Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Upadła świątynia
 
Katalog - dodano
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 Pogrzeb na zamówienie
- Anthony Horowitz
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wiatrogon aeronauty'' - Jim Butcher



Prolog



Kasztel Albion, Kondygnacja Poranka, Dom Lancasterów
– Gwendolyn Margaret Elizabeth Lancaster – odezwała się matka stanowczym, pełnym irytacji tonem – masz natychmiast skończyć z tym nonsensem.
– Ależ mamo – odparła Gwendolyn z roztargnieniem w głosie. – Dyskutowałyśmy o tym już wiele razy. – Przyjrzała się rękawicy, którą miała na lewej dłoni, i obróciła lekko nadgarstek. – Zacisk numer trzy jest za ciasny, Sarah. Kryształ wpija mi się w skórę dłoni.
– Już się robi, panno Gwen. – Służąca pochyliła się nad paskiem rękawicy, spoglądając na niego nad szkłami okularów, po czym wykonała kilka szybkich, zręcznych ruchów. – Tak lepiej? – zapytała.
Gwendolyn powtórzyła poprzedni ruch.
– Znakomicie – zapewniła z uśmiechem. – Dziękuję, Sarah.
– Nie ma sprawy, panno Gwen.
Już chciała się uśmiechnąć, ale spojrzała na matkę Gwendolyn i przybrała minę wyrażającą należny szacunek.
– Nie było żadnych dyskusji – oznajmiła matka, krzyżując ramiona. – Dyskusja implikuje wymianę poglądów, a ty po prostu udawałaś, że nie ma mnie w pokoju, kiedy poruszałam ten temat.
Gwendolyn odwróciła się ku niej ze słodkim uśmiechem.
– Mamo, jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać znowu, ale ja nie zmienię zdania. Nie pójdę do Pensji dla Panien lady Hadshaw.
– Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś rozpoczęła studia w Akademii Inżynierii Eterycznej razem z...
– Och! – zawołała dziewczyna, wznosząc oczy ku niebu. – Pracowałam z tymi systemami w testowni, odkąd nauczyłam się chodzić. Z pewnością oszaleję, jeśli będę musiała znosić jeszcze dwa lata kursów wstępnych.
Matka pokręciła głową.
– Gwendolyn, z pewnością nie wierzysz, że...
– Dość już tego – przerwała jej córka. – Wstąpię do Gwardii Kasztelana. Złożę przysięgę. Spędzę rok w służbie. – Odwróciła się, przejrzała się w długim lustrze, poprawiła nieco spódnice i wygładziła klapy krótkiego bolerka. – No wiesz, córki innych Wielkich Domów też składają przysięgi. Nie potrafię pojąć, co masz przeciwko temu.
– Inne Domy to nie Lancasterowie – odparła matka z nagłym chłodem w głosie. – Inne Domy nie władają najważniejszą kondygnacją w Radzie. Na innych Domach nie spoczywa największa odpowiedzialność w całym Kasztelu Albion.
– Mamo. – Gwendolyn westchnęła. – Mówisz tak, jakby ludzie żyjący na niższych poziomach kasztelu byli mniej warci od nas. Zresztą wszystkie te wielkie kadzie i kryształy właściwie nie potrzebują naszego nadzoru.
– Jesteś młoda – odparowała matka. – Nie uświadamiasz sobie, jak wielu ludzi potrzebuje tych kryształów, i to nie tylko ci z Kondygnacji Poranka czy z Floty, nie wiesz również, jak wiele starannych planów i zdolności przewidywania wymaga wyprodukowanie jednego kryształu. To proces trwający...
– Pokolenia – przerwała jej Gwendolyn. – Widzę, że uważasz mnie za niedostatecznie oświeconą, ale chciałabym ci uświadomić, że powtarzając te pełne pedanterii frazesy, raczej nie poprawisz sytuacji, a w związku z tym najlepiej dla wszystkich będzie, jeśli sobie to darujesz.
– Gwendolyn – odrzekła matka, mrużąc powieki. – Masz za dziesięć sekund wrócić do swoich pokojów. W przeciwnym razie przysięgam na Boga w Niebiosach, że zleję cię na kwaśne jabłko.
Ach. Zatem doszło już do tego. Gwendolyn stłumiła impuls dziecinnego strachu, a potem znacznie bardziej racjonalnego gniewu, i zmusiła się do spokojnego i rozsądnego rozważenia sytuacji.
Ten wybuch gniewu był tak szokujący, że Sarah zamarła w bezruchu. W pełni zdawała sobie sprawę, że podobnej demonstracji emocji u jednej z najważniejszych dam Kondygnacji Poranka raczej nie powinna oglądać służba. Matka zapomniała się w swym gniewie, a Sarah nie mogła się teraz odważyć po prostu wyjść z pokoju. Jak biedna dziewczyna miała zarea¬gować?
– Sarah – odezwała się Gwendolyn. – Mam wrażenie, że kucharka wspominała, iż nadal dokuczają jej bóle pleców. Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś jej pomogła dziś rano. Miałabyś coś przeciw temu, żeby zanieść ojcu śniadanie i oszczędzić jej wspinaczki po schodach?
– Z pewnością nie, lady Gwendolyn.
Sarah dygnęła krótko i obdarzyła Gwendolyn uśmiechem wyrażającym wdzięczność zmieszaną z przeprosinami. Potem wyszła, szybko i spokojnie.
Gwendolyn nie przestawała się uśmiechać aż do chwili, gdy służąca opuściła pokój. Potem odwróciła się i spojrzała na matkę z lekko zasępioną miną.
– To nie było zbyt rozsądne zachowanie.
– Nie próbuj zmieniać tematu – obruszyła się matka. – Zdejmij natychmiast tę śmieszną rękawicę albo staw czoło konsekwencjom.
Gwendolyn uniosła jedną brew.
– Zdajesz sobie sprawę, że mam broń, prawda?
W ciemnych oczach matki zapłonął ogień.
– Nie ośmieliłabyś się!
– Myślę, że nie powinnam zostać zmuszona do ostateczności – odparła Gwendolyn – Ale bicie pociąga mnie jeszcze mniej, niż perspektywa spędzenia całego życia w tym nudnym mauzoleum albo w innym, podobnym do niego. Śmiem twierdzić, że w służbie powinnam przynajmniej znaleźć coś interesującego. – Uniosła podbródek i przymrużyła powieki. – Nie prowokuj mnie, mamo.
– Okropne dziecko – poskarżyła się matka. – Bierzcie ją!
Gwendolyn uświadomiła sobie nagle, że zarówno groźba, jak i gniew matki były udawane. Miały tylko odwrócić jej uwagę i pozwolić, by dwóch domowych zbrojnych podeszło do niej niepostrzeżenie od tyłu. Przesunęła się szybko w bok i poczuła, że silne dłonie złapały ją za lewe ramię. Gdyby się nie poruszyła, drugi mężczyzna w tej samej chwili złapałby ją za drugie, co znacznie ograniczyłoby jej opcje.
Chwyciła napastnika za nadgarstek i obróciła się, wspierając ten ruch całym swym ciężarem. W ten sposób zakłóciła równowagę zbrojnego i jednocześnie zmniejszyła siłę uścisku. Nie zatrzymując się, przeszła z gładkiego obrotu w rzut przez biodro. Mężczyzna zwalił się na podłogę, prosto pod nogi towarzysza. Próbując się podnieść, zbił go z nóg. Gdy drugi ¬przeciwnik próbował się podnieść, dziewczyna uniosła nieco spódnice i wykopnęła mu rękę, którą się podpierał. Zbrojny zwalił się na leżącego kompana, stękając z zaskoczenia.
– Bardzo mi przykro. Nie bierzcie tego do siebie – rzekła Gwendolyn i ze spokojem wymierzyła mu mocnego kopniaka w głowę. Zbrojny stęknął raz jeszcze, a potem oklapł bezwładnie.
– Esterbrook! – zawołała nagle matka.
Dziewczyna odwróciła się od dwóch powalonych przeciwników i zobaczyła, że do pokoju wszedł Esterbrook, kapitan zbrojnych Domu Lancasterów – szczupły, groźnie wyglądający mężczyzna o skórze wyschniętej i ogorzałej po latach narażania się na bezlitosne promienie słońca, jak u wszystkich aeronautów i żołnierzy piechoty powietrznej. Miał na sobie czarny garnitur i płaszcz, uszyte w takim samym stylu jak mundur Piechoty Powietrznej Floty. Sam kiedyś służył w tej formacji i nosił u pasa krótki, masywny, powleczony miedzią miecz, używany przez jej żołnierzy. Rękawica, którą miał na lewej dłoni, była uszyta z miękkiej wytartej skóry, ale miedziana siatka na jego przedramieniu i nadgarstku błyszczała tak samo, jak na nowszym modelu noszonym przez Gwendolyn.
Dziewczyna skupiła pośpiesznie myśli, odsunęła się od leżących na podłodze mężczyzn i uniosła lewą rękę, demonstrując Esterbrookowi kryształ, który miała na wewnętrznej powierzchni lewej dłoni. Namierzyła cel, posiwiałą głowę kapitana, umieszczając go pośrodku kształtu litery V, utworzonego przez jej pierwszy i drugi palec. W tej samej chwili jej koncentracja obudziła kryształ. Trysnęło z niego zimne białe światło, które zmieniło charakter wszystkich cieni w pokoju. Jej matka zamrugała i przymrużyła powieki, oślepiona nagłym blaskiem.
– Dzień dobry, kapitanie Esterbrook – przywitała go Gwendolyn ze spokojem w głosie. – Świetnie zdaję sobie sprawę, że strój, który nosisz, jest obszyty eterycznym jedwabiem. Uważam za swój obowiązek ostrzec cię, że celuję w głowę. Proszę, nie rób nic, co zmusiłoby mnie do wykorzystania zdobytych przeze mnie umiejętności w tak tragiczny i marnotrawny sposób.
Esterbrook popatrzył na nią zza przyciemnionych szkieł. Potem uniósł bardzo powoli prawą rękę, zdjął okulary i zamrugał kilkakrotnie, oślepiony eterycznym blaskiem broni, z której celowała do niego Gwendolyn. Jego oczy miały niesamowity, złotozielony odcień, a kocie źrenice zmieniły się w pionowe kreski.
– To było szybkie – zauważył.
Dziewczyna poczuła, że uśmiecha się półgębkiem.
– Miałam znakomitego nauczyciela, kapitanie.
Na twarzy Esterbrooka pojawił się blady cień ironicznego uśmieszku. Kapitan pochylił lekko głowę.
– Kto w kasztelu zgodził się nauczyć cię Drogi?
– Kuzyn Benedict, oczywiście – odparła.
– Ha! – zawołał Esterbrook. – Ciągle czułem od niego zapach perfum. Myślałem, że znalazł sobie kobietę.
W gardle matki zrodziło się nieartykułowane mruknięcie niesmaku, ledwie słyszalne przez zaciśnięte wargi.
– Wyraźnie zabroniłam ci utrzymywania z nim bliższych kontaktów, Gwendolyn.
– To prawda, mamo – zgodziła się dziewczyna. – Kapitanie, proszę, bądź tak uprzejmy i odłóż broń.
Esterbrook gapił się na nią jeszcze przez chwilę. Bruzdy okalające jego oczy pogłębiły się nagle. Pokłonił się płytko Gwendolyn, opuścił prawą rękę i rozpiął pas. Miecz upadł na podłogę.
– Co ty wyprawiasz? – obruszyła się matka.
– Pani – odparł uprzejmym tonem Esterbrook. – Panna Gwen ma śmiercionośną broń i świetnie potrafi się nią posługiwać.
– Nie zrobi tego – zapewniła matka. – Nie skrzywdzi ciebie. Ani włas¬nej rodziny.
Gwendolyn poczuła nagłą frustrację. Matka oczywiście miała rację. To byłoby niewyobrażalne. Niemniej nie miała zamiaru przez całe życie być zamknięta w Rezydencji Lancasterów i opuszczać ją jedynie na nieustanne, bezsensowne, regularne i śmiertelnie nudne bale, kolacje, koncerty albo lekcje. Nie pozwoli, by matka sprawdziła jej blef.
Przesunęła bardzo lekko rękę i uwolniła promienną energię eteru z kryształu dotykającego wewnętrznej powierzchni jej dłoni.
Nastąpił gwałtowny rozbłysk. Impuls przeszył powietrze z głośnym świstem. Zaraz po nim rozległ się ogłuszający huk, przypominający uderzenie gromu. Marmurowy posąg stojący na stoliku tuż za Esterbrookiem eksplodował, sypiąc na wszystkie strony odłamkami. Stukot odbijających się fragmentów dało się słyszeć jeszcze kilka sekund po wybuchu.
Matka gapiła się na to z rozdziawionymi ustami. Jej twarz pobladła, a połowę ciała pokrył drobny marmurowy pył. Taki sam pył osypał również Esterbrooka, ale mężczyzna nie ruszył się z miejsca, a jego twarz nie zmieniła wyrazu.
– A teraz reszta, kapitanie – odezwała się Gwendolyn.
– Panno Gwen – odparł Esterbrook i ponownie pochylił głowę. Poruszając się bardzo powoli i trzymając lewą rękę sztywno u boku, rozpiął pasy rękawicy, która upadła na podłogę.
– Dziękuję, kapitanie. A teraz odsuń się, proszę.
Esterbrook spojrzał na matkę Gwen, rozpostarł ramiona w bezgłośnym, bezradnym geście i cofnął się o kilka kroków, oddalając się od broni.
– Nie – warknęła matka. – Nie. – Postąpiła trzy kroki ku nieprawdopodobnie kosztownym drzwiom, wykonanym z drewna pochodzącego ze śmiercionośnej, spowitej mgłą powierzchni i wyposażonym w mosiężne okucia. Obróciła klucz, by je zamknąć, a potem wyciągnęła go z dziurki i wróciła na miejsce, unosząc podbródek z oburzenia. – Masz mnie słuchać, dziecko.
– Doprawdy, mamo – odparła Gwendolyn. – Jak tak dalej pójdzie, zrujnują nas wydatki na nowe dekoracje.
Rękawica zawyła po raz drugi i część drzwi zamieniła się w drzazgi oraz powykręcany metal. Reszta wypadła z mosiężnych zawiasów i poleciała w głąb korytarza, odbijając się od podłogi, zanim na nią spadła.
Gwendolyn uniosła rękę w ten sposób, że kryształ znalazł się na wysokości jej twarzy, i ruszyła spokojnie w stronę wyjścia. Zbrojni leżący na podłodze za jej plecami zaczęli się podnosić z jękiem. Poczuła nagłą ulgę. Nie chciała zrobić im poważnej krzywdy, a Benedict ostrzegał ją, że w przypadku ciosów w głowę nigdy nic nie wiadomo.
– Nie – wydyszała matka, gdy dziewczyna przechodziła obok niej. – Gwendolyn, nie. Nie możesz. Nie zdajesz sobie sprawy, jakie okropności mogą cię spotkać.
Oddychała bardzo szybko i...
Miłosierni Budowniczowie!
Matka płakała.
Dziewczyna się zawahała. Stanęła.
– Gwendolyn – wyszeptała matka. – Proszę. Jesteś moim jedynym dzieckiem.
– Zatem któż inny mógłby bronić w służbie honoru Lancasterów?
Dziewczyna przyjrzała się twarzy matki. Łzy zostawiły wyraźne ślady w cienkiej warstwie pyłu.
– Proszę, nie odchodź.
Gwendolyn się zawahała. Rzecz jasna miała ambicje i rezerwę, jak przystało Lancasterom, ale – podobnie jak matka – miała też serce. Łzy były czymś bezprecedensowym. Do tej pory tylko raz widziała, by jej matka się rozpłakała, a i to ze śmiechu.
Może powinna była... lepiej się zastanowić nad tym, jak podejść do decyzji o zaciągnięciu się. Nie było już jednak czasu na dyskusje. Dziś rano miała złożyć przysięgę.
Spojrzała matce w oczy, starając się, by jej głos zabrzmiał jak najłagodniej. Nie będzie płakała. Po prostu nie będzie. Nawet jeśli zbierało się jej na płacz.
– Bardzo cię kocham – rzekła cicho.


* * *



Lady Lancaster śledziła wzrokiem oddalającą się córkę. Oczy miała pełne łez. Zaczekała, aż wielkie frontowe drzwi rezydencji zamkną się głośno, nim wreszcie spojrzała na Esterbrooka.
– Dobrze się czujesz, kapitanie?
– Dobrze, choć przyznaję, że jestem nieco zaskoczony – odparł. – Chłopaki?
Jeden ze strażników dotknął policzka i skrzywił się mocno.
– Lady Gwen jest bolesna – mruknął.
– Nie okazaliście przeciwnikowi należnego szacunku – skwitował Esterbrook z rozbawieniem w głosie. – Idźcie na śniadanie. Potem poćwiczymy rzuty na matę.
Obaj mężczyźni oddalili się z zawstydzonymi minami. Kapitan przyglądał się im z wyraźnym zadowoleniem. Nagle mrugnął znacząco do lady Lancaster.
– Pani... ty płaczesz?
– Pewnie, że tak – odparła z dumą w głosie. – Widziałeś to? Skutecznie przeciwstawiła się waszej trójce.
– A nawet czwórce – poprawił ją delikatnie kapitan.
– Gwendolyn nigdy nie miała problemu ze sprzeciwianiem się mnie – odparła z przekąsem lady Lancaster.
Esterbrook chrząknął.
– Nadal nie rozumiem, po co ci była potrzebna ta dramatyczna scena.
– Znam własną córkę i wiem doskonale, że jeśli chcę mieć absolutną pewność, że coś zrobi, muszę jej tego zabronić.
– To mi przypomina kogoś innego, kto również uparł się, że wstąpi do służby, pani – rzekł Esterbrook. – Kto to mógł...
– Byłam wtedy bardzo młoda i krnąbrna, o czym dobrze wiesz. Ale z pewnością nie opuściłam domu w ten sposób.
– W rzeczy samej – zgodził się kapitan. – O ile dobrze sobie przypominam, zniszczyłaś po drodze troje drzwi, nie tylko jedne.
Lady Lancaster spojrzała na niego, pociągając nosem.
– Doprawdy, Esterbrook. Jestem prawie pewna, że przesadzasz.
– I chyba z sześć posągów.
– To były tylko niegustowne kopie.
– I dziesięć stóp kamiennego muru.
– Matka stała w drzwiach. Jak inaczej mogłabym wyjść?
– Tak, pani – odparł z powagą Esterbrook. – Dziękuję, że wyprowadziłaś mnie z błędu. Teraz widzę, że nie ma porównania.
– Byłam pewna, że się ze mną zgodzisz. Jesteś rozsądnym człowiekiem.
– Tak, pani. Ale... – Kapitan zmarszczył brwi. – Rozumiem, że chciałaś ją skłonić do wstąpienia do służby, ale chyba nie bardzo wiem dlaczego.
Lady Lancaster przez chwilę przyglądała się mu w zamyśleniu. Esterbrook był lojalnym żołnierzem i bezcennym domownikiem. Przez całe życie pozostawał jej sojusznikiem i przyjacielem... ale kocie oczy genetycznych wojowników z reguły skupiały się na najbliższym otoczeniu. Nie wątpiła, że gdyby wydała taki rozkaz, kapitan mógłby zamknąć oczy i podać jej dokładne położenie wszystkich znajdujących się w pokoju przedmiotów. Nie miałby jednak pojęcia, gdzie stały przed ostatnią zmianą dekoracji, ani gdzie powinno się je umieścić teraz, gdy centralny posąg został zniszczony. Genetyczni wojownicy najlepiej radzili sobie z teraźniejszością, podczas gdy ona – podobnie jak inni Lancasterowie przed nią – musiała zaprzątać sobie głowę daleką przeszłością oraz bliską przyszłością.
– W kasztelach zaczyna się poruszenie – odparła cicho. – Pojawiają się znaki i omeny. Co najmniej czterech aeronautów Floty melduje, że widziało Archanioła. Wszyscy przysięgają, że to nie był sen ani pijackie zwidy. Kasztel Aurora wycofał ambasadora z Kasztelu Albion, a między naszymi flotami doszło już do pierwszych potyczek. Na dolnych kondygnacjach narastają niepokoje i...
Esterbrook przechylił głowę.
– Pani?
– Kryształy zachowują się... dziwnie.
Kapitan uniósł brwi z niedowierzaniem.
Lady Lancaster pokręciła głową.
– Nie umiem inaczej tego ująć. Pracowałam przy nich od wczesnego dzieciństwa i... coś jest nie w porządku. – Zwróciła się z westchnieniem ku zniszczonym drzwiom. – Idą mroczne czasy, stary przyjacielu. Walka, jakiej nie widziano od strzaskania świata. Moje dziecko musi zobaczyć to na własne oczy, poznać tych, którzy przeciwstawią się katastrofie, uświadomić sobie, jaka jest stawka. Ten cel osiągnie tylko w służbie.
– Walka – mruknął Esterbrook. – Ona już jest nieodłączną towarzyszką lady Gwen.
Lady Lancaster zerknęła na zniszczone drzwi i na nadal unoszący się w powietrzu pył.
– Tak – przyznała cicho. – Boże w Niebiosach, Archaniołowie, Miłosierni Budowniczowie, błagam, zaopiekujcie się moim dzieckiem.


Rozdział 1

Statek Handlowy Albionu Drapieżca



Kapitan Grimm zdjął teleskop z prawego okularu masywnych gogli. Aurorański sterowiec był maleńką plamką, ledwie widoczną na tle gęstych chmur na dole. Unoszącemu się wysoko w aerosferze Drapieżcy osłonę zapewniał intensywny blask słońca. W mezosferze, warstwie gęstych chmur i mgły leżącej między nimi a nieprzyjacielem, szalał sztorm, ale mieli jeszcze szanse doścignąć wrogą jednostkę, zanim burza zakłóci działanie systemów statku.
Grimm skinął stanowczo głową.
– Damy się ponieść prądom. Na stanowiska. Wysunąć działa. Rozwinąć sieć, z góry, z dołu i po obu burtach. Tarcza na pełnej mocy. Kurs na aurorańską jednostkę.
– Sygnał „na stanowiska”! – ryknął porucznik Creedy. Rozległy się trzy szybkie uderzenia w dzwon pokładowy, powtarzane raz po raz z narastającą głośnością. – Przygotować działa! – Rozkaz poniósł się echem po całym Drapieżcy. Artylerzyści popędzili do swoich wieżyczek. – Sieć ze wszystkich stron! – Noszący gogle, ogorzali od słońca mężczyźni odziani w skórzane stroje aeronautów, skoczyli na maszty i reje, potwierdzając krzykiem, że zrozumieli rozkaz. Creedy złapał za koniec tuby głosowej i zawołał:
– Maszynownia!
– Maszynownia, tak jest! – odpowiedział mu głos o blaszanym brzmieniu.
– Pełna moc do tarczy, panie Journeyman.
– Pełna moc do tarczy, tak jest! Ale powiedz kapitanowi, żeby ich załatwił, zanim zdążą jej dotknąć. Burza jest za blisko. Jeśli źle wyliczy czas, zostaniemy nadzy.
– Pamiętaj o dyscyplinie, panie Journeyman – odparł ostro Creedy.
– Pamiętam, ty idioto – warknął mechanik. – Nie ucz mnie mojej roboty, ty zarozumiały marynarzyku.
– Daj spokój, pierwszy – rzekł bardzo cicho Grimm. Uśmiechnął się, usłyszawszy odpowiedź tamtego, ale tylko lekko. Eteryczny mechanik był po prostu zbyt wartościowy, by można go było zastąpić, i Journeyman świetnie o tym wiedział.
Wyższy, młodszy mężczyzna skrzywił się i skrzyżował ramiona na piersi.
– Powinien być przykładem dla innych ludzi w maszynowni, kapitanie.
Grimm wzruszył ramionami.
– Ale nie będzie, poruczniku. Nie da się wycisnąć krwi z kamienia. – Spokojnie splótł dłonie za plecami. – A poza tym może mieć rację.
Creedy przeszył go ostrym spojrzeniem.
– Kapitanie?
– To będzie bardzo ryzykowne – odparł Grimm.
Creedy przyjrzał się z uwagą aurorańskiemu sterowcowi i przełknął ślinę. To była jednostka klasy „Cortez”, wielki kupiecki statek, znacznie masywniejszy od Drapieżcy. Miał potężniejsze działa i grubszą tarczę. Choć budowane przez konkurencyjny kasztel sterowce klasy „Cortez” oficjalnie były statkami handlowymi, a nie okrętami wojennymi, to były dobrze uzbrojone i zdarzało się, że miały na pokładzie całą kompanię aurorańskiej piechoty powietrznej. Grimm był przekonany, że właśnie ten sterowiec odpowiada za niedawne straty zadane handlowej flocie Albionu.
– Przygotować się do abordażu, sir? – zapytał Creedy.
Grimm uniósł brwi.
– Nie brak nam śmiałości i odwagi, poruczniku, ale nie jesteśmy szaleńcami. Zostawimy to komandorowi Rookowi i jego przyjaciołom z Floty. Drapieżca to prywatna jednostka.
– Tak jest. Chyba lepiej będzie, jeśli zwiejemy stąd jak najszybciej.
– Przeoramy ich sieć, zepchniemy ich w dół, rzucimy boję i pozwolimy Rookowi zadbać o resztę – potwierdził Grimm. – Jeśli wdamy się w artyleryjski pojedynek, burza może nas dogonić i uszkodzić naszą tarczę.
– Ich tarczę również – zauważył Creedy. We Flocie oczekiwano, że dobry pierwszy oficer będzie grał rolę adwokata diabła, krytykującego plany kapitana. Grimm uważał ten zwyczaj za nieco irytujący. Gdyby nie to, że był winien przysługę siostrze Creedy’ego...
– Mają więcej dział od nas i do tego potężniejszych – odparł. – A także większą wyporność. Jeśli zawiśniemy nieosłonięci naprzeciwko „Corteza”, nawet najgorszy z aurorańskich kapitanów bardzo szybko strąci nas na powierzchnię.
Creedy zadrżał.
– Tak jest, sir.
Grimm poklepał młodszego mężczyznę po ramieniu i uśmiechnął się do niego przelotnie.
– Spokojnie. Gdy Flota karze młodych oficerów tak surowo, robi to po to, by się upewnić, że po powrocie do służby nie popełnią już podobnego błędu. Przywrócą ci pozycję. Gdyby nie zamierzali tego zrobić, po prostu by cię zwolnili. Wkrótce zamienisz Drapieżcę na porządnie opancerzony okręt.
Drapieżca to dobry statek, kapitanie – zapewnił Creedy. – Po prostu trochę zbyt... delikatny, jak na mój gust.
Stanowczo mniej delikatny, niż ci się zdaje, pomyślał Grimm.
– Bez obaw, pierwszy. Nawet jeśli nie wrócimy do domu z pryzem, nagroda za uszkodzenie nieprzyjacielskiego statku i zostawienie go na pastwę Rooka będzie miłym dodatkiem do naszych zarobków. Co najmniej sto koron na głowę.
Creedy skrzywił się z niezadowoleniem.
– A Rook zgarnie setki tysięcy koron za pryz. I zapewni swojemu Domowi kilka nowych miejsc w Radzie.
Grimm zamknął oczy i uniósł lekko podbródek, gdy jego ludzie rozwijali niemal przezroczystą sieć z eterycznego jedwabiu. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć, w jaki sposób sieć się zmieni, gdy przekaźniki mocy wypełnią ją elektrycznością. Poruszy się wtedy i uniesie, jakby nic nie ważyła. Sieć wychwytywała niewidzialne prądy energii eterycznej płynące przez aerosferę. Półprzezroczyste pasma jedwabiu otaczały statek ze wszystkich stron w odległości około dwustu stóp na podobieństwo wielkiej pajęczyny, przechwytywały moc niewidocznych eterycznych prądów płynących po niebie. Drapieżca ruszył naprzód. Smukły statek szybko nabierał prędkości. Wiatr się wzmagał, zimny i suchy. Rzadkim powietrzem wstrząsnął odległy huk gromu.
Myśl, że komandor Hamilton Rook może zdobyć w kasztelu jeszcze większe wpływy, nie niepokoiła zbytnio Grimma. Nieszczególnie przejmował się polityką. Prostacy z różnych kaszteli mogli gryźć się między sobą, jeśli to im odpowiadało. Dopóki miał Drapieżcę, nie potrzebował niczego więcej.
Kettle, mężczyzna stojący za drążkami sterowymi kilka stóp wyżej za Grimmem i Creedy’m, zagwizdał krótko. Kapitan odwrócił się, unosząc brwi.
– Panie Kettle?
Posiwiały aeronauta wskazał podbródkiem w dół, na nadchodzącą burzę.
– Kapitanie, może powinieneś zejść bardziej stromo niż zwykle. Przyciąganie szybciej doprowadzi nas do celu, a jeśli starcie nie pójdzie po naszej myśli, będziemy mogli przemknąć obok nich i zniknąć w chmurach.
– Nie zapominaj się, aeronauto – warknął Creedy. – Jeśli masz jakąś sugestię, możesz ją przekazać kapitanowi za moim pośrednictwem. Tak mówi regulamin Floty.
– Pierwszy, to nie jest okręt Floty – rzekł mu cicho Grimm. – To jest mój statek. Daj mi się zastanowić.
Propozycja pana Kettle’a miała sens. Zwiększona prędkość ułatwiłaby zadanie artylerzystom, ale ich statek był w dobrym stanie i nie powinien potrzebować cudownej celności, by wyłączyć z akcji nieprzyjacielską jednostkę przy ataku z zaskoczenia. Co więcej, rozpoczną walkę kilka chwil wcześniej, przed nadejściem burzy. Jeśli tarcza Drapieżcy pozostanie nietknięta, ich szanse będą wyglądały znacznie lepiej.
Creedy, który nie bladł nawet podczas najgwałtowniejszej burzy, zrobił się lekko zielony, usłyszawszy, co jego kapitan sądzi o regulaminie Floty. Obejrzał się jednak przez ramię na Kettle’a i dzielnie ponowił próbę wykonania tego, co uważał za swój obowiązek.
– Strome nurkowanie wydaje się niepotrzebne, sir. Najprawdopodobniej nawet nas nie zauważą, dopóki nie otworzymy ognia.
– Jesteśmy daleko od domu, pierwszy. Wolałbym nie polegać na prawdopodobieństwie. – Grimm skinął głową do pilota. – Zrobimy to po twojemu, panie Kettle. Przekaż artylerzystom, że mają przestawić działa.
– Tak jest.
Grimm przechylił głowę, zastanawiając się nad nasilającym się wiatrem.
– Panie Creedy, każ ludziom stawiać żagle.
Pierwszy oficer zamrugał ze zdziwienia.
– Kapitanie?
Grimm nie miał mu za złe tej reakcji. W dzisiejszych czasach niewiele sterowców posługiwało się żaglami. Gdy statek wypadł z aerosfery albo znalazł się w obszarze ciszy, gdzie prądy eteryczne były za słabe, chętniej korzystano z napędzanych parą śmigieł albo nowoczesnych, podobnych do śrub turbin. Żagle miały jednak pewne zalety. Nie potrzebowały ciężkich, zajmujących wiele miejsca maszyn parowych i w porównaniu z nimi były też prawie bezgłośne.
To dziwne, jak często w życiu rozsądniej jest być cicho, pomyślał Grimm.
– Na razie niech będą zrefowane, ale chcę, żeby były gotowe.
– Tak jest – odparł Creedy z entuzjazmem jeszcze mniejszym niż przed chwilą. Przekazał jednak wiernie rozkazy.
Potem nie pozostało im właściwie już nic poza czekaniem, aż Drapieżca zajmie pozycję przed zejściem w dół. W skład standardowego wyposażenia bojowego wchodziła uprząż z licznymi punktami mocującymi. Lina bezpieczeństwa miała sześć do dziewięciu stóp długości, była spleciona z rzemieni, i na obu końcach miała zaciski. Gdy zabrzmiał sygnał „na stanowiska”, każdy był zobowiązany mieć przy sobie trzy takie liny. Grimm i Creedy przypięli po dwie do poprzeczek albo pierścieni, które w tym właśnie celu rozmieszczono na całym pokładzie sterowca.
Gdy już zaciągnęli mocno liny, kapitan zatrzymał się na chwilę, by poprawić mundur. Jako dowódca statku handlowego właściwie nie musiał go nosić, ale załoga zamówiła dla niego uniform po ich pierwszym, bardzo udanym ataku korsarskim. Wyglądał tak samo jak mundur Floty, tyle że skóra nie była granatowa ze złotą obwódką, lecz czarna z krwawoczerwoną. Końce rękawów długiego płaszcza zdobiły dwa szerokie pasy symbolizujące rangę kapitana sterowca. Srebrne guziki w kształcie czaszek były, zdaniem Grimma, lekką przesadą, musiał jednak przyznać, że nadają płaszczowi odpowiednio piracki wygląd.
Na koniec, jak zwykle, zaciągnął rzemień kapelusza, by umocować go bezpiecznie. Aeronauci uważali, że jeśli podczas nurkowania przed walką kapitanowi spadnie nakrycie głowy, przynosi to pecha, a on widział w swoim czasie zbyt wiele dziwnych rzeczy, by mógł być całkowicie wolny od przesądów.
Potrzebowali trochę czasu, by pokonać wielomilowy dystans dzielący Drapieżcę od aurorańskiego statku. Napięcie rosło z każdą chwilą, unosiło się w zimnym powietrzu, uwidaczniało się w sztywności pleców artylerzystów i aeronautów. Pojedynki sterowców były najbardziej niszczycielską postacią przemocy znaną człowiekowi i wszyscy na pokładzie o tym wiedzieli.
Grimm jak zawsze grał przypisaną mu rolę. Niepokój i strach można było tolerować. W końcu w tej sytuacji były one jedyną rozsądną reakcją. Strach był jednak chorobą, która często się szerzyła, paraliżując załogi i prowadząc do zniszczenia, którego wizja była jego źródłem. Kapitan nie mógł sobie pozwolić na takie luksusy. Ludzie musieli mieć pewność – nie tylko nadzieję, lecz absolutną pewność – że ich dowódca wie, co robi. Musieli wiedzieć, że kapitan jest niezwyciężony, nieomylny i klęska się go nie ima. Ta pewna, niezachwiana wiedza miała dla załogi kluczowe znaczenie. Pozwalała ludziom lekceważyć strach i skupiać się na obowiązkach, jak ich nauczono.
Ludzie zachowujący się tak, jak nauczono ich podczas szkolenia, nawet pośród piekielnej furii bitwy powietrznej, byli niezbędnym warunkiem zwycięstwa. Taka załoga ponosiła znacznie mniej strat w zabitych i rannych. Grimm wolałby rzucić się w dół z brzusznych masztów Drapieżcy, niż stracić na próżno choć jedną kroplę krwi załogi. Dlatego robił, co tylko mógł, by walczyli jak najdzielniej i jak najskuteczniej.
Czyli nie robił nic.
Stał spokojnie na pokładzie. Jego liny bezpieczeństwa były napięte, a dłonie splótł za plecami. Wpatrywał się przed siebie, absolutnie niczego po sobie nie okazując. Od czasu do czasu czuł omiatające go spojrzenia, ale stał bez ruchu, emanując spokojem i pewnością siebie.
Creedy próbował naśladować kapitana, lecz tylko z ograniczonym powodzeniem. Ściskał jedną z poręczy tak mocno, że knykcie mu zbielały, i zbyt mocno wydychał powietrze przez rozwarte nozdrza.
– Pierwszy, może włożyłbyś rękawiczki? – zasugerował cicho Grimm. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
Creedy spojrzał na swe dłonie i natychmiast puścił poręcz. Pogrzebał w kieszeniach, szukając rękawiczek, i włożył je pośpiesznie.
Grimm nie mógł mieć pretensji do młodego oficera. To będzie dla niego pierwsza bitwa na pokładzie Drapieżcy, który był cywilnym statkiem. Zbudowano go prawie wyłącznie z drewna, nie miał stalowych płyt powleczonych mosiądzem i miedzią, jakimi mogły się pochwalić okręty wojenne. Jeśli nieprzyjacielskie impulsy przebiją tarczę, każdy z nich spowoduje straszliwe uszkodzenia statku i straty w ludziach. Szczęśliwy strzał mógł nawet zniszczyć kryształ rdzenia, powodując eksplozję, która rozrzuci sterowiec i jego załogę na przestrzeni wielu mil.
Obawy Creedy’ego miały swe korzenie w wieloletniej służbie na okrętach Floty Kasztelu Albion. Wszystko, co wiedział, mówiło mu, że zmierza ku bitwie mogącej się skończyć zagładą obu przeciwników, a Grimm podejmuje straszliwe ryzyko.
Nie było jego winą, że nigdy dotąd nie walczył na Drapieżcy.
Nadszedł czas. Statek znalazł się w odpowiedniej pozycji, nieco więcej niż milę nad aurorańską jednostką.
– Sygnał do manewrów! – zawołał Grimm.
Pokładowy dzwon zaczął wybijać szybkie staccato, ostrzegając wszystkich, by zapięli liny bezpieczeństwa, nim zacznie się bitwa.
Kapitan poczuł, że jego usta rozciągają się w uśmiechu godnym wilka. Zacisnął jeszcze mocniej rzemyk kapelusza przed rozpoczęciem nurkowania, a potem spojrzał w bok i skinął lekko głową.
– Panie Kettle, schodzimy w dół.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2016-05-28 (337 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej