Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Na zdrowie
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Ślepe stado'' - John Brunner



PRZEPOWIEDNIA

Nadejdzie dzień taki, że na każdej łące
Bezpieczne zobaczymy dziecko igrające,
Wilk drapieżny nie skoczy nań niespodziewany,
A o lwach się nauczy z ksiąg ilustrowanych.
Z żadnego wiekowego drzewa gałąź, co spróchniała,
Nie spadnie, aby głowy mu nie zgruchotała,
Z puszczy wielkiej zostaną schludne zagajniki,
Pustynie się zamienią w zielone trawniki.
Dzieci zaś na wyprzódki i sepleniąc srodze,
Powiedzą sobie – pierwsze: z Zachodu pochodzę,
Gdzie dziadek mój nad groźnym stanął oceanem
I zmienił go w jezioro trudem okiełznane.
Kolejne zaś odpowie: ja jestem ze Wschodu,
Gdzie niegdyś bestia żarłocznego rodu
Żyła i kły szczerzyła, jeśli wierzyć matce;
Widziałem zresztą taką, lecz zamkniętą w klatce.
Podobnie na Północy, dawniej pod śniegami,
Teraz wielkie domostwa ciągną się rzędami,
Brzmi piękna melodia, to się dziecko śmieje,
Są drogi i telegraf, żelazne koleje.
Takoż Południe – polarne kipiele spienione -
Cóż za cel szlachetny – dziś udomowione.
Marzenia te niezawodnie umysł napędzają
I dzielnych Anglików do działania pchają...

„Christmas in the New Rome”
[Święta w Nowym Rzymie], 1862


MASAKRA

Ścigany?
Przez dzikie zwierzęta?
W biały dzień, na autostradzie do Santa Monica? Obłęd! Istny obłęd!
Prawdziwy archetypowy koszmar: uwięziony, bez tchu, niezdolny się poruszyć, a olbrzymie, złowrogie potwory zbliżają się coraz bardziej. Korek ciągnie się na ponad milę, trzy pasy próbują wcisnąć się w zjazd mający tylko dwa, cuchnąc, tłocząc się i rycząc. Na razie jednak bardziej bał się ucieczki niż pozostania na miejscu.
Lśniące kły odbijały szary połysk chmur. Puma.
Obnażone, wysunięte pazury. Jaguar.
Sprężająca się do skoku. Kobra.
Wiszący na niebie. Sokół.
Wygłodniała. Barrakuda.
Ale gdy w końcu nerwy nie wytrzymały i rzucił się do ucieczki, dopadło go coś całkiem innego. Płaszczka.


ZNAKI CZASÓW

PLAŻA OBJĘTA JEST CAŁKOWITYM ZAKAZEM KĄPIELI
WODA NIEZDATNA DO PICIA
NIEZDATNE DO SPOŻYCIA PRZEZ LUDZI
NALEŻY UMYĆ RĘCE (POD KARĄ GRZYWNY W WYS. 50 DOL.)
DOZOWNIK MASEK FILTRUJĄCYCH
DO JEDNORAZOWEGO UŻYTKU PRZEZ MAKS. 1 GODZ.
TLEN
25 CENTÓW


NIE JEST NAM PISANE

Radio powiedziało:
– Zasługujecie na bezpieczeństwo. Na prawdziwą twierdzę!
Wjazd na parking pod firmą był zablokowany przez autobus, ogromny, niemiec-ki, elektryczny i przegubowy. Wypluwał pasażerów. Philip Mason, czekając niecierpliwie aż odjedzie, nadstawił uszu. Reklama konkurencyjnej korpora-cji?
Przypochlebny głos ciągnął, wsparty niemelodyjnym dźwiękiem wiolonczeli i skrzypiec.
– Zasługujecie na spokojny sen. Na wyjazdy wakacyjne, najdłuższe, na jakie możecie sobie pozwolić, wolne od trosk o pozostawione domostwo. Czyż nie mówi się, że mój dom jest moją twierdzą? Czy nie powinniście tak właśnie się czuć?
Nie. Nie firma ubezpieczeniowa. Jakaś parszywa firma deweloperska. Co w ogóle robi tu ten autobus? Oznaczenia ma z Los Angeles, fakt, odpowiedni kolor, nazwę na boku – ale zamiast tablicy z numerem i końcowym przystan-kiem ma napis WYNAJĘTY, a przez brudne szyby nie widać pasażerów zbyt wy-raźnie. Nic dziwnego zresztą – jego szyba była tak samo brudna. Już miał zatrąbić, ale zamiast tego wcisnął guzik spryskiwacza do szyb. Chwilę póź-niej ucieszył się z tej decyzji – teraz był w stanie dostrzec wewnątrz twa-rze kilkorga znudzonych dzieci – troje czarnych, dwoje żółtych, jedno bia-łe, obok niego kule inwalidzkie. Aha.
Radio gadało dalej:
– Zbudowaliśmy więc dla państwa tę twierdzę. W nocy uzbrojeni ochroniarze pilnują wszystkich bram, przez które można się dostać do osiedla, chronio-nego zwieńczonym kolcami ogrodzeniem. Osiedle Twierdza zatrudnia najlepiej wyszkoloną ochronę. Nasz personel rekrutuje się z policji, a nasi strzelcy wyborowi – z piechoty morskiej.
Której mamy pod dostatkiem, odkąd wykopali nas z Azji. O, autobus wrzucił kierunkowskaz. Przejeżdżając za jego tyłem, zauważył za tylną szybą ta-bliczkę z informacją o najemcy – Ziemski Fundusz Wspólnotowy, Inc. Mrugnął światłami do następnego auta, prosząc o zgodę na przejazd przed nim. Zgodę dostał, przyśpieszył – i moment później znów musiał ostro hamować. Przez wjazd przechodził inwalida, nastoletni chłopak-Azjata, najpewniej Wietnam-czyk, z jedną nogą podkurczoną i przygiętą do uda, ręce szeroko rozłożone, żeby utrzymać równowagę w czymś w rodzaju aluminiowego balkoniku z licznymi paskami.
Z Haroldem, dzięki Bogu, nie jest aż tak kiepsko.
Wszyscy uzbrojeni strażnicy – czarni. Pot wystąpił mu na czoło na samą myśl, że mógł przejechać chłopaka pod lufami ich karabinów. Żółty to jak honorowy czarny. Dobrze jest mieć towarzyszy w niedoli. A skoro mowa o to-warzyszach... towarzyszkach? Daj spokój, zamknij się!
– Nie będziecie państwo musieli obawiać się o dzieci – ciągnęło radio. – Opancerzone autobusy codziennie będą odbierać je spod drzwi i zawozić do dowolnie wybranej szkoły. Ani przez chwilę nie pozostaną bez opieki odpo-wiedzialnych i serdecznych dorosłych opiekunów.
Chłopak dokuśtykał na drugą stronę chodnika; Philip był wreszcie w stanie przesunąć się autem do przodu. Ochroniarz zauważył firmową naklejkę na szy-bie i podniósł biało czerwony szlaban. Philip pocił się bardziej niż zwy-kle, bo był potwornie spóźniony – i choć nie była to jego wina, przepełnia-ło go abstrakcyjne poczucie winy, przez które miał wrażenie, że dzisiaj wszystko to jego wina, od zamachów w Baltimore, po komunistyczny przewrót na Bali. Rozejrzał się wokół. Cholera. Wszystko zajęte. Nie było ani jedne-go miejsca, na którym mógłby zaparkować bez pomocy, chyba że poświęci masę drogocennego czasu, żeby się gdzieś mozolne wcisnąć.
– Będą się bawić w klimatyzowanych salach zabaw – obiecywało radio. – A ewentualna pomoc medyczna będzie na miejscu przez dwadzieścia cztery godzi-ny na dobę, i to po bardzo niskich, kontraktowych stawkach!
W sam raz dla kogoś zarabiającego sto tysięcy rocznie. Dla większości z nas nawet kontraktowe stawki są zaporowe – sam dobrze o tym wiem. Co, żaden z tych ochroniarzy nie pomoże mi zaparkować? Cholera, w życiu – wszyscy wra-cają na posterunek.
Wściekły, opuścił szybę i zamachał gwałtownie. Powietrze od razu wywołało kaszel, oczy momentalnie zaszły łzami. Po prostu nie był przyzwyczajony do takich warunków.
– A teraz informacje policyjne – powiedziało radio.
Najbliższy ochroniarz podszedł do niego, bez maski, z miną wyrażającą odro-binę – czego? Zdziwienia? Niechęci? W każdym razie jakąś opinię o palancie, który nie potrafi oddychać zewnętrznym powietrzem, żeby się nie rozkasz-leć.
– Pogłoski, że w Santa Ynez wyszło słońce, są całkowicie bezpodstawne. Po-wtarzam... – rzekło radio. I powtórzyło, ledwie słyszalne przez brzęczenie niewidocznego przez chmury samolotu. Philip wygramolił się z auta, wyciąga-jąc z kieszeni pięciodolarowy banknot.
– Zajmie się pan moim autem? Jestem Mason, menedżer na Denver. Jestem spóź-niony na spotkanie z panem Chalmersem.
Tylko tyle zdążył powiedzieć, zanim zgiął się w kolejnym ataku kaszlu. W głębi gardła piekło go od gryzącego powietrza; wyobrażał sobie, jak tkanki rogowacieją, twardnieją, stają się nieprzenikliwe. Jeśli ta praca faktycz-nie będzie wymagać częstych wycieczek do L.A., trzeba będzie kupić maskę filtrującą. I pieprzyć to, że wygląda się w niej jak ciota. Sam widziałem po drodze, że już nie tylko dziewczyny je noszą.
Radio wymamrotało coś o ekstremalnych korkach na wszystkich wylotówkach na północ.
– Dobra – powiedział ochroniarz, biorąc banknot i zręcznie, jedną ręką, zwijając go w rurkę jak jointa. – Może pan iść. Czekali na pana.
Pokazał ręką podświetloną reklamę nad obrotowymi drzwiami, życzącą światu Wesołych Świąt od firmy ubezpieczeniowej Angel City Interstate Mutu-al.

* * *

Czekali? No, mam nadzieję, że to nie znaczy, że się poddali i zaczęli beze mnie!
Postawił stopy na znakach Wagi, Skorpiona i Strzelca, a obrotowe drzwi po-sapywały wokół niego. Obracały się ciężko – widocznie niedawno wymieniano hermetyczne uszczelki. Za nim było chłodne, wyłożone marmurem foyer, także zdobione zodiakalnymi ornamentami. Przekaz reklamowy Miasta Aniołów opierał się na idei ucieczki przed tym, co komu pisane z urodzenia, i zarówno ci, co brali astrologię poważnie, jak i ci sceptyczni zgadzali się, że całkiem poetyckie wychodziły z tego hasła.
Tu powietrze było nie tylko oczyszczone ale i delikatnie naperfumowane. Na ławeczce, ze znudzoną miną siedziała bardzo ładna dziewczyna o beżowej kar-nacji, w obcisłej zielonej sukience z długim, skromnym rękawem, spódnicą sięgającą eleganckich czółenek na słupku... nie, pardon, na ostrej szpi-li.
Za to z przodu miała rozcięcie prawie do pasa. Co więcej, nosiła łonowe majteczki, z sugerującą włosy kępką futerka w kroczu.
Wczorajszy wieczór w Vegas. Jezus, chyba zdurniałem, wiedziałem, że muszę się wyspać i być w dobrej formie na dzisiaj. Ale wczoraj tak to nie wyglą-dało. Po prostu... Cholera, sam chciałbym wiedzieć. Brawura? Żądza odmiany? Dennie, przysięgam, że cię kocham. Nie zaprzepaszczę tej drogocennej pracy, nawet nie spojrzę na tę dziewczynę!
Chalmers siedzi na trzecim, prawda? Gdzie jest tabliczka z informacją? A, tutaj, za dozownikiem z maskami.
(A z tym wszystkim mieszała się jednak duma, że pracuje dla takiej firmy, która ma na tyle postępowy wizerunek, że dba, by nawet asystentki były ubrane w najmodniejsze stroje. Bo ta sukienka nie była z poliestru czy ny-lonu – to była wełna).
Mimo wszystko trudno było na nią nie patrzeć. Wstała i powitała go szerokim uśmiechem.
– Pan Philip Mason! – Głos miała lekko zachrypnięty. Miło słyszeć, że innym ludziom też szkodzi tutejsze powietrze. Gdyby tylko ten timbre nie był aż tak sexy... – Poznaliśmy się, kiedy był tu pan poprzednio, pewnie pan nie pamięta. Jestem asystentką Billa Chalmersa. Felice.
– Oczywiście, że pamiętam.
Kaszel zwalczony, choć powieki jeszcze delikatnie swędziały. Nie była to pusta uprzejmość – teraz faktycznie ją sobie przypominał, choć ostatni raz był tu latem. Miała wtedy krótką sukienkę i inną fryzurę.
– Czy mógłbym gdzieś umyć ręce? – dodał, unosząc dłonie, żeby pokazać, że naprawdę chodzi mu o mycie.
Były aż jakby oślizłe od unoszących się w powietrzu paskudztw, które prze-śliznęły się przez osadnik w samochodzie. Nie był przewidziany, by radzić sobie w Kalifornii.
– Jasne! W korytarz i na prawo. Zaczekam na pana.

* * *

Drzwi do męskiej toalety nosiły znak Wodnika, a damskiej – Panny. Gdy za-czynał pracę, udało mu się rozśmieszyć grupkę kolegów stwierdzeniem, że w imię prawdziwej równości powinny być tylko jedne drzwi, oznaczone symbolem Bliźniąt. Dzisiaj nie było mu do żartów.
Pod zamkniętymi drzwiami jednej z kabin – stopy. Nieufnie, pamiętał bowiem o zdarzających się w dzisiejszych czasach napadach w męskich toaletach, ulżył sobie, wpatrując się jednym okiem w tamte drzwi. Usłyszał delikatne syknięcie, potem szczęknięcie. Jezus, ktoś tam napełnia strzykawkę? Zakradł się tu narkoman o kosztownym nałogu, żeby mieć święty spokój. Mam wyciągać gazówkę?
Prosta droga do paranoi. Buty były elegancko wyglansowane, mało prawdopo-dobne u zaniedbanego narkomana. Poza tym ostatni rozbój zdarzył mu się po-nad dwa lata temu. Sytuacja się poprawiała. Podszedł do umywalek, choć świadomie wybrał tę, w której lustrze widać było zajętą kabinę.
Nie chcąc zostawiać tłustych plam na jasnych spodniach, ostrożnie poszukał w kieszeni monety do dozownika wody. Szlag. Zmienili to cholerstwo od ostatniej wizyty. Miał centówki i ćwierćdolarówki, ale napis mówił, że mogą być tylko dziesiątki. A nie ma choć jednego bezpłatnego? Nie.
Już prawie wychodził, żeby poprosić Felice o drobne, gdy drzwi kabiny się otworzyły. Wyszedł facet w ciemnym ubraniu, ¬wkładający marynarkę, w której prawej bocznej kieszeni kryło się coś ciężkiego. Niewyraźnie go kojarzył. Rozluźnił się. Ani narkoman, ani ktoś obcy. Pewnie cukrzyca albo problemy z wątrobą. Wygląda przy tym całkiem nieźle, pełne policzki, rumiana twarz. Ale kto to...?
– A, pan pewnie na to spotkanie z Chalmersem! – Nieobcy podszedł ku niemu, już wyciągając dłoń, by zaraz ze śmiechem ją cofnąć.
– Przepraszam, może najpierw umyję ręce. Jestem Halkin, z San Diego.
I jaki taktowny do tego.
– Ja jestem Mason, z Denver. Hmm... nie ma pan czasem dziesiątki?
– Jasne! Proszę bardzo.
– Dziękuję – mruknął Philip i staranie zatkał umywalkę przed puszczeniem wody.
Nie miał pojęcia, ile warta jest dziesiątka, ale jeśli tyle samo, co cent półtora roku temu, to ledwo wystarczało tego, żeby namydlić i spłukać dło-nie. Skóra swędziała, jakby pokrywał ją pył. W lustrze nie było nic widać, a zaczesane do tyłu brązowe włosy wciąż wyglądały schludnie – więc wszystko w porządku – ale Halkin był ubrany praktycznie, w prawie czarny garnitur, podczas gdy on wbił się w najnowsze i najelegantsze ubranie – według stan-dardów z Kolorado i pod silnym wpływem elit towarzyskich zjeżdżających się co roku na sporty zimowe. Było bladoniebieskie, bo Denise mówiła, że pasuje mu do oczu. Choć się nie gniotło, na kołnierzu i mankietach już miało ciem-ne smugi. Zanotować: następnym razem, jadąc do L.A....
Woda była paskudna, niewarta dziesięciu centów. Mydło – dobrze chociaż, że firma nie oszczędzała i porozkładała na umywalkach kostki, zamiast żądać kolejnej dziesięciocentówki za nasączoną nim chusteczkę – ledwo się pieni-ło. Kiedy opłukiwał twarz, woda spłynęła mu do ust. Smakowała solą morską i chlorem.
– Pan pewnie też utknął, tak samo jak ja – powiedział Halkin, odwracając się, by wysuszyć ręce suszarką. Była darmowa. – Co się stało? Ci cholerni trainiści okupują Wilshire?
Mycie twarzy było błędem. Nie było ręczników, ani papierowych, ani innych. Nie pomyślał, żeby wcześniej to sprawdzić. Jest jakaś wielka afera o włókna celulozowe w Pacyfiku. Coś czytałem, ale nie skojarzyłem. Czując się zupeł-nie jak niezręczny nastolatek, spróbował podetknąć twarz pod strumień cie-płego powietrza, mimochodem zastanawiając się, czego używają zamiast papie-ru toaletowego – okrągłych kamyków, jak muzułmanie?
Za wszelką cenę zachować pozory.
– Nie, po prostu korek na autostradzie do Santa Monica.
– A, no tak. Słyszałem, że straszne dziś korki. Przez te plotki, że wyszło słońce?
– Nie, po prostu... – powstrzymał absurdalny odruch sprawdzenia, czy nie słyszy go żaden czarny, ani Felice, ani ochroniarze z parkingu – po prostu jakiś walnięty czarnuch wyskoczył z auta w połowie korka i próbował prze-biec na drugą stronę.
– Co pan mówi? Pewnie nawalony?
– Pewnie tak. O, dziękuję... – Halkin uprzejmie przytrzymał mu drzwi. – Sa-mochody musiały go omijać, hamować i pierdut, pozderzały się, chyba ze czterdzieści. Cudem go ominęły, ale i tak nic mu to nie dało. W drugą stro-nę auta też jechały prawie stówę i zaraz jak przelazł przez barierkę, wpadł pod sportowy samochód.
– Matko Boska.
Stanęli oko w oko z Felice, która przytrzymywała im windę. Zaprosili ją do środka, a dłoń Halkina zawisła nad przyciskami.
– Trzecie, prawda?
– Nie, nie jesteśmy u Billa w gabinecie. W sali konferencyjnej na siód-mym.
– A samochód cały? – ciągnął Halkin.
– Na szczęście karambol mnie ominął. Ale musieliśmy ponad pół godziny stać i czekać aż przywrócą ruch... A pan się spóźnił przez trainistów?
– Tak, na Wilshire. – Zawodowy uśmiech Halkina ustąpił skrzywieniu. – Lese-rzy i żule, co do jednego! I pomyśleć, że to dla nich musiałem się po-cić...! Pan też odsłużył swoje, jak rozumiem?
– Oczywiście. W Manili.
– Mnie wzięli do Wietnamu i Laosu.
Winda zwalniała. Zerknęli na podświetlane cyfry. Piąte, nie siódme. Drzwi rozsunęły się, ukazując pryszczatą kobietę, która mruknęła:
– A, cholera! – Ale i tak wsiadła. – Przejadę się z wami do góry, a co tam – dodała głośniej. – W tym parszywym budynku zdechnąć można, zanim się człowiek windy doczeka.

* * *

Okna sali konferencyjnej miały żółtoszarą barwę. Narada zaczęła się bez czekania na dwóch spóźnialskich – Philip cieszył się, że nie wchodzi sam. Ośmiu czy dziewięciu mężczyzn siedziało sobie w wygodnych fotelach, na składanych podłokietnikach mieli książki, notatniki, dyktafony. Naprzeciwko nich, za stołem w kształcie niedożywionego bumerangu, siedział William Chalmers, wiceprezes ds. sprzedaży regionalnej, czarnowłosy facet pod pięć-dziesiątkę, który wyhodował sobie zbyt duży brzuch, żeby dobrze wyglądać w modnym obcisłym garniturze. Thomas Grey, starszy aktuariusz, chudy, łysy, pięćdziesięcioletni, w okularach z tak grubymi szkłami, że aż chciało się myśleć, że to przez nie garbi się w ramionach, akurat stał; ewidentnie przerwali mu, wchodząc. Wyglądało na to, że stracił wątek – podrapał się w roztargnieniu pod lewą pachą i przywitał ich zaledwie zdawkowym skinieniem głowy.
Natomiast Chalmers powitał spóźnionych bardzo serdecznie, nie pozwolił do-kończyć przeprosin, zaprosił na wolne miejsca – oczywiście w pierwszym rzę-dzie. Zegar na ścianie zamiast planowej dziesiątej trzydzieści pokazywał za dwie jedenastą. Philip, starając się nie zwracać na niego uwagi, wziął z przydzielonego mu fotela teczkę z papierami i rozdał mechaniczne uśmiechy współpracownikom, których znał przelotnie, z widzenia.

* * *

Przelotnie...
Nie myśl o Laurze. Tylko nie o Laurze. Dennie, ja cię kocham! Kocham Josie, kocham Harolda, całą moją rodzinę! Ale gdybyś się tak nie upierała, że-bym...
Och, daj spokój. Nie rób z igły wideł!

* * *

Ale jego sytuacja w żadnym razie nie była stabilna. Jak wszyscy dobrze wie-dzieli, był najmłodszym z regionalnych dyrektorów Angel City: L.A., Zatoka, Południowa Kalifornia, Oregon, Utah, Arizona, Nowy Meksyk, Teksas, Kolora-do. O siedem lat młodszym od ¬kolejnego. Plotkowano, że w przyszłym roku po-dzielą Teksas, ale na razie to się nie stało. A to znaczyło, że po piętach depczą mu całe hordy wyszkolonych, obstawionych dyplomami bezrobotnych. Miał sześciu handlowców z doktoratami. Trzeba biec, żeby pozostać w miej-scu...
– Czy mogę kontynuować? – zapytał Grey.
Philip opanował się. Gdy po raz pierwszy poznał aktuariusza, uznał go za suche przedłużenie jego komputerów, za człowieka zatraconego w świecie, w którym liczą się tylko liczby. Potem jednak dowiedział się, że to Grey był pomysłodawcą symboliki astrologicznej w materiałach reklamowych, co przy-niosło Angel City status jedynej firmy, której baza klientów poniżej trzy-dziestki rośnie równie szybko, jak procent populacji, który stanowią. A człowieka z taką głową warto posłuchać.
– Dziękuję. Właśnie wyjaśniałem, dlaczego się tu spotykamy.

* * *

Oczy wywrócone do tyłu, rozdziawione usta, oddech syczący w gardle! Nie ma co się oszukiwać. Przy żadnej kobiecie nie czułem się tak stuprocentowym mężczyzną!
Philip dotknął językiem wnętrza policzka. Walnęła go wierzchem dłoni w po-liczek i wyszła, wściekła, z motelowego domku, bo zaproponował jej pienią-dze. Skaleczyła go. Krwawił przez pięć minut. Trafiła prosto w górny kieł, od zawsze najostrzejszy ze wszystkich zębów.

* * *

– To przez to – ciągnął Grey – że od stycznia planujemy podnieść składki. Bo oczywiście nasze stawki od zawsze opierały się na założeniu, że staty-styczna długość życia w Stanach będzie rosnąć. A w ciągu ostatnich trzech lat zaczęła spadać.

KURZA GRZĘDA

Punkt dziewiąta trainiści rozrzucili po jezdni kolczatki, powodując gigan-tyczny zator, siedem na dwanaście przecznic. Psy, jak zawsze, były gdzie indziej – nie brakowało sympatyków chętnych, by odciągnąć ich uwagę. Trudno było się doliczyć, ilu sprzymierzeńców ma ich ruch – ale można się było do-myślić, że w Nowym Jorku, Chicago, Detroit, L.A. czy San Francisco ludzie raczej wiwatują, a na Środkowym Zachodzie i na przedmieściach raczej wycią-gają broń. Innymi słowy, najmniejsze poparcie mieli w rejonach, gdzie gło-sowało się na Prexy’ego.
Potem zmatowili szyby unieruchomionych samochodów tanim przemysłowym środ-kiem do trawienia szkła, a na drzwiach wymalowali slogany, czasem długie: ZAGROŻENIE DLA ŻYCIA i ZDROWIA, a przeważnie krótkie: SMRODOCHÓD! Najczęst-sze jednak było dobrze znane wszystkim hasło: PRZESTAŃCIE, PRZEZ WAS GINIE-MY!
A każdy napis kończył się nierównym jajkiem nad iksem – uproszczoną, pikto-gramową wersją trainistycznego symbolu – zredukowanej czaszki i skrzyżowa-nych piszczeli.
Po wszystkim zerknęli na wydrukowane kartki, których wiele rozwiewanych przez przejeżdżające samochody polatywało potem w rynsztokach, zajęli się pobliskimi witrynami sklepowymi, zasłaniając wystawione w nich towary po-dobnymi hasłami. Dla każdego sklepu znalazło się odpowiednie hasło.
Trudne to zresztą nie było.

* * *

Dzieciaki z popołudniowej szkolnej zmiany z radością zajęły się pacyfikowa-niem wściekłych kierowców, sprzedawców ze sklepów i innych przeszkadzają-cych. Niektóre nie były na tyle bystre, żeby dać nogę, kiedy zjawiły się psy – helikopterem, po nerwowych radiowych wezwaniach – i po raz pierwszy w życiu trafiły przed Sąd dla Nieletnich. Ale co tam! Były już w odpowiednim wieku, żeby wiedzieć, że dobrze mieć jakiś wyrok na koncie. To może cię uchronić przed biletem do wojska. Może ci uratować życie.
Natomiast kierowcy przeważnie mieli dość rozumu, by siedzieć w autach, wściekać się za zmatowiałymi szybami i podliczać koszty napraw i lakierowa-nia. Większość miała broń, ale nikt nie był na tyle głupi, żeby ją wycią-gnąć. Nie po demonstracji trainistów w San Francisco w zeszłym miesiącu. Tam zastrzelono dziewczynę. Inni, anonimowi w kominiarkach i zgrzebnych, niby-samodziałowych ubraniach, wywlekli kierowcę z samochodu i tym samym żrącym kwasem, którym traktowali szyby, wypisali mu na skórze „MORDER-CA”.
A już na pewno nie było sensu opuszczać szyby i krzyczeć na demonstrantów. W takim powietrzu gardło długo nie podziała.

PRZYROŚNIĘCI DO AUT

Nietrudno przekonać ludzi, że auta i broń są niebezpieczne z samej natury. Statystycznie rzecz biorąc, prawie każdy ma kogoś w rodzinie, kto zginął zastrzelony w kraju czy za granicą, natomiast skojarzenie aut z ofiarami wypadków samochodowych otwiera opinię publiczną na inne, subtelniejsze za-grożenia...

SALON SAMOCHODOWY MASTER


AUTA NOWE I UŻYWANE


Ołów: powoduje u dzieci upośledzenia i inne choroby. W wodach powierzch-niowych Kalifornii jego stężenie przekracza 12 mg/m3. Prawdopodobnie przy-czynił się do upadku Cesarstwa Rzymskiego, którego elity spożywały jedzenie przygotowywane w ołowianych naczyniach i piły wino fermentowane w wyłożo-nych ołowiem kadziach. Częstym źródłem ołowiu są farby, dodatki przeciwstu-kowe do paliw, jeśli nadal są w użyciu, oraz dzikie ptactwo z terenów pod-mokłych itd., z akumulowanym przez pokolenia ołowiem pochodzącym z ołowia-nych pocisków leżących w wodzie.

Z drugiej strony, o wiele trudniej jest przekonać ludzi, że taka z pozoru niewinna firma jak salon kosmetyczny może być niebezpieczna. I nie mówię tu o tym, że niektóre kobiety są uczulone na standardowe kosmety-ki.

CENTRUM URODY NANETTE, KOSMETYKI, PERFUMY, PERUKI


Polichlorowane bifenyle – produkty odpadowe przemysłu tworzyw sztucz-nych, smarów oraz kosmetycznego. Obecne wszędzie w stężeniach zbliżonych do DDT, mniej toksyczne, ale silniej ¬wpływające na hormony sterydowe. Znajdo-wane w eksponatach muzealnych pochodzących nawet z roku 1944. Śmiertelnie groźne dla ptaków.

Podobnie, nie trzeba zbytnio wysilać umysłu, aby skojarzyć zabijanie chwa-stów czy owadów z zabijaniem ludzi i zwierząt. Nie trzeba było aż katastro-fy w Wietnamie, żeby do tego dojść, wszyscy już podświadomie się tego spo-dziewali.

DOM I OGRÓD


PROJEKTOWANIE ZIELENI, ZWALCZANIE SZKODNIKÓW


Pelikan brązowy: dawniej pospolity w Kalifornii, od roku 1969 nie docho-dzi do rozrodu wskutek estrogenowego działania DDT na formowanie skorupki jaja. Ptak, próbując wysiadywać jaja, po prostu je zgnia-ta.

Wręcz przeciwnie: teraz, gdy już rzadko korzysta się z substancji, które niegdyś stanowiły większość farmakopei, a rozpoznawano je jako trujące po samej nazwie – arszenik, strychnina, rtęć i tak dalej – ludzie, jak się zdaje, zakładają, że każde lekarstwo jest dob¬re i kropka. Pół życia straci-łem na chodzenie po farmach i przekony¬wanie hodowców świń i kur, że nie po-winni kupować paszy z antybiotykami, a oni po prostu nie chcieli słuchać. Sądzili, że im więcej się tego rzuci, tym lepiej. Dlatego opracowywanie no-wych leków, żeby zastąpiły te zmarnowane przez paszę dla bydła, świń i dro-biu stało się czymś w rodzaju wyścigu zbrojeń!

STACY & SCHWARTZ, INC.


TOWARY DELIKATESOWE Z IMPORTU


Train, Austin P. (Proudfoot), ur. w 1938 r. w Los Angeles; ukończył UCLA (mgr w r. 1957), Univ. Coll. London (doktorat, rok 1961); w l. 1960-63 żo-naty, Clara Alice z d. Shoolman; koresp. na adres wydawców. Publikacje: praca: Metabolizowanie organofosforanów złożonych (Univ. of London Press, 1962); Wielkie epidemie (Potter & Vasarely, 1965, przedr. jako Wiatr niesie śmierć, Common Sense Books, 1972); Studium eko-logii refrakcyjnej (P&V, 1968, przedr. pt. Ruch oporu w przyro-dzie, CSB, 1972); Konserwanty i dodatki w amerykańskiej żywności (P&V, 1971), przedr. pt. Jesteś tym, co musisz jeść, CSB, 1972); Poradnik przetrwania ludzkości (International Information Inc., biuletyn, 1972, pismo, 1973); Poradnik na rok 3000 (III, biu-letyn, 1973, pismo, 1975); publ. w: „Journal of Biological Sciences”, „Jo-urnal of Ecology”, „Journal of Biospherics”, „Internation Ecology Review”, „Nature”, „Scientific American”, „Proceedings of the National Academy of Sciences”, „Sat. Rev.”, „New Yorker”, „New Scientist” (Londyn), „Environ-ment” (Londyn), „Paris Match”, „Der Spiegel” (Bonn), „Blitz” (Indie), „Man-chete” (Rio) itd.

TO TYLKO GAZ

Zostawiwszy niedojedzony samotnie obiad (kawiarnia, gdzie jadał regularnie od ponad roku, nie była zatłoczona, ale mało kto chciał siadać koło mundu-rowego), Pete Goddard czekał, aż wydadzą mu resztę. Po drugiej stronie uli-cy, na wielkich billboardach zasłaniających teren sklepu Uprzęże i Pasza u Harrigana – trzymał się nazwy, choć przez lata, aż do rozbiórki sprzedawał raczej skutery śnieżne, części do motocykli i eleganckie zachodnie kombine-zony, a teraz miał zmienić się w czterdzieści dwa luksusowe apartamenty plus lokalna siedziba American Express i Colorado Chemical Bank – ktoś wy-malował co najmniej kilkanaście czarnych czaszek z piszczelami.
Sam też trochę tak się czuł. Wczoraj imprezowali, mieli pierwszą rocznicę ślubu. W ustach miał paskudny posmak, bolała go głowa, do tego Jeannie mu-siała wstać jak zawsze, bo też pracowała, na farmie hydroponicznej Bamber-ley, a on nie spełnił swojej obietnicy i nie posprzątał, żeby nie musiała się z tym męczyć wieczorem. Poza tym to znamię, które ona ma na nodze, może nie boli, ale... No ale na farmie mają dobrych lekarzy. Muszą mieć.
Nowa kasjerka, niechętnie nastawiona do niego, rzuciła mu na dłoń monety i wróciła do rozmowy z przyjaciółką.
Zegar na ścianie zgadzał się z jego zegarkiem, że zostało mu osiem minut na czterominutowy dojazd na komisariat. Co więcej, na zewnątrz było lodowato, temperatura spadła do około minus siedmiu, do tego silny wiatr. Dobra pogo-da dla turystów na stokach Mount Hawes, nie za dobra dla policji, która mierzy temperaturę rozbitymi samochodami, ofiarami odmrożeń i drobnymi kra-dzieżami popełnianymi przez mężczyzn pozbawionych sezonowej pracy.
I kobiety, kobiety też.
Może by więc tak przed wyjściem...? Przy drzwiach stała wielka, czerwona machina, z lustrem w górnej części frontu. Zainstalowali ją zeszłej jesie-ni. Japońska. Na tabliczce z boku: Mitsuyama Corp., Osaka. Z kształ-tu podobna do wagi osobowej. Wrzucić 25 centów. Nie palić w trakcie korzy-stania. Przytknąć usta i nos do miękkiej, czarnej, elastycznej maski. Jak nieprzyzwoity pocałunek ze zwierzęciem.
Zwykle śmiał się z tego, bo tu w górach powietrze nigdy nie było aż tak złe, żeby trzeba było tankować tlen, by dojść do kolejnej przecznicy. Z drugiej strony, ludzie mówią, że to super lekarstwo na kaca...
W głowie zarejestrowały mu się kolejne szczegóły. Bardzo był z tego dumny, że ma oko do szczegółów; kiedy skończy mu się okres próbny, będzie apliko-wać na detektywa. Jak się ma dobrą żonę, u każdego budzi się ambicja.
Lusterko, wygięte, żeby otaczać ustnik, było popękane. Otwór na ćwierćdola-rówki. Pod nimi linia obwodząca pojemnik na monety. Wokół niej pełno rys. Jakby ktoś próbował otworzyć go nożem.
Pete pomyślał o kierowcach autobusów, mordowanych dla zawartości kasy.
Odwróciwszy się z powrotem do lady, rzucił:
– Proszę pani?
– Słucham?
– Ta maszyna tlenowa...
– Niech to szlag! – odparła dziewczyna, wciskając „Anuluj” na kasie. – Niech pan nie mówi, że to cholerstwo znowu się skiepściło! Proszę, oddam panu ćwiartkę. Niech pan spróbuje w drugstorze na Tremont, tam są trzy.

PRZECIWIEŃSTWO PIEKARNIKA

Białe kafle, biały lakier, stal nierdzewna... Mówiło się tu ściszonym gło-sem, jak w kościele. Ale to ze względu na echo odbijające się od twardych ścian, twardej podłogi, twardego sufitu, wcale nie przez szacunek dla tego, co skrywało się za podłużnymi drzwiczkami, ustawionymi piętrowo od poziomu kostek po poziom głowy wysokiego człowieka, jedne przy drugich, jak okiem sięgnąć. Jak nieskończony ciąg piekarników, ale nie grzejących, tylko chło-dzących.
Człowiek, który ją prowadził, też był biały – biały kitel, spodnie, maska chirurgiczna dyndająca pod brodą, ciasny, brzydki czepek na włosach. Nawet plastikowe ochraniacze na buty też miał białe. Poza kolorem brudnobrązowym, który przyniosła na sobie, można tu było zobaczyć tylko jeden.
Krwistoczerwony.
W drugą stronę sunął człowiek z wózkiem wyładowanym pergaminowymi pojemni-kami (białymi) z etykietami (czerwonymi) wiezionymi do miejscowego labora-torium. Kiedy witał się z jej towarzyszem, Peg Mankiewicz przeczytała nie-które z poleceń:
108562 ŚLEDZIONA POSIEW DUR BRZ., 108563 WĄTROBA ZM. CHOROBOWE, 108565 PRÓ-BA MARSHA.
– Co to jest „próba Marsha”? – zapytała.
– Na arsen – odpowiedział dr Stanway, przeciskając się obok wózka i idąc dalej, wzdłuż długiego szeregu drzwiczek.
Był blady, jakby to otoczenie wyzuło go ze wszelkich mocniejszych odcieni – policzki miały barwę i fakturę pojemników na organy, włosy były popielato-blond, a oczy bladobłękitne jak płytka woda. Peg uznała, że jest bardziej do zniesienia niż reszta personelu kostnicy. Kompletny brak emocji – albo może zdeklarowany homoseksualista. Nigdy nie obrzucał jej niby to żartobli-wymi uwagami jak jego koledzy.
Cholera. Może powinnam się obmyć kwasem siarkowym!


* * *









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2016-02-03 (328 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej