Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ucząc psa czytać
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Biała noc'' - Jim Butcher



1



Wiele rzeczy nie jest takimi, jakimi się wydają. Najgorsze rzeczy w życiu nigdy takie nie są.
Zaparkowałem swojego wielobarwnego volkswagena garbusa, starego i poobtłukiwanego, przy rozsypującym się budynku mieszkalnym w Chicago, niespełna pięć przecznic od punktu, gdzie sam wynajmowałem mieszkanie. W chwili, gdy gliny mnie wzywają, na miejscu na ogół dzieje się mnóstwo rzeczy – co najmniej jeden trup, kilka radiowozów, cała masa migających niebieskich świateł, żółto-czarna taśma oraz przedstawiciele prasy – a przynajmniej wszystko wskazuje na to, że wkrótce należy się tego spodziewać.
Tym razem na miejscu zbrodni panował całkowity spokój. Nie widziałem oznakowanych samochodów policyjnych i była tylko jedna karetka. Parkowała w pobliżu, a światła miała zgaszone. Obok przechodziła młoda matka. Jedno dziecko miała w wózku, a drugie trzymało ją za rękę. Mój samochód minął starszy mężczyzna z labradorem na smyczy. Nie widziałem gapiów ani nikogo, kto zachowywałby się nietypowo.
Dziwne.
Choć było słoneczne majowe popołudnie, po karku przebiegł mi niesamowity dreszczyk. Z reguły mi się to nie zdarza, dopóki co najmniej jeden koszmarny stwór nie dokona jakiegoś spektakularnego, krwawego czynu. Złożyłem to na karb paranoi związanej z zaawansowanym wiekiem. Nie jestem aż taki stary, zwłaszcza jak na maga, ale wieku przybywa z każdą chwilą i na pewno nie planuje on dla mnie nic dobrego.
Zaparkowałem Niebieskiego Chrabąszcza i wszedłem do budynku. Wspiąłem się kilka kondygnacji po stopniach, na których kafelki stanowczo wymagały wymiany, a przynajmniej porządnego wyszorowania i wypastowania, po czym skręciłem do korytarza. Pośrodku puszystego szaroniebieskiego dywanu biegła dobrze wydeptana ścieżka. Drzwi mieszkań były stare i poobtłukiwane, ale zrobiono je z grubej dębiny. Murphy czekała już na mnie.
Ma metr pięćdziesiąt z hakiem wzrostu i waży może z pięćdziesiąt kilo. Raczej nie przypomina twardej chicagowskiej policjantki stawiającej z pełnym spokojem czoło potworom i maniakom. Tego typu dziewczyny nie powinny być blondynkami z zadartym noskiem. Myślę, że Murphy została twardą policjantką, której zresztą nie przypomina, wyłącznie z czystej przekory. Wesołe błyski w niebieskich oczach i nieszkodliwy wygląd nie są w stanie ukryć jej twardej jak stal natury. Przywitała mnie krótkim skinieniem głowy, dając do zrozumienia, że oboje jesteśmy w pracy.
– Cześć, Dresden.
– Cześć, porucznik Murphy – wycedziłem z niskim ukłonem i zamaszystym gestem, celowo skontrastowanym z jej szorstkim zachowaniem. W tym przypadku nie była to jednak czysta przekora. To nie w moim stylu. – Po raz kolejny jestem oszołomiony twą obecnością.
Spodziewałem się pogardliwego prychnięcia, ale ona uśmiechnęła się tylko do mnie, uprzejmie i nerwowo.
– Sierżant Murphy – poprawiła mnie.
Znowu gafa. Nie spisałeś się, Harry. Przez ekran jeszcze nie przetoczyła się czołówka śledztwa, a ty już przypomniałeś Murphy, jak wiele zapłaciła za to, że jest twoją przyjaciółką i sojuszniczką.
Murphy była porucznikiem policji i kierowała Wydziałem Dochodzeń Specjalnych, będącym reakcją chicagowskiej policji na wszystkie problemy niemieszczące się w granicach „normalności”. Jeśli wampir zamordował półwampira, ghoul zabił cmentarnego stróża albo elf rzucił klątwę, z powodu której włosy ofiary zaczęły rosnąć do środka zamiast na zewnątrz, ktoś musiał się zająć tą sprawą. Ktoś musiał zapewnić rząd oraz obywateli, że wszystko jest w porządku. To była niewdzięczna praca, ale Wydział Dochodzeń Specjalnych radził sobie z nią dzięki odwadze, nieustępliwości i sprytowi, a czasami również pomocy maga Harry’ego Dresdena.
Szefowie Murphy byli bardzo niezadowoleni, gdy porzuciła obowiązki podczas kryzysu, by pomagać mi w prowadzeniu śledztwa. Już samo kierowanie WDS równało się zsyłce na Syberię, jeśli chodziło o jej karierę, ale po tym fakcie zdegradowano ją, pozbawiono oficerskiego stopnia, na który tak ciężko pracowała. To było upokorzenie, straszliwy cios dla jej dumy oraz poczucia własnej wartości.
 Sierżant – powtórzyłem z westchnieniem. – Wybacz, Murph. Zapomniałem.
Wzruszyła ramionami.
– Nie przejmuj się. Sama czasami zapominam. Zwłaszcza kiedy odbieram telefon w robocie.
– Ale nie powinienem być taki głupi.
– Wszyscy tak sądzimy, Harry – odparła Murphy i uderzyła mnie lekko pięścią w biceps. – Ale nikt nie ma do ciebie pretensji.
– To bardzo miło z twojej strony, maleńka myszko.
Żachnęła się i ruszyła w stronę windy.
– Nie sądzisz, że jest tu znacznie spokojniej niż zwykle na miejscu zbrodni? – zapytałem ją po drodze.
Skrzywiła się.
– To nie jest miejsce zbrodni.
– Nie jest?
– Niezupełnie. – Zerknęła na mnie. – Nie oficjalnie.
– Aha – mruknąłem. – A ja zapewne nie jestem teraz konsultantem.
– Oficjalnie nie – powtórzyła. – Stallingsowi znacznie obcięto budżet. Jakoś starcza na konserwację sprzętu i wypłaty dla personelu, ale...
Uniosłem brwi.
– Potrzebna mi twoja opinia – ciągnęła.
– Na jaki temat?
Pokręciła głową.
– Nie chcę ci niczego sugerować. Popatrz i powiedz mi, co widzisz.
– Z tym sobie poradzę – zapewniłem.
– Zapłacę ci z własnej kieszeni.
– Murphy, nie musisz...
Przeszyła mnie bardzo ostrym spojrzeniem.
Zraniona duma sierżant Murphy nie pozwalała jej przyjmować jałmużny. Uniosłem ręce w żartobliwym akcie kapitulacji.
– Jak sobie życzysz, szefowo.
– No jasne.
Zaprowadziła mnie do mieszkania na szóstym piętrze. Dwoje drzwi w korytarzu uchylało się lekko. Przechodząc obok, zauważyłem przyglądających się nam ukradkiem lokatorów. Na końcu korytarza stało dwóch facetów wyglądających na łapiduchów – znudzonych i zrzędliwych. Jeden z nich palił papierosa, a drugi opierał się o ścianę. Ręce skrzyżował na piersi, a daszek czapki zasłaniał mu oczy. Nawet nie spojrzeli na Murphy, gdy otwierała drzwi. Ona również ich zignorowała.
Zaprosiła mnie skinieniem do środka i stanęła na szeroko rozstawionych nogach, najwyraźniej przygotowując się na dłuższe oczekiwanie.
Mieszkanie było małe i obskurne, ale czyste. Większą część przeciwległej ściany pokrywała miniaturowa dżungla bardzo zielonych roślin otaczająca dwoje okien. Zauważyłem też mały telewizorek stojący na stoliku, starą wieżę stereo oraz futon.
Na futonie leżała martwa kobieta.
Dłonie miała splecione na brzuchu. Brakowało mi doświadczenia, by ocenić, jak długo tu leży, ale zwłoki utraciły już wszelkie barwy, a brzuch wyglądał na nieco rozdęty, ­doszedłem więc do wniosku, że nie żyje co najmniej od doby. Trudno mi też było określić jej wiek, ale nie mogła mieć wiele więcej niż trzydziestkę. Miała na sobie różowy frotowy szlafrok, nosiła okulary, a ciemne włosy splotła w kok.
Na stoliku przy futonie stała otwarta pusta buteleczka na leki oraz wypełniona złocistobrązowym płynem karafka, posypana proszkiem do zbierania odcisków palców i zabezpieczona plastikową torbą, a także szklanka, w której pozostał jedynie niespełna centymetr wody – być może jedna stopiona kostka lodu albo dwie. Obok szklanki leżał ręcznie napisany list, również zamknięty w plastikowej torebce, oraz żelopis.
Przyjrzałem się kobiecie, a potem podszedłem do stolika i przeczytałem list.
Nie mogę dłużej znieść strachu. Nic mi już nie zostało.
Wybaczcie mi. Janine.

Zadrżałem.
Nie zrozumcie mnie źle. Nieraz już widywałem trupy. Szczerze mówiąc, widywałem miejsca zbrodni wyglądające jak zdjęcia z piekielnej rzeźni. Czułem też gorsze zapachy. Uwierzcie mi, smród śmierci i zgnilizny bijący od ciała z wyprutymi wnętrznościami jest tak ohydny, że niemalże wydaje się materialnym przedmiotem. W porównaniu z częścią przypadków, z którymi się zetknąłem, wszystko tu wydawało się zwyczajne i dobrze zorganizowane. Wręcz schludne.
Nie wyglądało tu jak w domu umarłej kobiety. Być może stąd właśnie brało się niesamowite wrażenie. Gdyby nie trup Janine, można by pomyśleć, że lokatorzy wyskoczyli na chwilę na miasto, żeby coś zjeść.
Kręciłem się po mieszkaniu, uważając, by niczego nie dotknąć. Łazienka i jedna z sypialni wyglądały podobnie jak salon – czyste, dość skromnie umeblowane, może nie bogate, ale z pewnością zadbane. Skierowałem się do kuchni. W zlewie leżały naczynia, moczące się w zimnej już wodzie. W lodówce stał kurczak, marynujący się w jakimś sosie. Szklany półmisek pokryto termoplastyczną folią.
Usłyszałem za sobą szybkie kroki.
– Samobójcy raczej nie zostawiają po sobie gotowych posiłków w lodówce – zauważyłem. – Ani naczyń w zlewie.
Murphy odchrząknęła niezobowiązująco.
– Nigdzie nie ma żadnych zdjęć – kontynuowałem. – Fotografii rodziny, z uroczystości rozdania świadectw, pamiątkowych fotek z Disneylandu. – Zwróciłem się ku drugiej sypialni. – Nie ma też włosów w łazience, w zlewie ani w koszu. Komputerów też nie ma.
Otworzyłem drzwi głównej sypialni i zamknąłem oczy, sięgając zmysłami do pomieszczenia. Znalazłem tam to, czego się spodziewałem.
– Praktykowała – oznajmiłem cicho.
Janine ustawiła swoją świątynię na niskim drewnianym stole pod wschodnią ścianą. Zbliżywszy się do niej, wyczułem delikatną energię, przypominającą żar bijący od dogasającego ogniska, po którym zostały już niemal same popioły. Energia otaczająca stół nigdy nie była silna, a z chwilą śmierci kobiety zaczęła zanikać. Jutro o wschodzie słońca nie zostanie już nic.
Na stole spoczywało kilka starannie ułożonych przedmiotów – dzwonek, gruba, oprawna w skórę księga, prawdopodobnie będąca dziennikiem, a także stary cynowy kielich, bardzo prosty, ale wolny od śniedzi, oraz mała, smukła różdżka z mahoniu. Do jej końca przywiązano miedzianym drutem kryształ.
Zauważyłem też coś, co tu nie pasowało.
Bardzo stary, wczesnorenesansowy sztylet o wąskiej klindze, zwany mizerykordią, leżał na dywanie przed świątynią Jego sztych wskazywał na drugi koniec sypialni.
Odchrząknąłem, okrążyłem pokój i podszedłem do noża. Przykucnąłem nad nim i zastanawiałem się przez chwilę. Następnie zerknąłem na rękojeść, podszedłem do drzwi sypialni i zajrzałem do salonu.
Uchwyt wskazywał na ciało Janine.
Wróciłem do sypialni i ponownie przyjrzałem się sztychowi sztyletu.
Wskazywał na przeciwległą ścianę.
Zerknąłem na Murphy, która stanęła w drzwiach.
– Co znalazłeś? – zapytała, przechylając głowę.
– Jeszcze nie mam pewności. Zaczekaj.
Podszedłem do ściany i uniosłem dłoń, zatrzymując ją jakiś centymetr od powierzchni. Zamknąłem oczy i skupiłem się na bardzo słabym śladzie energii, który tam jeszcze pozostał. Po kilku minutach koncentracji opuściłem dłoń.
– Coś tam jest – oznajmiłem. Ale za słabe, bym mógł to wyczuć bez pomocy Wzroku. A mam już serdecznie dość posługiwania się nim.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała Murphy.
– To, że potrzebuję czegoś ze swojej skrzynki. Zaraz wracam.
Opuściłem mieszkanie i zszedłem do samochodu, gdzie trzymałem pudło z przyborami wędkarskimi. Zabrałem je i wróciłem do sypialni martwej kobiety.
– To coś nowego – zdziwiła się Murphy.
– Zapoznawałem uczennicę z taumaturgią. Od czasu do czasu musimy wyjechać za miasto ze względów bezpieczeństwa. – Pogrzebałem w skrzynce i po chwili wyciągnąłem z niej plastikową probówkę pełną metalowych odprysków. – W pierwszych tygodniach wrzucałem wszystko do siatki na zakupy, ale dogodniej było postarać się o bardziej permanentny przenośny pojemnik.
– Co to jest? – zainteresowała się Murphy.
– Miedziane opiłki – wyjaśniłem. – One przewodzą energię. Jeśli są tu jakieś regularności, mogę być w stanie je wykryć.
– Aha. To coś jak proszek do zbierania odcisków palców.
– Mniej więcej.
Wyciągnąłem z kieszeni kredę i przykucnąłem, by narysować na dywanie ledwie widoczny krąg. Kończąc, zamknąłem go aktem woli i poczułem, jak obudził się do życia, tworząc niewidzialny ekran mocy, który odsuwał ode mnie przypadkowe strumienie energii i skupiał moją magię. Zaklęcie było delikatne, przynajmniej dla mnie, i próba użycia go bez osłony kręgu przypominałaby zapalanie świecy podczas huraganu.
Zamknąłem oczy, skupiłem się i wysypałem na prawą dłoń kilka deko miedzianych opiłków. Wyszeptałem w nie odrobinę energii, wystarczająco wiele, by stworzyć magiczny ładunek, który przyciągnie je ku słabej mocy ukrytej w ścianie.
– Illumina magus – wyszeptałem, gdy były gotowe.
Następnie przerwałem stopą ciągłość kręgu, uwalniając zaklęcie, i skierowałem opiłki przed siebie. Rozjarzyły się ze słyszalnym trzaskiem niczym niebieskobiałe iskierki, uderzyły o ścianę i przylgnęły do niej. Poczułem woń ozonu.
Pochyliłem się ku ścianie i dmuchnąłem na nią lekko, by usunąć przypadkowe opiłki, które mogły przyczepić się do niej samoistnie. Potem się odsunąłem.
Opiłki ułożyły się w wyraźne kształty. Mówiąc ściślej, w litery.
księga wyjścia 22,18
Murphy zmarszczyła czoło, wpatrując się w napis.
– Werset z Biblii?
– Tak jest.
– Tego nie znam. A ty znasz?
Przytaknąłem.
– Ten utkwił mi w głowie. „Czarownicy żyć nie dopuścisz”.


2



– Zatem to morderstwo – stwierdziła Murphy.
– Na to wygląda – mruknąłem.
– A zabójca chciał, żebyś o tym wiedział. – Podeszła do mnie, wpatrując się w ścianę z zasępioną miną. – Zwykły gliniarz by tego nie znalazł.
– Tak jest – potwierdziłem.
W pustym mieszkaniu rozległ się cichy trzask osiadającego muru, jeden z tych domowych dźwięków z pewnością świetnie znanych ofierze.
– Kogo w takim razie szukamy? – zapytała Murphy lżejszym tonem. – Jakiegoś religijnego świra? Fana Czarownic z Salem? Nowego wcielenia inkwizytora?
– Który użył magii, by zostawić mi wiadomość? – zapytałem.
– Świry bywają hipokrytami. – Zmarszczyła brwi. – Jak ta wiadomość się tu znalazła? Musiał to zrobić praktykujący?
Pokręciłem głową.
– Gdy już ją zabili, zapewne po prostu zanurzyli jej palec w wodzie wypełniającej kielich i napisali to nim na ścianie. Woda wyschła, ale ślad energii pozostał.
– Od wody? – zdziwiła się.
– Błogosławionej wody z kielicha z jej kaplicy – uściśliłem. – To coś w rodzaju wody święconej. Pozytywna energia przesyca ją w taki sam sposób.
Murphy popatrzyła na mnie, a potem na ścianę.
– Święconej? Myślałam, że magia to tylko energia, matematyka, równania i tak dalej. Jak elektryczność albo termodynamika.
– Nie wszyscy tak sądzą – zauważyłem, wskazując głową na ołtarz. – Ofiara była wiccanką.
– Czarownicą? – zapytała Murphy.
– Czarownicą też – przyznałem. – Nie wszyscy wiccanie mają wewnętrzną siłę potrzebną, by praktykować. Rytuały i obrzędy odprawiane przez większość z nich mają w sobie bardzo niewiele mocy.
– W takim razie po co to robią?
– Najukochańsi, zebraliśmy się tu, by połączyć tego mężczyznę i tę kobietę świętym węzłem małżeńskim. – Wzruszyłem ramionami. – Każda wiara ma swoje ceremonie, Murph.
– Zatem chodzi o konflikt religijny? – zapytała.
Ponownie wzruszyłem ramionami.
– Wierzącym wiccanom trudno jest wchodzić w konflikty z innymi religiami. Ich doktryna ma bardzo płynny charakter. Istnieją pewne podstawowe założenia, uznawane przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent wiccan, ale podstawą ich wiary jest wolność jednostki. Wiccanie wierzą, że każdy powinien mieć swobodę wyznawania i praktykowania swej religii, dopóki nikogo w ten sposób nie krzywdzi. Dlatego każdy z nich wierzy w coś trochę innego. To indywidualiści.
Murphy, która była w mniejszym lub większym stopniu katoliczką, zmarszczyła brwi.
– Wydaje mi się, że chrześcijaństwo ma co nieco do powiedzenia na temat przebaczenia, tolerancji i traktowania innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.
– Aha – mruknąłem. – A potem nadeszły krucjaty, inkwizycja...
– Właśnie w tym rzecz – przerwała mi Murphy. – Bez względu na to, co sądzę o islamie, wicca czy innych religiach, każda wiara ma swoje ceremonie i każda jest w rzeczywistości grupą ludzi. A wśród ludzi zawsze zdarzają się dupki.
– I wystarczy tylko jeden dupek, by wywołać konflikt – zgodziłem się. – Ku-Klux-Klan bardzo często cytuje Pismo. Inne reakcyjne organizacje również. I bardzo często wyrywają te cytaty z kontekstu. – Wskazałem na ścianę. – Jak w tym przypadku.
– No, nie wiem. „Czarownicy żyć nie dopuścisz”. To brzmi dość jednoznacznie.
– Jednoznacznie, ale trzeba to umieścić w odpowiednim kontekście. Nie zapominaj, że ten cytat pochodzi z księgi Biblii aprobującej karę śmierci dla dziecka, które przeklnie swoich rodziców, właściciela wołu, który swą niedbałością spowoduje, że wół kogoś zrani, oraz każdego, kto pracował bądź zapalił ogień w dzień święty albo uprawiał seks ze zwierzęciem.
Murphy prychnęła pogardliwie.
– Pamiętaj też, że oryginalny tekst napisano przed kilkoma tysiącleciami po hebrajsku. Słowo, którego użyto w tym wersecie, oznacza kogoś, kto rzuca zaklęcia, by zaszkodzić innym. W tamtej kulturze istniało rozróżnienie między dobroczynną a szkodliwą magią. Ale w średniowieczu wśród wiernych zapanowała opinia, że każdy, kto praktykuje jakikolwiek rodzaj magii, automatycznie jest zły. Nie czyniono już rozróżnienia między białą a czarną magią. A w czasach, gdy Biblię tłumaczono na angielski, rządy sprawował król Jakub, który miał fobię na punkcie czarownic. Dlatego słowo oznaczające tego, kto rzuca szkodliwe zaklęcia, przetłumaczono po prostu jako „czarownica”.
– Jeśli ująć to w ten sposób, faktycznie wygląda na to, że ktoś wyrwał cytat z kontekstu – przyznała Murph. – Ale bardzo wielu ludzi utrzymuje, że Biblia musi być nieomylna. Że Bóg nie pozwoliłby, żeby do tłumaczenia świętych słów wkradły się błędy.
– Myślałem, że Bóg dał wszystkim wolną wolę – odparłem. – Rzecz jasna, oznacza to również wolność popełniania błędów w tłumaczeniu.
– Przestań zmuszać mnie do myślenia – obruszyła się Murphy. – Ja muszę wierzyć.
– Widzisz? – zapytałem z uśmiechem. – Właśnie dlatego nie jestem religijny. Nie potrafiłbym zbyt długo trzymać gęby na kłódkę tylko po to, by żyć ze wszystkimi w zgodzie.
– Myślałam, że chodzi o to, że nie mógłbyś szanować żadnej religii, która zgodziłaby się ciebie przyjąć.
– To też – przyznałem.
Podczas tej rozmowy żadne z nas nie spoglądało na leżące w salonie zwłoki. Nagle zapadła pełna skrępowania cisza. Podłoga zaskrzypiała.
– Zatem to morderstwo – odezwała się wreszcie Murphy, nie przestając się gapić na ścianę. – Może to był ktoś, ko spełniał świętą misję.
– Morderstwo – zgodziłem się. – Ale jest jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek założenia. Co cię skłoniło, żeby do mnie zadzwonić?
– Ten ołtarz – odpowiedziała. – I dziwne fakty dotyczące ofiary.
– Nikt nie uzna za dowód magicznego napisu na ścianie.
– Wiem – przyznała. – Oficjalnie uznamy to za samobójstwo.
– To znaczy, że piłka jest po mojej stronie – stwierdziłem.
– Rozmawiałam ze Stallingsem – odparła. – Wezmę od jutra parę dni urlopu. Pomogę ci.
– Świetnie. – Zmarszczyłem nagle brwi, czując lekkie mdłości. – To nie jest jedyne samobójstwo, prawda?
– W tej chwili jestem w pracy – odpowiedziała. – Nie mogę się z tobą dzielić takimi informacjami. Ale mógłby to zrobić ktoś taki jak Butters.
– W porządku – zgodziłem się.
Murphy poruszyła się bez żadnego ostrzeżenia, unosząc nogę do tyłu i zataczając nią łuk na wysokości kostek. Rozległ się głuchy stuk uderzenia, a potem łoskot czegoś ciężkiego, padającego na podłogę. Policjantka – z zamkniętymi oczami – skoczyła na coś niedostrzegalnego. Jej ręce poruszyły się szybko, zataczając kilka małych kręgów. Palce pochwyciły cel. Potem stęknęła, uniosła ręce i poruszyła lekko barkami.
Rozległo się wysokie westchnienie młodej kobiety. Pod policjantką nagle znalazła się jakaś dziewczyna. Murphy wcisnęła ją w podłogę, brzuchem do dołu. Jedną rękę nastolatki wykręciła za plecami, zginając boleśnie jej nadgarstek.
Dziewczyna miała na sobie wojskowe buty, czarne spodnie od munduru polowego oraz szarą, przyciętą koszulkę. Była wysoka, dobrze ponad dwadzieścia centymetrów wyższa od policjantki, i mocno zbudowana. Włosy miała krótkie, uczesane na punka i utlenione. Tatuaż na jej szyi znikał pod koszulką, by pojawić się na odsłoniętym brzuchu i znowu zniknąć pod spodniami. Miała mnóstwo kolczyków w uszach, kółko w nosie, pierścień w brwi oraz srebrny kolczyk tuż pod dolną wargą. Na wykręcanej przez policjantkę ręce nosiła bransoletkę z małych, ciemnych, szklanych paciorków.
– Harry? – odezwała się Murphy typowym dla siebie tonem, który, choć uprzejmy i cierpliwy, stanowczo domagał się wyjaśnienia.
– Murph, pamiętasz moją uczennicę? – odpowiedziałem z westchnieniem. – Molly Carpenter.
Policjantka przechyliła się i przyjrzała profilowi dziewczyny.
– Ach, jasne. Nie poznałam jej bez różowo‑niebieskich włosów. Co więcej, poprzednim razem nie była niewidzialna.
Popatrzyła na mnie, pytając wzrokiem, czy ma ją puścić.
Mrugnąłem do niej znacząco i przykucnąłem obok leżącej na dywanie dziewczyny, łypiąc na nią złowieszczo.
– Powiedziałem ci, żebyś zaczekała pod drzwiami i poćwiczyła ogniskowanie.
– Och, daj spokój – obruszyła się. – To niemożliwe, a do tego piekielnie nudne.
– Ćwiczenie czyni mistrza, dziewczyno.
– Ćwiczyłam cholernie dużo! – sprzeciwiła się Molly. – Umiem pięćdziesiąt razy więcej niż rok temu!
– I jeśli utrzymasz to tempo przez jakieś sześć, siedem lat, być może, powtarzam: być może, będziesz gotowa do ­działania na własną rękę. Na razie pozostajesz praktykantką. Ja jestem twoim nauczycielem i musisz robić to, co ci każę.
– Mogę ci pomóc!
– Nie, jeśli będziesz siedziała w celi – zauważyłem.
– Wtargnęłaś na miejsce zbrodni – poinformowała ją Murphy.
– Och, doprawdy – odparła Molly tonem, w którym wzgarda mieszała się ze sprzeciwem.
(Być może nie wspomniałem o tym, że moja uczennica ma problemy z szacunkiem wobec władzy).
była zapewne najgorsza odpowiedź, jakiej mogłaby udzielić.
– Jak sobie życzysz – warknęła Murphy. Wyjęła z kieszeni kajdanki i zapięła je na unieruchomionym nadgarstku dziewczyny. – Masz prawo do zachowania milczenia.
Molly spojrzała na mnie, otwierając szeroko oczy.
– Co? Harry...
– Jeśli rezygnujesz z tego prawa, wszystko, co od tej pory powiesz, może zostać użyte w sądzie przeciwko tobie – zakończyła Murphy miarowym, rytualnym tonem.
Wzruszyłem ramionami.
– Przykro mi, dziecko. Tak wygląda prawdziwe życie. Posłuchaj, wszystkie kary, które wymierzono ci jako młodocianej, są zatarte. Będziesz odpowiadała jako pełnoletnia, i to twoje pierwsze wykroczenie. Wątpię, byś dostała więcej niż... Murph?
Policjantka przerwała recytację prawa Mirandy.
– Jakieś trzydzieści do sześćdziesięciu dni aresztu – odpowiedziała i wróciła do swego tekstu.
– Widzisz? To nic wielkiego. Zobaczymy się za miesiąc albo trzy.
Twarz Molly pobladła.
– Ale... ale...
– Aha – dodałem. – Pamiętaj, że pierwszego dnia musisz kogoś pobić. To powinno zaoszczędzić ci mnóstwa kłopotów.
Murphy pociągnęła ją, stawiając na nogi. Obie ręce dziewczyny skuwały kajdanki.
– Czy rozumiesz prawa, które ci przedstawiłam?
Molly rozdziawiła usta. Na jej twarzy malował się szok. Przenosiła spojrzenie z Murphy na mnie i z powrotem.
– Albo – dodałem – możesz przeprosić.
– P‑przepraszam, Harry – wyjąkała.
Westchnąłem.
– Nie mnie, dziecko. To nie jest moje miejsce zbrodni.
– Ale... – Przełknęła ślinę i ponownie spojrzała na Murphy. – Ja tylko tu stałam.
– Masz rękawiczki? – zapytała policjantka.
– Nie.
– A buty?
– Tak.
– Dotykałaś czegoś?
– Hmm. – Molly znowu przełknęła ślinę. – Drzwi. Tylko je trochę popchnęłam. I tego chińskiego wazonu, w którym zasadziła miętę. Tego pękniętego.
– To znaczy – odparła Murphy – że jeśli uda mi się udowodnić, że to morderstwo, badanie wykryje odciski twoich palców, ślady butów, a biorąc pod uwagę, jak kruche są twoje włosy, zapewne też genetyczne ślady w tych, które się ułamały. Ponieważ nie zaliczasz się do prowadzących ­śledztwo detektywów ani konsultantów, te dowody wystarczą, by uczynić cię podejrzaną w sprawie o morderstwo.
Molly pokręciła głową.
– Przecież przed chwilą powiedziała pani, że to samobó...
– Nawet gdyby tak było, nie znasz prawidłowych procedur, jak Harry, i twoja obecność mogłaby zanieczyścić miejsce zbrodni, prowadząc do zamazania dowodów mogących umożliwić wykrycie prawdziwego zabójcy. To z kolei oznaczałoby, że jeszcze trudniej będzie go zatrzymać, zanim uderzy znowu.
Molly gapiła się tylko na nią bezradnie.
– Dlatego właśnie wprowadzono prawo zakazujące cywilom wstępu na miejsce zbrodni. To nie jest zabawa, panno Carpenter – ciągnęła Murphy głosem chłodnym, ale wolnym od gniewu. – Błędy popełnione w tym miejscu mogą wielu ludzi kosztować życie. Zrozumiałaś?
Molly ponownie przesunęła spojrzenie z Murphy na mnie i z powrotem. Ramiona jej opadły.
– Nie chciałam... przepraszam.
– Przeprosiny nie zwrócą życia ofiarom – powiedziałem łagodnie. – Wciąż nie nauczyłaś się rozważać konsekwencji swego zachowania. Nie możesz sobie na to pozwolić. Już nie.
się lekko i skinęła głową.
– Mam nadzieję, że to się już nie powtórzy – rzekła jej Murphy.
– Na pewno, proszę pani.
Policjantka zerknęła na nią z niedowierzaniem. Następnie spojrzała na mnie.
– Miała dobre intencje – zapewniłem. – Chciała być użyteczna.
Molly popatrzyła na mnie z wdzięcznością.
– Czyż nie wszyscy tego chcemy? – mruknęła Murphy łagodniejszym tonem i zdjęła dziewczynie kajdanki.
Molly potarła nadgarstki, krzywiąc się boleśnie.
– Hmm, pani sierżant? Jak pani się zorientowała, że tu jestem?
– Podłoga skrzypiała, mimo że nikt na niej nie stał – wyjaśniłem.
– Twój dezodorant – dodała Murphy.
– Raz cmoknęłaś językiem o zęby – zauważyłem.
– Przed kilkoma minutami poczułam nagły powiew, który nie wyglądał na przeciąg – zakończyła policjantka.
Molly przełknęła ślinę. Jej twarz poróżowiała.
– Ojej.
– Ale nie widzieliśmy cię. Prawda, Murph?
Policjantka przytaknęła.
– Ani kawałeczka.
upokorzenia i spuszczenie od czasu do czasu powietrza z ego dobrze działają na uczniów. Moja uczennica westchnęła z przygnębieniem.
– No cóż, teraz już tu jesteś – stwierdziłem.
głową do Murphy i ruszyłem ku drzwiom.
– Dokąd idziemy? – zapytała Molly.
Dwóch znudzonych łapiduchów zamrugało, spoglądając ze zdumieniem na dziewczynę wychodzącą za mną z mieszkania. Idąca na końcu Murphy skinęła na nich, nakazując im zabrać ciało.
– Spotkać się z kimś, kogo znam – odparłem. – Lubisz polkę?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2016-08-12 (225 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej