Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Cela 7
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nigdziebądź'' - Neil Gaiman



Rozdział 1

Uciekała już od czterech dni, rozpaczliwie umykając w głąb chaotycznych korytarzy i tuneli. Była głodna, wyczerpana i bardziej zmęczona niż to fizycznie możliwe. Z coraz większym trudem otwierała każde kolejne drzwi. Po czterech dniach ucieczki znalazła sobie kryjówkę: małą kamienną norę pod światem. Była tu bezpieczna; taką przynajmniej miała nadzieję. W końcu zasnęła.


* * *



Pan Croup wynajął Rossa na ostatnim Ruchomym Targu, który urządzono w opactwie Westminster.
– Myśl o nim jak o kanarku – rzekł do pana Vandemara.
– Śpiewa? – spytał pan Vandemar.
– Wątpię. Naprawdę szczerze wątpię. – Pan Croup przeczesał palcami tłuste pomarańczowe włosy. – Nie, mój miły przyjacielu, mówiłem w przenośni. Chodziło mi o ptaki, które zabiera się do kopalni.
Pan Vandemar skinął głową, w jego oczach powoli pojawiał się błysk zrozumienia: ach tak, kanarek. Ross zupełnie nie przypominał kanarka: był rosły – niemal tak rosły jak pan Vandemar – i okropnie brudny oraz zupełnie łysy. Mało mówił, choć nie omieszkał wspomnieć, że lubi zabijać i że jest w tym dobry. Słowa te bardzo rozbawiły pana Croupa i pana Vandemara, tak jak Dżyngis-chana mogłyby rozbawić popisy młodego Mongoła, który niedawno splądrował swą pierwszą wieś albo spalił jurtę. Ross był kanarkiem, nawet o tym nie wiedząc. Toteż szedł pierwszy w poplamionej koszulce i sztywnych od brudu dżinsach, a Croup i Vandemar maszerowali za nim ubrani w eleganckie czarne garnitury.
Oto cztery proste sposoby, dzięki którym uważny obserwator z łatwością rozróżni tych dwóch mężczyzn: po pierwsze, gdy stoją, pan Vandemar jest o dwie i pół głowy wyższy od pana Croupa. Po drugie, pan Croup ma oczy barwy wyblakłej błękitnej porcelany, a oczy pana Vandemara są piwne. Po trzecie, pan Vandemar ozdobił swą prawą dłoń pierścieniami własnoręcznie zrobionymi z czaszek czterech wielkich kruków, pan Croup zaś nie nosi żadnej rzucającej się w oczy biżuterii. I po czwarte, pan Croup lubi słowa, a pan Vandemar jest zawsze głodny. Poza tym nie są do siebie podobni. Ani trochę.
Szmer w ciemności. W dłoni pana Vandemara błysnął nóż. A potem nie tkwił już w jego ręce, lecz kołysał się lekko dziesięć metrów dalej.
Pan Vandemar podszedł i podniósł nóż za rękojeść. Na ostrzu tkwił szary szczur; zamykał i otwierał bezradnie pyszczek, gdy umykało z niego życie. Pan Vandemar dwoma palcami zmiażdżył mu czaszkę.
– Oto gryzoń, który nikogo już nie ugryzie – oznajmił pan Croup. Zaśmiał się z własnego dowcipu.
Pan Vandemar milczał.
– Szczur. Gryzoń. Rozumiesz?
Pan Vandemar zsunął truchło z ostrza i zaczął z namysłem ruszać szczękami, nadgryzając łebek martwego szczura. Pan Croup wytrącił mu go z ręki.
– Przestań – rzekł.
Jego towarzysz schował z nadąsaną miną nóż.
– Uśmiechnij się – syknął zachęcająco pan Croup. – Będzie jeszcze wiele szczurów. A teraz ruszajmy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tylu ludzi do zniszczenia.


* * *



Trzy lata w Londynie nie odmieniły Richarda, choć zmieniły sposób, w jaki postrzegał to miasto. Pierwotnie, pamiętny oglądanych zdjęć, wyobrażał je sobie w szarościach, może nawet czerni, toteż ze zdumieniem odkrył, że wypełniają je kolory. Było to miasto rdzawych cegieł i białego kamienia, czerwonych autobusów i wielkich czarnych (a często, ku zaskoczeniu Richarda, złotych, zielonych albo brązowych) taksówek, krwistoczerwonych skrzynek pocztowych i zielonych trawiastych parków i cmentarzy.
W Londynie stare nieustannie zmagało się z krępująco nowym – bez wstydu, ale i bez szacunku. To miasto sklepów i biur, restauracji i domów, parków i kościołów, zapomnianych pomników i bynajmniej nie pomnikowych pałaców; miasto stu dzielnic o dziwacznych nazwach – Crouch End, Chalk Farm, Earl’s Court, Marble Arch – i zaskakująco odrębnych tożsamościach; hałaśliwe, brudne, wesołe, udręczone miasto żywiące się turystami, potrzebujące ich równie mocno, jak nimi gardzące, miasto, w którym średnia szybkość transportu przez centrum nie zwiększyła się od trzystu lat, co zawdzięczało pięciu stuleciom nieporadnego poszerzania ulic i niezgrabnym kompromisom pomiędzy potrzebami ruchu, nieważne: końskiego czy od niedawna spalinowego, oraz pieszych; miasto rojące się od ludzi wszelkich kolorów, zwyczajów i rodzajów.
Gdy przybył tu po raz pierwszy, uznał, że Londyn jest dziwny, olbrzymi, całkowicie niezrozumiały. Tylko mapa metra, elegancki wielobarwny topograficzny plan podziemnych linii kolejowych i stacji, nadawała mu choćby pozór porządku. Stopniowo Richard zaczął pojmować, że mapa ta stanowi jedynie podręczną fikcję, która ułatwia życie, lecz w żaden sposób nie odpowiada rzeczywistości; zupełnie jak członkostwo w partii politycznej, pomyślał kiedyś z dumą. Potem jednak, gdy spróbował wyjaśnić grupie oszołomionych nieznajomych na przyjęciu podobieństwo łączące mapę metra i partię, zdecydował, że w przyszłości będzie się trzymał z dala od polityki.
Powoli, dzięki procesowi osmozy i chłonięciu białej wiedzy (to coś jak biały szum, tylko niesie ze sobą więcej informacji) coraz lepiej rozumiał miasto, a proces ten znacząco przyśpieszył, gdy Richard pojął, że prawdziwe londyńskie City ma najwyżej milę kwadratową powierzchni, od Aldgate na wschodzie po Fleet Street i sądy Old Bailey na zachodzie, maleńkie miasto, obecnie mieszczące najważniejsze londyńskie instytucje finansowe, i że to ono stanowiło początek wszystkiego.
Dwa tysiące lat wcześniej Londyn był zaledwie celtycką wioską na północnym brzegu Tamizy. Rzymianie natknęli się na wieś i postanowili tam osiąść. Z czasem Londyn rozrastał się powoli, aż w końcu, około tysiąca lat później, dotarł do maleńkiego Królewskiego Miasta Westminster, sąsiadującego z nim od zachodu, a kiedy wzniesiono Most Londyński, Londyn napotkał na swej drodze miasteczko Southwark leżące na przeciwległym brzegu rzeki; rósł dalej, a pola, lasy i bagniska niknęły powoli pod naporem rozkwitającego miasta pożerającego kolejne wioski i osady, jak Whitechapel i Depford na wschodzie; Hammersmith i Shepherd’s Bush na zachodzie, Camden i Islington na północy, Battersea i Lambeth na drugim brzegu Tamizy na południu, pochłaniając je niczym kałuża rtęci, która wciąga w siebie mniejsze krople tak, że pozostają tylko nazwy.
Londyn wyrósł na coś wielkiego i wewnętrznie sprzecznego. To dobre miejsce i świetne miasto, ale każde dobre miejsce ma swoją cenę, którą płacą inni i którą ono samo musi zapłacić.
Z czasem Richard odkrył, że coraz bardziej przyjmuje Londyn za coś oczywistego. Wkrótce zaczął się szczycić tym, że nie odwiedził żadnej atrakcji turystycznej (poza londyńską Tower; jego ciotka Maude przyjechała do miasta na weekend i Richard niechętnie towarzyszył jej w zwiedzaniu).
Jessica zmieniła to wszystko. Nagle, miast rozsądnie spędzać weekendy, zaczął bywać z nią w miejscach takich jak Galeria Narodowa i Tate, gdzie przekonał się na własnej skórze, że od zbyt długich wędrówek po galeriach okropnie bolą nogi, po jakimś czasie wielkie dzieła sztuki całego świata zlewają się w jedno, a żaden normalny człowiek nie zdoła uwierzyć, ile bezczelne kafejki muzealne potrafią policzyć sobie za ciastko i filiżankę herbaty.
– Oto twoja herbata i eklerka – rzekł. – Taniej byłoby kupić jednego Tintoretto.
– Nie przesadzaj – odparła radośnie Jessica. – A zresztą w Tate nie ma żadnych Tintorettów.
– Trzeba było zjeść jeszcze ciasto z wiśniami – mruknął Richard. – Wtedy mogliby sobie pozwolić na kolejnego van Gogha.
– Nie – poprawiła go Jessica. – Nie mogliby.
Richard spotkał Jessicę dwa lata wcześniej we Francji podczas weekendowego wypadu do Paryża. Natknął się na nią w Luwrze, gdy próbował odszukać grupkę przyjaciół, którzy zorganizowali wycieczkę. Zapatrzony w gigantyczną rzeźbę cofnął się i wpadł na Jessicę podziwiającą właśnie niezwykle wielki i historyczny brylant. Próbował przepraszać ją po francusku, którego nie znał, poddał się, przeszedł na angielski, a potem usiłował przeprosić po francusku za to, że przeprasza po angielsku, wówczas jednak zorientował się, że Jessica jest tak angielska, jak tylko być można. W ramach rekompensaty kupił jej kosztowną francuską kanapkę i strasznie drogi musujący sok jabłkowy. I tak się to zaczęło. Potem już nigdy nie zdołał przekonać Jessiki, że nie jest typem człowieka, który odwiedza galerie.
W te weekendy, kiedy nie zwiedzali galerii sztuki ani muzeów, Richard dreptał za Jessicą na zakupy, na które wybierała się zazwyczaj do zamożnej dzielnicy Knightsbridge, krótką chwilę spacerkiem i jeszcze krótszą taksówką od jej własnego mieszkania na Kensington Mews. Towarzyszył jej w wycieczkach do ogromnych, przytłaczających świątyń handlu, takich jak Harrods czy Harvey Nichols, sklepów, w których Jessica mogła kupić absolutnie wszystko, od biżuterii przez książki po cotygodniowe wiktuały.
Richard czuł nabożny podziw dla Jessiki, która była piękna, często nawet dowcipna, i z pewnością czekała ją wielka przyszłość. Jessica natomiast dostrzegła w nim ogromny potencjał, który, właściwie pokierowany przez odpowiednią kobietę, uczyni z niego idealnego kandydata na męża. Gdyby tylko nieco bardziej skoncentrował się na ważnych sprawach, mruczała do siebie i kupowała mu książki, takie jak: „Ubiór znaczy sukces” oraz „Sto dwadzieścia pięć nawyków, które wiodą na szczyt”, książki uczące, jak kierować biznesem niczym kampanią wojskową. Richard zawsze jej dziękował i zawsze zamierzał kiedyś je przeczytać. W dziale mody męskiej Harveya Nicholsa kupowała mu też ubrania, które uważała za odpowiednie – i nosił je posłusznie, przynajmniej w dni robocze. A dokładnie rok po ich pierwszym spotkaniu oznajmiła, że powinni poszukać pierścionka zaręczynowego.
– Czemu się z nią spotykasz? – spytał osiemnaście miesięcy później Garry z działu księgowości korporacyjnej. – Jest przerażająca.
Richard pokręcił głową.
– Kiedy ją bliżej poznać, okazuje się urocza.
Garry odstawił na miejsce jednego z trolli z biurka Richarda.
– Dziwię się, że pozwala ci się nimi bawić.
– Nigdy nie poruszała tego tematu. – Richard przesunął stworka. Miał bujną czuprynę neonowopomarańczowych włosów i nieco zagubioną minę.
W istocie poruszała go, i to nieraz. Jednakże zdołała przekonać samą siebie, że zbiór trolli Richarda to oznaka pewnej uroczej ekscentryczności, porównywalna do kolekcji aniołów pana Stocktona. Właśnie organizowała wystawę aniołów pana Stocktona i doszła do wniosku, że wielcy ludzie zawsze coś zbierają. Tak naprawdę Richard nie kolekcjonował trolli. Znalazł jednego na ulicy przed biurem i usiłując, na próżno, nadać nieco osobisty ton swemu miejscu pracy, umieścił na monitorze komputera. Po kilku miesiącach dołączyły do niego inne, prezenty od kolegów z pracy, którzy zorientowali się, że żywi upodobanie do owych paskudnych stworzeń. Richard dziękował za prezenty i rozmieszczał je w strategicznych miejscach biurka, obok telefonów i zdjęcia Jessiki w ramkach. Dziś tkwiła na nim przylepiona żółta kartka.
Było to piątkowe popołudnie. Richard zauważył kiedyś, że wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz. Weźmy choćby ten szczególny piątek. Był to, jak podkreśliła Jessica co najmniej dziesięć razy w ciągu ostatniego miesiąca, najważniejszy dzień jego życia. Oczywiście nie najważniejszy dzień jej życia. Ten nadejdzie dopiero w przyszłości, gdy – Richard nie wątpił w to ani przez chwilę – ludzie obwołają ją premierem, królową czy nawet Bogiem. Lecz bez wątpienia w jego życiu był to dzień najważniejszy. Szkoda zatem, że mimo karteczki, którą Richard przykleił sobie na lodówce, i drugiej, zostawionej na zdjęciu Jessiki w biurze, zapomniał o nim całkowicie i na śmierć.
Był jeszcze raport Wandswortha, spóźniony i zaprzątający go niemal bez reszty. Richard sprawdził kolejny rząd liczb. Nagle zauważył, że strona siedemnasta zniknęła, i przygotował kolejny wydruk. Po następnej stronie wiedział już, że gdyby tylko dano mu spokój... gdyby jakimś cudem telefon nie zadzwonił...
Zadzwonił. Richard pstryknięciem włączył głośnik.
– Halo? Richard? Dyrektor chce wiedzieć, kiedy dostanie raport.
Richard zerknął na zegarek.
– Za pięć minut, Sylvio. Jest już prawie gotowy. Muszę tylko dołączyć prognozę zysków i strat.
– Dzięki, Dick. Zaraz po niego przyjdę.
Sylvia, jak sama lubiła mówić, była osobistą asystentką dyrektora. Otaczała ją aura bezlitosnej sprawności.
Richard wyłączył głośnik. Telefon natychmiast zadzwonił ponownie.
– Richardzie – przemówił głosem Jessiki. – Tu Jessica. Nie zapomniałeś, prawda?
– Zapomniałem? – Próbował przypomnieć sobie, o czym mógł zapomnieć. Spojrzał na zdjęcie Jessiki w poszukiwaniu natchnienia i znalazł je w aż nadto wyraźnej postaci małej żółtej karteczki przylepionej do jej czoła.
– Richardzie, podnieś słuchawkę.
Posłuchał, jednocześnie czytając notatkę.
– Przepraszam, Jess. Nie zapomniałem. Siódma wieczór w Ma Maison Italiano. Spotkamy się na miejscu?
– Jessica, Richardzie, nie Jess. – Na moment urwała. – Po ostatnim razie raczej nie. Potrafiłbyś zabłądzić nawet we własnym ogródku.
Richard miał właśnie zauważyć, że każdemu mogłaby pomylić się Galeria Narodowa z Narodową Galerią Portretu i że to nie ona spędziła cały dzień, stojąc na deszczu (co zresztą w jego opinii było równie zabawne jak nieskończone wędrówki po obu galeriach), zmienił jednak zdanie.
– Przyjdę do ciebie – oznajmiła Jessica. – Pójdziemy tam razem.
– Dobrze, Jess... przepraszam, Jessico.
– Potwierdziłeś naszą rezerwację, prawda, Richardzie?
– Tak – skłamał nader przekonująco. Drugi telefon na jego biurku rozdzwonił się przeraźliwie. – Jessico, posłuchaj, muszę...
– To dobrze – odparła Jessica i przerwała połączenie.
Największą sumę pieniędzy, jaką Richard wydał w życiu, przeznaczył na pierścionek zaręczynowy dla Jessiki osiemnaście miesięcy wcześniej, na jednym z wielu stoisk z biżuterią u Harrodsa. Odebrał drugi telefon.
– Cześć, Dick – rzekł Garry. – To ja, Garry.
Garry siedział kilka biurek dalej. Pomachał do Richarda znad lśniącego, wolnego od trolli blatu.
– Wciąż jesteśmy umówieni na drinka? Mówiłeś, że obgadamy projekt Mersthama.
– Rozłącz się, do cholery. Jasne, że jesteśmy.
Richard odłożył słuchawkę. Na dole karteczki dostrzegł numer telefonu. Zapisał go sam kilka tygodni wcześniej. I zrobił tę rezerwację. Był tego niemal pewien. Ale jej nie potwierdził. Zamierzał, lecz ciągle miał coś na głowie, a wiedział, że zostało mnóstwo czasu. Wydarzenia atakują stadnie...
Sylvia stała obok niego.
– Dick? Raport Wandswortha?
– Już prawie gotów, Sylvio. Zaczekaj momencik, dobrze?
Skończył wystukiwać numer. Westchnął z ulgą, gdy ktoś odpowiedział.
– Ma Maison. Czym mogę służyć?
– Tylko jednym – odparł Richard. – Stolikiem dla trzech osób na dziś wieczór. Chyba go zamówiłem. Jeśli tak, potwierdzam rezerwację. Jeśli nie, chciałbym go zamówić. Proszę.
Nie. Nie mieli ani śladu rezerwacji na nazwisko Mayhew. Ani Stockton. Ani Bartram – nazwisko Jessiki. A co do zamówienia stolika...
Najgorsze nie były same słowa, lecz ton, jakim przekazano mu informację. Stolik na dzisiejszy wieczór powinien zostać zarezerwowany wiele lat wcześniej, może nawet przez rodziców Richarda. Stolik na dzisiejszy wieczór był po prostu nieosiągalny. Gdyby nagle w drzwiach zjawił się papież, premier albo prezydent Francji i nie miał potwierdzonej rezerwacji, wylądowałby na ulicy.
– Ale tu chodzi o szefa mojej narzeczonej. Wiem, że powinienem był zadzwonić wcześniej. Jest nas tylko troje, czy nie można by...
Jego rozmówca odwiesił słuchawkę.
– Richard – wtrąciła Sylvia. – Dyrektor czeka.
– Jak sądzisz – spytał Richard – czy daliby mi stolik, gdybym zadzwonił i zaproponował im dodatkowe pieniądze?


* * *



W jej śnie byli wszyscy razem, w domu. Rodzice, brat, siostrzyczka. Stali w sali balowej i wpatrywali się w nią, wszyscy tacy bladzi, tacy poważni. Porcja, matka, dotknęła jej policzka i powiedziała, że jest w niebezpieczeństwie. W swoim śnie Drzwi zaśmiała się i odparła, że wie. Matka pokręciła głową. Nie, nie. Była w niebezpieczeństwie teraz. W tej chwili.
Otwarła oczy.
Drzwi uchylały się powoli, cichutko.
Wstrzymała oddech. Ciche kroki na kamieniu. Może mnie nie zauważy, może sobie pójdzie, pomyślała. A potem, z rozpaczą: Jestem głodna.
Kroki umilkły. Wiedziała, że jest dobrze ukryta pod stosem szmat i starych gazet. Może intruz nie ma złych zamiarów? Czyż nie słyszy bicia mego serca? A potem kroki zbliżyły się i wiedziała, co musi zrobić. Przerażało ją to. Czyjaś ręka odgarnęła pokrywające ją śmieci i Drzwi spojrzała wprost w tępą, całkowicie bezwłosą twarz, która zmarszczyła się w złowieszczym uśmiechu. Przekręciła się i szarpnęła gwałtownie. Nóż wycelowany w pierś trafił ją w ramię.
Do tej chwili nie przypuszczała, że zdołałaby to zrobić. Nie sądziła, że miałaby dość odwagi, była dość przerażona, zdesperowana, by się ośmielić. Teraz jednak wyciągnęła rękę ku jego piersi i otworzyła...
Zachłysnął się i runął na nią. Poczuła coś ciepłego, mokrego i śliskiego. Skuliła się i wygramoliła spod mężczyzny, po czym, potykając się, wypadła z pomieszczenia.
Zatrzymała się dopiero w tunelu, niskim i wąskim. Oparta o ścianę szlochała, chwytając oddech. Zużyła resztkę sił. Nie zostało jej nic. Czuła narastający ból w ramieniu. Nóż! – pomyślała. Ale była bezpieczna.
– No, no – usłyszała głos dobiegający z ciemności po prawej stronie. – Przeżyła spotkanie z panem Rossem. A niech mnie, panie Vandemar. – Ton głosu był równie śliski jak szary śluz pod palcami.
– A niech i mnie, panie Croup – odparł beznamiętny głos po lewej stronie.
W ciemności zapłonęło migotliwe światełko.
– Mimo to – oczy pana Croupa błyszczały w mroku pod ziemią – spotkania z nami nie przeżyje.
Drzwi rąbnęła go mocno kolanem w krocze i ruszyła biegiem na oślep, zaciskając prawą dłoń na ramieniu.
Uciekła.


* * *



– Dick?
Richard machnięciem ręki odgonił intruza. Już prawie zapanował nad swoim życiem. Jeszcze tylko chwila...
Garry powtórzył jego imię:
– Dick? Jest wpół do siódmej.
– Co?
Papiery, długopisy, arkusze kalkulacyjne i trolle wylądowały w aktówce Richarda. Zatrzasnął ją i rzucił się biegiem do wyjścia, po drodze naciągając płaszcz. Garry biegł obok niego.
– To co, idziemy na drinka?
– Drinka?
– Mieliśmy wyskoczyć dzisiaj razem, obgadać projekt Mersthama, pamiętasz?
To było dzisiaj? Richard zatrzymał się na moment. Gdyby bałaganiarstwo stało się kiedykolwiek sportem olimpijskim, mógłby reprezentować w nim Anglię.
– Garry, przepraszam. Zawaliłem sprawę. Muszę dziś spotkać się z Jessicą. Zabieramy jej szefa na kolację.
– Pana Stocktona? Z firmy Stockton? Tego Stocktona?
Richard przytaknął. Zbiegali po schodach.
– Na pewno będziesz się dobrze bawił – rzekł Garry. – A co słychać u potwora z Czarnej Laguny?
– Tak naprawdę Jessica pochodzi z Ilford, Garry, i wciąż pozostaje światłem i miłością mojego życia. Dzięki, że spytałeś.
Znaleźli się w holu i Richard śmignął wprost ku automatycznym drzwiom, które widowiskowo się nie rozsunęły.
– Jest już po szóstej, panie Mayhew – przypomniał Figgis, strażnik budynku. – Musi się pan podpisać.
– Jeszcze tylko tego mi trzeba – rzekł Richard do nikogo w szczególności. – Jeszcze tylko tego.
Pan Figgis pachniał syropem od kaszlu i słynął ze swej encyklopedycznej kolekcji miękkiej pornografii. Strzegł drzwi z oddaniem graniczącym z szaleństwem, bo nigdy nie doszedł do siebie po wieczorze, kiedy z całego piętra poszły sobie i zniknęły wszystkie komputery wraz z dwiema palmami w donicach i dywanem dyrektora Axminstera.
– Czyli dziś z drinka nici?
– Przepraszam, Garry. Może być w poniedziałek?
– Jasne. W poniedziałek. Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
Pan Figgis zbadał uważnie ich podpisy i przekonawszy się naocznie, że żaden z nich nie wynosi komputerów, palm w donicach ani dywanów, nacisnął przycisk pod biurkiem. Drzwi się rozsunęły.
– Drzwi – rzekł Richard.


* * *



Podziemny korytarz rozgałęział się i dzielił. Na oślep wybie­rała drogę, lawirując w tunelach, biegnąc, potykając się i wymachując rękami. Gdzieś za nią maszerowali pan Croup i pan Vandemar, spokojni i radośni jak wiktoriańscy dygnitarze zwiedzający wystawę w Pałacu Kryształowym. Gdy dochodzili do rozstajów, pan Croup klękał, znajdował najbliższą kroplę krwi i znów ruszali jej śladem. Byli niczym hieny ścigające ofiarę, póki nie padnie z wyczerpania. Mogli zaczekać. Mieli mnóstwo czasu.


* * *



Dla odmiany Richardowi dopisało szczęście. Złapał taksówkę. Szczególnie entuzjastyczny kierowca zawiózł go do domu niezwykłą trasą, biegnącą ulicami, których istnienia Richard wcześniej nie zauważył, jednocześnie dzieląc się – jak to mieli w zwyczaju wszyscy londyńscy taksówkarze, kiedy tylko napatoczył im się prawdziwy, żywy, mówiący po angielsku pasażer – swoimi poglądami na temat problemów ruchu w centrum, sposobów radzenia sobie z przestępcami i drażliwych aktualnych zagadnień politycznych. Richard wyskoczył z taksówki, pozostawiając napiwek i aktówkę, zdołał jeszcze zatrzymać wóz, nim skręcił w szerszą ulicę, odzyskał walizeczkę, wbiegł po schodach i wpadł do mieszkania. Już w korytarzu ściągnął z siebie ubranie; aktówka zawirowała w powietrzu i wylądowała na sofie. Starannie wyjął z kieszeni spodni klucze i położył na stoliku po to, by o nich nie zapomnieć.
Potem wpadł do sypialni. Zadźwięczał dzwonek. Richard, w trzech czwartych odziany już w swój najlepszy garnitur, rzucił się do domofonu.
– Richard? Tu Jessica. Mam nadzieję, że jesteś gotów.
– Ach. Tak. Zaraz będę.
W biegu naciągnął płaszcz, zatrzaskując za sobą drzwi. Jessica czekała na niego przed schodami. Taki miała zwyczaj. Nie lubiła mieszkania Richarda; czuła się w nim niezręcznie i dziwnie kobieco. Zawsze istniała szansa, że w dowolnym miejscu natknie się na sztukę męskiej bielizny, nie mówiąc już o wędrujących bryłkach zaschniętej pasty do zębów na umywalce. Nie, z całą pewnością nie było to mieszkanie w jej stylu.
Jessica była bardzo piękna, tak piękna, że Richard od czasu do czasu wpatrywał się w nią ze zdumieniem, myśląc: Jakim cudem związała się ze mną? A kiedy się kochali – nieodmiennie w zaadaptowanym ze starej stajni mieszkaniu Jessiki w modnym Kensington, w mosiężnym łóżku Jessiki między sztywnymi, białymi, lnianymi prześcieradłami (rodzice Jessiki wychowali ją w przekonaniu, że kołdry są dekadenckie) – po akcie w ciemności obejmowała go bardzo mocno, jej długie brązowe loki opadały mu na pierś i szeptała, jak bardzo go kocha. A on odpowiadał, że także ją kocha i pragnie z nią być, i oboje wierzyli, że to prawda.


* * *



– Na mój honor, panie Vandemar. Ona zwalnia.
– Zwalnia, panie Croup.
– Pewnie traci mnóstwo krwi, panie V.
– Ślicznej krwi, panie C. Ślicznej, mokrej krwi.
– Już niedługo.
Szczęk: dźwięk otwieranego sprężynowego noża, pusty, mroczny i samotny.


* * *



– Richardzie? Co robisz? – spytała Jessica.
– Nic, Jessico.
– Nie zapomniałeś chyba kluczy, prawda?
– Nie, Jessico.
Richard przestał się poklepywać i wsunął ręce głęboko w kieszenie płaszcza.
– Kiedy dziś wieczór poznasz pana Stocktona – zaczęła Jessica – powinieneś docenić, że to nie tylko bardzo ważny człowiek, ale też uosobienie wielkiej korporacji.
– Nie mogę się już doczekać – westchnął Richard.
– Co mówisz, Richardzie?
– Nie mogę się już doczekać – powtórzył z entuzjazmem.
– Och, chodźże szybciej. – Jessica zaczęła zdradzać oznaki czegoś, co u kobiety mniejszego ducha można by opisać jako zdenerwowanie. – Nie możemy się spóźnić.
– Nie, Jess.
– Nie nazywaj mnie tak, Richardzie. Nie znoszę zdrobnień. Są takie protekcjonalne.
– Może kilka groszy?
Mężczyzna siedział w drzwiach. Miał siwożółtą brodę i ciemne zapadnięte oczy. Wisząca na wystrzępionym sznurku na piersi ręcznie wypisana kartka oznajmiała światu, że jest głodny i bezdomny. Richard nie potrzebował żadnego znaku, by w to uwierzyć. Tkwiącą już w kieszeni ręką zaczął macać w poszukiwaniu monety.
– Richardzie, nie mamy czasu – upomniała go Jessica, która wspierała organizacje charytatywne i inwestowała pieniądze etycznie. – Chcę, żebyś wywarł dobre wrażenie jako mój narzeczony. To istotne, by przyszły małżonek wywarł dobre wrażenie. – Nagle zmarszczyła twarz w uśmiechu. Objęła go na moment. – Och, Richardzie, kocham cię. Wiesz o tym, prawda?
A Richard przytaknął. I rzeczywiście wiedział.
Jessica zerknęła na zegarek i przyśpieszyła kroku. Richard dyskretnie rzucił funtową monetę w stronę mężczyzny w drzwiach, który pochwycił ją zręcznie brudną dłonią.
– Nie miałeś problemów z rezerwacją, prawda? – spytała Jessica.
A Richard, który nie potrafił dobrze kłamać w bezpośredniej rozmowie, odparł:
– Hmm...


* * *



Źle wybrała. Korytarz zamykała gładka ściana. W zwykłych okolicznościach nie stanowiłoby to problemu, ale była taka zmęczona, taka głodna. Tak bardzo cierpiała... Oparła się ciężko o ścianę, czując na policzku szorstkie cegły. Oddychała gwałtownie, dławiąc się i szlochając. Jej lewe ramię było zimne. Ręka zupełnie zdrętwiała. Pragnęła tylko zatrzymać się, położyć i przespać ze sto lat.
– Na mą czarną duszę, panie Vandemar, czy widzi pan to, co ja? – Głos był miękki, bliski. Musieli podejść do niej bliżej, niż przypuszczała. – Moje maleńkie oczy dostrzegają coś, co...
– Za chwilę zginie, panie Croup – dokończył głos nad jej głową.
– Nasz zleceniodawca będzie zachwycony.
A ona sięgnęła daleko w głąb swej duszy, czerpiąc z bólu, strachu, cierpienia. Była zmęczona, wypalona, całkowicie bezradna. Nie miała dokąd pójść. Brakowało jej czasu i sił.
Choćby to były ostatnie drzwi, które otworzę... – modliła się w duchu do Świątyni i Łuku. Gdzieś... gdzie będzie... bezpiecznie. A potem pomyślała: Ktoś.
I balansując na krawędzi omdlenia, spróbowała otworzyć drzwi.
Gdy pochłonęła ją ciemność, usłyszała głos pana Croupa dobiegający z bardzo daleka.
– Tam do kata!


* * *



Maszerowali ulicą w stronę restauracji. Jessica trzymała go pod ramię, idąc tak szybko, jak pozwalały na to wysokie obcasy. Richard prawie biegł, usiłując dotrzymać jej kroku. Latarnie i witryny pozamykanych już sklepów oświetlały im drogę. Minęli szereg wysokich wyniosłych budynków, opuszczonych i samotnych, okolonych wysokim ceglanym murem.
– Naprawdę musiałeś obiecać im dodatkowe pięćdziesiąt funtów za nasz stolik? Jesteś idiotą, Richardzie. – Jessica nie przyjęła tego dobrze. Jej ciemne oczy błysnęły.
– Zgubili moją rezerwację. I powiedzieli, że wszystkie stoły są zajęte.
Ich kroki odbijały się echem od wysokich ścian.
– Pewnie posadzą nas koło kuchni. – Westchnęła. – Albo obok drzwi. Mówiłeś im, że to dla pana Stocktona?
– Tak.
Znów westchnęła. Nadal ciągnęła go naprzód, gdy w ścianie tuż przed nimi otwarły się drzwi. Wyszła z nich jakaś postać. Przez długą straszliwą chwilę stała chwiejnie, a potem runęła na beton. Richard zadrżał i zastygł w miejscu. Jessica szarpnęła go za rękę.
– Kiedy będziesz rozmawiał z panem Stocktonem, pamiętaj, żeby mu nie przerywać ani się z nim nie spierać. Nie lubi, gdy ktoś się z nim spiera. Jeśli zażartuje, śmiej się. Gdybyś miał wątpliwości, czy to był żart, spójrz na mnie, a ja... postukam palcem w stół.
Dotarli do człowieka na chodniku. Jessica przekroczyła go. Richard się zawahał.
– Jessico?
– Masz rację. Może uznać, że się nudzę. Już wiem! – dodała radośnie. – Kiedy zażartuje, podrapię się w ucho.
– Jessico! – Nie mógł uwierzyć, że tak po prostu ignoruje postać na chodniku.
– Co? – Z niezadowoleniem powróciła do rzeczywistości.
– Spójrz.
Wskazał chodnik. Spoczywająca tam osoba leżała twarzą do ziemi, spowita w wielowarstwowy strój. Jessica chwyciła go pod rękę i pociągnęła ku sobie.
– Tak, widzę. Jeśli zaczniesz zwracać na nich uwagę, Richardzie, wejdą ci na głowę. Oni wszyscy mają domy. Kiedy się prześpi, z pewnością nic jej nie będzie.
Jej? Richard przyjrzał się uważnie. Rzeczywiście, to była dziewczyna.
– Uprzedziłam pana Stocktona, że... – ciągnęła Jessica. Richard przyklęknął. – Richardzie, co ty robisz?
– Nie jest pijana – rzekł – tylko ranna. – Spojrzał na swe palce. – Krwawi.
Jessica popatrzyła na niego zdenerwowana i zaskoczona.
– Spóźnimy się – powiedziała z naciskiem.
– Jest ranna.
Jessica obejrzała się na dziewczynę na chodniku. Priorytety. Richardowi stanowczo brakowało priorytetów.
– Richardzie, spóźnimy się. Niedługo zjawi się ktoś inny. Ktoś jej pomoże.
Twarz dziewczyny pokrywała warstwa brudu. Jej ubranie było mokre od krwi.
– Ona jest ranna – odparł z prostotą. Jego twarz przybrała wyraz, którego Jessica jeszcze na niej nie widziała.
– Richardzie! – rzuciła ostrzegawczo, potem jednak ustąpiła odrobinę, proponując kompromis. – Zadzwoń na pogotowie i wezwij karetkę. Tylko szybko.
Oczy dziewczyny otwarły się nagle, białe i okrągłe w twarzy ciemnej od więcej niż odrobiny krwi i kurzu.
– Proszę, tylko nie do szpitala. Znajdą mnie. Zabierz mnie w bezpieczne miejsce. Proszę. – Jej głos był bardzo słaby.
– Ty krwawisz. – Richard obejrzał się, by sprawdzić, skąd przyszła. Ściana jednak była ceglana, lity mur. – Dlaczego nie chcesz do szpitala?
– Pomóż mi – szepnęła. Powieki jej opadły.
– Kiedy zadzwonisz na pogotowie, nie podawaj nazwiska – poleciła Jessica. – Może musiałbyś złożyć zeznanie albo coś takiego, a wtedy się spóźnimy, a nie chcę, by nasz wieczór zakończył się katastrofą przez... Richardzie, co ty wyprawiasz?
Richard podniósł dziewczynę. Okazała się zaskakująco lekka.
– Zabieram ją do siebie, Jess. Nie mogę jej tu zostawić. Powiedz panu Stocktonowi, że jest mi naprawdę bardzo przykro, ale zdarzyło się coś niespodziewanego. Z pewnością to zrozumie.
– Richardzie Oliverze Mayhew – powiedziała zimno Jessica. – Natychmiast połóż tę młodą osobę i podejdź tutaj, bo jeśli nie, zrywam nasze zaręczyny. Ostrzegam!
Richard poczuł ciepłą, lepką krew przesiąkającą przez koszulę.
Czasami, pojął, nic się nie da zrobić.
Odszedł.
Jessica stała na chodniku, patrząc, jak Richard rujnuje jej wielki wieczór. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Po chwili zniknął jej z oczu i wtedy, dopiero wtedy zaklęła głośno i wyraźnie:
– Kurwa! – I z całych sił cisnęła torebką o ziemię, dość mocno, by po betonie rozsypały się szminka, telefon komórkowy, kalendarz i kilka tamponów.
A potem, ponieważ nic innego nie mogła zrobić, pozbierała wszystko, włożyła do torebki i ruszyła do restauracji, by zaczekać na pana Stocktona.
Później, sącząc białe wino, próbowała obmyślić wiarygodny powód, dla którego narzeczony nie mógł jej towarzyszyć. Rozpaczliwie zastanawiała się, czy nie mogłaby po prostu powiedzieć, że Richard umarł.
– To była bardzo nagła śmierć – mruknęła pod nosem.


* * *



Przez całą drogę Richard ani na moment nie zatrzymał się, by pomyśleć. Zupełnie jakby coś nim kierowało. Gdzieś w głębi umysłu ktoś – zwykły, rozsądny Richard Mayhew – mówił mu, jak idiotycznie się zachował. Powinien był wezwać policję albo karetkę, niebezpiecznie jest ruszać rannego, bardzo poważnie obraził Jessicę, będzie musiał spać dziś na kanapie, zniszczy sobie najlepszy garnitur, dziewczyna okropnie śmierdzi... Odkrył jednak, że mechanicznie stawia kroki, cierpły mu ramiona, bolały plecy, a on, ignorując spojrzenia przechodniów, szedł naprzód. Wreszcie znalazł się przy wejściu na klatkę schodową. Potykając się, wszedł na górę, stanął przed swymi drzwiami – i w tym momencie uświadomił sobie, że zostawił klucze w środku, na stoliku...
Dziewczyna wyciągnęła brudną dłoń ku drzwiom, które otwarły się lekko.
Nigdy nie sądziłem, że ucieszy mnie fakt, że zamek nie zaskoczył, pomyślał Richard, wnosząc ją do mieszkania. Nogą zamknął za sobą drzwi i położył dziewczynę na łóżku. Przód jego koszuli był mokry od krwi.
Nieznajoma sprawiała wrażenie półprzytomnej. Jej powieki trzepotały. Zdjął z niej skórzaną kurtkę. Na lewym ramieniu miała głęboką ranę. Richard aż syknął na jej widok.
– Posłuchaj, muszę wezwać lekarza – rzekł cicho. – Słyszysz mnie?
Otworzyła oczy – okrągłe, przerażone.
– Proszę, nie. Nic mi nie będzie. Nie jest aż tak źle, jak się zdaje. Potrzeba mi tylko snu. Żadnych lekarzy.
– Ale twoje ramię, twoja ręka...
– Nic mi nie będzie. Jutro. Proszę. – Jej głos opadł do szeptu.
– No dobrze, jeśli tego chcesz. – Powoli wracał mu rozsądek. – Posłuchaj, mógłbym spytać...
Dziewczyna spała. Richard wyciągnął z szafy stary szkolny szalik i okręcił nim mocno lewe ramię nieznajomej; nie chciał, by wykrwawiła się na śmierć na jego łóżku, nim dostarczy ją do lekarza. Wyszedł z sypialni na palcach, zamykając za sobą drzwi. A potem usiadł na kanapie przed telewizorem, zastanawiając się, co właściwie zrobił.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2016-09-02 (245 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej