Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Królestwo spokoju
 
Katalog - dodano
 Przeklęci święci
- Magie Stiefvater
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Grimm City. Wilk!'' - Jakub Ćwiek



Rozdział 1


Niektórzy mówili, że to, co się działo, miało związek z Whistlerem Morse’em, jeżdżącym od trzydziestu lat taryfiarzem, który został koronnym i sypnął Ace’a Spade’a w związku z czystkami po zeszłorocznym wiecu wyborczym. Ale popularniejsza wersja sugerowała obecność nowego, niebezpiecznego gracza, który, przynajmniej na razie, bardzo mocno strzegł swojej prywatności. Sądząc po tym, co się mówiło na mieście, strzegł jej całkiem słusznie.
Dwunastu martwych taksówkarzy. Aż siedmiu spośród nich spłonęło żywcem wraz ze swymi pasażerami. Jednego zmiażdżyło, gdy skradziona ciężarówka wprasowała jego pojazd w ceglaną ścianę. Dwóch kolejnych próbowało uciekać i tych ukarano najpierw strzałami w nogi, a potem, już z bliska, w tył głowy. Przedostatni nie oparł się serii z automatu na skrzyżowaniu Trzydziestej i Piątej, a ostatniemu odcięto głowę i wraz z trzema innymi czerepami wywieszono ją na płocie hurtowni odzieży ochronnej niejakiego Petco Gibbildiego.
Nazwiska pasażerów taksówek dało się, jak stwierdziła policja, bez trudu powiązać z organizacjami przestępczymi i w zasadzie poza brutalnością niektórych zabójstw egzekucje na nich nie odbiegały od przyjętych przy porachunkach standardów. Ci taksówkarze jednak to była kompletna nowość. Nic dziwnego, że Mikrus od rana rzygał.


* * *



Pokój sąsiadował z łazienką i za-zwyczaj Alfie wielce to sobie chwalił, bo pozwalało mu to zwykle być w niej pierwszym rano, gdy przychodziła potrzeba. Tego dnia jednak dałby wiele, by zamienić się na pokoje z Mikrusem. O ile, rzecz jasna, ten wcześniej nie puścił pawia również i do łóżka.
Mikrus miał na imię Patrick i jak większość Patricków był drobnym, żylastym facetem o bladej gębie, ognistorudych, wiecznie nieuczesanych kudłach i oczach, jakby ciągle się dziwił. Nie potrafił usiedzieć cicho – a to śpiewał, a to gadał jak najęty – ale z drugiej strony uczynny był z niego gość i robotny i nigdy nie narzekał na kilkudniowe opóźnienia w płatności czynszu. „Wiem, jak to jest – mówił wtedy, klepiąc Alfiego w ramię. – Sam chciałem kiedyś zostać artystą”.
Nie został, bo jego ojcu nie przypasowało mieć w domu skrzypka, więc najpierw po pijaku połamał Mikrusowi wszystkie paluchy, a potem, gdy się zrosły, wysłał go na boks. Co w sumie nie było taką złą decyzją, bo chłopak miał talent i zdobył parę drobnych tytułów, a wycofał się w porę, zanim zainteresowali się nim wielcy miasta. Zarobiony szmal zainwestował w licencję taksówkarską, bo wszyscy wiedzieli, że choć kosztuje to drogo, to jak się uda, człowiek ma pewny i w miarę bezpieczny zawód. I tak było, do zeszłego tygodnia.
Kolejny głośny rzyg prosto do muszli, a potem suchy kaszel. Alfie przewrócił się na wąskim łóżku i wcisnął głowę w poduszkę, ale wiedział, że to daremne. Mógł wiercić się jeszcze parę minut, wściekając coraz bardziej, albo wstać teraz, wypić kubek kawy i przygotować się na rozmowę ze współlokatorem. Bo że rozmowa nastąpi, tego był pewien. Nie miał tylko pojęcia, co mu dziś odpowie.
W teorii jazda taksówką bez papierów wiązała się z bardzo poważnymi konsekwencjami. Ogromne pieniądze, te oficjalne i te puszcza-ne bokiem, jakie wiązały się z udzielaniem licencji, jak również, swego czasu, mocne budowanie obywatelskiego przekonania, że wszechobecne, tanie i zawsze gotowe do podróży taksówki to wyraz troski włodarzy o obywateli, stanowiły ogromny kapitał, jakiego nie chciano rozmieniać na drobne przez pobłażanie nieuczciwym. Specjalne pojazdy, specjalne oznaczenia tychże, legitymacje ze zdjęciem. Fakt, kompletnie nieczytelnym, ale przez to dużo trudniejsze do podrobienia niż prawo jazdy wypisywane długopisem na świst-ku, jaki można było dostać w większości urzędów.
Wtedy, na początku, gdy patrol policji złapał za kółkiem taryfy kogoś, kogo nie powinno tam być, to w najlepszym przypadku ten ktoś tracił dorobek całego dnia, kilka zębów i ochotę na podszywanie się pod uczciwego obywatela. W najgorszym lądował w Domku Trzeciej Świnki, czekając na zarzuty.
Obecnie, choć zasady wciąż obowiązywały, nikt się nimi tak ściśle nie przejmował. Taksówkarzy było mniej, a wymagano od nich pełnej dyspozycyjności według grafików godzin i dzielnic, więc zwykle wszyscy przymykali oczy na to, czy po gorszej nocy posadziłeś za kółkiem szwagra czy dzieciaka. Byleby miał prawko, umiał jeździć i trzymał gdzieś zwitek albo dwa na łapówkę dla patrolu. I byle nie weszło ci to w krew.
Alfie jeździł czasem za Mikrusa i traktowali to jako wzajemną przysługę. Zwykle wtedy, gdy kumpel miał zły dzień, chorował albo zaplanował wypad za miasto z tą swoją cizią. Równie często któreś ze źródełek zarobkowych Alfiego przysychało na moment i potrzebował paru niebieskich ekstra, by utrzymać płynność. Trudno było żyć w mieście z muzyki, jeśli nie miałeś dojść do kogoś z klubów na Troll’s Face. A on swoje stracił dawno temu.
Kiedyś myślał co prawda, że odkuje się właśnie tu, w dolnym Reuben, historycznej kolebce jego ukochanego gatunku, d’lespri, ale dość szybko zdał sobie sprawę, że muzyka ta nie wzbudza już dziś takiego entuzjazmu jak dawniej. Nazwiska czy ksywy takie jak Ricky Klewon albo J.D. Mulders mało komu z młodych cokolwiek mówiły, a lokale, gdzie grywali, świeciły pustkami i zamykały się jeden po drugim. Dziś liczył się tylko S’n’W grany melodyjnie i prosto i śpiewany albo rzewnie i słodko, albo głośno i rubasznie, do czego Alfie miał może i głos, ale jakoś brakowało mu serca. A z czasem, gdy wyparła go konkurencja, również okazji.
Zostawały więc lekcje dla dzieciaków kartonów – rodzin aspirujących do klasy wyższej, gdzie matki nawet w kuchni miały nienaganną fryzurę i czysty fartuszek, a ojcowie nosili wpięte pod szyją kartonikowe kołnierzyki, zmieniane co pół godziny, by zachowały biel mimo smogu. Z tą pracą jednak też bywało różnie, raz lepiej, innym razem gorzej, i teraz właśnie było to gorzej. Co przemawiało za wzięciem zmiany, o co ani chybi zaraz miał go prosić Mikrus.
Z drugiej strony to nie tak, że go ta cała sytuacja z martwymi taksówkarzami nie ruszała zupełnie. Alfie też się bał i ani myślał nadstawiać karku za drobne. Choć może gdyby uważnie dobierał klientów? Mógłby nie zauważać tych lepiej wyglądających, brać tylko studentów albo matki z zakupami czy właśnie kartonów. Tacy zwykle płacili wyliczone, ale żaden sowity napiwek nie wynagradzał potencjalnego ryzyka. Pojeździłby do siedemnastej, akurat do końca dyżuru Mikrusa, a potem zdał mu taksówkę i może jeszcze namówił, by ten zawiózł go na Memoire, gdzie miał mieć rozmowę o pracę. Nic niezwykłe-go, właśnie korepetycje dla bogatego szczeniaka. Nie obiecywał sobie za wiele, wszystko to było palcem na wodzie pisane, ale kto wie, może… Chociaż nie, gówno prawda! Obiecywał sobie całkiem sporo, bo Memoire od Troll’s Fa-ce dzielił raptem parkan i dwie ulice. Gdyby to, jak gra, przypasowało ojcu dziecka, gdyby szepnął znajomemu właścicielowi klubu, może udałoby się wrócić za fortepian tam, gdzie dźwięki fal mieszają się ze śmiechem rozbawionych turystów, a brzęk monet…
Kolejny rzyg, a właściwie już tylko nieudana próba, przerwał te rozmyślania. Alfie odrzucił kołdrę, podniósł się z łóżka i ruszył w stronę ciasnej kuchni. Chciało mu się sikać, ale pomyślał, że da Mikrusowi jeszcze chwilę.
W perspektywie był jeszcze wychodek na korytarzu, do niedawna jedyna opcja w budynku, ale Alfie trochę się brzydził. Zamiast tego stanął więc przed szafką, nastawił wodę na gaz i wsypał kawy do kubka. Po namyśle sięgnął też po kubek współlokatora.
Ten zjawił się, akurat gdy woda się zagotowała. Alfie zalał obie kawy, a tę Mikrusa chciał uzupełnić mlekiem i cukrem, ale rudzielec zaoponował.
– Zrzygałbym się – stwierdził.
Alfie wzruszył ramionami, powstrzymując się od złośliwej uwagi. Wziął łyk, przyjemnie parząc sobie usta, potem drugi i odstawił kubek.
– Zaraz wracam – powiedział.
– Nie musisz mi mówić, kiedy chcesz się iść odlać – stwierdził Mikrus, upijając łyk swojej kawy. Skrzy-wił się, pokręcił głową i jednak posłodził. A potem dolał też trochę mleka.
Alfie tymczasem przeszedł przez przedpokój. Wszedł do łazienki na bezdechu, ale długo tak nie wytrzymał i gdy stał nad muszlą, odetchnął głęboko, a wtedy słodko-kwaśna woń wymiocin wdarła się do nosa i szarpnęła żołądkiem. Klepnął się w pierś raz, drugi, splunął gęstą, zabarwioną na beżowo śliną, a potem spuścił wodę i stanął przed umywalką.
Z lustra patrzył na niego tępawy, krótko ostrzyżony robol o kartoflowatym nosie, wyraźnie zarysowanej kwadratowej szczęce i uszach płasko przylegających do głowy. Ciemne linie pod wodnistoszarymi oczami już dawno pozbyły się statusu tym-czasowych oznak zmęczenia i ewidentnie osiedliły się tam na stałe, a blizna ciągnąca się od lewej brwi aż po linię włosów z czasem rozłaziła się coraz bardziej i teraz w niczym nie przypominała już tej seksownej białej linii, o którą pytały go podchmielone dziewczęta w barach. Liczyły na romantyczną opowieść utalentowanego dziewiętnastolatka. Może o wielkiej miłości, o której tak często śpiewał, może o smutnym dzieciństwie, o którym miał dwa czy trzy kawałki… Dziś natomiast blizna wyglądała tak, jakby jakiś niezadowolony klient przeorał mu gębę tulipanem z butelki, bo jego zdaniem źle zagrał Balladę barmana. Co było zresztą prawdą. Alfie był wtedy tak naćpany, że nie poczuł ani tego, że nie wszedł w tonację, ani tego, że w konsekwencji mało nie stracił oka, a może i życia.
Chlusnął zimną wodą w tę gębę, by się obudzić, a potem jeszcze raz, bo go wkurzała. Potarł zarośnięty policzek, zerknął niechętnie na pędzel i brzytwę, wytarł ręce wciąż wilgotnym ręcznikiem i wyszedł z łazienki.
Mikrus już miał tę minę. Oczy spaniela, ale usta ściągnięte, jakby miał zamiar zachować godność do końca. Tylko za-pyta. Raz. I niezależnie od tego, co odpowie Alfie, uszanuje jego decyzję. Obaj wiedzieli, że to totalna bzdura, podobnie jak bzdurne były w większości wymówki, których Mikrus czasem używał, gdy wyskakiwał z prośbą w ostatniej chwili, a muzyk miał już plany. Najczęściej powodem takich wyskoków była ta jego cizia i kto wie, czy jej jedynym celem nie było wtedy, by ich poróżnić. Alfie nie potrafił jej zrozumieć. Owszem, spali kiedyś ze sobą, na długo nim poznała Mikrusa. Był miły, zapłacił potem według stawki, zostawił nawet skromny napiwek. Może za skromny? Cholera wie, cizia miała ambicje.
Alfie sięgnął po kubek i upił kolejny gorzki łyk.
– Tak – po-wiedział po chwili.
– Co tak? – nie zrozumiał Mikrus.
Alfie posłał mu zniecierpliwione spojrzenie.
– Ale przed osiemnastą muszę być na Memoire, jasne?
– Robota?
– Nie, mewy dokarmiam.
Mikrus zaśmiał się sztucznie, po czym zrobił krok w stronę współlokatora i położył mu rękę na ramieniu.
– Dzięki, stary. Odwdzięczę się.
Alfie pokiwał głową, mając na-dzieję, że owa wdzięczność nie przyjmie postaci żałobnego wieńca. Upił kawy i poczuł, że chętnie by zapalił. W sumie to następny plus dzisiejszej za-miany. Mógłby kupić paczkę marie levausów. Westchnął. Jak na takiego bieda-ka miał cholernie kosztowny gust.
– Ale wiesz, że kiedyś będziesz musiał jednak wrócić za kółko? – zapytał.
Mikrus skinął głową.
– Dla mojego żołądka „kiedyś” brzmi znacznie lepiej niż „dzisiaj” – stwierdził, a potem jak gdyby nigdy nic otworzył niemal pustą lodówkę w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby uzupełnić zwymiotowane braki.
Alfie dopił wciąż gorącą kawę dwoma haustami, opłukał kubek i ruszył do pokoju, po drodze biorąc z przed-pokoju pokrowiec ze świeżo wypranym uniformem taksówkarskim. Założył go, czując, jak marynarka trzeszczy przy każdym ruchu, a spodnie wpijają się w krok i uda. Wbrew ksywie współlokatora byli z Mikrusem podobnego wzrostu, ale Alfie był sporo szerszy w barkach i klatce, a do tego łeb miał większy, więc służbowy kaszkiet ledwo nań wchodził. Żeby nie wyglądać jak ostatni kretyn, muzyk osadzał go na czubku głowy i zsuwał mocno na oczy, co może nie było regulaminowe, ale wyglądało nieźle. Tak jakby groźniej, mrocz-niej…
Wrócił do łazienki, gdzie przejrzał się w lustrze. Nabrał nieodpartego przekonania, że powinien był się jednak ogolić. Ale w sumie miał to w dupie.
– Powinieneś się ogolić – stwierdził w przedpokoju Mikrus. Miał już na nogach buty i identyczny uniform, w który wskoczył nie wiadomo kie-dy. To on musiał odebrać samochód z dyspozytorni i pod koniec dyżuru go tam zdać, podpisując raport dzienny. Niektórych rzeczy nie dawało się przeskoczyć. – W sumie może jeszcze zdążysz, kiedy ja skoczę po wóz.
Alfie wzruszył ramionami.
– Już się ubrałem – odparł.
– Ale firma… – zaczął Mikrus i urwał, wiedząc, że to bez sensu. Machnął ręką i zdjął z wieszaka zapasowy kaszkiet. – Dobra, nieważne. Lecę. I jeszcze raz dzięki.
– W porządku – westchnął Alfie.
Wszystko, żebyś już nie rzygał, dodał w myślach. Przyszło mu na myśl, że szkoda, że jego ulubionych papierosów nie sprzedają na sztuki jak wszystkich, kurwa, innych.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2016-04-04 (327 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej