Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Książę krwi
 
Katalog - dodano
 Pocałunek stali
- Jeffery Deaver
 Alvin Czeladnik (wyd.2)
- Orson Scott Card
 Rycerz Siedmiu Królestw (wyd. ilustr.)
- George R.R. Martin
 Czerwony Parasol
- Wiktor Mrok
 Okrutna pieśń
- Victoria Schwab
 
- skomentowano
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 

''Slade House'' - David Mitchell



Odpowiedni rodzaj
1979



Cokolwiek mama teraz mówi, zdążyło już utonąć w spalinowym ryku silnika odjeżdżającego autobusu, zza którego wyłonił się pub The Fox and Hounds. Na szyldzie są trzy beagle okrążające lisa. Za chwilę rzucą się na niego i rozerwą na strzępy. Na tablicy drogowej pod szyldem jest napisane: WESTWOOD ROAD. Mama mówi, że lordowie i ladies są bogaci, więc spodziewałem się basenów i lamborghini, ale Westwood Road na moje oko wygląda całkiem normalnie. Zwykłe domy z cegieł, szeregowce i bliźniaki, z ogródkami od frontu i normalnymi samochodami. Mokre niebo ma kolor poszarzałej chusteczki do nosa. Przelatuje po nim siedem srok. Siedem to dobra liczba. Twarz mamy jest kilka cali od mojej, chociaż nie jestem pewien, czy mama ma minę złą, czy zmartwioną.
– Nathan? Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Mama się dziś umalowała. Ten odcień szminki nazywa się „Bzy o poranku”, ale pachnie bardziej jak klej w sztyfcie niż jak bzy. Twarz mamy nie znika, więc pytam:
– Co?
– Mówi się „przepraszam” albo „słucham?”. A nie „co?”.
– Dobrze – odpowiadam, co często załatwia sprawę.
Ale nie dzisiaj.
– Słyszałeś, co ci powiedziałam?
– „Mówi się »przepraszam« albo »słucham?«. A nie »co?«”.
– Wcześniej co mówiłam! Powiedziałam, że jeśli ktoś u lady Grayer zapyta, jak tu przyjechaliśmy, masz mówić, że taksówką.
– Myślałem, że nie wolno kłamać.
– Zgadza się, nie wolno – odpowiada mama, szukając w torebce koperty, na której zapisała wskazówki, jak iść dalej – ale co innego kłamać, a co innego tworzyć odpowiednie wrażenie. O to zawsze trzeba dbać. Jeśli twój ojciec płaciłby, ile powinien, naprawdę przyjechalibyśmy taksówką. Dobrze... – Mama mruży oczy, wczytując się w kartkę. – Slade Alley odchodzi od Westwood Road, gdzieś w połowie... – Patrzy na zegarek. – Za dziesięć trzecia, a my mamy być o trzeciej. Szybciutko, nie guzdraj się tylko. – I mama rusza w drogę.


* * *



Idę za nią, uważając, żeby nie nastąpić na żadną linię chodnika. Muszę zgadywać, gdzie są krawędzie płyt, bo chodnik jest cały pokryty zgniłymi liśćmi. W pewnym momencie muszę zejść z drogi przed mężczyzną z wielkimi łapami, który truchta w czarno-pomarańczowym dresie. Wolverhampton Wanderers grają w czarno-pomarańczowych strojach. Na jarzębinie wiszą błyszczące korale. Chciałbym je policzyć, ale stukot obcasów mamy każe iść dalej. Kupiła te buty na wyprzedaży u Johna Lewisa za resztkę wypłaty z Royal College of Music, mimo że British Telecom przysłał ostateczne wezwanie do zapłaty rachunku za telefon. Dzisiaj włożyła swój ciemnoniebieski kostium koncertowy, a włosy spięła srebrną spinką-szpikulcem z lisim pyskiem. Jej tata przywiózł tę spinkę z Hongkongu po drugiej wojnie światowej. Kiedy mama akurat ma lekcję z jakimś uczniem, a ja muszę udawać, że prawie mnie nie ma, czasem siadam sobie przed toaletką mamy i wyjmuję tego lisa z szuflady. Ma ślepia z nefrytu i w niektóre dni się uśmiecha, a w inne nie. Dzisiaj nie czuję się najlepiej, ale valium niedługo powinno zacząć działać. Valium jest super. Wziąłem dwie tabletki. W przyszłym tygodniu muszę trochę przystopować, żeby mama nie zauważyła, że kurczą jej się zapasy. Tweedowa marynarka mnie drapie. Mama kupiła ją w Oxfamie specjalnie na ten dzień i muszka też jest z Oxfamu. Mama pracuje tam w poniedziałki jako wolontariuszka, żeby móc wybrać najlepsze ciuchy z rzeczy, które ludzie przynoszą w soboty. Jeśli Gaz Ingram albo ktokolwiek z jego ¬bandy zobaczy mnie w tym krawacie, w swojej szkolnej szafce znajdę kupę, na bank. Mama mówi, że muszę umieć bardziej „dopasowywać się do grupy”, ale nie ma żadnych kursów Dopasowywania, nawet na tablicy w miejskiej bibliotece nie ma takich ogłoszeń. Ogłasza się za to klub Dungeons & Dragons i zawsze chcę tam pójść, ale mama mówi, że nie mogę, bo Dungeons & Dragons igrają z ciemnymi mocami. Przez jedno frontowe okno widzę wyścigi konne. To w BBC1 leci „Grandstand”. W następnych trzech oknach wiszą firanki, ale w kolejnym widzę telewizor, a w nim wrestling. To ITV, włochaty zbir Giant Haystacks walczy z łysolem Big Daddym. Osiem domów dalej widzę Godzillę na BBC2. Godzilla miażdży pylon mostu, po prostu go rozdeptując, a jakiś japoński strażak z twarzą zlaną potem krzyczy coś do krótkofalówki. Teraz Godzilla poderwała w górę pociąg, co jest totalnie nielogiczne, bo płazy nie mają kciuków. Może kciuk u Godzilli jest jak tak zwany kciuk u pand, który tak naprawdę jest przerośniętym pazurem. Może...
– Nathan! – Mama chwyta mnie za rękę. – Co ci mówiłam, żebyś się nie guzdrał?
Wracam pamięcią.
– „Szybciutko, nie guzdraj się tylko”.
– A co teraz robisz?
– Myślę o kciukach Godzilli.
Mama zamyka oczy.
– Lady Grayer zaprosiła mnie – nas – na wieczorek muzyczny. Będą tam miłośnicy muzyki, melomani. Ludzie z Rady Sztuki, którzy dają pracę, przyznają stypendia. – Oczy mamy mają malutkie czerwone żyłki, jak rzeki na zdjęciach robionych z bardzo wysoka. – Ja też bym wolała, żebyś został w domu i układał sobie swoją bitwę burską, ale lady Grayer bardzo chciała, żebyś ze mną przyjechał, więc... musisz się zachowywać normalnie. Zrobisz to dla mnie? Proszę. Pomyśl o najzwyklejszym chłopcu z twojej klasy i zachowuj się tak, jak on by się zachowywał.
Z Zachowywaniem Się Normalnie jest jak z Dopasowywaniem Się.
– Spróbuję. Ale to nie jest bitwa burska, tylko wojna burska. Twój pierścionek wpija mi się w rękę.
Mama puszcza moją dłoń. Dużo lepiej.
Nie wiem, co wyraża jej twarz.


* * *



Slade Alley to najwęższa uliczka, jaką w życiu widziałem. Wciska się między dwa domy, a potem niknie z lewej po jakichś trzydziestu krokach. Mogę sobie wyobrazić, że mieszka tu jakiś żul w kartonowym pudle, ale nie żaden lord ani lady.
– Na pewno główne wejście będzie z drugiej strony – przypuszcza mama. – Slade House to tylko miejska rezydencja Grayerów. Wielką posiadłość mają w hrabstwie Cambridge.
Gdybym dostawał od mamy pięćdziesiąt pensów za każdym razem, kiedy mi to opowiada, miałbym już trzy i pół funta. W zaułku jest zimno i pachnie czymś zbutwiałym, jak w jaskini White Scar w Yorkshire Dales. Tata zabrał mnie tam, kiedy miałem dziesięć lat. Za pierwszym rogiem znajduję na ziemi zdechłego kota. Jest szary jak księżycowy pył. Wiem, że jest zdechły, bo leży nieruchomo jak kłoda, a jego oczy obsiadły wielkie muchy. Jak zginął? Nie widać żadnej rany po kuli ani śladów kłów, chociaż jego łeb jest przekrzywiony, więc może tego kota udusił jakiś dusiciel kotów. Zdechły kot ląduje prosto w Pierwszej Piątce Najpiękniejszych Rzeczy, Jakie w Życiu Widziałem. Może w Papui Nowej Gwinei żyje jakieś plemię, które uważa, że bzyczenie much to muzyka? Może do nich bym pasował?
– Idziesz, Nathan? – Mama ciągnie mnie za rękaw.
– Czy ten kot nie powinien mieć pogrzebu? Jak babcia miała? – pytam.
– Nie. Koty to nie ludzie. Chodź już.
– Nie powinniśmy uprzedzić właściciela, że jego kot już nie wróci do domu?
– Jak? Zabrać go stąd, chodzić od drzwi do drzwi po Westwood Road i pytać: „Przepraszam, czy to pański kot?”.
Mama czasami miewa dobre pomysły.
– Zajęłoby to trochę czasu, ale...
– Już przestań, Nathan. Jesteśmy prawie spóźnieni do lady Grayer.
– Ale jeżeli go nie pochowamy, wrony wydziobią mu oczy.
– Nie mamy tu ani ogródka, ani łopaty.
– Lady Grayer powinna mieć ogródek i łopatę.
Mama znowu zamyka oczy. Może boli ją głowa.
– Koniec rozmowy.
Odciąga mnie za sobą i idziemy środkowym odcinkiem Slade Alley. Sądząc po długości, stoi tu pewnie jakieś pięć domów, ale ogrodzonych ceglanym murem tak wysoko, że nic nie widzę. Tylko niebo.
– Szukamy teraz małych czarnych żelaznych drzwi – mówi mama. – Mają być gdzieś w murze po prawej.
Ale dochodzimy do kolejnego rogu i żadnych drzwi nie ma. Skręcamy w prawo, idziemy kolejne dwadzieścia kroków, aż wychodzimy na ulicę równoległą do Westwood Road. Na tablicy jest napisane: CRANBURY AVENUE. Naprzeciwko zaparkowała karetka ze szpitala św. Jana. Ktoś w błocie nad tylnym kołem napisał BRUDAS. Kierowca ma złamany nos i coś mówi przez radio. Na skuterze przejeżdża jakiś mods, jakby prosto z Quadrophenii. Jedzie bez kasku.
– Nie wolno jeździć bez kasku, to niezgodne z prawem – mówię.
– Coś tu jest nie tak – niecierpliwi się mama, patrząc w kopertę.
– Chyba że ktoś jest Sikhem w turbanie. Wtedy policja...
– „Małe czarne żelazne drzwi”. Naprawdę ich nigdzie wcześniej nie było?
Wiem. Na mnie valium działa jak magiczny eliksir Asteriksa, ale mamę valium przymula. Wczoraj powiedziała do mnie „Frank” – jak do taty – i nawet nie skojarzyła. Wykupuje dwie recepty na valium, od dwóch lekarzy, bo jedna nie wystarcza, ale...
...jakiś pies szczeka kilka cali ode mnie i właśnie wrzasnąłem, odskoczyłem w panice i trochę popuściłem w majtki, ale już dobrze, już dobrze, tam jest płot, a to tylko mały jazgoczący szczekacz, a nie bulmastif, nie ten bulmastif, a popuściłem tylko trochę. Ale i tak serce wali mi i czuję, że się zaraz porzygam. Mama wyszła na Cranbury Avenue, żeby znaleźć dużą bramę do dużego domu, i nawet nie zauważyła tego jazgoczącego psa. Jakiś łysy człowiek w roboczym kombinezonie idzie w moją stronę, na ramieniu niesie pochlapaną farbą drabinę. Gwiżdże „I’d Like to Teach the World to Sing (in Perfect Harmony)”.
Zaczepia go mama.
– Przepraszam, wie pan może, gdzie jest Slade House?
Mężczyzna przestaje gwizdać i zatrzymuje się.
– Czy wiem może, gdzie jest co?
– Slade House. Rezydencja lady Nory Grayer.
– Nie mam pojęcia, ale jeśli ją pani znajdzie, niech jej pani powie, że chętnie wziąłbym jej bułkę przez bibułkę. – A do mnie rzuca: – Fajna muszka, młody. – Po czym skręca w Slade Alley, wracając do gwizdania melodii tam, gdzie ją przerwał.
– Wielkie dzięki, durniu – burczy mama pod nosem.
– Myślałem, że nie można mówić do nikogo „durniu”...
– Nie zaczynaj, Nathan. Po prostu... nic już nie mów.
To chyba mina, którą ma mama, kiedy jest zła.
– Dobrze.
Pies przestał jazgotać, żeby się polizać po siusiaku.
– Wrócimy tą samą drogą, którą tu przyszliśmy – postanawia mama. – Może lady Grayer miała na myśli następną uliczkę. – Mama wraca na Slade Alley, a ja idę za nią. Docieramy do środkowego odcinka akurat, żeby zobaczyć, jak człowiek z drabiną znika za rogiem na drugim końcu alejki, gdzie nadal leży zdechły księżycowoszary kot.
– Jeśli ktoś by nas tutaj zabił – stwierdzam – nikt by nawet tego nie zauważył.
Mama mnie ignoruje. Może to nie było bardzo Normalne. Przeszliśmy już połowę środkowego odcinka, kiedy mama się zatrzymuje.
– A niech to!
W ceglanym murze są małe czarne żelazne drzwi. Całkiem małe. Ja mam cztery stopy i jedenaście cali wzrostu, a drzwi sięgają mi tylko do oczu. Jakiś grubas musiałby się nieźle przez nie przeciskać. W drzwiach nie ma klamki, dziurki od klucza, a wokół ich krawędzi nie ma żadnej szczeliny. Są czarne, czarne jak nicość, jak miejsca między gwiazdami.
– Jakim cudem je przegapiliśmy? – dziwi się mama. – Niezły z ciebie skaut.
– Już nie jestem w skautach – przypominam jej.
Pan Moody, nasz drużynowy, kazał mi się zawijać, więc się zawinąłem i ratownikom ze służb ratunkowych Snowdonii zajęło dwa dni, żeby znaleźć mnie w moim kokonie w jamie. Mówili nawet o mnie w lokalnej telewizji. Wszyscy byli na mnie bardzo źli, ale ja tylko wykonywałem polecenia.
Mama pcha drzwi, one jednak pozostają zamknięte.
– Jak się to cholerstwo otwiera? Może trzeba zapukać.
Drzwi przyciągają do siebie moją dłoń. Są ciepłe.
I kiedy otwierają się do środka, zawiasy piszczą jak hamulce...
...i spoglądamy na ogród. Na rozbrzęczany ogród, w którym nadal panuje lato. Rosną tu róże, zębate słoneczniki, wyspy maków, kępy naparstnic i całe mnóstwo kwiatów, których nazw nawet nie znam. Widać też skalny ogródek, staw, a wszędzie wokół na kwiatach przysiadają pszczoły i motyle. Jest nieziemsko.
– Czy ty widzisz to wszystko? – nie dowierza mama.
Slade House stoi na lekkim wzniesieniu, stary, przysadzisty, surowy, szary, niemal cały zduszony ognistoczerwonym bluszczem i zupełnie nie przypomina innych domów na Westwood Road i Cranbury Avenue. Gdyby należał do National Trust, za wstęp braliby dwa funty, a za bilet dla dzieci i młodzieży do lat szesnastu siedemdziesiąt pięć pensów. Oboje z mamą weszliśmy już przez małe czarne żelazne drzwi, które wiatr zamknął jak niewidzialny lokaj, a prądy ciągną nas dalej w ogród wzdłuż muru.
– Grayerowie muszą zatrudniać ogrodnika na pełny etat – stwierdza mama – albo może nawet niejednego.
Wreszcie czuję, że valium zaczyna działać. Od czerwieni bije blask, błękity błyszczą, zielenie parują, a biele są prześwitujące jak pojedyncza warstwa chusteczek do nosa. Już mam zapytać mamę, jak taki wielki dom z ogrodem mógł się zmieścić między Slade Alley i Cranbury Avenue, ale moje pytanie spada do głębokiej studni bez dna i już nie pamiętam, o czym właśnie zapomniałem.


* * *



– Pani Bishop z synem, jak sądzę – odzywa się jakiś niewidzialny chłopiec.
Mama podskakuje, trochę jak ja przy tym jazgotliwym szczekaczu, ale teraz moje valium działa już jak tłumik wszelkich wstrząsów.
– Tędy proszę – mówi głos.
Mama patrzy w górę. Na murze mniej więcej trzy razy wyższym ode mnie siedzi chłopak, chyba w moim wieku. Ma kręcone włosy, wydatne usta, mlecznobiałą cerę, ubrany jest w niebieskie dżinsy i biały T-shirt, a na nogach ma tenisówki, do których nie włożył skarpetek. Nie ma na sobie nawet pół cala tweedu i nie nosi muszki. Mama nic nie mówiła o żadnych chłopcach na wieczorku muzycznym u lady Grayer. Chłopcy oznaczają konieczność ustalania odpowiedzi na liczne pytania. Kto jest najfajniejszy? Kto jest najsilniejszy? Kto jest najbystrzejszy? Normalnych chłopców obchodzą takie rzeczy i chłopaki takie jak Gaz Ingram biją się o nie. Mama odpowiada:
– Tak. Dzień dobry. Nazywam się Bishop, a to mój syn, Nathan. Ale ten mur jest strasznie wysoki, wiesz? Może jednak powinieneś zejść?
– Miło mi, Nathan – mówi chłopak.
– Dlaczego? – pytam podeszwy jego tenisówek.
Mama syczy coś o dobrym wychowaniu, a chłopak odpowiada:
– Tak po prostu. A w ogóle mam na imię Jonah. Jestem w komitecie powitalnym.
Nie znam żadnego innego Jonah. Imię koloru kasztanowego.
– A czy lady Nora to twoja mama, Jonah? – pyta moja mama.
Jonah zastanawia się nad odpowiedzią.
– Powiedzmy, że tak.
– Dobrze – mówi mama. – Czyli... Aha... Rozumiem. A czy...
– Och, Rita, wspaniale, że nas znaleźliście! – Jakaś kobieta wychodzi z obramowanego ażurową kratownicą czegoś w rodzaju tunelu. Z tunelu zwieszają się kiście białych i fioletowych kwiatów. Kobieta jest mniej więcej w wieku mamy, ale jest szczupła, wygląda na mniej umęczoną i jest ubrana tak, jak wygląda jej ogród. – Kiedy się rozłączyłyśmy wczoraj, miałam dziwne uczucie, że raczej strasznie wszystko zagmatwałam, kierując cię do drzwi na Slade Alley – naprawdę powinnam ci wskazać drogę naokoło do drzwi wejściowych. Ale tak bardzo chciałam, żeby pierwszym wrażeniem ze Slade House był ogród w tej całej wspaniałości.
– Lady Grayer! – Mama brzmi, jakby naśladowała kogoś z wyższych sfer. – Dzień dobry! Nie, nie, nie, pani wskazówki były...
– Rito, naprawdę mów mi po imieniu. Nora. Ta cała „lady” bardzo mnie uwiera w sytuacjach prywatnych. Poznałaś już Jonah, jak widzę, naszego Spidermena. – Lady Grayer ma takie same czarne włosy jak Jonah, a jej oczy świdrują jak rentgen i wolę w nie nie patrzeć. – A ten młody człowiek to pewnie Nathan. – Ściska mi rękę. Jej dłoń jest kluchowata, ale ma silny uścisk. – Twoja mama wiele mi o tobie mówiła.
– Miło mi cię poznać, Nora – odpowiadam jak dorosły z filmu.
– Nathan! – reaguje mama. Zbyt głośno. – Lady Grayer nie miała na myśli ciebie...
– Nic się nie stało – odpowiada Nora Grayer. – Naprawdę, może mi mówić po imieniu.
Jasne popołudnie lekko się kołysze.
– Twoja sukienka pasuje do ogrodu – mówię.
– Cóż za wdzięczny komplement – odpowiada lady Grayer. – Dziękuję. Ty też wyglądasz bardzo elegancko. Muszki są takie wyszukane.
Wysuwam rękę z jej dłoni.
– Miałaś księżycowoszarego kota?
– Czy miałam? Masz na myśli w dzieciństwie?
– Dzisiaj. Jest w uliczce. – Pokazuję ręką w tamtą stronę. – Na pierwszym rogu. Leży zdechły.
– Nathan potrafi być czasem bardzo bezpośredni. – Głos mamy brzmi dziwnie i nerwowo. – Noro, jeśli to naprawdę twój, kot, najmocniej cię...
– Spokojnie, w Slade House od ładnych paru lat nie było kotów. Zadzwonię do naszego pana złotej rączki i poproszę go, żeby szybko urządził biedakowi przyzwoity pogrzeb. To bardzo pięknie z twojej strony, Nathan. Jak również ze strony twojej mamy. Czy odziedziczyłeś po niej również talent muzyczny?
– Nathan nie ćwiczy wystarczająco dużo – przyznaje mama.
– Ćwiczę godzinę dziennie – odpowiadam.
– Powinieneś dwie – ucina cierpko mama.
– Muszę odrabiać lekcje – tłumaczę.
– Na opinię geniusza w dziewięćdziesięciu procentach składa się ciężka praca – odzywa się Jonah, wyrastając tuż za nami na ziemi. – Mama chwyta powietrze zaskoczona, ale ja jestem pod wrażeniem.
– W jaki sposób tak szybko zszedłeś? – pytam.
Jonah stuka się w skroń.
– Wszczepiony w czaszkę obwód teleportacyjny.
Tak naprawdę wiem, że zeskoczył, ale podoba mi się jego odpowiedź. Jonah jest wyższy ode mnie, ale większość kolegów jest ode mnie wyższa. W zeszłym tygodniu Gaz Ingram zmienił moje oficjalne przezwisko z Gejlorda Parówy na Kurdupla Śmierdziela.
– Nieuleczalna chęć popisywania się – wzdycha Nora Grayer. – Dobrze, Rito, mam nadzieję, że nie będziesz miała nic naprzeciw, ale wpadł do nas Yehudi Menuhin i opowiedziałam mu o twoim recitalu Debus¬sy’ego. Nie może się doczekać, żeby cię poznać.
Mama robi minę zdumionego dzieciaka z Fistaszków:
Ten Yehudi Menuhin? Jest tutaj? Teraz?
Lady Grayer kiwa głową, jakby to nie było nic wielkiego.
– Tak, grał jakiś koncercik wczoraj wieczorem w Royal Festival Hall, a Slade House stał się dla niego czymś w rodzaju przyjaznego azylu w Londynie. Powiedz, że nie masz nic naprzeciw.
– Naprzeciw? – pyta mama. – Mam mieć coś przeciwko poznaniu sir Yehudiego? Oczywiście, że nie mam, po prostu... nie mogę uwierzyć, że to mnie naprawdę spotyka.
Bravissima. – Lady Grayer bierze mamę za ramię i prowadzi ją w stronę wielkiego domu. – Nie obawiaj się, Yehudi jest kochany. A wy, koleżki – zwraca się do Jonah i do mnie – wymyślcie sobie jakąś fajną zabawę w tym pięknym słońcu. Pani Polanski przygotowuje eklerki kawowe, więc zróbcie tak, żebyście zgłodnieli.
– Masz, zjedz śliwkę, Nathan – proponuje Jonah, zrywając dla mnie owoc prosto z drzewa. Potem siada oparty o pień jednej ze śliw, więc ja siadam pod rosnącą obok.
– Dzięki. – Ciepły, wilgotny, mięsisty owoc ma smak sierpniowych poranków. – Yehudi Menuhin naprawdę was odwiedza?
Jonah patrzy na mnie w sposób, którego nie rozumiem.
– Dlaczego niby Nora miałaby kłamać?
Jeszcze nigdy nie spotkałem chłopaka, który by mówił o swojej mamie po imieniu. Tata powiedziałby, że to „bardzo nowoczesne”.
– Nie powiedziałem, że kłamie. Tylko że on jest niesamowicie sławnym wirtuozem skrzypiec.
Jonah wypluwa pestkę śliwki w kępę wysokich różowych stokrotek.
– Nawet niesamowicie sławny wirtuoz potrzebuje przyjaciół. Ile masz lat, Nathan? Trzynaście?
– Bingo. – Wypluwam swoją pestkę dalej. – A ty?
– Też – odpowiada. – Urodziny mam w październiku.
– Ja w lutym. – Czyli jestem starszy, nawet jeśli niższy. – Do której chodzisz szkoły?
– Ze szkołą nigdy się nie widzieliśmy na oczy – stwierdza Jonah. – Że tak powiem.
Nie rozumiem.
– Ale w twoim wieku musisz chodzić. Takie jest prawo.
– Z prawem też się nigdy nie lubiliśmy. Jeszcze jedną śliwkę?
– Jasne, dzięki. No a szkolny kurator?
Mina Jonah może oznaczać, że jest zaskoczony. Z panią Marconi przerabialiśmy zaskoczoną minę.
– Jaki kurator?
Nie rozumiem. Przecież musi wiedzieć.
– Jaja sobie robisz? – pytam.
– Po co miałbym sobie robić jaja, skoro mam własne? Co bym zrobił z drugą parą? – Niezła odpowiedź, ale gdybym odparował tak Gazowi Ingramowi, powiesiłby mnie na bramce do rugby. – Poważnie. Mam lekcje w domu.
– Ale super! Kto cię uczy? Mama?
– Nasz mistrz – wyjaśnia Jonah, patrząc mi uważnie w oczy.
Jego spojrzenie boli, więc odwracam wzrok. Mistrz to takie napuszone słowo na nauczyciela.
– Jaki on jest?
Jonah odpowiada, starając się, żeby to nie brzmiało jak przechwałka:
– To prawdziwy geniusz.
– Ale ci zazdroszczę! – przyznaję. – Nienawidzę szkoły. Nienawidzę!
– Jeżeli nie pasujesz do systemu, system zmienia ci życie w piekło. Czy twój ojciec też jest pianistą, jak mama?
Lubię rozmawiać o tacie, tak samo bardzo, jak nienawidzę rozmawiać o szkole.
– Nie. Tata mieszka w Salisbury, ale tym Salisbury w Rodezji, nie w Wiltshire. Tata stamtąd pochodzi, z Rodezji, i pracuje jako szkoleniowiec dla rodezyjskiej armii. Chłopaki zmyślają masę rzeczy o swoich ojcach, ale ja nie. Ojciec jest doborowym strzelcem. Potrafi strzelić komuś między oczy ze stu metrów. Raz pozwolił mi nawet patrzeć.
– Pozwolił ci patrzeć, jak strzela komuś między oczy?
– To był sklepowy manekin na strzelnicy pod Aldershot. Miał tęczową perukę i wąsik jak Adolf Hitler.
W gałęziach śliw gruchają siwe i białe gołębie. Nikt tak naprawdę nie wie, czy siwe i białe gołębie to ten sam gatunek.
– Musi być ciężko mieć tatę tak daleko.
Wzruszam ramionami. Mama kazała mi siedzieć cicho na temat rozwodu.
– Byłeś kiedyś a Afryce? – pyta Jonah.
– Nie, ale tata obiecał, że będę mógł go odwiedzić na Gwiazdkę. Miałem polecieć w zeszłym roku, ale tata nagle musiał wyszkolić mnóstwo żołnierzy. Kiedy u nas jest zima, tam jest lato. – Chcę opowiedzieć Jonah o safari, na które zabierze mnie tata, ale pani Marconi mówi, że rozmawianie jest jak ping-pong – mówi się na zmianę. – A co robi twój tata?
Spodziewam się, że Jonah powie mi, że jego ojciec jest admirałem albo sędzią, albo kimś wysoko postawionym, ale nie.
– Mój ojciec zginął. Od strzału. W wypadku na polowaniu na zające. To stało się już bardzo, bardzo dawno temu.
Nie mogło być aż tak dawno temu, myślę, ale mówię tylko:
– Jasne.
Fioletowe kwiaty kołyszą się, jakby coś w nich było...
...ale nie ma, a Jonah mówi:
– Opowiedz mi o koszmarze, który często ci się śni, Nathan.
Siedzimy nad oczkiem wodnym na rozgrzanych płytach chodnikowych. Staw to długi prostokąt z liliami wodnymi i stojącą pośrodku statuą Neptuna z brązu pokrytą turkusowymi zaciekami. Staw jest większy niż cały nasz ogródek, który właściwie jest bardziej błotnistym podwórkiem ze sznurem do suszenia prania i koszami na śmieci. Za domem ojca w Rodezji jest płaska skarpa schodząca do rzeki z hipopotamami. Myślę o pani Marconi, która każe mi Skupić Się Na Temacie.
– Skąd wiesz, że śnią mi się koszmary?
– Nie wiem – mówi Jonah – ale jest w tobie coś takiego wystraszonego.
Posyłam kamyk łukiem w górę, wysoko nad wodą. Czysta geometria.
– Czy ten koszmar ma coś wspólnego z twoimi bliznami?
W tej samej chwili moja dłoń biegnie do szyi, żeby zasłonić włosami białoróżowy fragment skóry pod prawym uchem i zakryć miejsce, w którym szramy są najbardziej widoczne. Kamień spada z pluskiem, ale nie widać gdzie. Nie będę myślał o rzucającym się na mnie mastifie, o kłach, które zrywały mi skórę z policzka jak z pieczonego kurczaka, o jego ślepiach, kiedy trząsł mną jak lalką, o zębach zaciśniętych na moim podbródku. Ani o długich tygodniach w szpitalu, o zastrzykach, lekarstwach, operacji, o minach ludzi. Ani o tym, jak ten mastif nadal czatuje na mnie, kiedy kładę się spać.
Na sitowiu, cal przed moim nosem, przysiada ważka. Ma skrzydła jak z celofanu, a Jonah mówi:
– Ma skrzydła jak z celofanu.
A ja mówię:
– Właśnie to samo pomyślałem.
Ale Jonah pyta:
– Co pomyślałeś?
Może więc tylko myślałem, że tak powiedział. Valium wymazuje znaki mowy i przekłuwa baloniki myśli. Już to wcześniej zauważyłem.
W domu mama gra na rozgrzewkę różne arpeggio.
Ważka już odleciała.
– A tobie śnią się koszmary? – pytam.
– Śnią – odpowiada Jonah. – O tym, że brakuje jedzenia.
– Kładź się spać z paczką herbatników – radzę.
Jonah ma idealne zęby, jak ten uśmiechnięty dzieciak z reklamy Colgate, który ma zero plomb.
– Nie o takie jedzenie mi chodzi, Nathan.
– A są jakieś inne rodzaje jedzenia? Jakie? – pytam.
Skowronek nadaje coś morsem z bardzo, bardzo, bardzo, bardzo odległej gwiazdy.
Niemożliwe, żeby śpiewał na Ziemi. W październiku nie ma skowronków.
– Jedzenie, od którego stajesz się tym bardziej głodny, im więcej go jesz – odpowiada Jonah.
Krzaki drżą, lekko rozmazane, jakby ktoś je szkicował, kiedy my patrzymy.
– Nic dziwnego, że nie chodzisz do normalnej szkoły – stwierdzam.
Jonah okręca wokół kciuka źdźbło trawy...
...i przerywa je na pół. Staw zniknął, a my siedzimy pod drzewem, więc najwyraźniej to już jakieś inne, późniejsze źdźbło trawy. Valium pulsuje w czubkach moich palców, a słońce gra na harfie. Opadłe liście na przystrzyżonym trawniku mają kształt malutkich wachlarzyków.
– To tutaj to drzewo ginko – wyjaśnia Jonah. – Musiał je zasadzić ktoś, kto mieszkał w Slade House pół wieku temu.
Zaczynam układać liście ginko w sporą Afrykę, długości jednej stopy od Kairu do Johannesburga. Jonah leży teraz na plecach, zasnął albo po prostu zamknął oczy. Nawet nie zapytał mnie ani razu o futbol, ani nie powiedział, że jestem pedałem, bo lubię muzykę klasyczną. Może tak właśnie jest mieć przyjaciela. Musiał upłynąć jakiś czas, bo moja Afryka jest już skończona. Nie wiem dokładnie, która godzina, bo w zeszłą niedzielę rozebrałem swój zegarek, żeby go udoskonalić, a kiedy go złożyłem z powrotem, brakowało niektórych elementów. Humpty Dumpty miał inaczej. Mama się popłakała, kiedy zobaczyła bebechy zegarka, i zamknęła się w swoim pokoju, więc znowu na podwieczorek musiałem jeść płatki kukurydziane. Ten zegarek był stary, bardzo stary, zrobiony na długo, zanim się urodziłem. Liście, które usuwam, żeby zrobić jezioro Wiktorii, wykorzystuję na Madagaskar.
– O rany! – ocenia z uznaniem Jonah, opierając głowę na łokciu.
Czy kiedy ktoś mówi „o rany”, trzeba odpowiedzieć „dziękuję?”. Nie wiem, więc wybieram bezpieczne wyjście i pytam:
– Zdarza ci się czasem myśleć, że jesteś innym rodzajem człowieka, złożonym w laboratorium z surówki DNA, jak w Wyspie doktora Moreau, a potem puszczonego wolno, żeby zobaczyć, czy będziesz uchodził za normalnego, czy nie?
Z pokoju na piętrze dobiega cichy aplauz.
– Moja siostra i ja jesteśmy innym rodzajem ludzi – odpowiada Jonah – ale wcale nie trzeba było eksperymentu. Uchodzimy za normalnych, i w ogóle za jakich chcemy. Chcesz się pobawić w lisa i psy gończe?
– Przechodziliśmy obok pubu, który tak się nazywał, The Fox and Hounds.
– Stoi tam od lat trzydziestych. I odpowiednio staro pachnie w środku. Pożyczyliśmy sobie z siostrą jego nazwę do gry. Chcesz się pobawić? Tak właściwie to wyścig.
– Nie wiedziałem, że masz siostrę.
– Nie martw się, poznasz ją później. Lis i psy gończe to wyścig. Startujemy przy przeciwległych narożnikach domu. Oboje krzyczymy „Lis i psy, raz dwa trzy!” i na „trzy” zaczynamy biegać, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, aż jedno z nas złapie drugie. To, które złapie, jest psem gończym, a złapane lisem. Proste. To jak?
Jeśli odpowiem „nie”, Jonah może mnie nazwać cipą albo cieniasem.
– Zgoda. Ale czy to nie powinno się nazywać „lis i pies gończy”, jeżeli jest tylko jeden pies?
Na twarzy Jonah pojawiają się dwie czy trzy miny, których nie umiem odczytać.
– Od tej pory, Nathan, nasza gra będzie się nazywać „lis i pies gończy”.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2017-03-20 (129 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej