Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ujarzmienie
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Wodny nóż'' - Paolo Bacigalupi



Rozdział I



Pot kobiety zgiętej wpół na cebulowym polu, pracującej od czternastu godzin w gorących promieniach słońca, różnił się od potu mężczyzny, który zbliżał się właśnie do przejścia przez meksykańską granicę, modląc się do La Santa Muerte o to, by nie okazało się, że federales są na żołdzie tych, którzy go ścigali. Pot dziesięcioletniego chłopca wpatrującego się w wylot lufy pistoletu SIG‑Sauer był inny niż pot kobiety, która wlokła się przez pustynię, modląc się do Najświętszej Panienki, by zbiornik wody znajdował się tam, gdzie zaznaczono go na mapie kojota.
Pot był historią ciała, skoncentrowaną w klejnotach perlących się na czole i pozostawiających na koszuli słone plamy. Opowiadał wszystko o tym, w jaki sposób dana osoba znalazła się we właściwym czasie w niewłaściwym miejscu, i mówił, czy ta osoba przeżyje następny dzień.
Angelowi Velasquezowi, który przycupnął wysoko nad centralnym odwiertem Cypress 1, obserwując wlokącego się Szlakiem Kaskadowym Charlesa Braxtona, pot na czole prawnika mówił, że niektórzy ludzie wcale nie są tacy ważni, jak im się zdaje.
Braxton mógł zgrywać ważniaka w swoim biurze i krzyczeć na sekretarki. Mógł zakradać się do sal sądowych niczym psychopata z siekierą poszukujący kolejnych ofiar. Bez względu na wszystkie swe przechwałki należał jednak do Catherine Case, a kiedy ona kazała ci się śpieszyć, to wtedy, pendejo, biegłeś, aż serce ci pękło i zabrakło ci sił.
Braxton pochylał się pod paprociami i mijał pnącza banianów, wspinając się z wysiłkiem szlakiem wijącym się wokół chłodzącego odwiertu. Przepychał się przez grupy turystów robiących sobie samojebki na tle rozgałęzionego wodospadu spływającego po kondygnacjach arkologii. Brnął uparcie przed siebie, zgrzany i nieustępliwy. Przemykali obok niego biegający mieszkańcy arkologii w szortach i tank topach. Ich uszy wypełniała muzyka oraz łoskot zdrowych serc.
Z czyjegoś potu można było wyczytać bardzo wiele.
Pot Braxtona świadczył, że prawnik nadal się boi. A dla Angela znaczyło to, że wciąż można na nim polegać.
Braxton zauważył Angela siedzącego na mostku przebiegającym nad szerokim otworem centralnego odwiertu. Skinął ze znużeniem dłonią, zachęcając Meksykanina do zejścia na dół. Angel również machnął do niego z uśmiechem, udając, że nie rozumie.
– Złaź! – zawołał Braxton.
Angel machnął do niego raz jeszcze, nie przestając się uśmiechać.
Prawnik oklapł, pokonany, i ruszył do ostatniego szturmu na orle gniazdo Meksykanina.
Angel opierał się o poręcz, podziwiając widoki. Słoneczny blask spływał z góry, pokrywając cętkami bambusy i dżunglowe drzewa. Tropikalne ptaki lśniły jaskrawo, a na taflach omszałych oczek wodnych z karpiami koi tańczyły świetliste zajączki.
Ludzie daleko w dole wydawali się maleńcy jak mrówki, jakby w ogóle nie byli ludźmi, a tylko sylwetkami turystów, mieszkańców i pracowników kasyn, jak na stworzonych przez bioarchitektów modelach: miniaturowe ludziki popijające miniaturową kawę na miniaturowych tarasach miniaturowych kawiarń. Miniaturowe dzieci ganiające za motylami na szlakach krajobrazowych i miniaturowi hazardziści podnoszący stawki za miniaturowymi stołami do blackjacka w głębokich grotach kasyn.
Braxton wgramolił się wreszcie na mostek.
– Dlaczego nie zszedłeś? – wysapał. – Mówiłem, żebyś zszedł.
Rzucił aktówkę na deski i oparł się ciężko o poręcz.
– Co dla mnie masz? – zapytał Meksykanin.
– Papiery – wydyszał prawnik. – Chodzi o Carver City. Przed chwilą dostaliśmy werdykt sądu. – Wskazał ze znużeniem na aktówkę. – Zmiażdżyliśmy ich.
– I?
Braxton próbował powiedzieć coś więcej, ale nie był w stanie wykrztusić z siebie słów. Twarz miał zaczerwienioną i obrzmiałą. Angel zadał sobie pytanie, czy prawnik zaraz dostanie ataku serca, a potem zamyślił się nad tym, czy w ogóle by go to obeszło.
Po raz pierwszy spotkał go w biurze prawnym w kwaterze głównej Zarządu Gospodarki Wodnej Nevady Południowej. Za sięgającym od podłogi aż po sufit oknem rozciągał się widok na Carson Creek. Rzeka, w której mieszkańcy Cypress 1 uprawiali wędkarstwo muchowe, spływała kaskadami po wszystkich kondygnacjach arkologii, po czym wodę pompowano z powrotem na szczyt, by rozpocząć kolejny cykl oczyszczania. Wielkie i kosztowne okno pozwalało mu oglądać pstrągi tęczowe oraz wodną infrastrukturę, a także stanowiło dobre przypomnienie powodów, dla których właściciel gabinetu reprezentował w sądach ZGWNP.
Braxton rozkazywał trzem asystentkom – dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie były seksownymi dziewczynami tuż po studiach, zwabionymi tu obietnicami pozwolenia na zamieszkanie w Cypress 1 – i rozmawiał z Angelem tak, jakby ledwie raczył go zauważać. Kolejny pitbul Catherine Case, którego prawnik tolerował, dopóki Angel zabijał dla nich inne, większe psy.
Meksykanin ze swojej strony zastanawiał się nad tym, jak to możliwe, że Braxton jest taki gruby. Poza Cypress ludzie nie tuczyli się aż tak bardzo. W ciągu swych młodzieńczych lat Angel nigdy nie widział kogoś o takich rozmiarach. Z fascynacją i podziwem oglądał cielesną powłokę kogoś, kto czuł się bezpiecznie.
Przemknęło mu przez głowę, że gdyby – zgodnie ze zapowiedzią Catherine Case – nadszedł koniec świata, Braxton byłby niezłym posiłkiem. Dzięki tej myśli łatwiej mu było pozwolić temu pendejo z Ivy League żyć, mimo że prawnik marszczył nos na widok gangsterskich tatuaży Angela i blizny po nożu, która naznaczyła jego twarz oraz szyję.
Czasy się zmieniają, pomyślał Meksykanin, obserwując pot skapujący z koniuszka nosa grubasa.
– Carver City przegrało w kolejnej instancji – wydyszał wreszcie Braxton. – Sędziowie mieli wydać wyrok dziś rano, ale zasypaliśmy ich pozwami i sprawa przeciągnęła się aż do końca godzin urzędowania. Będą chcieli jak najszybciej złożyć kolejną apelację. – Podniósł i otworzył aktówkę. – Ale to się nie uda.
Wręczył Angelowi kopie holodokumentów.
– To są twoje nakazy. Do rana masz szansę wyegzekwować nasze prawa. Gdy Carver City złoży apelację, sytuacja się zmieni. Wtedy zagrozi nam co najmniej powództwo cywilne. Ale do chwili otwarcia sądów po prostu bronisz prywatnej własności obywateli wielkiego stanu Nevada.
Angel zaczął przerzucać dokumenty.
– To wszystko?
– Wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem, że załatwisz sprawę dziś w nocy. Po otwarciu sądów znowu zacznie się gra na zwłokę a wraz z nią debaty o tym, kto co powiedział.
– A to by znaczyło, że wszystkie twoje wysiłki poszły na nic.
– Lepiej, żeby do tego nie doszło – odparł Braxton, wskazując grubym palcem na Angela.
Meksykanin zbył śmiechem tę groźbę.
– Ja już mam pozwolenie na zamieszkanie tutaj, cabrón. Idź straszyć swoje sekretarki.
– Może i jesteś ulubieńcem Case, ale to jeszcze nie znaczy, że nie mogę uprzykrzyć ci życia.
– Może i jesteś psem Case, ale to jeszcze nie znaczy, że nie mogę cię zrzucić z tej kładki – odparł Angel, nie odrywając wzroku od nakazów.
Pieczęcie i znaczki wyglądały jak trzeba.
– Co masz na Case, że nie można cię ruszyć? – zapytał Braxton.
– Ona mi ufa.
Prawnik roześmiał się z niedowierzaniem.– Ludzie tacy jak ty wszystko zapisują, bo wiedzą, że każdy jest kłamcą – stwierdził Angel, układając równo dokumenty. – To typowe dla prawników. – Klepnął Braxtona w pierś papierami. – Dlatego Case mi ufa, a ciebie traktuje jak psa. Ty wszystko zapisujesz.
Oddalił się, zostawiając Braxtona, który gapił się na niego ze złością, stojąc na mostku.
Schodząc na dół Szlakiem Kaskadowym, wyjął komórkę i wybrał numer.
Catherine Case odebrała już po pierwszym sygnale.
– Mówi Case – oznajmiła krótko i rzeczowo.
Angel mógł sobie wyobrazić, jak wyglądała w tej chwili – Królowa Kolorado pochylona nad biurkiem, wokół niej ściany od podłogi po sufit zasłonięte mapami stanu Nevada oraz dorzecza Kolorado, informującymi ją w czasie rzeczywistym o stanie jej domeny – każdy dopływ mrugał na czerwono, żółto albo zielono, zależnie od przepływu wody w met­rach sześciennych na sekundę. Nad dorzeczami licznych rzek w Górach Skalistych wyświetlały się liczby – również czerwone, żółte albo niebieskie – monitorujące stan pozostałej pokrywy śnieżnej oraz odchylenia od normy podczas jej topnienia. Inne liczby informowały o głębokości zbiorników wodnych – od zapory Blue Mesa, poprzez Gunnison, Navajo Dam i San Juan aż po Flaming Gorge Dam na Green River. Ponad tym wszystkim przesuwały się bieżące ceny oraz oferty transakcji terminowych przekazywane za pośrednictwem NASDAQ, a także dostępne opcje wolnorynkowego zakupu, na wypadek gdyby potrzebowała uzupełnić zapasy w Lake Mead, bezlitosne cyfry władające jej światem równie nieubłaganie, jak ona władała światem Angela i Braxtona.
– Przed chwilą rozmawiałem z twoim ulubionym prawnikiem – poinformował ją Angel.
– Powiedz mi, że tym razem nie zdenerwowałeś go za bardzo.
– Ten pendejo mnie wkurza.
– Ty też nie masz łatwego charakteru. Dostałeś wszystko, czego potrzebujesz?
– Hmm, Braxton z pewnością dał mi mnóstwo martwych drzew. – Podrzucił w ręce stertę dokumentów. – Nie wiedziałem, że na świecie jest jeszcze tyle papieru.
– Musimy być pewni, że wszyscy czytamy ten sam tekst – odparła z przekąsem.
– Chyba z pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt stron tekstu.
Case parsknęła śmiechem.
– To pierwsza zasada biurokracji: każda wiadomość warta wysłania jest warta wysłania w trzech egzemplarzach.
Angel zszedł ze Szlaku Kaskadowego, zmierzając ku windom, które zawiozą go na centralny parking.
– Chyba wyruszymy za jakąś godzinę.
– Będę was monitorowała.
– To bułka z masłem, szefowo. Na papierach Braxtona jest chyba ze sto różnych podpisów zaświadczających, że mogę zrobić, co tylko zechcę. To nakaz zaprzestania działalności w starym stylu. Idę o zakład, że Korpus Wielbłądzi mógłby samodzielnie wykonać podobne zadanie. To jak doręczenie przesyłki.
– Nie – sprzeciwiła się Case nagle twardszym głosem. – To dziesięć lat sądowych przepychanek. Chcę wreszcie mieć całą tę sprawę z głowy. Raz na zawsze. Mam dość udzielania pozwoleń na zamieszkanie w Cypress pociotkom sędziów, żebyśmy mogli wnieść apelację w procesie o coś, co prawnie nam się należy.
– Bez obaw. W Carver City nie zdążą się nawet zorientować, co ich spotkało.
– Świetnie. Zawiadom mnie, jak już będzie po wszystkim.
Wyłączyła się. Angel złapał ekspresową windę, gdy drzwi już się zamykały. Przyśpieszyła gwałtownie, spadając przez kolejne kondygnacje arkologii. Mijani ludzie zlewali się w niewyraźne plamy: matki pchające bliźniacze wózki; przyjaciółki na godziny uwieszone u ramion chłopaków na weekend; turyści z całego świata, robiący zdjęcia i wysyłający esemesy z wiadomością, że widzieli Wiszące Ogrody Las Vegas. Paprocie, wodospady i kawiarnie.
Na dole, na piętrach rekreacyjnych, stanowiska obejmowała nowa zmiana sprzedawców. Całodobowi imprezowicze budzili się, zaliczali pierwsze kolejki wódki i posypywali sobie skórę brokatem. Pokojówki, kelnerzy, kucharze i sprzątacze trudzili się ze wszystkich sił, by nie stracić pracy, a wraz z nią pozwolenia na mieszkanie w Cypress.
Wszyscy jesteście tu dzięki mnie, pomyślał Angel. Gdyby nie ja, bylibyście plewami na wietrze. Kośćmi obleczonymi papierową skórą. Nie byłoby kości do rzucania, dziwek do kupowania, wózków do pchania, drinków pod ręką ani pracy...
Beze mnie jesteście niczym.
Winda zatrzymała się z cichym dźwiękiem. Za drzwiami czekał służący z teslą Angela.
Po półgodzinie Meksykanin był już w bazie lotniczej Mulroy. Powietrze falowało nad rozgrzaną nawierzchnią lotniska. Słońce zachodziło krwawo nad Spring Mountains. Sto dwadzieścia stopni Fahrenheita. W bazie zapaliły się reflektory, zwiększając jeszcze żar.
– Masz papiery?! – zawołał Reyes, przekrzykując warkot silników śmigłowców Apache.
– Federalni mogą nas pocałować w pustynne tyłki! – Angel uniósł dokumenty nad głowę. – Przynajmniej przez najbliższe czternaście godzin!
Reyes ledwie się uśmiechnął w odpowiedzi. Odwrócił się i zaczął wydawać rozkazy.
Pułkownik Reyes był potężnie zbudowanym czarnoskórym mężczyzną. Był z piechotą morską w Syrii i Wenezueli, po czym przerzucono go do gorętszych zadań w Sahelu, a następnie w Chihuahua, aż wreszcie wylądował na wygodnej posadce w gwardii stanu Nevada.
Mówił, że Nevada lepiej płaci.
Reyes skinął dłonią na Angela, zapraszając go do śmigłowca dowodzenia. Szturmowe jednostki wokół podrywały się już do lotu, zużywając niezliczone baryłki syntetycznego paliwa. Gwardia Narodowa Nevady, zwana też Korpusem Wielbłądzim albo pieprzonymi gwardzistami z Las Vegas, zależnie od tego, kto niedawno oberwał serią rakiet Hades, ruszała, by narzucić wolę Catherine Case jej wrogom.
Jeden z gwardzistów rzucił Angelowi kevlarową kamizelkę. Meksykanin wsunął się w nią w tej samej chwili, gdy Reyes zasiadł w fotelu dowódcy i zaczął wydawać rozkazy. Angel podłączył do sieci śmigłowca wojskowe gogle oraz douszny mikrofon, by słyszeć, co mówią.
Maszyna zerwała się do lotu. Pole widzenia Angela wypełniły dane napływające z gogli pilota, wojenne graffiti pokrywające Las Vegas głodnymi, jaskrawymi znakami: namiary celu, istotne budynki, znaczniki przyjaciel/wróg, informacje o pociskach Hades oraz amunicji zamontowanego pod kadłubem karabinu maszynowego o kalibrze .50, dane o stanie paliwa, sygnały cieplne z powierzchni...
Dziewięćdziesiąt osiem przecinek sześć.
Ludzie. Jedne z najchłodniejszych obiektów w okolicy. Wszyscy namierzeni, a żaden z nich o tym nie wie.
Jakaś kobieta sprawdziła, czy Angel dobrze się przypiął. Uśmiechnął się do niej, gdy sprawdzała jego pasy. Miała ciemną skórę, czarne włosy i oczy jak węgle. Odczytał z identyfikatora jej nazwisko – Gupta.
– Chyba wiem, jak się trzeba przypiąć, tak?! – zawołał, przekrzykując hałas wirnika. – Sam to kiedyś robiłem.
Gupta nawet się nie uśmiechnęła.
– Tak rozkazała pani Case. Głupio byśmy wyglądali, gdybyśmy spadli, a pan nie uszedłby z życiem, bo nie zapiął pan pasa.
– Jeśli spadniemy, nikt z nas nie przeżyje.
Zignorowała jego słowa i sprawdziła pas. Reyes i jego Korpus Wielbłądzi słynęli z sumienności. Mieli swoje wymyślne rytuały, wypracowane z upływem czasu i dopieszczone do stanu doskonałości.
Gupta powiedziała coś do komunikatora i przypięła się do fotela za ekranem karabinu maszynowego.
Angel poczuł nagłe szarpnięcie w żołądku, gdy śmigłowiec zawrócił, dołączając do swej formacji powietrznych drapieżników. Przez gogle Meksykanina przesuwały się znaki jaśniejsze niż światła nocnego Las Vegas.
ZGWNP 6602 wystartował.
ZGWNP 6608 wystartował.
ZGWNP 6606 wystartował.

Pojawiały się wciąż nowe symbole. Cyfrowe potwierdzenie obecności niemal niewidzialnego roju szarańczy, który wypełnił ciemniejące niebo i skierował się na południe.
– Rozpoczynamy operację „Miodowy Akwen” – dobiegł z głośnika głos Reyesa.
– Kto wymyślił tę nazwę? – zapytał ze śmiechem Angel.
– Podoba ci się?
– Lubię miód.
– Chyba wszyscy go lubią.
Pędzili na południe, w stronę miodu, o którym mówili – Lake Mead. Z początku zawierało ono prawie dwadzieścia miliardów metrów sześciennych wody. Teraz została niespełna połowa, zawdzięczali to Suszy Stulecia. To optymistyczne jezioro stworzono w optymistycznych czasach. Teraz wysychało i wypełniał je muł. Lina ratunkowa, zawsze niepewna i zagrożona opadnięciem poziomu wody poniżej początku Akweduktu Nr 3, życiodajnej kroplówki, dzięki której biło serce Las Vegas.
W dole pojawiły się światła śródmieścia: neon kasyna i arkologie Cypress. Hotele i balkony. Kopuły i pokryte mgiełką rosy pionowe farmy, zielone od hydroponicznej roślinności i jarzące się blaskiem w całym zakresie widma. Świetliste geometryczne figury na pustyni, bez wyjątku pokryte elektronicznym graffiti bojowego języka Korpusu Wielbłądziego.
Bilbordy, obiecujące przedstawienia, przyjęcia, drinki i pieniądze, po przefiltrowaniu przez gogle zmieniały się w cele ataku i punkty wtargnięcia. Gęsto zabudowane miejskie kaniony, zaplanowane tak, by kierowały w pożądanym kierunku pustynne wichry, stawały się alejami saperów, a opalizujące, pomalowane fotowoltaiczną farbą dachy zmieniały się w strefy zrzutu. Arkologie Cypress były priorytetowymi celami ataku, zapewniającymi strategiczną pozycję, dzięki temu, że górowały nad wszystkim w Las Vegas, były większe i ambitniejsze niż wszystkie poprzednie fantastyczne budowle Miasta Grzechu razem wzięte.
Las Vegas kończyło się ostrą linią, za którą leżała ciemność.
Bojowe oprogramowanie zaczęło rejestrować żywe stworzenia – chłodne plamy na mrocznym tle rozżarzonego szkieletu przedmieść z początku tysiąclecia – jedna mila kwadratowa za drugą wypełniona budynkami, które mogły być już tylko źródłem drewna na opał oraz miedzianych przewodów, ponieważ Catherine Case zdecydowała, że woda już się im nie należy.
Ciemność mąciły światła samotnych, rozproszonych ognisk, zdradzające miejsca, gdzie koczowali odwodnieni Teksańczycy i Arizońcy, którym brakowało pieniędzy, by dostać się do arkologii Cypress, i nie mieli już dokąd uciekać. Królowa Kolorado zamordowała mnóstwo ludzi w tych okolicach. To były jej pierwsze cmentarze, stworzone w kilka sekund, gdy odcięła wodę w rurach.
„Jeśli nie potrafią upilnować własnych cholernych wodociągów, niech piją piasek” – oznajmiła.
Po dziś dzień grożono jej śmiercią z tego powodu.
Śmigłowce przeleciały nad ostatnią częścią zniszczonej podmiejskiej strefy buforowej i dotarły nad otwartą pustynię. To był pierwotny krajobraz tej ziemi, antyczny jak Stary Testament. Krzewy kreozotowe. Drzewa Jozuego, kolczaste i samotne. Erupcje jukki, koryta wyschniętych rzek, jasne połacie żwiru, kwarcowe kamyki.
Pustynia stygła już i była całkowicie czarna. Ostry jak skalpel dotyk słońca wreszcie ją opuścił. Żyły tu zwierzęta. Niemal bezwłose kojoty. Jaszczurki i węże. Sowy. Cały świat ożywający dopiero po zachodzie słońca. Ekosystem wyłaniający się z nor ukrytych pod kamieniami, jukką i krzewami kreozotowymi.
Angel przyglądał się maleńkim termicznym znacznikom ocalałych mieszkańców tych stron. Zastanawiał się, czy pustynia również na niego patrzy, czy jakiś chudy kojot unosi wzrok i, słysząc stłumiony łoskot przelatujących nad nim śmigłowców Korpusu Wielbłądziego, zdumiewa się tą szarżą latających ludzi.
Minęła godzina.
– Jesteśmy blisko – odezwał się Reyes, mącąc ciszę. W jego głosie pobrzmiewało coś bliskiego czci.
Angel pochylił się, wypatrując uważnie.
– To ona – odezwała się Gupta.
Czarna wstęga wody wijąca się przez pustynię między łańcuchami wyszczerbionych szczytów.
W tafli rzeki odbijał się srebrny blask księżyca.
Kolorado.
Wiła się niczym wąż przez jasny, pustynny krajobraz. Kalifornia nie zamknęła jej jeszcze w Słomce, ale prędzej czy później to zrobi. Całe to parowanie – nie mogą pozwolić, by słońce wiecznie ich okradało. Na razie jednak rzeka nadal płynęła pod otwartym niebem, odsłonięta przed wzrokiem pełnych powagi gwardzistów.
Angel jak zawsze spoglądał na nią z bojaźnią. Nie było już słychać rozmów przez radio. Wszyscy umilkli na widok tak wielkiej ilości wody.
Nawet znacznie umniejszona przez liczne susze i odprowadzenia wody, Kolorado budziła głód połączony z czcią. Osiem i pół miliarda metrów sześciennych rocznie to mniej niż blisko dwadzieścia, jak kiedyś, ale myśl o tak wielkiej ilości wody po prostu płynącej pod otwartym niebem...
Nic dziwnego, że Hindusi oddawali cześć rzekom, pomyślał Meksykanin.
W swych najlepszych czasach Kolorado miała ponad tysiąc mil długości i biegła od ośnieżonych szczytów Gór Skalistych, poprzez czerwone skalne kaniony Utah aż po błękitny Pacyfik, tocząc swe wody wartko i bez żadnych przeszkód. Do wszystkich miejsc, których dotknęła, niosła życie. Jeśli farmer zdołał odprowadzić od niej kanał, osadnik wykopał studnię na jej brzegu albo budowniczy kasyna założył wodociąg, ktoś taki mógł się do syta napić możliwości. Żyć wygodnie w upale sięgającym stu piętnastu stopni Fahrenheita. Błogosławieństwo rzeki było równie niezawodne jak to, którego udzielała Najświętsza Panienka.
Angel zastanawiał się, jak wyglądała Kolorado w czasach, gdy jej nurt był jeszcze wartki i swobodny. Obecnie ospale toczyła swe wody, powstrzymywana przez wielkie zapory. Blue Mesa Dam, Flaming Gorge Dam, Morrow Point Dam, Soldier Creek Dam, Navajo Dam, Glen Canyon Dam, Hoover Dam i wiele innych. A tam, gdzie zapory powstrzymywały Kolorado albo jej dopływy, tworzyły się jeziora, odbijające w swych wodach niebo i słońce pustyni: Lake Powell, Lake Mead, Lake Havasu...
W dzisiejszych czasach ani kropla wody nie docierała do granic Meksyku, choć jego rząd nieustannie się uskarżał na Pakt Rzeki Kolorado oraz Prawo Rzeczne. Dzieci w Państwach Kartelowych dorastały w przekonaniu, że Kolorado to taki sam mit, jak chupacabra, o której opowiadała Angelowi stara abuela. Do licha, nawet większa część mieszkańców stanów Utah i Kolorado nie miała prawa choćby tknąć wody, która przepływała przez kanion na dole.
– Kontakt za dziesięć minut – oznajmił Reyes.
– Jest ryzyko, że będą walczyć?
Pułkownik pokręcił głową.
– Arizońcy niespecjalnie mają się czym bronić. Większość ich jednostek nadal stacjonuje w Arktyce.
Case postarała się o to, przekupując zgraję polityków ze Wschodniego Wybrzeża, niezainteresowanych niczym, co działo się po drugiej stronie kontynentalnego działu wodnego. Nakarmiła chciwych skurwysynów kokainą, dziwkami oraz całymi oceanami forsy zebranej przez komitet PAC, gdy więc Kolegium Połączonych Szefów Sztabów odkryło nagle pilną potrzebę obrony rurociągów prowadzących do piasków bitumicznych, okazało się, że jedynym oddziałem zdolnym wykonać to zadanie są szczury pustyni z Gwardii Narodowej stanu Arizona.
Angel przypominał sobie, jak oglądał relację z ich odlotu. Towarzyszyło jej nieustanne ględzenie o bezpieczeństwie energetycznym. Lubił patrzeć, jak dziennikarze podbijają patriotyczny bębenek, by poprawić swoją pozycję w rankingach. Dzięki nim obywatele znowu mogli się poczuć budzącymi strach Amerykanami. Z tym przynajmniej dziennikarze radzili sobie dobrze. Każdy z ich słuchaczy mógł na krótką chwilę uwierzyć, że ma najdłuższego na świecie.
Solidarność, kochanie.
Dwadzieścia cztery śmigłowce Korpusu Wielbłądziego opadły do wnętrza kanionu, niemalże muskając czarne wody rzeki. Podążały wzdłuż jej zakoli, z obu stron otoczone bliskimi, skalistymi wzgórzami. Serpentyny Kolorado wiodły je do celu.
Usta Angela zaczęły się rozszerzać w uśmiechu. Meksykanin poczuł znajomy przypływ adrenaliny, nadchodzący wtedy, gdy kości zostały rzucone i pozostawało tylko czekać na rozstrzygnięcie.
Przycisnął do piersi nakazy sądowe. Wszystkie te pieczęcie i holograficzne znaczki. Cały rytuał procesów i apelacji. To prowadziło do chwili, gdy mogli wreszcie zdjąć rękawiczki.
Arizońcy nawet nie zdążą się zorientować, co się stało.
– Czasy faktycznie się zmieniają – stwierdził ze śmiechem.
Gupta obejrzała się na niego.
– Co mówisz?
Angel uświadomił sobie, że jest jeszcze młoda. Równie młoda jak on w czasach, gdy Case przyjęła go w poczet swojej gwardii i ofiarowała mu prawo do bezterminowego pobytu w stanie. Biedna i zdesperowana ofiara deportacji, chwytająca się wszelkich możliwych sposobów, by tylko pozostać po właściwej stronie granicy.
– Ile masz lat? – zapytał. – Dwanaście?
Obrzuciła go złowrogim spojrzeniem, po czym ponownie skupiła wzrok na urządzeniach celowniczych.
– Dwadzieścia, staruchu.
– Nie bądź taka spokojna. – Wskazał w dół, na rzekę. – Jesteś za młoda, żeby pamiętać, jak to wyglądało kiedyś. Musieliśmy się użerać z kupą papierów i całą zgrają prawników oraz biurokratów, a każdy z nich miał swoich kieszonkowych protektorów...
Umilkł, wspominając dawne dni, gdy towarzyszył jako ochroniarz Catherine Case na tych spotkaniach: łysi biurokraci, specjaliści od gospodarki wodnej, Urząd Rekultywacji, Departament Zasobów Wewnętrznych. Wszyscy oni mówili o metrach sześciennych, wytycznych dotyczących rekultywacji oraz współpracy, wykorzystaniu ścieków, recyklingu, oszczędzaniu zasobów wodnych, ograniczeniu parowania, osłonie koryt rzek, eliminacji tamaryszku, topoli oraz wierzb. Wszyscy próbowali przestawiać meble na wielkim, starym Titanicu. Wszyscy grali zgodnie z obowiązującymi normami, wierząc, że znajdzie się jakiś sposób, który pozwoli przetrwać każdemu, że kooperacja i dystrybucja pozwolą znaleźć drogę wyjścia, jeśli tylko okażą się wystarczająco pomysłowi.
A potem Kalifornia podarła wszystkie regulaminy i rozpoczęła zupełnie nową grę.
– Mówiłeś coś? – nie ustępowała Gupta.
– Nie. – Angel pokręcił głową. – Po prostu zasady się zmieniły. Przy starych Case radziła sobie bardzo dobrze. – Chwycił nagle za fotel, gdy śmigłowiec wzbił się w górę, wynurzył z kanionu i skierował w stronę celu. – Ale w tej nowej grze też jesteśmy nieźli.
Cel świecił w mroku przed nimi – wielki kompleks budynków, wznoszący się samotnie na pustyni.
– Jesteśmy na miejscu.
Światła zaczęły przygasać.
– Wiedzą, że się zbliżamy – odezwał się Reyes i zaczął wydawać rozkazy.
Śmigłowce rozpostarły się w wachlarz, wybierając cele, gdy tylko znalazły się w zasięgu. Ich maszyna obniżyła lot. Towarzyszyły jej dwa drony wsparcia. W goglach wojskowych Angel widział grupę maszyn lecącą przed nimi. Zacisnął zęby, gdy zaczęły obniżać lot i wykonywać losowe, taneczne ruchy, by się przekonać, czy ziemia spróbuje je oświetlić.
Na horyzoncie lśniła pomarańczowa łuna Carver City. Domy mieszkalne i budynki handlowe rozświetlały nocne niebo. Wszystkie te elektryczne światła. Cała ta klimatyzacja.
Całe to życie.
Gupta wystrzeliła parę pocisków. Coś w dole eksplodowało fontanną płomieni. Śmigłowce przemknęły nad granicą stacji pomp oraz uzdatniania wody. Wszędzie było pełno zbiorników i rur.
Czarne śmigłowce Apache lądowały na dachach i na parkingach, siadały na nawierzchni, wymiotując żołnierzami. Kolejne maszyny opadały z łoskotem na ziemię na podobieństwo ogromnych ważek. Podmuch wzbijał w górę kwarcowy piasek, siekący Angela po twarzy.
– Zaczyna się zabawa!
Reyes skinął na Angela. Meksykanin po raz ostatni sprawdził kamizelkę kuloodporną i zaciągnął rzemyk hełmu.
– Chcesz karabin, staruchu? – zapytała Gupta, przyglądając mu się z uśmiechem.
– A po co? – odparł Angel, wyskakując ze śmigłowca. – Od tego mam was.
Gwardziści otoczyli go kręgiem i wszyscy razem pobiegli ku głównemu wejściu.
Reflektory już się zapalały i robotnicy wypadali na zewnątrz. Wie­dzieli, co się dzieje. Żołnierze Korpusu Wielbłądziego unosili karabiny, mierząc w cele przed sobą. Z głośnika Gupty płynęły wzmocnione rozkazy:
– Wszyscy na powierzchni, padnij! Padnij!
Cywile jej posłuchali. Angel potruchtał do skulonej, przerażonej kobiety i pomachał przed nią dokumentami.
– Jest tu gdzieś Simon Yu?! – zawołał, przekrzykując warkot śmigłowców.
Za bardzo się bała, żeby mu odpowiedzieć. To była pulchna, biała kobieta o ciemnych włosach.
– Hej, proszę pani – rzekł z uśmiechem Angel. – Ja tylko dostarczam dokumenty.
– W środku – wydyszała wreszcie.
– Dziękuję. – Angel poklepał ją po plecach. – Może tak przegoniłaby pani stąd swoich współpracowników? Na wypadek gdyby zrobiło się gorąco.
Żołnierze wyłamali drzwi stacji uzdatniania i wpadli do środka. Angel szedł na początku uzbrojonego klina. Cywile wciskali się w ściany, gdy Wielbłądzi Korpus przebiegał obok.
– Las Vegas przybywa z wizytą! – zawołał Angel. – Wypinać tyłki, chłopaki i dziewczyny!
Zagłuszyły go płynące z głośników rozkazy Gupty.
– Opuścić budynek! Wszyscy! Macie trzydzieści minut na ewakuację pomieszczeń. Przedłużanie pobytu będzie uważane za utrudnianie działalności organów prawa!
Angel ze swoim oddziałem wtargnął do nastawni. Na płaskich ekranach monitorów wyświetlały się dane dotyczące wypływu, jakości wody, czynników chemicznych oraz wydajności pomp. Siedziała tam cała banda odpowiedzialnych za jakość wody techników, którzy zrywali się teraz ze stanowisk niczym wystraszone susły.
– Gdzie tu jest kierownik? – zapytał Angel. – Chcę porozmawiać z Simonem Yu.
Jeden z mężczyzn się wyprostował.
– Ja jestem Yu.
Był szczupły, opalony i łysiał. Miał zaczeskę, a policzki szpeciły mu blizny po trądziku.
Angel cisnął mu dokumenty. Żołnierze rozeszli się po sali, pokrywając całe pomieszczenie.
– Zamykamy tę stację – oznajmił Meksykanin.
Yu złapał niezgrabnie dokumenty.
– Nie ma mowy! Złożyliśmy apelację!
– Możecie sobie apelować – odparł Angel. – Ale jutro. Dzisiaj wydajemy wam rozkaz zamknięcia stacji. Proszę sprawdzić pieczątki.
– Zaopatrujemy sto tysięcy ludzi! Nie możecie po prostu odciąć im wody.
– Sędziowie orzekli, że nasze prawa są starsze – oznajmił Angel. – Powinniście się cieszyć, że pozwalamy wam zatrzymać wodę, która już jest w rurach. Jeśli wasi ludzie zachowają ostrożność, będą mogli przeżyć parę dni na samych wiadrach, zanim się stąd zabiorą.
Yu przerzucał papiery.
– Ten werdykt to farsa! Zabiegamy o odroczenie. Zostanie uchylony. On... właściwie nie istnieje! Jutro już go nie będzie!
– Wiedziałem, że powie pan coś w tym rodzaju. Rzecz w tym, że teraz nie jest jutro, tylko dzisiaj. A dzisiaj sędziowie mówią, że musicie zaprzestać kradzieży wody należącej do stanu Nevada.
– Nie unikniecie odpowiedzialności! – oburzył się Yu, ale potem uspokoił się z wielkim wysiłkiem. – Obaj wiemy, że to poważna sprawa. ­Będziecie odpowiedzialni za wszystko, co się wydarzy w Carver City. Mamy kamery monitoringu. Wszystko to przedostanie się do wiadomości publicznej. Z pewnością nie chciałby pan, by obciążyły pana wyroki.
Meksykanin doszedł do wniosku, że nawet lubi łysiejącego biurokratę. Simon Yu był oddany swej pracy. Zaliczał się do tych ludzi, wierzących w rząd i jego dobroczynne skutki działalności, którzy trudzili się dla naprawy świata. Autentyczny urzędnik państwowy starej daty, uczciwie pracujący dla dobra obywateli, jak za dawnych czasów. A teraz próbował przebłagać Angela, używając argumentów w stylu „nie bądźmy pochopni, okażmy rozsądek”.
Niestety, w tej grze obowiązywały inne zasady.
– ...to wkurzy wielu wpływowych ludzi – ciągnął Yu. – Nie ujdzie wam to na sucho. Federalni nie puszczą płazem czegoś takiego.
Jakbym spotkał dinozaura, skonkludował Angel. To nawet fajne wrażenie, ale jak, do licha, przeżył tak długo?
– Wpływowych ludzi? – Meksykanin uśmiechnął się lekko. – Macie jakąś umowę z Kalifornią, o której nic nie wiem? Kalifornijcy są właścicielami waszej wody, i to jakimś cudem umknęło naszej uwagi? Na dzisiaj macie tylko gówno warte młodsze prawa, kupione z drugiej ręki od farmera z zachodniego Kolorado. Nie macie już żadnych atutów. Ta woda od dawna powinna należeć do nas. Tak jest napisane w dokumentach, które przed chwilą panu pokazałem.
Biurokrata łypnął ze złością na Angela.
– Daj spokój, Yu. – Meksykanin klepnął go lekko po ramieniu. – Nie smuć się tak. Obaj zajmujemy się tą grą wystarczająco długo, by wiedzieć, że ktoś musi przegrać. Prawo Rzeki stanowi, że starsze prawa dostają wszystko. Młodsze prawa? – Wzruszył ramionami. – Niekoniecznie.
– Kogo przekupiliście? – zapytał Yu. – Stevensa? Arroyo?
– Czy to ważne?
– Chodzi o życie stu tysięcy ludzi!
– Nie powinni go opierać na takich gównianych prawach wodnych – wtrąciła Gupta, która stała po drugiej stronie sali, sprawdzając błyskające światła monitorów pomp.
Angel ukrył uśmieszek, gdy Yu spojrzał na nią ze złością.
– Żołnierka ma rację – stwierdził Meksykanin. – Tu są nasze dokumenty. Macie dwadzieścia pięć minut na opuszczenie budynku. Potem każę zrzucić na niego pociski Hades i Hellfire. Dlatego zmiatajcie stąd szybko.
– Chcecie zniszczyć stację?
Wielu żołnierzy ryknęło śmiechem na te słowa.
– Widział pan, że przylecieliśmy w śmigłowcach, prawda? – zapytała Gupta.
– Nigdzie nie pójdę – odparł zimno Yu. – Możecie mnie zabić, jeśli chcecie. Zobaczymy, jak się to dla was skończy.
– Wiedziałem, że będzie pan robił trudności – odparł z westchnieniem Angel.
Nim biurokrata zdążył odpowiedzieć, Meksykanin złapał go i obalił na podłogę. Następnie wsparł kolano na jego plecach i wykręcił mu rękę.
– Zniszczycie...
– Tak, tak, wiem. – Angel wykręcił drugą rękę mężczyzny i założył mu kajdanki. – Całe pieprzone miasto. Sto tysięcy ludzi. I do tego czyjeś pole golfowe. Ale, jak sam pan zauważył, trupy komplikują sprawy. Dlatego zabieramy pana stąd. Jutro może pan nas pozwać.
– Nie możecie tego zrobić! – zawołał Yu z twarzą wciśniętą w podłogę.
Meksykanin uklęknął przy bezradnym mężczyźnie.
– Widzę, że bierze pan to do siebie, Yu. To błąd. Jesteśmy tylko trybikami w wielkiej, starej maszynie. – Postawił biurokratę na nogi. – To jest większe niż my obaj. Po prostu robimy to, co do nas należy. – Popchnął mężczyznę, wyprowadzając go przez drzwi. – Sprawdźcie resztę budynku! – zawołał, oglądając się na Guptę. – Upewnijcie się, że jest czysty. Chcę, żeby za dziesięć minut już płonął!
Reyes czekał na nich przy drzwiach śmigłowca.
– Zbliża się atak Arizońców! – zawołał pułkownik.
– To niedobrze. Ile mamy czasu?
– Pięć minut.
– Niech to chuj. – Angel zakręcił palcem. – No to startujmy! Mam to, po co przyleciałem.
Wirnik śmigłowca obudził się z gniewnym wizgiem. Jego hałas zagłuszył słowa Yu, ale mina mężczyzny wystarczyła, by Meksykanin uświadomił sobie jego nienawiść.
– Proszę nie brać tego do siebie! – zawołał Angel. – Za rok dostanie pan pracę w Las Vegas! Jest pan za dobrym specjalistą, żeby marnować się tutaj! ZGWNP potrzebuje takich ludzi!
Spróbował wciągnąć go do śmigłowca, ale biurokrata stawiał opór. Wpatrywał się ze złością w Angela, mrużąc oczy dla osłony przed ­piaskiem. Śmigłowce zaczęły startować, szarańcza wzbijała się w górę. Meksykanin raz jeszcze pociągnął Yu.
– Pora ruszać, kolego!
– Nie pierdol!
Biurokrata wyszarpnął mu się z zaskakującą siłą i popędził ku swej stacji uzdatniania wody. Potykał się i ręce nadal miał skute za plecami, lecz mimo to nie przestawał biec z determinacją ku budynkowi, który opuszczali już ostatni z jego ludzi.
Angel i Reyes wymienili zakłopotane spojrzenia.
Pieprzony biurokrata naprawdę poważnie traktował swą pracę. Aż do samego końca.
– Musimy startować! – zawołał pułkownik. – Jeśli Arizońcy dotrą tu ze swoimi śmigłowcami, dojdzie do wymiany ognia, a wtedy federalni dobiorą się nam do dupy. Niektórych rzeczy nie mogą tolerować, a regularna bitwa między siłami dwóch stanów z pewnością się do nich zalicza. Musimy zwiewać.
Meksykanin zerknął na uciekającego Yu.
– Daj mi minutę!
– Trzydzieści sekund!
Angel obrzucił Reyesa pełnym niesmaku spojrzeniem i pognał za biurokratą.
Wszędzie wokół śmigłowce wznosiły się nad ziemię jak suche liście na gorącym pustynnym wietrze. Meksykanin biegł przez chmury gryzącego piasku, mrużąc powieki.
Dogonił uciekiniera przy drzwiach.
– Muszę przyznać, że jesteś uparty.
– Puszczaj!
Angel obalił go na ziemię. Upadek wybił powietrze z płuc Yu. Meksykanin wykorzystał jego chwilowy paraliż i założył mu kajdanki również na nogi.
– Kurwa, zostaw mnie!
– W normalnej sytuacji zarżnąłbym cię jak świnię i tyle – mruknął Angel, wstając z biurokratą na plecach w chwycie strażackim. – Jednakże robimy wszystko jawnie i publicznie, więc nie ma takiej opcji. Ale nie prowokuj mnie więcej. Mówię poważnie.
Powlókł się w stronę ostatniego śmigłowca, który jeszcze pozostał na ziemi.
Ostatni pracownicy stacji uzdatniania wody w Carver City wpadali do samochodów i oddalali się od zakładu, zostawiając za sobą tumany pyłu. Szczury uciekające z tonącego okrętu.
– Kurwa, pośpiesz się! – zawołał Reyes, spoglądając ze złością na Angela.
– Już jestem. Możemy startować!
Angel wrzucił Yu do śmigłowca. Gdy maszyna wystartowała, trzymał się płozy, ale zdołał się wgramolić do środka.
Gupta siedziała na stanowisku i kiedy Meksykanin zapiął pasy, otworzyła ogień. W wojskowych goglach zapaliły się trajektorie pocisków. Angel wyglądał przez otwarte drzwi, gdy wojskowe oprogramowanie dzieliło stację na segmenty: wieże filtracyjne, stacje pomp, źródła mocy, awaryjne generatory...
Z wyrzutni śmigłowców wypadły pociski ciągnące za sobą ogniste łuki. Bezgłośnie przeszywały powietrze, a potem eksplodowały z głośnym hukiem, zagłębiając się w trzewiach wodnej infrastruktury Carver City.
Gorejące grzyby ognia zalały pustynię pomarańczowym blaskiem, oświetlając czarne sylwetki wystrzeliwującej kolejne pociski szarańczy.
Simon Yu leżał zakuty w kajdanki u stóp Angela. Nie był w stanie powstrzymać zniszczenia i mógł jedynie patrzeć bezsilnie, jak jego świat pochłaniają erupcje ognia.
W migotliwym blasku eksplozji Angel dostrzegł łzy na twarzy pojmanego mężczyzny. Woda wypływająca z jego oczu mówiła równie wiele, co w przypadku innych pot: Simon Yu opłakiwał miejsce, które tak bardzo starał się uratować. Skurczybyk miał lód we krwi. Nie wyglądał na to, ale trzeba przyznać, że go miał.
Ale to i tak mu nie pomogło.
Nadeszły czasy ostateczne, pomyślał Angel, gdy w stację uzdatniania wody uderzyły kolejne pociski. To cholerny koniec świata.
Po tej myśli bez zaproszenia pojawiła się następna.
To pewnie znaczy, że jestem diabłem.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-10-16 (387 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej