Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ścieżka bohatera
 
Katalog - dodano
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 Cała Orsinia
- Ursula K. Le Guin
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księga strachu #1

Krew na ich rękach - Jakub Ćwiek


— To nasi tak go załatwili? — zapytał Russo, gapiąc się na leżącego w wodzie trupa.
Wzruszyłem ramionami. Jedynym sposobem, by się tego dowiedzieć, było odwrócenie ciała. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał to zrobić, ale jakoś nie mogłem się do tego zebrać.
— Jak chcesz, to go zapytaj — rzuciłem, siląc się na wesołość. Strzyknąłem śliną i poprawiłem pasek plecaka. — Tylko najpierw wyjmij mu głowę z wody, bo usłyszysz tylko bulgot.
Russo skrzywił się, wciąż nie odrywając wzroku od ciała. Przyglądał się martwemu Charliemu z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji. W za dużym hełmie, który opierał mu się na uszach, i z lekko zmarszczonym piegowatym nosem, wyglądał na nie więcej niż piętnaście lat. W rzeczywistości kilka dni wcześniej skończył dziewiętnaście. Chłopcy nawet urządzili mu imprezę z okazji urodzin, dokładnie miesiąc od dnia, w którym rozpoczął służbę.
— Zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz widział nieświeżego trupa, dzieciaku — stwierdziłem. — Zapewniam cię, że jeszcze parę ich tutaj zobaczysz, a niektóre będą wyglądać gorzej niż ten.
Pozdrowiłem machnięciem ręki Cartera, który wyłonił się z krzaków po drugiej stronie rzeki.
Tamten w odpowiedzi pokazał mi wyprostowany serdeczny palec i wyszczerzył się w kretyńskim uśmiechu. Właściwie nie spodziewałem się po nim niczego innego.
— Ja wiem, tylko...
— Znajdź sierżanta — wszedłem mu w słowo. — Powiedz, że natknęliśmy się na zwłoki, i zaznacz, że nieszczególnie świeże. Ja tu zaczekam.
Chłopak pokiwał głową i zniknął w zaroślach. Wsparłem karabin o pobliskie drzewo i podniosłem leżący nieopodal drąg. Ostrożnie odwróciłem nim trupa.
Ledwie go ruszyłem, rozległo się głośne pierdnięcie i zgromadzone w topielcu gazy wydostały się na zewnątrz. Smród, słodki jak zgniłe jabłka, był tak intensywny, że odruchowo zgiąłem się wpół.
Z przeciwnego brzegu dobiegł mnie stłumiony chichot Cartera. Wiedziałem, że śmieje się ze mnie, a z nim pewnie ukryta w krzakach reszta plutonu, ale w owej chwili zupełnie mi to wisiało. Czułem się tak, jakbym wypluwał własny żołądek.
Gdy udało mi się dojść do siebie, znowu miałem obok siebie Russo, a także sierżanta Dutcha, Kravitza, Collinsa i dwóch z uzupełnienia. Marquez i O'Tunner zawsze wszędzie łazili razem i podobno mieli się ku sobie, choć nikt ich nigdy na niczym nie przyłapał.
Wszyscy oni stali w pewnej odległości, i każdy zatykał sobie nos, ale nikt oprócz mnie nie puścił pawia. Zrobiło mi się głupio, więc gwałtownie się wyprostowałem, otarłem usta rękawem i splunąłem.
— Musiał zginąć parę dni temu — powiedziałem. — Ciało jest już w zaawansowanej fazie rozkładu...
Mniej więcej w połowie zdania zorientowałem się, że bredzę, nikt mi jednak nie przerwał. Nawet Collins, mimo że był medykiem, a w cywilu podobno niezłym chirurgiem, ograniczył się tylko do lekkiego uśmiechu.
„Parę dni?” — mówił ten grymas. „W dżungli? Przy tej temperaturze?”.
— ...Oprócz tego czysto, sierżancie — zakończyłem składanie tego pospiesznego raportu.
Miałem w ustach ohydny smak i musiałem się natychmiast napić. A Carter, jak na złość, był na drugim brzegu.
Dutch skinął głową i podszedł pewnym krokiem do ciała.
Przyglądaliśmy się w milczeniu, jak się pochyla, dobywa noża i rozcina koszulę mundurową martwego Wietnamczyka. Robił to pewnymi ruchami, szybko i sprawnie. Z taką samą fachowością wydłubał z ciała kule, po czym złapał trupa za poły koszuli i wciągnął na brzeg. Diabli wiedzą po co.
— Zbieramy się — powiedział, wstając i wycierając ręce. Wyjęte z ciała kule schował do kieszeni na piersi. — Martwe żółtki nie interesują mnie tak jak żywe. Choć zawsze cieszą.
Ruszyliśmy posłusznie w głąb lasu, ale tego dnia nie spotkaliśmy już ani jednego Charliego.


Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-01 (1628 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej