był niespodziewany, być może niezasłużony. Niegdyś bała się, że go zawiedzie. Jednakże jakimś sposobem odnalazła spokój w zrozumieniu, że nie powstrzyma go przed ryzykowaniem życia. W zrozumieniu, że wcale nie chce go przed tym powstrzymywać.
Dlatego nie walczyła już ze strachu o mężczyznę, którego kochała. Miast tego walczyła ze zrozumieniem. Była nożem – nożem Elenda, nożem Ostatniego Imperium. Nie walczyła, by chronić jednego człowieka, ale by chronić sposób życia, jaki stworzył, i ludzi, których starał się obronić.
Spokój dodawał jej sił.
Kolossy umierały wokół niej, a szkarłatna krew, zbyt jaskrawa, by mogła należeć do ludzi, tworzyła mgiełkę w powietrzu. W tej armii było ich dziesięć tysięcy – zbyt wiele, by zdołała je zabić. Nie musiała jednak zabijać wszystkich kolossów w armii.
Musiała je jedynie przestraszyć.
Ponieważ, wbrew temu, co kiedyś zakładała, kolossy odczuwały strach. Widziała, jak zaczyna wypełniać otaczające ją istoty, ukryty pod frustracją i wściekłością. Koloss zaatakował ją, a wtedy uskoczyła w bok, poruszając się z prędkością cyny z ołowiem. Nie przerywając ruchu, wbiła miecz w jego plecy i obróciła się, dostrzegając potężną istotę przebijającą się pośród armii w jej stronę.
Doskonale, pomyślała. Był wielki – być może największy, jakiego kiedykolwiek widziała. Musiał mieć prawie trzynaście stóp wysokości. Jego serce już dawno powinno było się poddać, a skóra była porozrywana, wisiała na wietrze.
Zaryczał, a jego głos odbił się echem wokół dziwnie cichego pola bitwy. Vin uśmiechnęła się i spaliła duraluminium. Płonąca w niej cyna z ołowiem natychmiast wybuchła, gwałtownie dodając jej sił. Duraluminium spalane razem z innym metalem wzmacniało ten drugi metal. Sprawiało, że błyskawicznie płonął, oddając w jednej chwili całą moc.
Vin spaliła stal i Odepchnęła we wszystkie strony. Jej wspomagane duraluminium Pchnięcie uderzyło niczym fala w miecze biegnących ku niej stworów. Broń wyrywała się z rąk, kolossy leciały do tyłu, a potężne ciała rozproszyły się niczym płatki popiołu pod krwawym słońcem. Tylko dzięki wspomaganej duraluminium cynie z ołowiem nie została przy tym zmiażdżona.
Jej cyna z ołowiem i stal zniknęły, wypalone w jednym wybuchu mocy. Wyciągnęła niewielki flakonik z płynem – roztwór alkoholu z płatkami metalu – i połknęła go jednym haustem, uzupełniając zapasy. Wówczas spaliła cynę z ołowiem i przeskoczyła nad powalonymi, zdezorientowanymi kolossami, ruszając w stronę wielkiej istoty, którą zobaczyła wcześniej. Mniejszy stwór próbował ją powstrzymać, lecz chwyciła go za nadgarstek i przekręciła, miażdżąc staw. Wzięła miecz kolossa, uchyliła się przed atakiem innego i obróciła się, za jednym zamachem powalając trzy stwory, rozcinając ich kolana.
Skończywszy obrót, wbiła miecz w ziemię. Jak się spodziewała, ogromny, trzynastostopowy koloss zaatakował chwilę później, zamachnął się mieczem tak wielkim, że aż rozległ się gwizd powietrza. Vin wbiła swoje ostrze w ostatniej chwili, gdyż nawet z pomocą cyny z ołowiem nie udałoby jej się sparować takiego ciosu. Broń kolossa uderzyła jednak w ostrze jej miecza, stabilnie wbitego w ziemię. Metal zadrżał w jej dłoniach, lecz powstrzymał cios.
Palce Vin zamrowiły od tak potężnego uderzenia. Puściła miecz i skoczyła. Nie Odepchnęła się – nie musiała – lecz wylądowała na jelcu swojego miecza i odbiła się od niego. Na pysku kolossa malowało się znane Vin charakterystyczne zaskoczenie, gdy ujrzał, jak kobieta wznosi się na wysokość trzynastu stóp, powiewając pasmami mgielnego płaszcza.
Kopnęła kolossa w bok głowy. Kości czaszki pękły. Kolossy były nieludzko wytrzymałe, lecz rozjarzona cyna z ołowiem wystarczyła. Stwór wywrócił oczami i upadł. Vin Odepchnęła się lekko od miecza, utrzymując się w górze na tyle długo, że kiedy upadła, wylądowała dokładnie na piersi powalonego stwora.
Otaczające ją istoty znieruchomiały. Nawet opętane żądzą krwi poczuły wstrząs, gdy jednym kopnięciem powaliła tak ogromną bestię. Może ich umysły nie potrafiły zanalizować tego, co właśnie zobaczyły. A może stwory, prócz strachu odczuwały też odrobinę ostrożności. Vin nie znała ich na tyle, by wiedzieć na pewno. Wiedziała jednak, że w zwyczajnej armii kolossów ten czyn zapewniłby jej posłuszeństwo wszystkich stworów, które ją obserwowały.
Niestety, tę armię kontrolowano z zewnątrz. Wyprostowawszy się, Vin widziała niewielką, zdesperowaną armię Elenda walczącą w pewnej odległości. Z jego pomocą utrzymali się. Walczący ludzie wywierali na kolossy wpływ podobny co tajemnicza siła Vin – istoty nie rozumiały, jak tak niewielka armia może wytrzymać ich atak. Nie widzieli strat ani rozpaczliwej sytuacji grupki Elenda – postrzegały ich jako mniejszą, gorszą armię, która wciąż stoi i walczy.
Vin podjęła walkę. Kolossy zbliżały się do niej – z niepokojem, ale wciąż nadchodziły. To właśnie było dziwne w tych istotach. Nie wycofywały się. Czuły strach, lecz nie umiały na niego zareagować. A jednak osłabiał je. Widziała to w sposobie, w jaki się do niej zbliżały, jak wyglądały. Prawie się złamały.
Dlatego spaliła mosiądz i Odepchnęła uczucia jednego z mniejszych stworów. Na początku się opierał. Pchnęła mocniej. W końcu w stworze coś pękło i należał już do niej. Ktoś, kto nad nim panował, znajdował się zbyt daleko i skupiał się na zbyt wielu kolossach naraz. Ta istota – zdezorientowana z powodu żądzy krwi, w chaosie wstrząsu, strachu i frustracji – znalazła się całkowicie pod mentalną kontrolą Vin.
Natychmiast kazała mu zaatakować towarzyszy. Chwilę później został powalony, lecz wcześniej zabił dwa inne kolossy. Walcząc, Vin przechwyciła kolejnego kolossa, później jeszcze jednego. Atakowała przypadkowo, machając mieczem dla odwrócenia uwagi kolossów, gdy wybierała członków ich grupy i przejmowała panowanie nad nimi.
Wkrótce wokół niej zapanował chaos, a garstka kolossów walczyła dla niej. Za każdym razem, gdy jeden z nich padał, zastępowała go dwoma innymi.
Walcząc, znów spojrzała w stronę Elenda i poczuła ulgę na widok sporej gromady kolossów walczących u boku ludzi. Elend krążył wśród nich, już nie walczył, lecz przejmował stwora po stworze. Samotne przybycie Elenda do tego miasteczka było bardzo ryzykowne i Vin nie wiedziała, czy je pochwala. Na razie cieszyła się, że dogoniła go na czas.
Ona również przestała walczyć i skoncentrowała się na kierowaniu swoją niewielką armią kolossów, jeden po drugim werbując nowe stwory. Wkrótce miała ich około setki.
Już niedługo, pomyślała. I rzeczywiście, wkrótce ujrzała plamkę w powietrzu, pędzącą w jej stronę wśród padającego popiołu. Plamka zmieniła się w postać w ciemnych szatach, która unosiła się nad armią, Odpychając się od mieczy kolossów. Mężczyzna był łysy i miał wytatuowaną twarz. W pociemniałym od popiołu świetle dnia Vin widziała dwa grube kolce wbite w oczodoły. Stalowy Inkwizytor – nie rozpoznawała go.
Inkwizytor uderzył mocno, powalając jednego z ukradzionych kolossów Vin parą obsydianowych toporów. Skierował ślepe spojrzenie na Vin, a wtedy kobieta wbrew sobie poczuła rodzącą się panikę. W jej umyśle pojawiły się kolejne wspomnienia. Ciemna noc, deszczowa i pełna cieni. Iglice i wieże. Ból w boku. Długa noc spędzona w uwięzieniu w pałacu Ostatniego Imperatora.
Kelsier, Ocalały z Hathsin, umierający na ulicach Luthadel.
Vin spaliła elektrum. Otoczyła ją chmura obrazów, cieni rzeczy, które mogła zrobić w przyszłości. Elektrum, allomantyczny stop złota. Elend nazywał je „atium dla ubogich”. Nie wpływało na przebieg bitwy, jedynie neutralizowało atium, gdyby Inkwizytor je miał.
Vin zacisnęła zęby i rzuciła się do przodu, gdy armia kolossów miażdżyła resztki jej skradzionych stworów. Skoczyła, lekko Odpychając się od leżącego na ziemi miecza i pozwoliła, by pęd poniósł ją w stronę Inkwizytora. Widmo uniosło topory i zamachnęło się, lecz Vin w ostatniej chwili Przyciągnęła się w bok. Jej Przyciąganie wyrwało miecz z rąk zaskoczonego kolossa. Chwyciła broń, obracając się w powietrzu, i pchnęła ją w stronę Inkwizytora.
Niemal bez wysiłku Odepchnął w bok potężny kawał metalu. Kelsierowi udało się pokonać Inkwizytora, ale po wielkich wysiłkach. Sam zginął kilka chwil później, zabity przez Ostatniego Imperatora.
Żadnych wspomnień! – powiedziała sobie Vin. Skup się na chwili obecnej.
Popiół kłębił się wokół niej, gdy obróciła się w powietrzu, wciąż w locie po Odepchnięciu miecza. Wylądowała, poślizgnęła się na krwi kolossów, po czym rzuciła się na Inkwizytora. Świadomie go ściągnęła, zabijając jego kolossy i przejmując nad nimi panowanie, zmuszając go do ukazania się. Teraz musiała się nim zająć.
Wyciągnęła szklany sztylet – Inkwizytor mógłby Odepchnąć miecz kolossa – i rozjarzyła cynę z ołowiem. Prędkość, siła i równowaga wypełniły jej ciało. Niestety, Inkwizytor też miał cynę z ołowiem, co czyniło ich równymi sobie.
Poza jednym. Inkwizytor miał pewną słabość. Vin uniknęła ciosu toporem, Przyciągając się do miecza kolossa, by uskoczyć. Później Odepchnęła się od tej samej broni, rzucając się do przodu, i cięła szyję Inkwizytora. Sparował cios machnięciem ręki, zatrzymując jej ramię. Lecz wtedy drugą ręką chwyciła go za szatę.
Vin rozjarzyła żelazo i Przyciągnęła za siebie, szarpiąc tuzin mieczy kolossów. Nagłe Przyciąganie pociągnęło ją do tyłu. Odpychanie stali i Przyciąganie żelaza były raczej potężne i prymitywne niż subtelne. Rozjarzywszy cynę z ołowiem, Vin trzymała szatę, Inkwizytor zaś najwyraźniej zachował równowagę dzięki Przyciąganiu mieczy kolossów, które stały przed nim.
Szata się poddała, rozerwała wzdłuż boku, zostawiając Vin ze sporym kawałkiem tkaniny w ręku. Plecy Inkwizytora były odsłonięte i kobieta powinna zobaczyć pojedynczy kolec – przypominający te w oczach – wystający z pleców istoty. Jednakże kolec zakrywała metalowa tarcza na plecach Inkwizytora, sięgająca aż na brzuch. Niczym dobrze dopasowany napierśnik, osłaniała plecy jak pancerz żółwia.
Inkwizytor obrócił się z uśmiechem, a Vin zaklęła. Grzbietowy kolec, który każdy Inkwizytor miał wbity między łopatkami, był ich najsłabszym punktem. Wyrwanie go zabijało stwora. I stąd właśnie metal – Vin podejrzewała, że Ostatni Imperator by na to nie pozwolił. On lubił, by jego słudzy mieli słabości, dzięki temu nad nimi panował.
Vin nie miała wiele czasu na myślenie, kolossy bowiem wciąż atakowały. W chwili, gdy wylądowała na ziemi, odrzucając porwaną tkaninę, wielki, niebieskoskóry stwór zamachnął się na nią. Vin przeskoczyła nad mieczem przeciwnika i Odepchnęła się od niego, by wznieść się wyżej.
Inkwizytor podążył za nią; teraz to on atakował. Popiół unosił się w powietrzu wokół Vin, gdy skakała nad polem walki, próbując myśleć. Znała tylko jeszcze jeden sposób zabicia Inkwizytora – powinna obciąć mu głowę. To jednak było łatwiej powiedzieć niż zrobić, biorąc pod uwagę fakt, że potwór był wspomagany cyną z ołowiem.
Wylądowała na opuszczonym wzgórzu na skraju pola walki. Inkwizytor uderzył w pokrytą popiołem ziemię za jej plecami. Vin uniknęła ciosu toporem, próbując zbliżyć się na tyle, by zadać cios. Wtedy Inkwizytor zamachnął się drugim ostrzem i Vin została ranna w rękę, gdy parowała uderzenie swoim sztyletem.
Po jej nadgarstku płynęła ciepła krew. Krew barwy czerwonego słońca. Vin warknęła i spojrzała na swojego nieludzkiego przeciwnika. Uśmiechy Inkwizytorów wytrącały ją z równowagi. Rzuciła się do przodu, by znów zadać cios.
Coś zamigotało w powietrzu.
Poruszające się szybko błękitne linie – allomantyczne świadectwo pobliskich kawałków metalu. Vin ledwie zdążyła przerwać atak, gdy garść monet zaskoczyła Inkwizytora od tyłu, wbijając się w jego ciało w dziesiątki miejsc.
Stwór wrzasnął i obrócił się, kapiąc krwią, gdy Elend uderzył w ziemię na szczycie wzgórza. Jego biały mundur splamiły popiół i krew, lecz twarz mężczyzny była czysta, a jego oczy błyszczące. W jednej dłoni trzymał laskę pojedynkową, drugą oparł o ziemię, odzyskując równowagę po skoku. Wciąż nie był do końca wyszkolony w fizycznej Allomancji.
Był jednak Zrodzonym z Mgły, jak Vin. Inkwizytor zaś został ranny. Kolossy tłoczyły się wokół wzgórza, wspinając się na szczyt, lecz Vin i Elend wciąż mieli kilka chwil. Rzuciła się do przodu, unosząc sztylet, Elend również zaatakował. Inkwizytor próbował obserwować ich oboje naraz, aż wreszcie jego uśmiech zniknął. Inkwizytor próbował odskoczyć.
Elend rzucił monetę w powietrze. Pojedynczy, błyszczący kawałek metalu zawirował wśród płatków popiołu. Inkwizytor to zobaczył i znów się uśmiechnął, najwyraźniej czekając na Odepchnięcie Elenda. Założył, że jego masa zostanie przekazana przez monetę, a później uderzy w Elenda, gdyż Elend również Odpychał. Dwaj Allomanci o podobnym ciężarze, odpychający się od siebie. Obaj zostaną odrzuceni do tyłu – Inkwizytor w stronę Vin, gdzie ją zaatakuje, Elend w stronę gromady kolossów.
Inkwizytor nie przewidział jednak allomantycznej siły Elenda. Elend rzeczywiście się potknął, lecz Inkwizytor został odrzucony do tyłu nagłym brutalnym Odepchnięciem.
Jest taki potężny! – pomyślała Vin, obserwując upadek zaskoczonego Inkwizytora. Elend nie był zwyczajnym Allomantą – jeszcze nie do końca panował nad swoimi zdolnościami, ale kiedy rozjarzył metale i Odpychał, to naprawdę Odpychał.
Vin rzuciła się do ataku, gdy Inkwizytor próbował odzyskać panowanie nad sobą. Udało mu się chwycić ją za rękę, gdy opuszczała nóż, jego potężny chwyt sprawił, że przez jej ranne ramię przeszła fala bólu. Krzyknęła, gdy odrzucił ją w bok.
Vin uderzyła o ziemię i przetoczyła się, podrywając się znów na równe nogi. Świat zawirował i widziała, jak Elend unosi laskę pojedynkową w stronę Inkwizytora. Stwór zablokował cios ręką, miażdżąc drewno, po czym rzucił się do przodu i wbił łokieć w pierś Elenda. Ten sapnął.
Vin Odepchnęła się od kolossów, które znajdowały się w odległości zaledwie kilku stóp, i znów rzuciła się w stronę Inkwizytora. Upuściła nóż, ale on stracił topory. Widziała, jak spogląda w bok, w stronę porzuconej broni, nie dała mu jednak szansy po nią sięgnąć. Uderzyła w niego, próbując go obalić na ziemię. Niestety, był o wiele większy – i silniejszy – niż ona. Rzucił ją na ziemię, pozbawiając tchu.
Kolossy dotarły do nich. Elend chwycił jeden z upuszczonych toporów i zaatakował Inkwizytora.
Stwór poruszył się gwałtownie. Jego postać się zamgliła i Elend przeciął powietrze. Venture się obrócił. Na jego twarzy malował się wstrząs, gdy Inkwizytor zbliżył się do niego, unosząc nie topór, lecz – co dziwne – metalowy kolec, przypominający te wbite w jego ciało, lecz węższy i dłuższy. Istota uniosła kolec, poruszając się nieludzko szybko, szybciej niż jakikolwiek Allomanta.
To nie cyna z ołowiem, pomyślała Vin. To nawet nie duraluminium. Podniosła się, obserwując Inkwizytora. Jego ruchy były już wolniejsze, lecz nadal znajdował się w odpowiedniej pozycji, by wbić kolec w plecy Elenda. Vin znajdowała się za daleko, by pomóc.
Ale kolossy nie. Wspinały się na wzgórze, kilka stóp od Elenda i jego przeciwnika. Zdesperowana Vin rozjarzyła mosiądz i pochwyciła uczucia kolossa najbliższej Inkwizytora. Gdy tamten ruszył do ataku na Elenda, jej koloss odwrócił się, zamachnął klinowatym mieczem i uderzył Inkwizytora w twarz.
Nie odciął głowy od ciała, jedynie zmiażdżył czaszkę. Najwyraźniej to wystarczyło, gdyż Inkwizytor upadł i znieruchomiał.
Armię kolossów przeszedł dreszcz.
– Elendzie! – powiedziała Vin. – Teraz!
Cesarz odwrócił się od umierającego Inkwizytora i Vin widziała koncentrację na jego twarzy. Widziała raz, jak Ostatni Imperator wpływa emocjonalną Allomancją na uczucia placu pełnego ludzi. Był silniejszy niż ona, silniejszy nawet od Kelsiera.
Nie widziała, jak Elend spala duraluminium, a później mosiądz, lecz poczuła to. Poczuła, jak napiera na jej uczucia, gdy wysłał ogólną falę mocy, Uspokajając tysiące kolossów jednocześnie. Wszystkie przestały walczyć. W pewnej odległości Vin widziała niedobitki chłopskiej armii Elenda, stojące w kręgu trupów. Popiół wciąż padał. Ostatnio prawie nie przestawał.
Kolossy opuściły broń. Elend zwyciężył.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-10-12 (369 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej