Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pieszczota nocy
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księga strachu 2 #1

...a szczyt, normalnie, rozpieprzony! - Eugeniusz Dębski


Po śniadaniu Wojtek wyszedł z namiotu—jadalni, potem wrócił, odchylił połę i wywołał mnie na zewnątrz ruchem głowy. I tak miałem wyjść, Jolka popisywała się wiedzą o życiu intymnym Ibisza i wróżyła rychły rozpad związku Dody z bramkarzem Majdanem.
— Coś się stało?
— Słuchaj, mamy trupa! — szepnął Wojtek, rozglądając się nerwowo dokoła.
— Zwariowałeś?!
Wyglądał kiepsko, oczy zapadnięte, czerwone, zapuchnięte, jakby w ogóle nie spał albo miał kacora jak stąd do Nairobi i z powrotem.
— Obudziłem się w nocy, na siku, rozumiesz? Musiałem wyjść, bo mi moja butelka pękła i wyrzuciłem. W namiocie potterów coś się działo, nie chciało mi się podglądać, ale usłyszałem jakieś muczenie, jakby ktoś krzyczał przez zatkane usta. Wychyliłem się zza kamienia, tam, wiesz? I widziałem, przez szczelinę, jak dwaj trzymali jednego, a trzeci go kilka razy uderzył, albo pięścią, albo miał w niej nóż, o tak... — Pokazał pięść, z której między środkowym i serdecznym palcem wystawał kawałek patyka.
— Przestań! Głupi jesteś? To w filmach... się dzie... je...
— Kurwa, mówię ci, co widziałem. — Oddychał chwilę przez nos. — Nie położyłem się już. Widziałem, jak pakowali ciało do wora. Podobnego do tego, jaki my mamy. Czarny, tylko bez logo. Zobaczysz dziś...
— Co zobaczę?
— Jedenaście worów. — Chwycił mnie za ramię i potrząsnął. — Nie kapujesz? Tu nie mogą go zostawić, gdzie ukryją ciało? Zabiorą go w tobołku. Ani nie wiemy, ilu Murzynów z nami idzie, ani ile jest wszystkich worów. Ale ja się im przyglądałem od pierwszej chwili i wiem, jakie mają bagaże. Takich dużych worów zawsze było tylko dziesięć. A dziś, jak będą nas wyprzedzali, licz! I założę się, o nie wiem co, że będzie jedenaście!
Milczałem. Zimne ciarki spłynęły mi od karku do lędźwi. Wojtek albo zwariował, albo miał rację. Tertium non datur...
— Jeśli masz rację, to co możemy zrobić?
— Nie wiem, nic. — Rzucił kolejne spojrzenie w niebo, splunął. — Nas jest dziesięcioro białasów, a ich czternastu, teraz trzynastu. Znają góry, ścieżki, a my nawet nie wiemy, gdzie jest ten szlak do schodzenia...
— Stop! — syknąłem. Zastanawiałem się chwilę. — Na początku trasy Sandra rozmawiała z Paulem o strażnikach, rangersach, chyba w ostatnim obozie...
— Barafu Camp?
— Tak, tam podobno mają swój posterunek?
— Tak. Dobra, ja ją zapytam, tak niezobowiązująco.
— Tylko uważaj, bo to bystra dziewucha, a ty masz gały, jakbyś wchłonął nimi kilo octu.
— Kurwa, stary, przepraszam, ale pierwszy raz w życiu widziałem morderstwo na własne oczy, z odległości czterech metrów!
— No rozumiem... O co im poszło?
— A kij ich wie! — Nerwowo oblizał wargi, kolejny raz przeleciał wzrokiem przestrzeń za mną. — Przecież wiesz, tu bida jest, wystarczy, że ten miał chody w parku i powiedział, że ci inni już nie pójdą na Kili, bo on ma innych, lepszych kumpli, nie?
— No tak...
— A jakby zatelefonować do Arushy czy do którejś z bram do parku?
— A masz numer? Przecież, jeśli zapytasz Gilberta czy któregoś innego o taki numer, to może coś zwęszyć i... — Wymownie zamilkł. Po chwili dodał: — Albo ci z bramy są ze wsi tych, co zabili.
Wydawało mi się, że uczestniczymy w jakimś amatorskim i kiepskim przedstawieniu ze sztampowymi, banalnymi tekstami. Możliwość zamordowania kogoś o sześć czy siedem metrów od mojego namiotu, podczas gdy ja... Gdy ja pieściłem swoją świeżo upieczoną żonę?! Absurd.
Ale Wojtek, a raczej jego stan, nie napawał optymizmem: albo coś naprawdę widział, albo to on jest psycholem. I trzeba będzie na niego uważać jak na bohatera „Psychozy 3”.
Jeśli jednak rzeczywiście stało się coś, co zawsze dzieje się gdzieś daleko od nas, a tym razem stało się tuż obok, i kilku miejscowych zabiło swojaka... Mogą wyrżnąć całą naszą wycieczkę, wytruć, zrzucić gdzieś... Przecież są całe połacie Kilimandżaro, na których stopa ludzka nie staje. Podpisy w księgach są składane z taką nonszalancją, że trzeba by naprawdę silnego sygnału, żeby ktokolwiek zaczął je sprawdzać. A tu mamy wycieczkę dziesięciu osób z egzotycznej Polski, wszystkie formalności załatwiane na pysk, na e—maile z Gilbertem, i nikt w Polsce nie wie o nas nic poza tym, że jesteśmy na Kili. Żadnych papierów i namiarów.
Co tu się dzieje? Ptaki, Rosjanie, morderstwo... I Iwonka dziwnieje.
— Powiemy komuś?
Zastanawiam się chwilę. Nie, to niedobry pomysł. Im więcej osób będzie wiedziało, tym większa szansa, że mordercy się połapią. Z kolei im więcej będzie wiedziało, tym łatwiej będzie się wzajemnie chronić. Ale jak baby wytrzymają taką presję? Przecież durna Jolka od razu poleci z ryjem do Gilberta, albo będzie wytrzeszczała gały na każdego Murzyna, albo dygotała ze strachu, albo odskakiwała od nich. I jeszcze spadnie.
— Słuchaj, a jeśli oni... — Z widocznym wysiłkiem przełknął ślinę. — Jeśli oni będą chcieli się pozbyć świadków?
Kurwa, a ja skąd mam wiedzieć?! Co to ja, pozbywałem się kiedyś?
— Nie, to wykluczone — mówię.
W każdym filmie jest zawsze taki twardziel, który działa dla dobra grupy. Sam ma wątpliwości, sam się boi, ale szlachetnie walczy ze swoimi słabościami. Ja taki będę.
— Musieliby usunąć ślady po dziesięciu osobach, chłopie. I wiesz, bagaże, hotel, bilety...
— Bagaże rozkradną w mig, nawet sprzączka nie zostanie!
Ma, chłop, świętą rację.
— Gówno prawda — mówię z przekonaniem. — Widziała nas masa ludzi na szlaku, rozmawialiśmy z Australijczykami, Angolami, z Ruskimi nawet. Są kwity w hotelach, wpisy do ksiąg na bramie parku Kilimandżaro.
Najpierw widziałem w jego spojrzeniu politowanie, potem ulgę. Kupił to.
— Ale patrz, ostatni dzień, szturm na wierzchołek. — Jednak nie kupił! — Wyruszamy o północy. Skąd wiesz, dokąd nas poprowadzą?
— Nie świruj. Podobno idzie nieustający pochód świecących mrówek. W końcu wszyscy chcą się znaleźć na Uhuru o świcie. Po pierwsze, bo widoki bajońskie, po drugie, bo trzeba jeszcze zejść na trzy tysiące metrów, to daje siedem—osiem godzin wejścia, zejście do obozu — pięć, i dalej znowu pięć albo i sześć, niemal bez przerwy. Przerwa to tylko sam szczyt, zdjęcia, niedźwiadki i karpie.
— A jak nam powie, że idziemy inną trasą?
— Nie pójdziemy inną i już. Zresztą jest tylko jedna i oni wiedzą, że my wiemy, że jest jedna. I wszędzie tłumy ludzi. Tylko nie możemy się zdradzić, że wiemy. I pilnować worów.
Chciałem powiedzieć, że muszę sprawdzić liczbę czarnych tobołów.
A jak poćwiartują ciało? Mogą... kurwa, mogą nam dać coś do żarcia! Ja i tak mało co smaku czuję...
Poczułem, że krew pulsuje mi w skroniach.
— Co się stało, skarbie?
Odwracam się, żeby się uśmiechnąć do Iwony.
Nie, no nie mogę jej nic powiedzieć! Nic!
Pamiętać! Policzyć toboły, kiedy będą nas wyprzedzali pottersi.


Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-01 (1714 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej