Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Smok na granicy
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Rada Mniejszości'' - Kate Griffin



Wstęp

Nie można być wszystkim dla każdego...
W którym zdarza się spotkanie na łodzi.


Byłem w Deptford. Polowałem na wandali.
Nie zwykłych sympatycznych wandali, którzy zniszczyli ławkę w parku albo podpalili samochód.
Ci malowali na ścianach domów znaki, wpędzające w obłęd wszystkich, którzy na nie spojrzeli.
Twierdzili, że robią to po to, by pokazać nam prawdę, a prawda wygląda tak, że wszyscy padliśmy ofiarą oszustwa. Wszyscy byliśmy szaleni, ci z nas, którzy sądzili, że świat jest bezpieczny, uporządkowany i ma jakiś cel. Wiedzieli, co zobaczyli, i próbowali nam to wytłumaczyć.
Ja im na to: „Dobra, dobra, srali muszki, po prostu staracie się dokopać ludziom, bo wam również dokopano, a poza tym, jeśli świat rzeczywiście jest tak mrocznym miejscem, jak się wam zdaje, to dziękuję bardzo, ale wolę iluzję”.
A oni mi na to: „Za kogo się do cholery uważasz, cwaniaczku (albo coś w tym guście). Przylazłeś tu w środku nocy i mówisz: »Przestańcie być wandalami, bo pożałujecie«. No wiesz, znamy się na ludziach i wiemy, że możemy cię załatwić”.
W odpowiedzi wygłosiłem kilka treściwych komentarzy, mniej więcej w tym sensie:
– Nazywam się Matthew Swift i jestem czarnoksiężnikiem. Jedynym w tym mieście, który przeżył czystkę przeprowadzoną przez Roberta Bakkera. Zabił mnie cień mojego nauczyciela i moje ciało rozpuściło się w telefonicznym sygnale. Mogli pochować jedynie trochę krwi. A potem wróciliśmy i ja jestem nami, a my jesteśmy mną. My jesteśmy niebieskimi elektrycznymi aniołami, istotami żyjącymi w przewodach telefonicznych, bogami stworzonymi z nadmiarowego życia, które żałosne parodie śmiertelników takie jak wy wlewają we wszystko co elektryczne. Ja jestem Nocnym Burmistrzem, obrońcą miasta, stróżem nocy, strażnikiem bram, obserwatorem na murach. Zatrzymaliśmy śmierć miast, byliśmy obecni, gdy zginęła Lady Neon, zapędziliśmy stworzenie zwane Zaciemnieniem z powrotem do cieni na końcu zaułków, jesteśmy światłem, jesteśmy życiem, jesteśmy ogniem i, lepiej w to uwierzcie, słowo najlepiej opisujące nasz obecny nastrój to „wkurzeni”. Czy chcecie zobaczyć, co się stanie, jeśli zrobimy się wściekli?
Chyba to zrozumieli.
Gdy już sobie poszli, ruszyłem wzdłuż rzeki, wędrując na wschód razem z odpływem. Czarnoksiężnicy w wielkich miastach zbyt łatwo tracą zmysły. Gdy nadchodzi godzina szczytu, ich serca biją jak szalone, kiedy w klubach poniżej poziomu ulic gra muzyka, zaczyna ich boleć głowa, oddychają mieszanką tlenku węgla i oparów azotanu ołowiu, a od świeżego powietrza, czystego wiejskiego powietrza, mają trudności z oddychaniem. Zawsze starannie unikałem szaleństwa, ale rzeka w pogodną chłodną noc, gdy zbliżała się zima, przyciągała mnie z mocą, której nie potrafiłem się oprzeć.
Dlatego wybrałem się na spacer. Szedłem przez błotniste nabrzeża, gdzie nie było już wody, mijałem drewniane magazyny i fabryki cementu, stąpałem w blasku białych świateł nowiutkich apartamentowców oraz po krętych ścieżkach między pokrytymi spękanym asfaltem jezdniami. Widziałem sklepy, w których brązowookie manekiny spoglądały zza szyb ze szkła refleksyjnego, czułem zapach chińszczyzny na wynos, bijący ze sklepu strzeżonego przez wiecznie salutującego nazistowskiego kota złotej barwy, przechodziłem obok parkingów ulokowanych pod marketami, w których przeciętna cena dowolnego towaru wynosiła 14,99 funta. W tym miesiącu najmodniejszymi materiałami używanymi do budowy tych sklepów były poliester albo sklejka. Mijałem małe kapliczki wciśnięte między firmę udzielającą kredytów mieszkaniowych a dwuletnie kolegium przygotowujące do egzaminu dojrzałości, w którym Możesz To Osiągnąć, Jeśli Tylko Uwierzysz. (Inspektor szkolny uznał poziom nauczania za „zadowalający”). Cały czas miałem rzekę po lewej stronie. Zatrzymałem się na chwilę, by popatrzeć na dwuśmigłowe wojskowe helikoptery lecące wzdłuż Tamizy ku centrum miasta, a potem wychyliłem się przez balustradę i spojrzałem na srebrzyste wieżowce Canary Wharf. W ich lustrzanych powierzchniach odbijały się chmury. Popatrzyłem na pociąg jadący pod Greenwich Hill i poczułem szok, gdy minęliśmy południk zerowy. Linie mocy istnieją, ale – jak wszystkie przejawy magii – formują się tam, gdzie życie jest najintensywniejsze i gdzie człowiek narzuca znaczenia. Życie to magia. Magia wyrasta tam, gdzie jest najwięcej życia.
Nie wiem, jak właściwie znalazłem się na molo. Nagle poczułem pod stopami suche gorące świerzbienie, które w pewnym punkcie mogło się przerodzić w ból. Nawet indyjskie restauracje i nie do końca irlandzkie puby zamykano już na noc. W Millennium Dome – dziele architektury wyglądającym jak skrzyżowanie białego pałacu z pęcherzem na pustkowiu – występy już się kończyły, drzwi otwierano i ludzie wystrojeni dla uczczenia wybranego przez siebie zespołu, wysypywali się z nich, zmierzając na stację metra, przystanek autobusowy albo na przystań. Na stacjach pojawiały się znaki informujące o czasie odjazdu pierwszych i ostatnich pociągów, stanowiące ostrzeżenie dla wszystkich, którzy mogliby zwlekać zbyt długo. Przejście podziemne prowadzące pod rzeką na Isle of Dogs było zamknięte, a znak uprzejmie sugerował, by przechodnie poszukali alternatywnej drogi, ponieważ jest otwarte tylko od ósmej rano do dziesiątej wieczorem od poniedziałku do soboty i uprasza się o niejeżdżenie na rowerach w tunelu.
Nie zdawałem sobie sprawy, że czekam na statek płynący do centrum miasta, ale kiedy się zjawił, wsiadłem na pokład. Katamaran oferował trzydzieści procent zniżki od ceny biletu, która była sto trzydzieści procent wyższa od sumy, której się spodziewałem. Mimo to, zapłaciłem i wpuszczono mnie na przeznaczony dla stu pięćdziesięciu turystów statek, którym płynęła obecnie tylko trzyosobowa załoga oraz dwunastu pasażerów. Grupka przyjaciół zajmujących miejsca przy dziobie nosiła koszulki oznajmiające, że Życie To Punk, a ich fryzury – w dawnych czasach symbol rangi w wojowniczych plemionach – obecnie noszono po to, by zatruwać życie uciążliwym matkom. Gestykulowali z rozmachem, rozmawiając głośno o tym, jakie to jest wspaniałe, a tamto okropne. Byli w wieku, w którym wszystko musi być takie albo takie, bez niczego pośrodku.
W pobliżu rufy mężczyzna obejmował kobietę, by osłonić ją przed zimnym wiatrem wiejącym od rzeki, gdy płynęliśmy na zachód. Oboje się nie odzywali. Nie musieli tego robić. Pośrodku dwie kobiety trzymające w rękach przewodniki po Londra wystawiały głowy przez okno, radośnie oznajmiając, że poznają Big Bena, pałac Buckingham, Londyńskie Oko i Hampstead Heath.
Stałem sam na pokładzie. Czułem smak soli i zapach rzeki, a także wibrację silnika pod nogami. Wiedziałem, że dzisiejszej nocy mógłbym zrobić prawie wszystko, ale nie miałem na nic szczególnej ochoty.
– Czasami ludzie przychodzą tu, by się oczyścić – odezwała się nagle.
W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy, że słowa są skierowane do mnie, ale po chwili wyczułem obok czyjeś oczekiwanie. Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Stała obok mnie, wspierając ręce na relingu. Włosy fruwały wokół jej twarzy, plącząc się na wietrze. Jej spojrzenie spłynęło po mnie, jak olej po jedwabiu.
– Słucham? – wyjąkaliśmy.
– Nie chodzi mi o fizyczną czystość – dodała, wzruszając ramionami. – Raczej o tę... wewnętrzną. Rzeka spłukuje nasze grzechy.
Nie miałem nic do powiedzenia, ale to najwyraźniej jej nie przeszkadzało. Wyciągnęła do mnie rękę.
– Meera – przedstawiła się radosnym tonem.
Uścisnęliśmy jej dłoń. Rękawiczka bez palców skrywała blizny na wewnętrznej powierzchni naszej dłoni.
– Matthew – odrzekłem.
W chwili, gdy nasze ręce się zetknęły, poczuliśmy mrowienie na skórze oraz ból z tyłu zębów. Spojrzała nam w oczy. Jej tęczówki miały kolor świeżych kasztanów upstrzonych żółtymi plamkami. Przez chwilę sytuacja mogła się rozwinąć na różne sposoby.
Wzmocniła uścisk, a potem rozluźniła palce i odwróciła wzrok, spoglądając na rzekę i miasto.
– Zauważyłam to – wyjaśniła od niechcenia, jakby oznajmiała, że przyniesiono śniadanie. – Latarnie ciemnieją, kiedy pod nimi przechodzisz.
– Czy dlatego ze sobą rozmawiamy?
Uśmiechnęła się i pokręciła głową.
– Nie.
– W takim razie, dlaczego?
– Tylko my na tym statku jesteśmy samotni. Pomyślałam sobie, że moglibyśmy pobyć samotni razem.
Powiedziała mi, że jest analitykiem ryzyka i pracuje na Isle of Dogs. W większość wieczorów ludzie pracujący w jej firmie szli razem się napić – szampan, kluby, muzyka. Czasem poświęcali wieczory na pracę zespołową – paintball, wiosłowanie, nauka gry na ukulele.
– Na ukulele?
– To bardzo łatwy do opanowania instrument. Zbieramy się i gramy: praca zespołowa połączona z muzyką. Paintball nie jest już taki dobry. W moim biurze pracuje sporo bardzo agresywnych mężczyzn.
Dzisiaj jej koledzy postanowili się wybrać do klubu ze striptizem i po raz pierwszy zaprosili również ją.
– I co?
– Było głośno i nudno. Nie czułam się zainteresowana.
A więc po prostu sobie poszła?
Tak. Postarała się, żeby wszyscy ją zobaczyli, siedziała razem z chłopakami, wydawała odpowiednie dźwięki, a nawet zapłaciła Ukraince pięćdziesiąt funtów za taniec, ale gdy kumple byli już tak pijani, że nic już nie zauważali i było im wszystko jedno, wymknęła się nad rzekę.
– Tu mogę być sobą – wyjaśniła.
Nie powiedziałem nic. Intymne wyznania nigdy nie były naszą mocną stroną. Minęliśmy Rotherhithe, nowe apartamentowce z cegły oraz zaadaptowane z nabrzeży budynki, których nazwy – srebrne, armatnie, pieprzowe – opowiadały o ich historii, podobnie jak czarne żurawie nadal wbudowane w ściany.
– Mam ciotkę, która jest czarownicą – oznajmiła Meera. – Albo wiedzącą. Chyba i jedną, i drugą. Pochodzi z Chennai i tam praktykuje. To ona mnie w to wciągnęła.
– Często praktykujesz?
– Nauczyła mnie drobnych uroków i zaklęć. Poprawa urody, tanie amulety, piękne sny, nic szczególnego. To było w zasadzie wszystko. A co z tobą? Dlaczego masz takie niebieskie oczy?
Zawahałem się.
– To skomplikowana sprawa.
– Jestem zainteresowana.
– Bardzo skomplikowana.
– Swą nieśmiałością sprawiasz, że twoja opowieść rośnie w mojej wyobraźni. Czy prawda może być znacznie bardziej niezwykła niż to, co sobie wyobrażam?
– Prawda jest dziwniejsza od fikcji – zasugerowałem.
– Widzę smoki – odparła. – Smoki, wulkany, przygody i półbogów. Czy jestem blisko?
– Wszystko poza aktywnością tektoniczną.
– Wcale nie jesteś nieśmiały. – Radosny ton ani na moment nie opuszczał jej głosu. – Być może smutny? A może to strach? Ale nie nieśmiałość.
Umilkliśmy. Za zakrętem rzeki pojawił się Tower Bridge, cały z niebieskiego metalu i jasnożółtego kamienia. Na północy światła w oknach Wapping już zgaszono, pomijając widoczny gdzieniegdzie fluorescencyjny blask w kuchni albo niebieskoszarą łunę nocnego filmu.
– To było wszystko? – zapytałem po chwili.
– Było? – powtórzyła figlarnym tonem.
– Powiedziałaś: „To było w zasadzie wszystko”. To sugeruje, że teraz potrafisz dzięki swej magii dokonać więcej. Co się zmieniło?
Nie odpowiedziała.
– Daj mi rękę – zażądała po pewnym czasie.
Zawahałem się, ale na jej twarzy pojawiła się poważna mina, mimo że pozostał na niej uśmiech. Wsunąłem dłoń w rękę Meery. Czułem pod rękawiczką jej skórę, zimną od rzecznego wiatru. Białka jej oczu miały żółtawy kolor, którego nie powinno tam być. Nie potrafiłem określić, skąd się wziął. Zaczerpnęła głęboko tchu, a gdy jej płuca były już pełne, wciągnęła w nie jeszcze trochę powietrza. Wtedy poczułem zmianę.
Zaczęła się od dźwięku. Najpierw wszystko ucichło, jakby odgłosy płynącego statku się oddaliły, pozostawiając tylko plusk wody uderzającej o kadłub. Potem pojawiły się nowe, zajmując ich miejsce, ale zagłuszał je hałas tego, co jest tu i teraz. Poskrzypywanie masztów, trzask targanej wiatrem tkaniny, łopot żagli. Wytężyłem słuch i dotarły do mnie głosy z brzegu, nawołujące z akcentem z East Endu naczelnika portu, by jak najszybciej przyszedł na przystań, ostrzegające cholernego starego durnia, żeby patrzył pod nogi, nakazujące marynarzom i portowym dziewczynom ­zrobić ­przejście, a właśnie przybyłemu statkowi z Indii zaczekać na swoją kolej, bo jest do wyładowania dziesięć ton mięsa, które się zepsuje, jeśli szybko nie trafi na targ. A gdy spojrzałem na brzeg, zobaczyłem, że w oknach zaadaptowanych z magazynów budynków zapalają się migotliwe świece i lampy, a na wodzie wokół nas unosi się chyba ze sto stateczków – łodzie rybackie prowadzone jednym punktem żarzącego się światła, zwisającym za rufą, oraz piloci i przewoźnicy na swych małych łódkach pomalowanych na kolor zielonego szlamu z kanałów. Milczące żurawie na brzegach rzeki były cały czas w ruchu. Drewniane pomosty wysuwały się nad wodą z miejsc, gdzie powinno być kamienne nabrzeże. Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale Meera zacisnęła mocniej palce, by mnie uciszyć. Gdy przepływaliśmy pod Tower Bridge – most był tylko cieniem nad nami – zauważyłem łodzie tłoczące się wokół Tower, a na niebie krążyło tysiąc rozwrzeszczanych kruków, tańczących nad naszymi głowami niczym tornado. Widzieliśmy je jednak tylko my dwoje. Spojrzałem w górę rzeki i zobaczyłem, że London Bridge ugina się pod ciężarem przylepionych do jego boków budynków – domów z muru pruskiego i pokracznych chałup.
– Meero... – zacząłem, ale mój głos nagle się urwał.
Nad rzeką uniosła się mgła, spowijając statek. Jakimś cudem dźwięki nadal się w niej rozchodziły. Słyszałem turkot drewnianych kół na bruku, bicie w kościelne dzwony oznajmiające godzinę, grzechotkę straży nocnej, ryczenie zaniepokojonego osła, krzyki dobiegające z gospody na południowym brzegu.
– Meero! – błagałem. – Musisz to powstrzymać!
Nie słyszała mnie. Jej twarz rozświetlał zachwyt, upstrzone żółtymi plamkami oczy błyszczały, a palce zaciskała boleśnie mocno. Mój wzrok przyciągnęła widoczna na północy łuna. W mroku za wypełniającą horyzont linią krzywych domów wspierających się o siebie pojawiły się płomienie. Pożar szerzył się z każdą chwilą i London Bridge nad nami wypełniał tłum pozbawionych twarzy ludzi – dzieci płakały, kobiety krzyczały, w powietrzu unosiły się popioły, a niebo przesłonił dym.
– Meero! – zawołałem. – Musisz przestać. Posunęłaś się za daleko, to...
Wtem statek odskoczył w bok, uderzając o coś dolną częścią kadłuba. Zauważyłem nakrytą płóciennym daszkiem barkę. Przy wiosłach trudziło się dwóch mężczyzn, odzianych w kaftany, rajtuzy, buty ze sprzączkami i czapki z daszkiem. Wszyscy unosili wzrok. Na moście były cztery głowy, zatknięte w szeregu na palikach. Języki miały wywalone, oczy skierowane ku górze, a z szyj, gdzie topór uderzył kilkanaście razy, by przeciąć kręgosłup, nadal spływały zygzakowate strużki krwi. Głowy zdrajców zdobiące paliki. Na przybrzeżnych płyciznach unosiło się mnóstwo świeżych śmieci, a niedaleko stąd miasto się kończyło. Zobaczyłem na moście chłopaka i usłyszałem krzyk.
Uniosłem wzrok i przez moment – króciutki moment – patrzyłem nieznajomemu prosto w oczy. Nie mógł liczyć sobie więcej niż dziewiętnaście lat. Nosił oprychówkę, jego twarz była brudna od ziemi i trocin, i – Boże zmiłuj się – miał zatknięty za pas sztylet, mieszek u boku oraz żelazne guziki przy marynarce. Kiedy spojrzał na rzekę, wychylając się przez barierkę, zobaczył mnie, a ja ujrzałem jego.
Pokład pod moimi stopami zrobił się zimny, mroźny jak Arktyka. Oddychałem powoli, zbyt powoli, mój oddech kondensował się w powietrzu, z moich stóp i koniuszków palców odpływało czucie, a na plecach czułem ciężar, nacisk spychający mnie w dół. Rzeka była szeroka, mroczna i czarna, gotowa nas pochłonąć. Zacisnęliśmy zęby i z całą siłą, każdą uncją mocy, jaka nam pozostała, złapaliśmy za nadgarstek Meery i uwolniliśmy palce. Oddech kobiety zmieniał się w parę w powietrzu, a twarz promieniała radością i zachwytem. Złapałem ją za barki i potrząsnąłem. Spróbowałem krzyknąć, ale moje słowa zaginęły we mgle. Popchnąłem Meerę pod reling i, w chwili zamieszania, złączyłem jej dłonie ze sobą z ostrym klaśnięciem.
Rozległ się dźwięk. Był zbyt cichy, by go usłyszeć, wyczułem go jednak. Gdyby wieloryby płakały, tak właśnie by to brzmiało, ­gdyby oceany potrafiły mówić, to byłby ich język. Dźwięk przeszedł przez nasz brzuch i wydostał się na zewnątrz po drugiej stronie. Był przeszywającą powietrze falą, która rozerwała mgłę na strzępy. Przez chwilę wszystko wracało do poprzedniego stanu. Chłopak, którego widziałem na moście, umknął, domy rozciągały się pośród nocy, świece migotały w oknach, szczury pierzchały spod końskich kopyt, pożary rozjarzały się i gasły, pozostawiając po sobie chmury popiołu, kominy wyrastały, dym przesłaniał firmament, błotniste brzegi ustępowały miejsca kamiennym wałom, przez chwilę niebo przeszukiwały reflektory, a w oddali na nabrzeża East Endu spadały bomby. Potem nawet ta iluzja się rozproszyła. Czas się rozluźnił, wypuścił powietrze z płuc i wrócił na swe zwykłe miejsce. Gdy czar prysł, zachwiałem się i wpadłem na Meerę, która złapała za reling, by nie stracić równowagi. Była zdyszana, jej twarz błyszczała od potu, ale uśmiechała się szeroko, a jej ramiona drżały od z trudem powstrzymywanego śmiechu. Nasz katamaran przepływał pod Southwark Bridge, zmierzając ku srebrzystej iglicy mostu między Katedrą Świętego Pawła a Tate Britain. Silniki pracowały coraz wolniej. Statek zmierzał ku przystani. Nic z tego, co ujrzałem, nie wpłynęło na niego w żaden sposób.
– Widziałeś? – spytała kobieta. – Czy widziałeś, czy widziałeś?
– Meero! – wychrypiałem. – Nie możesz robić takich rzeczy, naprawdę nie możesz. Jak ci się udało tego dokonać?
Klasnęła w dłonie jak dziecko, omal nie podskakując z radości.
– To tutaj jest! Wszytko to nadal tu jest, wszystko, jeśli uważnie przyjrzeć się miastu zbudowanemu na kolejnych warstwach. Czy to słyszysz? Czy słyszysz to przez cały czas, to zawsze tu jest, czy to widzisz?
Zimna noc wydawała się ciepła w porównaniu z miejscem, w którym przed chwilą byliśmy. Nogi pode mną drżały.
– To niemożliwe – wyjąkałem. – Nikt nie powinien być w stanie robić takich rzeczy, nikt! Jak tego dokonałaś?
– Przestań zrzędzić – odparła. – Czy to nie było niewiarygodne?
Rozpostarła szeroko ręce i przez chwilę obawiałem się, że znowu przywoła tamte obrazy. Złapałem ją za palce i przyciągnąłem jej ręce z powrotem do ciała.
W jakiś sposób spowodowało to, że znaleźliśmy się tuż obok siebie. Nadal ściskałem jej dłonie. Zawahaliśmy się, czując w brzuchu dziwne pociągnięcie. Ona również znieruchomiała. Patrzyła nam prosto w oczy, nie okazując strachu. Bardzo niewielu potrafi w nie spojrzeć i się nie bać. To, co zamierzałem jej rzec, gdzieś nagle zniknęło.
– To było... tak – usłyszałem własny głos. – Masz rację. To było niewiarygodne. Obiecaj mi, obiecaj, że już nigdy tego nie zrobisz.
– Dlaczego?
– Taka moc, tego rodzaju magia, nie powinna istnieć. Nie możesz robić takich rzeczy. Spłoniesz. Pójdziesz za daleko, zostaniesz zbyt długo i spłoniesz. Obiecaj mi, że już nie będziesz.
Zwlekała z odpowiedzią nieco za długo.
– Ach, to słodkie, że mój los cię obchodzi – rzekła wreszcie figlarnym tonem.
Być może mogliśmy powiedzieć coś innego.
Ale chwila minęła.
– Teraz rozumiem – ciągnęła. – Jesteś jednym z tych facetów, którzy wstają, gdy do pokoju wchodzi dama, i nie lubią, by kobiety same szły na przystanek autobusowy. Prawdziwy rycerz w lśniącej zbroi.
Nasze palce nadal były splecione i wcale nie chciały się rozłączyć. Gdy Meera się uśmiechnęła, w kącikach jej oczu pojawiły się zmarszczki.
– Przestraszyłam cię? – zapytała, gdy statek minął zakręt, zmierzając ku Oxo Tower. – Czy się wtedy bałeś?
– Czy dostanę punkty, jeśli skłamię? – zapytałem.
– Obchodzi cię mój los i zależy ci na punktach? Zaczynam podejrzewać, że kierują tobą ukryte motywy.
– Nie chciałem sugerować...
– Nie rozmawiałabym z tobą, gdybyś chciał.
– Czy tak właśnie traktujesz wszystkich nieznajomych spotkanych na statku? – zapytałem.
– Tak.
– Widzisz, tego właśnie się boję.
– Ale ty jesteś pierwszym, któremu pokazałam magię – dodała. – Czy byłeś pod wrażeniem?
– Szczerze mówiąc, tak. Nigdy więcej tego nie rób.
– Bałeś się?
– Szczerze mówiąc, tak. I, korzystając z okazji, chciałbym dodać: nigdy, przenigdy więcej tego nie rób.
Otworzyła szerzej oczy i cofnęła się o pół kroku, chcąc lepiej mi się przyjrzeć.
– O mój Boże! – zawołała. – Nie bałeś się o siebie, prawda?
– Byłbym dość głupi, gdybym się nie bał.
– Tak, i, niestety, ponieważ jesteś dość głupi, brak ci inteligencji, by umieć dobrze kłamać.
– Studiuję tę sztukę, gdy tylko mam okazję.
Roześmiała się, zaciskając palce w moim uścisku.
– Już prawie dotarliśmy na miejsce – stwierdziła. – Jesteś słodki. Niektórzy faceci próbują być słodcy, bo myślą, że kobiety rozklejają się od tego. Myślą sobie: „Cholera, z rozumem u mnie kiepsko, z mięśniami też nieszczególnie, nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc popróbuję słodkości”.
– Większość ludzi nie uważa mnie za „słodkiego” – odparłem. Wypowiedzenie tego słowa przyszło mi z trudnością.
– A za jakiego?
– Z reguły nie widzą zbyt wiele poza tytułem służbowym.
– A jak on brzmi?
– Obrońca miasta – odparłem ze wzruszeniem ramion.
– Widzisz, o co mi chodzi? To takie słodkie, że można by to nadziać na patyk i nazwać watą cukrową. Ale nie staraj się zbyt mocno. To tylko zepsuje efekt.
Statek podpływał już bokiem do następnej przystani. Na wprost nad nami Londyńskie Oko – zbudowane jako tymczasowa atrakcja, a mające przetrwać aż po kres wieków – lśniło bladofioletowym blaskiem, a jego ciemne kabiny pełzły w ślimaczym tempie przez noc. Po drugiej stronie rzeki budynki Parlamentu spowijało jaskrawopomarańczowe sodowe światło, a na wieżach widniały niebieskie i zielone punkciki. Rzeka toczyła swe wody na wschód, unosząc ze sobą smrody miasta. Po jej powierzchni przesuwały się potężne fale, przypominające gładkie grzbiety ukrytych pod powierzchnią wielorybów.
Meera zapytała, dokąd idę.
Odpowiedziałem, że nie wiem.
Oznajmiła, że mieszka niedaleko.
Odparłem, że mam dużo pracy.
– No pewnie, o tej porze – skwitowała.
Chciałem jej powiedzieć: „Posłuchaj, to nie tak, jest mnóstwo naprawdę ważnych powodów, dla których powinienem teraz pójść do miasta i znaleźć jakąś miłą noclegownię dla bezdomnych, by spędzić w niej noc, jak zwykle robię, albo może jakieś osłonięte przed wiatrem drzwi, czy coś w tym rodzaju. Bardzo miło było cię poznać, ale lepiej bądź ostrożna z magią, bo to jest syf, z którym naprawdę nie chciałabyś mieć do czynienia, a choć to było piękne, wiązało się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, więc, proszę, nigdy więcej tego nie rób. No to cześć. Może się jeszcze kiedyś spotkamy. Kto wie”.
– Tak jakby – odparłem jednak.
Usłyszawszy tak natchnioną prozę, miałaby pełne prawo sobie pójść.
Ale tego nie zrobiła.
My też nie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-10-30 (381 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej