Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zrodzony
 
Katalog - dodano
 Wspomnij Phlebasa
- Iain M. Banks
 Złodziejka magii
- Lisa Maxwell
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księga strachu #2

Adwent - Maciej Guzek


Muchy siedziały na parapecie maźniętym olejną farbą — teraz spękaną ze starości, peerelowską jeszcze, pryszczatą odpryskami, przyszarzałą brudem. Parapety nie stanowiły wyjątku — cały budynek był stary, jawił się jak paskudny wyprysk na zdrowym ciele lasu. Dookoła wiatr targał śmieciami — fruwały foliowe torebki, jakich wciskają pełno w supermarketach — ładują w nie zakupy ci sami harcerze, którzy później, we wrześniu każdego roku, sprzątają z nich świat. Po nierównym betonie toczyły się puszki po żubrze i plastikowe butelki, hałasując nieprzyjemnie. Drzwi od gospodarczej przybudówki trzeszczały głośno i chrapliwie, zardzewiałe, niewidzące smaru od kilkunastu lat.
Rdzawy świadek rozkładu.
Przy ścianie drugiego budynku wzrastała sterta odpadków, przysłaniając słabo już widoczną pięcioramienną gwiazdę, która w czasach swej młodości i świetności musiała być czerwona. Wrażliwy nos wychwytywał obecny wszędzie odór zgnilizny.
Muchy czuły się w tej okolicy świetnie.
Nagle pośród owadziej ciżby zapanowało poruszenie. Wzniósł się jeden owad, drugi, po chwili parapet był prawie pusty. Została tylko szczególnie dorodna ścierwica, tak czarna, że ktoś mógłby pomyśleć, iż położono tam kawałek węgla.
Zawarczały samochody, zatrzymując się kilkanaście metrów od bloku — wyrwa w betonowych płytach nie pozwalała dotrzeć bliżej budynku, trzeba by łazika. Paru mężczyzn wyskoczyło z radiowozów. Mucha śledziła ich poczynania spokojnie, z niewzruszoną pewnością. I gdyby można było zwerbalizować jej myśli, kiedy spoglądała na biegnącego na czele mężczyznę, gdyby w ogóle w przypadku muchy o jakichkolwiek myślach mogła być mowa, gdyby wyodrębnić pierwsze skojarzenie owada...
Zginiesz.

***

— Tfu! — Paweł Świetlicki kaszlnął, splunął przez okno prosto w suchy, zakurzony wiatr.
Kilku innych funkcjonariuszy krzątało się od godziny po pomieszczeniach, robiło zdjęcia, wykonywało obrysy ciał. Jeden z nich próbował zabić wielką, bzyczącą nieznośnie muchę.
— Ciągną tu... — mruknął, pocierając nos.
Żałował, że nie pali — papierosy zabiłyby zapach. Smród, poprawił się w myślach. Śmierdzi jak cholera.
— Dziwne nie jest — rzucił policjant z pracowni badań biologicznych.
Na nim smród nie robił większego wrażenia. Przyzwyczajenie grabarza.
— Nie. — Paweł pokiwał głową, ukrył nos w rękawie. — Wcale nie. Namierzyliście już tego, co dzwonił?
Nikt mu nie odpowiedział. Zatem nie namierzyli. Tajemniczy informator, jeszcze jedna zagadka. Młody głos drżał. Jego właściciel był w szoku, to oczywiste. Kto by nie był? Zapewne któryś z okolicznych dzieciaków chciał sobie na odludziu zapalić trawkę czy wypić kilka piw.
— Cholera. — Świetlicki przeczesał włosy palcami, rozglądając się po raz nie wiadomo który po pomieszczeniu.
Krew, uświadomił sobie. Te paskudne plamy na ścianach to nie są zacieki po ulewie.
A może by to wszystko rzucić, przeszło mu nagle przez myśl, jebnąć odznaką, pieprzyć szkołę policyjną i układać płytki w Irlandii? Za dwa tysiące euro.
— Paweł, tam pod szopą. Coś znaleźli. Jakiś dół. Zgniłe mięso. Stamtąd też strasznie jedzie.
Nie! Prawie krzyknął, ledwie opanował głos.
— Chyba padlina — dopowiedział ktoś z boku. — Widać resztki zwierzęcych skór.
Wzrok policjanta minął obrysy ciał, zatrzymując się bezmyślnie na wykreślonym na podłodze kręgu. Dziwne. Ten krąg... Świetlicki był gliną z powołania, a teraz to powołanie, instynkt śledczego, instynkt psa podpowiadały mu, że w tym kręgu jest odpowiedź.
I w ścianach.
W ścianach poprowadzono jakieś kable, dużo kabli — wiązki, gruzły, zbrylenia, niezbyt starannie przykryte gipsem, tynkiem i farbą, przypominające ścięgna na przedramieniu kulturysty. Specjaliści będą musieli się temu przyjrzeć.
— Paweł?! — znów go wołali.
— Idę! — Niezadowolony ruszył w stronę kolegów.
Odetchnął, ale na krótko. Ktoś pokazywał mu workowate ubrania z wypisaną literą „O” na plecach, ktoś inny machał ręką i krzyczał, że odkrył coś w przybudówce, dwaj funkcjonariusze spisywali wszystko, co było wypisane na murach bloku, psy szalały, a podkomisarz Paweł Świetlicki poczuł, że chce wracać do domu.
Co za gówniana sprawa, pomyślał.
Jego sprawa.

***

W ciszy, w samotności myśli są jaśniejsze, umysł funkcjonuje wydajniej, chłonie rzeczywistość tak, by świadomość i podświadomość mogły pracować razem, półkula w półkulę. Dlatego Świetlicki wrócił do świetlicy sam.
Wpatrywał się przez jakiś czas w wymalowany na podłodze okrąg. Patrzył na olejną farbę — bez wątpienia świeżą. Jakkolwiek można mieć różne zdanie o inteligencji Sowietów, krąg nie był ich dziełem. Śledczemu malunek skojarzył się z praktykami okultystycznymi — wyglądał jednak zbyt oszczędnie, ascetycznie. Kiedyś Paweł rozpracowywał grupę szajbusów, którzy ubzdurali sobie, że będą przywoływać demony, i przy tym, co oglądał w tej chwili, ich twórczość prezentowała się niczym barok — esy-floresy, cyfry, symbole, figur tyle, jak gdyby uczyli się geometrii, a przy tym jakieś ornamenty, smoki, sowy, dzikie węże — „chuje muje”. Tymczasem okrąg w postsowieckiej jednostce był inny, prosty i w tej prostocie właśnie złowrogi. Policjant nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego to miejsce przykuwa jego uwagę.
Zazwyczaj nawiedzone bywają stare domy, stylowe kamienice, siedliszcza arystokratów, przypomniał sobie Świetlicki. Nawiedzony blok, w którym stacjonowała przed laty podrzędna jednostka radiolokacyjna Armii Czerwonej? — to brzmiało groteskowo. I kto by tutaj miał straszyć? Pijany samogonem Wania? Iwan Iwanowicz, który zamarzł na warcie, usnąwszy po wypiciu dwóch litrów płynu hamulcowego? A może Władimir Rogow, znany w okolicy z tego, że lubił gwałcić Polki, aż od którejś zaraził się chorobą weneryczną. Nie, zbyt niepoważne, by mogło być prawdziwe.
— Dlaczego więc przechodzą mnie ciarki? — szepnął.
Okrąg nie odpowiedział.
I ta nienaturalna cisza.
Pawła naszła myśl, że takie budynki nie są stworzone do tego, by stały puste — bo wtedy, nawet mimowolnie, sprawiają upiorne wrażenie. Te korytarze długie, pełne bocznych drzwi, a za każdymi — póki ich nie otworzysz — tajemnica. Te sale, ciche, bezgwarne, z wystającymi ze ścian gołymi kablami, z rozszarpanymi wtyczkami...
Może coś jest w tym głupawym Feng shui, pomyślał.
Tania lampa z Ikei, podwieszona przy suficie, skrzypiała, poruszana podmuchami wiatru.
Podszedł bliżej kręgu. Czy to, co czuję, to strach, zapytał samego siebie. Aberracja?
— No dobra — zmitygował się, zawstydził ludzkiego odruchu, dreszczu, który zawsze jest towarzyszem niepewności. — Coś tu się jednak wydarzyło. Zginęli ludzie.
I chyba sami sobie nie poderżnęli gardeł.
Jeszcze krok.
Włoski na przedramionach zjeżyły się, lampa zaskrzypiała, a Paweł Świetlicki westchnął i z zamkniętymi oczyma przekroczył okrąg.
Nagle...
Nie było żadnego nagle. Nic się nie wydarzyło.
Nic.
Policjant stał pośrodku dawnej świetlicy dla ruskich żołnierzy, w centralnym punkcie skreślonego olejną farbą kręgu, ale nic się nie działo. Niepoznane nie nadeszło, ze ścian nie wysunęły się betonowe dłonie, nie zmaterializował się skrzydlaty demon, świat nie wywinął kozła. Jednym słowem nie nastąpiło nic, co chcieliby opisać autorzy horrorów. Nic też się nie pojawiło — z wyjątkiem wielkiej muchy, spasionej chyba na trupach, leżących w bloku przez kilka dni.
Świetlicki podrapał się w głowę. Wyglądało na to, że zaczerpnięte z fantastyki metody rozwiązywania zagadek nie przyniosą rezultatu. Czeka go mnóstwo żmudnej, nieprzyjemnej pracy, by znaleźć odpowiedź.
Czas wracać na komendę.

***

Koniec sierpnia 2007 r.
— Coś mamy! — krzyczał Robert już od drzwi, wymachując papierem. — Sajgon na maksa w tej Agencji Mienia Wojskowego, same stare pryki, ryje pamiętające Gomułkę i Gierka. Ale mam.
Paweł odetchnął. Rety, dobrze, że są jeszcze oni. Że nie muszę przerzucać tego wszystkiego sam, że nie muszę babrać się w tym gównie. Inaczej... Świetlickiego przeszły dreszcze.
Przypomniał sobie ostatnią noc. Nie, nie dręczyły go koszmary, nie widział duchów, przed oczyma nie stawały mu makabreski, które oglądał w pracy.
Po prostu nie mógł spać.
Alkohol nie działał tak, jak Paweł tego oczekiwał, nie kleił powiek, nie zasnuwał spojrzenia mgłą — wprost przeciwnie, wobec ciemnej, jednolitej ściany pobudzał, stawiał na baczność. To były godziny, w których czas zwalniał, stawał, sekundy wlokły się jak samochody w korku, nieznośnie wolno, dając dużo czasu na myślenie.
Czy to możliwe, zastanawiał się Paweł, że poza tą pustką, poza czernią przed oczyma, niczego nie ma? Jeśli tak — może jednak mają rację ci, których ścigam? Nie ma piekła, nie ma kary — czas używać, depcząc głowy innych. Czy to możliwe, że kiedy zamknę powieki ten jeden, ostatni raz, kiedy aparatura pokaże spłaszczony do śmierci wykres EKG, świat — mój świat — skończy się nieodwołalnie i nie będzie żadnego innego?
Skąd więc... skąd więc to wszystko?
Niezrozumienie rozsadzało głowę — zazwyczaj gdzieś tak koło pierwszej w nocy. Wypijał wtedy jeszcze cztery kieliszki wódki, jeden po drugim, w odstępach pięciominutowych — ale wiedział, że i to nie jest gwarancją spokoju ducha. Wprawdzie obraz z wolna — wreszcie! — zaczynał się chwiać, lecz ciągle nie na tyle, by rozpłynąć się, zamienić w błogość, w nieświadomość.
Czy to ta cholerna robota tak na mnie działa?
— Patrz! — krzyknął Robert, podsuwając mu pod nos jakiś papier, co pozwoliło podkomisarzowi Świetlickiemu otrząsnąć się z zamyślenia. — Patrz, komu tę ruderę wynajęli!
Paweł zamrugał, przetarł twarz.
— Uniwersytet? — wybąkał. — Uniwersytet Warszawski?


Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-01 (1673 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej