Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wyrok na Wyrocznię
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Stacja Jedenaście'' - Emily St. John Mandel



Niedokończona lista:

Nigdy więcej nurkowania do podświetlonego na zielono basenu z chlorowaną wodą. Nigdy więcej meczów baseballowych w świetle reflektorów. Nigdy więcej przyciągających ćmy lampek na ganku podczas letnich nocy. Nigdy więcej pociągów sunących pod powierzchnią miast, zasilanych oszałamiającą mocą trzeciej szyny. Nigdy więcej miast. Nigdy więcej filmów, poza tymi rzadkimi okazjami przy prądnicy, która zagłusza połowę dialogów, a to i tak tylko na początku, przez krótki czas, aż skończyło się paliwo, bo benzyna do samochodów psuje się po dwóch, trzech latach. Benzyna do samolotów jest trwalsza, ale trudna do zdobycia.
Nigdy więcej na pół podświetlonych ekranów, kiedy ludzie podnoszą swoje telefony ponad tłum, żeby zrobić zdjęcie w czasie koncertu. Nigdy więcej koncertowych scen z jaskrawymi światłami, nigdy więcej muzyki elektronicznej, punka, gitar elektrycznych.
Nigdy więcej lekarstw. Nigdy więcej pewności, że przeżyjesz zadrapanie na dłoni, zadraśnięcie palca podczas krojenia warzyw na obiad, ugryzienie przez psa.
Nigdy więcej lotów. Nigdy więcej miast widzianych z lotu ptaka, tych rozjarzonych małych punkcików. Nigdy więcej spoglądania w dół i wyobrażania sobie tych ludzi, których życie było rozjaśniane przez te światła. Nigdy więcej samolotów, nigdy więcej próśb o podniesienie stolików do pozycji pionowej – choć nie, to nieprawda, jest jeszcze parę samolotów. Tkwią nieruchomo na pasach startowych i w hangarach. Zbierają śnieg na skrzydłach. W zimnych miesiącach były idealnym miejscem do przechowywania żywności. Z kolei latem te w pobliżu sadów były wypełniane skrzyniami owoców, które potem były suszone na słońcu. Nastolatki wymykały się do samolotów na seks. Rdza kwitła i rozrastała się.
Nigdy więcej państw. Wszystkie granice zostały zniesione.
Nigdy więcej straży pożarnej, nigdy więcej policji. Nigdy więcej służb drogowych, czy zbierania śmieci. Nigdy więcej statków kosmicznych wzbijających się z Przylądku Canaveral, z kosmodromu Bajkonur, z Vandenberga, Plesiecka, Tanegashimy, przedzierających się przez atmosferę w przestrzeń kosmiczną.
Nigdy więcej Internetu. Nigdy więcej serwisów społecznościowych, nigdy więcej przewijania przez długą litanię marzeń, rozedrganych nadziei, zdjęć jedzenia, błagań o pomoc, wyrazów radości, statusów związków z ikonką złamanego albo całego serca, planowanych spotkań, próśb, narzekań, pragnień, zdjęć niemowlaków przebranych za misie albo papryki na Halloween. Nigdy więcej czytania i komentowania życia innych, dzięki którym można się było poczuć odrobinę mniej samotnie w swoim pokoju. Nigdy więcej awatarów.


* * *



Epidemia grypy, która eksplodowała niczym bomba neutronowa po powierzchni Ziemi, a po niej długi okres szoku. Pierwsze nie do opisania lata, podczas których wszyscy podróżowali, jeszcze zanim zrozumieli, że nie ma miejsca, do którego mogliby się udać i w którym wciąż trwałoby życie, jakie znali, aż w końcu zaczęli się osiedlać gdzie się dało, ściśnięci razem dla bezpieczeństwa na parkingach, w byłych restauracjach i starych motelach. Członkowie Podróżującej Symfonii zaczęli poruszać się pomiędzy tymi osadami zmienionego świata już pięć lat po upadku, kiedy to dyrygent zebrała paru znajomych z orkiestry wojskowej i razem opuścili bazę powietrzną, w której mieszkali i wyruszyli w nieznane.
Do tego czasu większość ludzi już się gdzieś osiedliło, ponieważ paliwo zepsuło się w Trzecim Roku, a nie można chodzić w nieskończoność. Po sześciu miesiącach podróżowania od miasta do miasta – słowo „miasto” jest tu nad wyraz łaskawe, niektóre z tych miejsc składały się z trzech, czterech rodzin mieszkających razem na parkingu – orkiestra spotkała na swojej drodze trupę aktorów szekspirowskich pod przewodnictwem Gila. Uciekli z Chicago, przez parę lat pracowali na farmie i byli ponownie w podróży od trzech miesięcy. Zatem orkiestra i trupa aktorów połączyły się w jedną grupę.
Rzadko spotykali innych podróżnych. Jak już, to głównie handlarzy, wiozących rozmaitości pomiędzy miastami. Symfonia grała muzykę – klasyczną, jazz, instrumentalne aranżacje popowych hitów z czasów przed upadkiem – i wystawiała Szekspira. W ciągu pierwszych paru lat wystawiali też bardziej nowoczesne sztuki, ale co było zdumiewające i czego nikt się nie spodziewał, ich widownia wydawała się woleć Szekspira.
-  Ludzie pragną tego, co było najlepsze w starym świecie – skwitował to Dieter. On sam miał trudności z zaakceptowaniem teraźniejszości. Na studiach grał w kapeli punkowej i bardzo tęsknił za dźwiękiem elektrycznej gitary.
Od St. Deborah Przy Wodzie dzieliło ich mniej niż dwie godziny drogi. Próba Króla Leara została przerwana jakoś w połowie czwartego aktu. Wszyscy byli zmęczeni, a w takim upale tym łatwiej było się zirytować. Zatrzymali się, żeby dać odpocząć koniom. Kirsten, która nie miała ochoty na spoczynek, odeszła trochę dalej, żeby porzucać nożami w drzewo. Rzucała z odległości pięciu kroków, potem dziesięciu, na końcu dwudziestu. Lubiła to uczucie satysfakcji, gdy ostrze wbijało się w drewno. Kiedy Symfonia ruszyła dalej, wspięła się na tył drugiej karawany, w której Alexandra odpoczywała i zszywała kostium.
-  No więc – Alexandra podjęła temat poprzedniej rozmowy – kiedy zobaczyłaś ekran komputera w Traverse City...
-  Co z nim?
W Traverse City, ostatnim mieście, w którym byli, pewien wynalazca zbudował system elektroniczny na strychu. Był to rower stacjonarny i kiedy się na nim energicznie jeździło, to można było zasilić laptop. Dość skromne urządzenie, ale wynalazca miał co do niego większe ambicje: celem nie była energia elektryczna, a odnalezienie Internetu. Kilkoro młodszych członków Symfonii podekscytowało się jego planami, przypomnieli sobie zasłyszane historie o Wifi i o trudnym do wyobrażenia iCloud. Zastanawiali się, czy Internet może gdzieś tam jeszcze istnieje, jako niewidzialne punkciki światła zawieszone w powietrzu wokół nich.
-  Czy był taki jak pamiętałaś?
-  W sumie to nie pamiętam, jak wyglądały ekrany komputerów – przyznała Kirsten.
-  Jak możesz nie pamiętać czegoś tak pięknego?
-  Miałam osiem lat.
Alexandra przytaknęła, choć była wyraźnie niezadowolona z odpowiedzi, a ponadto w pełni przekonana, że gdyby to ona zobaczyła ekran komputera w wieku ośmiu lat, to z całą pewnością by to pamiętała.


* * *



Czasem członkom Symfonii wydawało się, że to co robili, było wręcz szlachetne. Były chwile przy ognisku, kiedy ktoś mówił coś inspirującego o roli sztuki w życiu i potem wszyscy lepiej spali w nocy.  Były też jednak chwile, podczas których ich życie wydawało się tak ciężkie i żmudne, niewarte tego całego wysiłku. Kiedy musieli rozbijać obóz między miasteczkami, kiedy straszono ich bronią we wrogich miejscach, kiedy podróżowali w śniegu, czy w deszczu przez niebezpieczne tereny, grupa aktorów i muzyków trzymających pistolety i łuki, ich konie wydychające wielkie obłoki pary, chwile, podczas których byli zziębnięci, przerażeni, a ich stopy były całe mokre. Albo chwile takie, jak ta, kiedy lipcowy upał był już nie do wytrzymania, otaczał ich sam las, maszerowali już od wielu godzin w ciągłym lęku, że zaraz napadnie na nich obłąkany prorok ze swoimi ludźmi, a teraz, żeby odwrócić uwagę od strachu, zaczęli się sprzeczać.
-  Po prostu uważam, że cytat na pierwszej karawanie byłby o wiele bardziej głęboki, gdybyśmy nie wzięli go ze Star Treka – stwierdził Dieter, w dwanaście godzin po opuszczeniu St. Deborah Przy Wodzie. Szedł obok Kirsten i Augusta.
Samo przetrwanie nie wystarcza. Kirsten wytatuowała sobie te słowa na lewym przedramieniu, kiedy miała piętnaście lat i od tego czasu wykłócała się o nie z Dieterem. Dieter żywił silną niechęć do wszelkich tatuaży. Mówił, że widział kiedyś, jak mężczyzna umarł przez zakażenie spowodowane tatuażem. Kirsten miała też wytatuowane dwa małe noże na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka, ale z tymi Dieter nie miał takiego problemu, bo były o wiele mniejsze i symbolizowały konkretne wydarzenia.
-  Tak, doskonale znam twoje zdanie na ten temat – odparła Kirsten. – Ale to wciąż jeden z moich ulubionych tekstów na świecie.
Kirsten uważała Dietera za jednego ze swoich najlepszych przyjaciół. Na przestrzeni lat ta sprzeczka o tatuaże straciła na ostrości i stała się tematem koleżeńskiego przekomarzania się.
Był już ranek, słońce dopiero ledwo widoczne nad drzewami. Symfonia maszerowała przez większość nocy. Kirsten bolały nogi i była aż otępiała ze zmęczenia.
-  I w tym tkwi cały problem – kontynuował Dieter. – Najlepsza szekspirowska aktorka w terytorium, a jej ulubiony tekst pochodzi ze Star Treka.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2015-11-05 (559 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej