Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Skald. Karmiciel kruków
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Atalaya. Szlachetne przymierze - Jaga Rydzewska



Rozdział XV

Źródło: raport Pierwszego Inspektoratu Agencji Ochrony Dobra
Oznaczenie: I-Sh-BT 11/35
Kryptonim: Zakazane Miasto
Klauzula: ściśle tajne
Materiał dowodowy: zeznania świadka Ruminaviego Taoru, lat 20, złożone w dniu 6 kyugatsu 335 roku Cesarstwa Słońca przed Standartenführerem Kurtem Nahrani i Obersturmbannführer Saguay Sarpasupta, przy zastosowaniu standardowych środków farmakologicznych. Uwaga: po odebraniu całości zeznań świadkowi zmodyfikowano pamięć (patrz tom 5 pozycja 19).
Lokalizacja: tom 5 pozycja 2 ścieżka dźwiękowa 2.

Ja tam nie jestem bojaźliwy. Nie żebym się chwalił, ale dużo trzeba, żeby mnie przestraszyć. A poza tym rozumiałem, co się dzieje. Nie do końca, co to, to nie, ale umiałem spojrzeć na sprawę naukowo. Właśnie dlatego mnie wybrano, żebym studiował mereonikę. Ale kiedy ta dziewczyna się zawirowała, naprawdę się zląkłem. Już wiedziałem: to ostatnia noc świata. Ostatnia noc Bayan Dżordat. Potem nie będzie nic.
Jaka dziewczyna? No ta, mówiłem o niej wczoraj. Na poprzednich zeznaniach. Miała brylant w pępku, który uwierał mnie jak cholera, kiedy uprawiałem z nią seks nad jeziorem. Nie wiem, jak się nazywała, nie pytałem. Więc kiedy biegłem ulicą...
Dlaczego biegłem? Jak mi co chwila będziecie przerywać, to w życiu nie skończę. Biegłem, bo wszyscy wtedy ganialiśmy jak z dopalaczami. Pojęcia nie macie, co się wyprawiało. Z całym szacunkiem, ale mówić wam o tym, to jak ślepemu o kolorach. Wyście nigdy tego nie widzieli, na żadnym filmie, w żadnym virtu.
Sieć nie działa, nic nie działa, Opiekunowie najpierw zwariowali, a potem umarli, łączności z kimkolwiek nie ma żadnej, z teleporterów wylatują zdychające potwory, morfery padły, healery padły, znikąd jedzenia, brak wody w kranach i nawet załatwić się po ludzku nie sposób, bo sedesy pozatrzaskiwane. Z początku to jeszcze napisy się wyświetlały: „Awaria, proszę czekać”. Czekać, dowcipnie ktoś wymyślił. Można by tak czekać do usranej śmierci. Wszyscy zaczęli otwierać sedesy na siłę i wtedy się okazało, że kanalizacja zapchana, wyginęły utylizery i deodoranty. I jeszcze ktoś puścił plotkę, że to najazd Sundan. Że mamy wojnę. Więc ludzie rzucili się do sklepów. Na pierwszy ogień poszły spożywcze, bo wiadomo, jeść trzeba. Potem już plądrowali wszystko jak leci.
Tylko jedno mnie zdumiewa. Do dzisiaj, można powiedzieć, z tego zdumienia nie wyszedłem. To byli przecież moi znajomi, kumple z uczelni, niejedną imprezę razem zaliczyliśmy, seks uprawialiśmy, do virtu wchodziliśmy. A tamtej nocy miałem wrażenie, jakby nastała Godzina Prawdy. Jakby spod ludzkich twarzy wyjrzały pyski drapieżców. Mało się nie pozabijali, wywlekając towar. Po mordach się tłukli. Zawijali łupy w koszule, koce, sarongi, i telepali się, obładowani, pochyleni pod ciężarem, gotowi zagryźć każdego na drodze. Dać im dzidy i łuki, to by wyglądali jak horda białych dzikusów, najeżdżających Mongolię, widziałem takich na filmie historycznym. Na mnie naskoczyli z wrzaskiem, że jestem wajsą i mam się wynosić do dzielnicy wajsów. Wiadomo, że tam są gorsze sklepy. A ja chciałem tylko jedną zgrzewkę wody. Jedną małą zgrzewkę. Nawet ją złapałem, ale gdzie tam, wyrwali. Odepchnęli mnie, przewrócili. Gdybym nie uciekł, to by zatłukli. I wszystko w tym szalonym tumulcie, w zamieszaniu, w panice prawie, kiedy całe tłumy latały objuczone zdobyczą i z obłędem w oczach taranowały drzwi i okna sklepów, kiedy ludzie napadali się wzajem, okradali, łączyli w bandy, jak wilki wściekłe i przerażone. Zbiorowa histeria, mówię wam. Faktycznie wyglądało, że Sundanie nas atakują i na początek użyli broni, która działa na umysł, żebyśmy sami się wymordowali. A może to coś, co się działo ze spletnią, odbiło się na nas? Ale jak kiedyś na zajęciach zapytałem docenta Lhoni, czy to prawda, że spletnia jest powiązana z umysłem, to Lhoni strasznie się oburzył. Taki pogląd, powiedział, to galaktyczne wstecznictwo, a my w Sol Wangkuo uprawiamy naukę postępową. Więc sam nie wiem. Możliwe, że ludzie świrowali tylko ze strachu, z bezradności takiej, bo nigdy dotąd nie słyszano, żeby w całym mieście wysiadł System. Dla nas to była katastrofa, jakiej nie znał świat, rozwałka kosmosu z przyległościami.
Niektórzy próbowali uciec. Słyszałem, że dzikie tłumy tratowały się w kosmoporcie, szukając statku, który by chciał wystartować. I gówno, żaden nie chciał. Potem się okazało, że statki wysiadły najsampierw i właśnie z kosmoportu przyszło całe zło. Inni mieli nadzieję, że wylogują się z miasta przez sieć teleporterów, chociaż od dwóch dni się trąbiło, że linia międzygwiezdna jest uszkodzona, a kiedy psuje się infotronika, do teleportera strach nawet wejść. Znaleźli się tacy, co się nie bali. Tacy zawsze się znajdą. Widziałem ich potem na własne oczy. Od tego się zresztą dla mnie wszystko zaczęło. Myśmy siedzieli nad jeziorem, nie mieliśmy pojęcia co się dzieje, a kiedy pogasiliśmy ogniska i w najlepszych humorach poszliśmy na ulicę Sato, z teleportera wypadła taka wielka, ruchoma, wrzeszcząca bryła... ludzie pozrastani nogami i tułowiami, tylko ręce i głowy sterczały z tej masy... Do tej pory mam lęk przed teleportacją.
Dwa dni później rozegrała się wielka bitwa pod rozdzielnią sieciową. Potem była masakra nad jeziorem Obo Nur. Władze miasta zaraz na początku próbowały spuścić do zbiorników całą wodę z jeziora, ale trzeba było pompować ręcznie, więc szło powoli. Ludzie się rzucili, biegli z butlami, wiadrami, włazili w wodę po pas, i Gindżaye zaczęła strzelać. Wybili ich do nogi, do ostatniego człowieka. Nie wiem, co za głupek wydał rozkaz. Bo oczywiście trupy zapaskudziły to, co w jeziorze zostało. Tyle wody na marne! Strażnicy, jakby to jeszcze mogło pomóc, wyłowili truposze i wrzucili do Wyrwy. Też bez sensu. Przecież brakowało picia i jedzenia. Niektórzy w desperacji spuszczali się po linach w dół, żeby dorwać te hektolitry zepsutej krwi, te tony gnijącego mięsa, ale z tych, co weszli w Wyrwę, nikt nie wrócił.
Tamtej pierwszej nocy jeszcze były pełne sklepy, jeszcze, sami o tym nie wiedząc, żyliśmy w luksusie, i ludzie gromadnie szli na łów. Wtedy, na początku, kto przeczuwał, co nas czeka? Kto się spodziewał, że nadejdzie głód, taki głód, jakiego żaden z nas, sytych, dotąd nie znał? Że ludzie będą polować na dzieci, ale dzieci też szybko zabraknie? Że będą łowić podludzi albo podstępem łapać znajomych i wysysać z nich krew, po prostu z pragnienia? Że zaczną przewiercać się do rur kanalizacyjnych, żeby znaleźć choć kroplę wody? Że bez healerów, immunów i całej tej medycznej opieki dojdzie do epidemii tyfusu? Czy ktoś w ogóle znał przedtem słowo „tyfus”? Czy ktoś rozumiał, jak to jest, przyzwyczaić się do smrodu na ulicy, brodzić po kostki w odchodach i śmieciach, patrzeć na rozkładające się zwłoki? Raz jakiś debil oblał czymś te śmiecie i podpalił. Myśleliśmy, że dym nas wydusi, bo przecież nie działała wentylacja, a fotoksyt ledwo nadążał z przerabianiem powietrza. Później po ulicach chodziły patrole Gindżaye, zapędzając nas do roboty. Sprzątaliśmy odpadki, nosiliśmy do Wyrwy, spychaliśmy, i fru - spadały w czarną przepaść. Nie było słychać, żeby gdzieś doleciały. Niektórzy mówili, że tam w ogóle nie ma dna. Że przepaść sięga na drugą stronę księżyca. Ja tylko wiem, że Wyrwa nigdy się nie zapełniła, a przysięgam, dużo w nią wpadło.
Gdzieś po dwóch tygodniach trupów zrobiło się więcej. Sporo ludzi poumierało z pragnienia i na krwawą biegunkę. Zanim zepchnęliśmy ciała do Wyrwy, spuszczaliśmy z nich krew, o ile nie zakrzepła. Próbowaliśmy wytłaczać ją z tkanek. Nie było jak się umyć, wszyscy chodziliśmy brązowi od plam, zachlapani, cuchnący. Po czterech tygodniach nagle patrzymy, a wszędzie pełno szczurów. One chyba już pierwszej nocy wydostały się na wolność, znalazły wyjście ze swoich labiryntów na Wydziale Biologii i zaczęły się mnożyć. Gdyby kwarantanna potrwała dłużej, miasto byłoby ich. Bo im więcej się ich robiło, tym stawały się bezczelniejsze. My, zwyczajni ludzie, nie mieliśmy broni, a strażnicy z Gindżaye najczęściej siedzieli u siebie, wasi też nie wychylali nosa poza siedzibę Agencji, więc doszło w końcu do tego, że widziałem, jak szczury kogoś zjadają, nie wiem kogo, nie miał twarzy i na pewno żył, kiedy go jadły, bo krzyczał, ruszał się pod tą ich masą, próbował wstać, ale tak się w niego wgryzły, że wyglądał jak figura zlepiona z setek małych, ruchliwych ciał...
Przepraszam, panie Standartenführerze, to nerwy. Zawsze się denerwuję, jak to wspominam.
Jeszcze raz przepraszam. Już mi lepiej. Prawie. Mówicie, że to trwało tylko czterdzieści pięć dni. Że władze zarządziły kwarantannę, bo takie są przepisy. Bo eksperci musieli przetestować immuny i jeszcze sprawdzić, czy żaden kornik nie przeżył. Ja wszystko rozumiem, ale dlaczego nie przysłaliście nam wody? A jeśli przysłaliście, to dlaczego tak mało? Półtora miesiąca można wyżyć bez jedzenia, ale bez picia się nie da. Tak, wiem, woda była dla tych lepszych. Aminowie podobno nawet się myli. Kszatrijowie jakoś wytrzymywali. Ale dla wajsów już ledwo starczało, a siudrowie nie dostawali nic. Gdyby nie podludzie, w Bayan Dżordat nie przeżyłby ani jeden siudra. Triada, nie wiem skąd, ale miała wodę i handlowała nią, wymieniając za towar, kradziony przez siudrów z ludzkich mieszkań, albo za...
Tak, panie Standartenführerze, rozumiem. Mam nie pieprzyć głupot o tym, co było potem, tylko wrócić na początek. Do tamtej pierwszej nocy.
Tamta pierwsza noc... Pewnie, że chcecie o niej wiedzieć, ile się da. Nikt w całej ludzkiej historii nie przeżył takiej nocy. Nie przeżył, dosłownie. Od takich rzeczy się umiera.
Już wracam do tematu. O czym to ja... Aha, o tej dziewczynie, co ją zawirowało. Więc to było tak.
Bardzo szybko zauważyłem, że awaria awarią, sklepy sklepami, a na księżycu dzieje się coś dziwnego. Ludzie nie mieli do tego głowy w całym tym krzyku i chaosie, ale ja patrzyłem okiem naukowca. Najpierw było jeszcze normalnie, tylko bardziej. Znacie to uczucie, kiedy człowiek rozgląda się po virtu i wszystko wydaje mu się bardziej kolorowe, bardziej wyraziste niż w realu? Więc to było coś takiego. Piekło rozpętało się zaraz potem.
Co mam na myśli? Jak mówię, że było normalnie, tylko bardziej, chodzi mi o koincydencję. Ona sama w sobie jest normą. Docent Lhoni mówił, że spośród wszystkich teoretycznych możliwości zrealizuje się ta, która już raz została zrealizowana, bo to wynika z pamięci infopola, a spletnia jest membraną i odwzorowuje tę pamięć. Czy coś w tym stylu, dokładnie nie powtórzę. Koidy to są zdarzenia powtarzalne, które łączą się poprzez sens albo symbol. Człowiek bezmyślnie włącza partiví, a tam leci program przyrodniczy o życiu rekinów, więc zamiast tego człowiek łapie jakiś film z sieci na chybił trafił i pierwsze, co widzi, to rekiny okrążające szalupę pełną rozbitków, no to człowiek otwiera wiadomości, a tu się do niego rekin szczerzy i radosny głosik zza kadru szczebiocze, że ten piękny okaz został właśnie zakupiony przez miejski ogród zoologiczny. To jest właśnie koid. Normalnie koidy chodzą parami. Rzadziej trójkami. Jest w mereonice takie Prawo Krótkich Serii. Jeśli doszło do trzech koidów, prawdopodobieństwo następnych maleje proporcjonalnie do czegoś tam. Na to są wzory. No jasne, że nie będę ich podawał, zresztą między nami mówiąc, nie za dobrze je pamiętam, chcę tylko powiedzieć, że tamtej nocy Prawo Krótkich Serii zostało złamane. Koidy wystrzeliwały długimi łańcuchami, jakby przez całą spletnię szedł nie kończący się rezonans.
I naraz patrzę, a tu kolaps się rozregulował.
Jak to jaki? Zwyczajny. Kolaps prawdopodobieństwa. Pytacie, czy możliwy jest kolaps prawdopodobieństwa? Możliwy to mało powiedziane. On jest niezbędny. Jest warunkiem istnienia świata.
To wygląda mniej więcej w ten sposób, że potencjalne zdarzenie, zanim nastąpi, jest tylko falą. Falą w przestrzeni wielowymiarowej. Ona ma, ta fala, o, takie łagodne grzbiety i doliny. Dolina jest tam, gdzie prawdopodobieństwo jest najmniejsze, a grzbiet tam, gdzie największe. Żeby z fali zrobiło się zdarzenie, potrzebny jest kolaps. Fala musi tak jakby się ścieśnić, zgęstnieć, i wtedy dopiero się materializuje w Rzeczywistości. Zresztą możliwe, że coś pokręciłem, ale sens jest właśnie taki. Kolaps, mówił docent Lhoni, to redukcja potencjalnych zdarzeń, które zbiegają się w jedno zdarzenie zrealizowane.
A tamtej nocy się nie zbiegały. Nawet gorzej: zaczęły się rozbiegać.
Najpierw kolaps po prostu wziął i się obsunął. Z grzbietu fali na dół. To znaczy zaczęły się zdarzać rzeczy nieprawdopodobne. Żeby to był pojedynczy wypadek, ale nie, wypadki zwalały się jeden po drugim, a takie one były, że mózg człowiekowi wykręcało. Na samym początku, jak mówiłem, wszystko było normalnie, tylko bardziej. Oczywiście, panie Sturmbannführerze, już podaję przykład. Jedno małe zdarzenie. Tylko jedno, a takich zdarzeń były setki. Więc tak. Jest noc. Właśnie przed chwilą to bydlę Gesar z trzeciego roku genetyki wyrwało moją zdobyczną zgrzewkę. Biegnę ulicą, szukając, skąd by się dało coś wynieść. Ściany domów są całe w rysach, w jednym miejscu w ogóle nie ma muru, widać czyjeś mieszkanie na piętrze, i ten facet, któremu już chyba jest wszystko jedno, siedzi pijany z nogami zwieszonymi nad ulicę i śpiewa na cały głos piosenkę „Twoje oczy są jak morza na planecie wielkich mgieł”, waląc przy tym o ścianę metalową ramą od obrazu i wybijając rytm. Farba na ścianach zaczyna migotać równo z uderzeniami. Widzę, że z bocznego zaułka wybiega trzech studentów. Znam ich z widzenia. Targają ze sobą jakieś pudła na wózku bagażowym. Taki wózek to był łakomy towar tej nocy. Z przeciwnej strony, patrzę, toczy się ciężko kilku wajsów, techników na uczelni, obładowanych jak wielbłądy różnorakim dobrem. No, myślę sobie, będzie zadyma. I faktycznie. Wajsowie rzucają się na studentów, żeby im zabrać wózek i pudła. W ogólnej szarpaninie jedno pudło spada, podcina któregoś wajsę, który wywala się na ziemię, i wtedy się okazuje, że był obwieszony plastikowymi butlami, olej to był chyba, i ten olej nie wiedzieć czemu pęka, rozlewa się, wszyscy się w nim ślizgają, taplają, no, ogólny cyrk. Do tego faceta na piętrze, który cały czas męczy jedną piosenkę, podchodzi drugi, z papierosem w mordzie. Chwieje się, ledwo pion utrzymuje, ale widzi, co się dzieje na dole, i rechocze. Papieros wypada mu z gęby na ulicę. Olej momentalnie zaczyna płonąć. Facet z wrażenia wypada z piętra i łamie nogę. Ogień pędzi po chodniku, po ludziach, którzy nagle przestają walczyć i wszyscy razem miotają się, wrzeszczą, tarzają. Minutę później leżą już tylko i skowyczą od oparzeń. Ten ze złamaną nogą jest cały poczerniały. Wszędzie śmierdzi smażonym mięsem. W tym momencie wieje wiatr, nadlatują solaritos i opadają prosto na nich. Każde okrywa innego człowieka, jak uśmiechnięty całun. A facet na górze, tak pijany, że nic nie zauważył, drze się dalej, wyśpiewując refren: „Ja cały płonę, cały goreję, a ty się ze mnie szyderczo śmiejesz”... I farba pomruguje do taktu.
Ma pani rację, pani Obersturmbannführer, to czysty przypadek. Na tym to właśnie polega. Sam w sobie każdy element jest przypadkowy, ale wszystkie razem tworzą, że tak powiem, nową jakość. Całkiem jak dzieło sztuki. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem: ktoś się za tym kryje. Ktoś potężny, złośliwy i niewidzialny. „Nie ma w kosmosie miejsca wolnego od demonów”, mówi Niebiańska Księga, i świętą prawdę mówi. Widziałem rzeczy, których nie da się wyjaśnić inaczej, jak tylko... Tak jest, panie Standartenführerze, oczywiście mogę o tym opowiedzieć jutro. A o dziewczynie zaraz będzie.
Więc tuż po kolapsie ześwirowały słowa.
Normalnie słowa też mają moc. Słowa, myśli czy nawet gesty zawsze wpływają na ścieżki zdarzeń, tak malutko, niezauważalnie. Spletnia drga odrobinę i czasem jakaś ścieżka przez te drgania pobiegnie inaczej, ale na ogół nie dzieje się nic. Znaczy się, nic, co byśmy zauważyli. Tamtej nocy słowa stały się naprawdę potężne. Tak jakby spletnia zaczęła reagować sto razy silniej. Albo jakby Moc przeniknęła z Metawymiaru i nasyciła wszystko dokoła. Metawymiar, mówił docent Lhoni, to olbrzymie przestwory energii. Stamtąd czerpie siłę wszelka magia. A jak wszelka, to również zła.
I teraz pomyślcie. Miasto pada, ludzie w amoku biją się o kawałek sera, o pieprzony soczek marchewkowy, i nagle spada na nich ta Moc. Wiecie, jak to wyglądało? Wiecie? Świat oszalał. Już nie było słów, tylko zaklęcia. Magia zaczęła grasować na całego. Wykoślawiły się związki przyczynowe. Nie, wcale się nie rozerwały. Najgorsze było właśnie to, że działały nadal, tylko zupełnie inaczej. Zdeformowane były. Spaczone takie, no. Zrobiły się podobne do koidów, bo też zaczęły się opierać na znaczeniu. Wyobraźcie sobie, że kiedy powiem „jabłko”, rozpękną się z bryzgiem wszystkie jabłka w mieście. Chwycę coś do ręki i sto metrów dalej jakiś człowiek, o którego istnieniu nawet nie wiem, nagle upadnie i złamie nadgarstek. Istnieje związek, i przyczynowy, i znaczeniowy, ale weź go zrozum, człowieku, kiedy widzisz tylko skutki, a przyczyn nie. Powiem wam, strach było oddychać.
Koszmar. Koszmar senny. Biegłem, uciekając od tej piosenki, od swądu spalonych ciał, a pod moimi nogami płyty chodnikowe pękały w regularne, koronkowe wzory. Gdzieś jakaś dziewczyna pomyślała o koronkach. Ziemia drżała, jakby wybuchało wnętrze księżyca. Pewnie i wybuchało, tam były podobno jaskinie pełne metanu. Domy się chwiały, mury osuwały, niektóre padały z hukiem i układały się w równiutkie kopce, półkoliste, jak zarysowane cyrklem. Ze środka czasem jeszcze ktoś krzyczał. Stada pustych grawitek śmigały nad głowami albo nalatywały na ludzi jak wściekłe, trąbiąc przeraźliwie, oślepiając światłami. Dobrze, że nie miały czym dziobać, ale taka grawitka jak rąbnie, to też dziękuję uprzejmie. Komuś się pewnie kołatał po głowie ten film o oszalałych ptakach. Ludzie przetrząsali sklepy, z ulicy świetnie ich było widać, i jak tak szedłem, widziałem, że wszędzie dzieje się coś złego. Bywało, że ktoś ginął. Na zdrowy rozum trudno o śmiertelny wypadek w sklepie z owocami. Albo z ubraniami. Ale to nie było na zdrowy rozum. Umierali zachłystując się i dławiąc kradzionym piwem. Spadając z lady i łamiąc kark. Poślizgując się na rozgniecionym bananie. Tłukąc się o łupy. Ozdobne żyrandole zarywały się nad nimi i gruchotały kości. Wieszaki przewracały się i wykłuwały oczy. Myśli i słowa miały tamtej nocy wielką siłę sprawczą.
Nie, pani Obersturmbannführer, nie tylko złe myśli. Dobre też. Inaczej nikt by nie przeżył. Z minuty na minutę robiło się coraz gorzej. Nad ulicami pękał sufit. Cud, że nie poszły osłony, bo wszyscy byśmy skończyli jako satelity księżyca. Fotoksyt odrywał się i spadał, pędy miał długie jak fioletowe węże, ale zamiast zostać na chodniku, wpełzał na ściany i przylgami wczepiał się w mur. I wiecie co? Kwitnął. Nie wszędzie, ale było takie miejsce na ulicy Ibaxia, że wypuszczał białe, wielkie kwiaty. Pachnące nawet. Kwiaty otaczały wejście do sklepu. Od razu było widać, że sklep jest zrabowany dokumentnie, ale zajrzałem, bo co mi szkodzi, i poszperałem trochę. Nic nie znalazłem, samo pobojowisko, porozrywane pudła, a pod ścianą wykrwawiał się nieprzytomny starszy facet. W udzie miał wielką ranę i wyglądało, że nadział się na odłamek szkła. Zabijcie mnie, ale nie rozumiem, jak on to zrobił, siadał na tym szkle czy co? Wokół niego zaczynał rosnąć las. Z połamanej lady sterczały łodyżki, jak takie śmieszne wąsy, ze ścian wysuwał się bluszcz, wypuszczając liście, podłoga była zryta korzeniami, pełna rosochatych krzaczków i młodych drzewek. Fotoksyt zmutował. Widać facet miał prawdziwą pasję botaniczną. Gdyby pożył dłużej, Bayan Dżordat porosłoby dżunglą.
I zaraz przy następnym sklepie zobaczyłem tę dziewczynę.
Tę, co z nią uprawiałem seks przy ognisku. Co miała w pępku brylant.
Tym razem była ubrana. Wyskoczyła na ulicę. Oburącz niosła duże pudło, sądząc z naklejek, pełne czekolady. Popatrzyła na lewo, na prawo, jakby się wahała, w którą stronę pobiec. Jakaś baba, stojąca w bramie po przeciwnej stronie chodnika, wrzasnęła na nią, nie pamiętam słów, ale w tym sensie, że to nasz sklep, znaczy się mieszkańców bloku, a wy nas okradacie, i obyś ty dziwko nigdy nie doniosła tej czekolady do domu. Dziewczyna coś odszczeknęła, pobiegła ulicą w moją stronę, potknęła się na wystającym chodniku - i znikła.
Stanąłem jak wryty i przez chwilę tylko gapiłem się na miejsce, gdzie ją wcięło. Baba zrobiła mudrę przeciw urokom i natychmiast się zmyła, chyba sama przestraszona. I wtedy patrzę, a dziewczyna znów wyskakuje ze sklepu z tym samym pudłem, znów się rozgląda, tym razem nic nikomu nie odszczekuje, znów biegnie w moją stronę, potyka się - i już jej nie ma.
Poczekałem chwilę. I zaraz ją zobaczyłem. Tym razem miała pudło z cukierkami. Dalej było tak samo, ale szybciej. Szybciej się namyśliła, szybciej biegła. Tylko znikła tak samo, w okamgnieniu.
Za czwartym razem pudło było z batonami orzechowymi, a za dziewczyną wybiegł facet. Kiedy się potknęła, znikli oboje. Ona ruszała się jak błyskawica, on wolniej.
Pętla czasowa? Nie, pani Obersturmbannführer, żadna pętla. To był, technicznie biorąc, wir. Uczyłem się o nim. Niektórzy myślą, że jestem głupi wajsa, ale ja dużo rozumiem. Pamięć dobrą mam. W pętli wszystko powtarza się tak samo. Tutaj każde powtórzenie różniło się szczegółami i było coraz mocniej przesunięte wobec normalnego czasu. Za piątym razem dziewczyna śmignęła tak ostro, że nawet nie zdążyłem zobaczyć, co tym razem niesie. Facet targał dwie wielkie siaty. Za nim wybiegło dwóch mężczyzn, też obładowanych.
A przy szóstym razie dziewczyna rozdzieliła się na fazy. Jedna wylatywała ze sklepu, inna się rozglądała, dwie inne biegły. Zniknęły wszystkie jednocześnie. I nie pojawiły się więcej. Teraz migali mi tylko faceci. Za trzecim czy czwartym obrotem oni również rozszczepili się na parę egzemplarzy i znikli na zawsze.
W tym właśnie momencie zrozumiałem, że to koniec. Miasto jest skazane na śmierć.
Docent Lhoni mówił na wykładzie, że rozszczepienie kolapsu na kilka jednoczesnych wiązek, czyli antykolaps, to w makroświecie tylko teoria. Takie rzeczy mogą zdarzać się kwantom. Ludziom nie.
A ja widziałem to na własne oczy.
I jedno mi z tego wynikało. Nie ma przyszłości.
Więc szybko się odwróciłem i... Tak, pani Obersturmbannführer, już wyjaśniam. Nie ma przyszłości, bo... jak by powiedzieć... Przyszłość wygląda mniej więcej jak rozłożony, szeroki wachlarz potencjalnych ścieżek. Teraźniejszość to nasada wachlarza. Ona tak jakby te ścieżki chwyta i zmusza je, żeby stopniowo ścieśniły się w jedną. Czyli je kolapsuje. A gdyby nagle przestała, zacząłby się antykolaps. Czyli kolaps odwrócony w czasie. Teraźniejszość i bliska przyszłość podzieliłyby się na kilka czy więcej pasm, takich równoczesnych, przeplecionych ścieżek. Normalnie to się nie zdarza, bo kolaps jest robiony nie tylko przez teraźniejszość, ale również przez przyszłość. Dla nas, tu i teraz, przyszłość dopiero się tworzy, ale gdyby ktoś patrzył z pierwszego nadwymiaru czasowego, to by zobaczył, że jakaś przyszłość już istnieje. Niekoniecznie ta, która się zrealizuje. Jakaś. Tę naprawdę zrealizowaną widać z jeszcze wyższej perspektywy, z drugiego nadwymiaru. Ale generalnie coś tam jest. A skoro jest, to działa. Ma wpływ na chwilę obecną. Podczas kolapsu realizuje się na ogół to zdarzenie, które jest zgodne z przyszłością. Przyszłość w pewnym sensie sama dla siebie tworzy przeszłość. Holuje ją, mówimy na naszym wydziale. Ja tego też do końca nie rozumiem, jeśli mam być szczery, ale docent Lhoni bardzo mocno podkreślała, że każde zaburzenie kolapsu oznacza zaburzenie w nadwymiarach czasowych. Jeśli kolaps się rozszczepia, to znakiem tego nie istnieje żadna przyszłość, która by wymuszała istnienie konkretnej teraźniejszości.
Już mogę mówić dalej? Więc dalej było tak. Odwróciłem się, żeby uciec. Bałem się minąć sklep, z którego wybiegła ta dziewczyna.
Parę kroków za mną stało dwóch chłopaków, wrośniętych jak słupy. Oni też widzieli wir. Znałem obu. To był Gulian z bioniki i jego przyjaciel, taki wielki, napakowany zapaśnik z Akademii Gindżaye, mówili na niego Kigogo. Zapaśnik dźwigał w obu łapskach zgrzewki z wodą, a na szyi dyndały mu paczki z konserwą rybną, okręcone chyba bandażem, nie pamiętam. Gulian był cały owinięty sznurami kiełbasy, które zwisały z niego ze wszystkich stron, że tylko głowa wystawała.
Więc kiedy ja się odwróciłem, oni się ocknęli z tego osłupienia i też zaczęli uciekać. Biegli przede mną, widziałem ich wyraźnie. Kigogo kołysał się na dwie strony, ale szybko przebierał nogami. Nadążał za Gulianem.
I nagle ziemia się pod nimi rozwarła.
Dosłownie jakby chodnik otworzył paszczę i ich połknął. Wpadli w rozpadlinę, której jeszcze moment temu nie było. Polecieli gdzieś w dół, z krzykiem, a ja ledwo zdążyłem wyhamować. Upadłem i nie wiem, co się działo przez następną minutę czy dwie. Byłem najnormalniej w szoku.
Jak się trochę pozbierałem, zobaczyłem, że tuż przede mną leży zgrzewka wody.
Nie wiem, skąd się wzięła. Jestem pewien, że Kigogo wleciał w tę dziurę z obiema zgrzewkami. Może w jakiejś równoległej wersji zdarzeń upuścił jedną, zanim wpadł, i ta wersja przebiła się do rzeczywistości, zagłuszając tę pierwszą... W każdym razie podpełzłem naprzód, złapałem zgrzewkę i spojrzałem w rozpadlinę. Była tam tylko ciemność, ani śladu chłopaków.
No i wtedy nadbiegł Kentaro.
Stanął po drugiej stronie rozpadliny. Rzuciłem mu zgrzewkę i sam też przeskoczyłem. Wszystko lepsze niż mijać ten przeklęty sklep.
Poszliśmy razem z Kentaro na Wydział Mereoniki.
Nie, panie Standartenführerze, nie wiem, czego on tam szukał. Był roztrzęsiony. Mówił, że nie ma pojęcia, skąd się wziął na tej ulicy, że szedł dwiema drogami jednocześnie. Ale koniecznie chciał dostać się do Wydziału. No to zaczęliśmy przebijać się razem.
Przez co się przebijać? No, przez miasto. To, co się wtedy działo, to już nie była awaria Systemu. To była awaria świata. Rzeczywistość zsuwała się po leju w dół, a my razem z nią. Po kolapsie i słowach zaczął wariować czas, a jak czas się sypnął, to już dalej po-o-szło! Ja cały czas czekałem na jedną wielką zagładę, ale nie, demony połykały nas po kawałku, smakując każdy kęs.
A skąd, pani Obersturmbannführer. Nikt się nie robił wykoślawiony ani zmutowany, nic z tych rzeczy, tożsamość jest zapisana w infopolu, a infopole, wiadomo, przetrwa wszystko. Chociaż i ono miało swoje odchyły, nie powiem. Ten rozpad świata inaczej wyglądał. Kiedy szliśmy z Kentaro na Wydział, już było widać, że giniemy. Antykolaps rozszerzał się na całe miasto. Zupełnie jakby Rzeczywistość dostała Alzheimera. Zapominała, jaka powinna być. Raz wydawało jej się jedno, raz drugie. Nie mogła się zdecydować.
Poszliśmy najkrótszą drogą. Ze zrozumiałych powodów bardzo się nam śpieszyło. Ja chciałem donieść moją zgrzewkę, zanim ktoś mi ją ukradnie, a Kentaro leciał, bo go nerwy niosły. Jak myślicie, gdzie trafiliśmy? Bo ja do dzisiaj nie wiem. To wyglądało tak. Gonimy galopem przez dzielnicę handlową. Mijamy Lokapalę, znaczy się Plac Czterech Bogów, tam, gdzie stały posągi Indry, Jamy, Waruny i Kubery. Pełno ludzi, zamęt, krzyk, dwa posągi leżą rozwalone, jakaś bójka toczy się pośrodku placu. I nagle myk-myk, nie ma już Lokapali wokół nas. Zamiast tego idziemy między domami. Tabliczka, czyściutka jak się patrzy, informuje: „Ulica Stalina”. Patrzymy na siebie z Kentaro i już wiemy, że żaden z nas o takiej ulicy nie słyszał. Rozglądamy się - Bayan Dżordat jak najbardziej, mury popękane, farba świeci albo nie, a ze sto metrów od nas paru ludzi buszuje po zdemolowanym sklepie. Znałem nawet jednego z nich. Dobra. Idziemy dalej, bo co robić. W budynku na zakręcie wywaliło drzwi, widać całą klatkę schodową, a na klatce, nad stosem kradzionych towarów, stoi pięciu czy sześciu wajsów, gestykulują, drą się na siebie. Jeden z nich, skośnooki facet w sarongu, miał już widocznie dość. Powiedział głośno do reszty: „W tym tempie do śmierci tego nie podzielimy”, i wyszedł z domu. Przeciął chodnik, dosłownie kilkanaście metrów od nas, stanął pod ścianą naprzeciw, podkasał sarong i odlał się. I właśnie kiedy z powrotem się odwracał, jeszcze z sarongiem w ręku, jego dom, zwyczajny ładny dom, nagle zrobił się odrapany, popękany, ciemny. Tyle że dalej padał na niego blask z przeciwka. Ludzie na klatce postarzeli się w oczach. Skurczyli się, pomarszczyli, zgrzybieli. W życiu nie widziałem kogoś tak starego. Wyglądali jak gnomy. Ich ubrania obwisły w strzępach. Tkwili tak jeszcze kilka sekund. Potem upadli, myślę, że martwi. Do dziś go pamiętam, tego faceta, jak stoi nieruchomo z zadartym sarongiem i patrzy, patrzy... Nagle się rozdzielił. Jeden on został na miejscu, drugi on pobiegł do klatki, nie z krzykiem nawet, tylko z jakimś okropnym nieludzkim jękiem. Ten, co stał, padł jak kłoda, i wtedy tamten drugi zniknął, chociaż jęk słyszało się jeszcze przez chwilę... Myślę, że to nie antykolaps go załatwił, tylko atak serca, bo nie wyglądał na żywego, kiedy go mijaliśmy, oczy miał wciąż wytrzeszczone.
Więcej tej ulicy nie widziałem. Nawet nie wiem, dokąd byśmy nią doszli. Rzeczywistość się zmieniła i po chwili już byliśmy na doskonale nam znanej Alei Vinya. Tylko że to była inna Vinya. Też szła raz w górę, raz w dół, tak jak nasza, ale te doły i góry wypadały w innych miejscach. I coś dziwnego się wyprawiało. Na każdym odcinku inaczej przebiegał czas. Ludzie, których widzieliśmy, szli normalnie, kiedy nas mijali, ale przed nami i za nami ruszali się albo błyskawicznie, aż w oczach migotało, albo w zwolnionym, żółwim tempie. Jak postacie, które ktoś puszcza z różną szybkością. Najdziwniejsze, że nikogo nie znałem z widzenia, a ja mam dobrą pamięć do twarzy. Sama ulica, okazało się, też prowadziła w inną stronę. Nie do Placu Świątynnego, jak zwykle. Najpierw wpadała do Alei Czterech Wichrów. Już ją widzieliśmy z daleka, tę Aleję, ale Rzeczywistość znów wykręciła i wychodząc z Vinyi, trafiliśmy nagle na skwer Teatralny. Też dobrze. Ze skweru wystarczyło skręcić w pasaż, skrótem, i już człowiek był prawie na miejscu.
Nie wiem, czemu, ale za skwerem ulice przestały się zmieniać. Tak sobie myślę, że może w tej części dzielnicy wykonano kiedyś tylko jeden projekt ulic, a tam kilka. Więc pasaż prowadził normalnie, za to zmieniało się wszystko inne, dosłownie co chwila. Domy i napisy na sklepach. Osoby, które mijaliśmy. Znaczy się, domy wyglądały raz tak, raz siak, zamiast budynku mieszkalnego potrafił się zrobić urząd albo nagle wyrastały posągi. Ludzie pojawiali się i znikali jak duchy, czasem przechodzili przez siebie na wskroś, jakby prawa fizyki też się psuły. Ja tam nie wiem, czy się przemieniałem, ale Kentaro miał co chwila inny strój i kolor włosów. Rzeczywistość migotała. Kontury rzeczy jakby się zacierały, odległości malały i rosły. Czas rozpadał się, izolował na odcinki, płynące z różną szybkością. I coraz częściej widziałem, jak ktoś rozdziela się na fazy.
Wydział Mereoniki znajduje się na Placu Świątynnym. To taki duży, kwadratowy plac, bardzo elegancki. Jak sama nazwa wskazuje, mieściła się tam Świątynia Słońca. Znacie ją pewnie ze zdjęć. Stała pośrodku - olbrzymia, biała piramida ze złocistym słońcem na każdym boku. Przepiękna była. Przesławna. Ludzie tam prorokowali, wpadali w trans jasnowidzący, uzdrawiali lepiej niż każdy healer, a kiedyś przez cały jeden rok między świętami Inti Raymi...
Dobrze, wracam do tematu. Jak przyszliśmy z Kentaro na plac, Świątynia wyglądała normalnie. Tylko niebo się popsuło. Było całe czerwone, miejscami w czarnych, rozlanych smugach. Po placu tak samo nerwowo kręciło się masę heitai i wszędzie wisiały planetoloty błyskające światłami. Koło Świątyni stał wielki czarny statek, podobny do kraba. Membranowiec, znaczy się. Na moment serce mi urosło. Pomyślałem, że ktoś do nas przyleciał, ktoś ważny. I że coś jednak działa w tym cholernym mieście. Ale moja radość nie trwała długo. Heitai byli śmiertelnie przerażeni. Oficerowie też. Jedni na klęczkach bili pokłony, zwróceni w stronę Świątyni. Inni już tylko leżeli na chodniku. Jeszcze inni płakali, wymiotowali, mdleli. Ogółem zamęt i rozsypka, jak w całym mieście. Tylko przed wejściem do Świątyni w każdym wariancie Rzeczywistości twardo stał kordon, mniej lub bardziej zwarty. Dzielne chłopaki. Bladzi byli, ale stali jak wmurowani, wedle rozkazu. Elita.
Akurat kiedy podchodziliśmy do Wydziału, drzwi się otworzyły i wyskoczył docent Lhoni.
Tak sobie później myślałem, co by było, gdybyśmy przyszli minutę później. Może Kentaro dalej by studiowała tę swoją ksenologię? Szkoda, że nie było jej pisane. Mocno zadzierała nosa, a jak zaczęła gadać, to niektórych słów trzeba było szukać w słowniku, ale ładna była. Stylowa. Przyjemnie patrzeć na takich ładnych ludzi.
Spytała Lhoniego: „Skąd się tu wziąłeś? Przecież zostałeś na Arrudze”. Lhoni na to, że wezwano go w trybie pilnym i wrócił przez specjalny teleporter. Ja zacząłem mówić: „Panie docencie, to antykolaps...” Nie chciał słuchać, widać było, że nerwy nim trzęsą. Warknął: „Nie teraz!” i pobiegł, a Kentaro za nim. Zaraz potem zobaczyłem, jak oboje mijają kordon i wchodzą do Świątyni.
Jestem ostatnim człowiekiem, który z nimi rozmawiał. Ostatnim, który widział ich żywych.
Dźwigając moją zgrzewkę wody, poszedłem do akademika. To następny budynek, zaraz za Wydziałem. Nie wiedziałem, co robić. Nawet główkować nie było sensu. Wyglądało na to, że żadna woda już nie będzie potrzebna, ani mnie, ani nikomu w tym mieście. Rzeczywistość rozsypywała się coraz wyraźniej i było jasne, że jeszcze trochę, a zupełnie straci spójność. Jakby ktoś na chybił trafił włączał i wyłączał różne elementy - wszystko się zmieniało, bez sensu i celu, ludzie pojawiali się w jednym miejscu, znikali w innym, planetoloty także samo, domy zmieniały wygląd, na całym placu tworzyły się strefy różnych czasów, które też się co chwila przemieszczały. Co i rusz widziałem, jak ktoś rozdziela się na fazy i rozmywa w powietrzu.
Udało mi się dojść, chociaż raz mało nie staranował mnie planetolot, który pojawił się znikąd, startując przed moim nosem. Koło wejścia do akademika stały po obu stronach dwa rzeźbione chińskie smoki. Normalnie ich tam nie było, ale kiedyś pomyślałem sobie, że fajnie by tutaj wyglądały. Faktycznie, miałem rację, wyglądały fajnie, szkoda tylko, że zaraz znikły. Wiedziałem, czemu. Wariująca spletnia odczytała to wspomnienie z infopola i doszła do wniosku, że tak powinno być, ale po chwili zmieniła zdanie.
Obok wejścia siedział heitai, chłopak w moim wieku. Dygotał. Podszedłem, zagadałem. Zawsze to raźniej. Spytałem, po co tutaj są. Na mieście byliby potrzebniejsi. Chłopak odpowiedział nerwowo, że on właściwie nie wie. Kazali, to stoją. Mają pilnować Świątyni.
To było takie bzdurne, że ja się nawet uśmiechnąłem, pamiętam. A co, spytałem, boicie się, że ucieknie?
Nie odpowiedział. Zagapił się przed siebie z rozdziawioną gębą. Więc też spojrzałem.
I zobaczyłem, jak Świątynia Słońca powoli się zanurza.
Nie wiem, w czym się zanurzała. W czymś na pewno. Z każdą chwilą robiło jej się mniej. Jakby tonęła w powietrzu. Znikała ze wszystkich stron. Nie, nie słyszałem żadnego hałasu, ale gdyby ktoś w tamtej chwili włączył mi przy uchu syrenę alarmową, bardzo możliwe, że też bym nie usłyszał.
To trwało krótko. Chyba. Dokładnie nie wiem, ale myślę, że Świątynia wtapiała się w powietrze przez kilkanaście sekund. Paru heitai zaczęło strzelać, nie wiem, po jaką cholerę. Paru rzuciło się w tamtą stronę, a skutek był tylko taki, że oni pierwsi wpadli w Wyrwę. Bo tam, gdzie była Świątynia, powstała Wyrwa bez dna. Całkiem jakby ktoś wyciął budynek razem z ogromnym kawałem gruntu, robiąc dziurę na wskroś księżyca.
Kiedy Świątynia do końca się zanurzyła, jeszcze przez moment, pamiętam, coś migotało w powietrzu. Nad całym placem wybuchły i znikły miliony malutkich iskierek. Potem się dowiedziałem, że to były Oczy kogiterów. Wtedy nie miałem siły myśleć. Od razu pokładliśmy się na ziemi. Wszyscy. Bez jednego słowa. Pokotem. Podobno na całym księżycu ludzie poczuli w tym momencie, że robi im się słabo, ale im bliżej Wyrwy ktoś się znajdował, tym mocniej odchorował. Heitai koło mnie zasnął natychmiast. Ja leżałem i nie miałem siły ręką ruszyć, tylko patrzyłem, jak moja zgrzewka wody staje się nową, błyszczącą konsolą do gier. Nawet się nie zmartwiłem. Coś mnie rozładowało jak baterię. To już koniec, pomyślałem. Umieramy. Demony zwyciężyły...
I odpłynąłem.
Kiedy się obudziłem, niebo było zupełnie czarne.
Po Świątyni została Wyrwa. Membranowiec zniknął. Pogapiłem się trochę i poszedłem do akademika. Aha, wziąłem tę konsolę. Trzy tygodnie później przehandlowałem ją z jakimś podczłowiekiem na całą butlę wody mineralnej.
Magia odeszła. Nie od razu. Nie jak ręką odjął. Jeszcze trochę kapała. Jeszcze zdarzało się coś dziwnego, ale coraz rzadziej, a potem wcale. Już nigdy więcej nie zobaczyłem, jak szaleją słowa. Kolaps wrócił do normy. Czas i przestrzeń również. Przez następne czterdzieści pięć dni nieraz marzyłem, żeby zdarzył się jakiś cud. Ale była tylko rzeczywistość. I niewidzialna spletnia wszędzie wokół. I ludzie, którzy przenosili się do następnych wcieleń.
Ja przetrwałem.
Sam nie wiem jak, ale przetrwałem.
Żyję.
Dobre i to.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-05 (1556 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej