Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zbudzone Furie
 
Katalog - dodano
 Pocałunek stali
- Jeffery Deaver
 Alvin Czeladnik (wyd.2)
- Orson Scott Card
 Rycerz Siedmiu Królestw (wyd. ilustr.)
- George R.R. Martin
 Czerwony Parasol
- Wiktor Mrok
 Okrutna pieśń
- Victoria Schwab
 
- skomentowano
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 

''Krwawe zwierciadło'' - Brent Weeks



Rozdział 1

Powitanie



Jak domowy niewolnik, który zmiata śmieci na kupkę, Orholam zebrał w stosie wszystkie grzechy i okropieństwa tego świata. Pogwizdując dziecinną piosenkę, zgromadził barbarzyńskie czyny, okrucieństwa i akty przemocy, podczas gdy Gavin leżał na plecach z rozłożonymi rękami w samym środku tego wszystkiego i szamotał się w więzach. Z szufelką napełnioną po brzegi żrącymi grzechami Orholam po raz pierwszy odwrócił się do Gavina.
Kiedy to uczynił, jego twarz była oślepiająco jasna, niepoznawalna, kłąb ostrego jak brzytwa światła, ale kącik ust i broda drgnęły w radości typowej dla oprawcy.
Servient omnes – powiedział Orholam.
Wszyscy będziemy służyć.
Opróżnił szufelkę na twarz Gavina. Gavin wrzasnął, ale odebrano mu słowa, jak wydziera się jedwab ze szpuli we wnętrznościach pająka, rozwijając go tak długo, aż nić się urwie i pozostawi wnętrze pająka spustoszone i zniszczone. Próbował się obrócić, wykręcić, odwrócić wzrok, ale powieki rozwarto mu przemocą. Nie było ucieczki od zakrzepłej grudy łajna ześlizgującej się ku jego oku.
Cała masa spadła. A spadając, zajęła się ogniem i płonęła w powietrzu, skwierczała, pryskała i trzaskała.
I płonąc, wszystkie grzechy światła wpadły do oka Gavina i je podpaliły. Płomienie skwierczały w jego oczodole, gazy uciekały z sykiem, który brzmiał jak westchnienie ojca rozczarowanego synem-nieudacznikiem.
I z ogniem pałającym w oku Gavin wrzeszczał przez niezliczone wieki, aż zdarł gardło, aż zaschło mu w ustach, aż pustynie zasypały jałowym piaskiem śnieg, a jego próby krzyku osłabły, skóra stwardniała i popękała, a płonący odłamek, na który go nadziano, przyszpilający go do świata, ochłodniał (lecz tylko w kategoriach temperatury, nie bólu) i się skrystalizował. Kiedy dym się rozwiał, ślepe oko Gavina przeszywał czarny pryzmat.
Łapiąc gwałtownie powietrze, Gavin obudził się i odkrył, że otacza go ciemność, ale jego ręce skuto żelaznymi okowami.
Przykuto go do stołu z rozłożonymi na boki rękami. Koszmar nie minął.
Koszmar dopiero się zaczął.


Rozdział 2



Teia spuściła jedwabną pętlę ku swojemu potępieniu. Lina wysuwała się z jej ostrożnych palców ku niespokojnej kobiecie, która w ciszy pracowała przy biurku poniżej. Ofiara miała około trzydziestu lat, sukienkę niewolnicy i miedziane włosy związane w prosty kucyk. Teia obserwowała, jak kobieta złożyła nasączony luksynem arkusik papieru ogniowego, jakim posługują się wszyscy szpiedzy. Przerwała pracę i wypiła łyczek drogiej whisky.
Nie patrz w górę! Proszę, tylko nie spójrz w górę.
Owa kobieta była osobistą niewolnicą Pryzmata Gavina Guile. W tajemnicy kierowała całą siatką szpiegów Bieli. Była niegdyś przełożoną i mentorką Teii. Marissia odstawiła whisky, zapieczętowała list i powiedziała:
– Wybacz mi, Orholamie.
Teia korzystała z migotliwego płaszcza, który dostała od Mordercy Sharpa, ale ponieważ trzymała się żelaznych belek sufitowych, magiczna peleryna zwieszała się z jej ciała, a w dodatku w ogóle nie ukrywała spuszczonego stryczka.
Kiedy mentorka znowu się pochyliła, Teia zręcznie zarzuciła pętlę na jej głowę i trzymając linę, zeskoczyła z sufitu. Lina została przewleczona przez dźwigar stropowy, więc pętla zacisnęła się mocno na gardle Marissii i poderwała ją od biurka. Gwałtowny ruch sprawił, że krzesło przewróciło się do tyłu, a Teia, która trzymała za drugi koniec liny, poleciała w dół i do przodu. Przewracające się krzesło uderzyło Teię w golenie tuż przed tym, jak wpadła z impetem na Marissię.
Jakimś cudem nie wypuściła liny i nie krzyknęła. Marissia dusiła się, łapała za szyję i próbowała stanąć prosto.
To niesamowite, jak ból uniemożliwia myślenie. Gdyby Teia nie oberwała właśnie po goleniach, zrobiłaby tuzin różnych rzeczy. A tak ściskała kurczowo linę jak głupek, łapiąc gwałtownie powietrze i stojąc twarzą w twarz z dawną przełożoną. Łzy płynęły jej z oczu.
Kiedy Marissia wreszcie stanęła, Teia spostrzegła problem – nie ważyła tyle co niewolnica Pryzmata. Marissia też to zauważyła. Chociaż się dławiła, złapała za linę nad głową i pociągnęła w dół ze wszystkich sił.
Teia dostrzegła kątem oka migotanie i Morderca Sharp stał się widzialny. Zrobił kilka szybkich kroków po dywanie i wbił pięść w brzuch Marissii.
Przyduszona Marissia kaszlnęła, opluwając twarz Teii, i uszło z niej całe powietrze. Szybkim ruchem Sharp wziął linę od Teii, zarzucił Marissii worek na głowę i związał jej ręce za plecami w taki sposób, żeby każdy ruch przy próbie ucieczki zacisnął mocniej stryczek na jej szyi.
Pan Sharp miał talent do węzłów.
Pchnął Marissię na kolana i sprawdził raz jeszcze, czy może oddychać. Z kobiety uszła cała wola walki.
– Niedobrze – powiedział pan Sharp, odwracając się do Teii.
Był to szczupły mężczyzna o marchewkowo-rudych włosach i z krótką bródką w ognistym kolorze. Jednakże w jego przypadku najbardziej rzucały się w oczy zęby i zbyt szeroki, zbyt częsty uśmiech. Posłał teraz jeden Teii, bez śladu wesołości, po prostu z nawyku. Zwykle zęby, które odsłaniał w uśmiechu, były zbyt białe, zbyt doskonałe. Podczas większości zleceń nosił protezy z zębów drapieżników, ale dzisiaj – może dlatego, że nie mieli nikogo zabijać – założył protezę z zębów bobra. Jego szeroki, niepokojący uśmiech ukazywał same wielkie, szerokie, płaskie siekacze. Ledwie mieściły mu się w ustach.
– Bardzo niedobrze. Ale uniemożliwiłaś jej zniszczenie jakichkolwiek dokumentów – mówił dalej – więc przymknę na to oko.
– Był pan tutaj przez cały czas? – zapytała Teia.
Postawiła z powrotem krzesło, żeby przez chwilę nie patrzeć na potwora, który był teraz jej przełożonym. Pomasowała obolałe golenie. Niech Orholam się nad nią zlituje, na widok tych bobrzych zębów ciarki chodziły jej po krzyżu.
– To zbyt ważne zadanie, żebym pozwolił ci je spartaczyć. Ona była swego rodzaju sekretarką Pryzmata. Kto wie, do czego ma dostęp?
Sekretarką? Czyli Zakon nie wiedział, kim naprawdę była Marissia. To po co ją porywali?
I dlaczego właśnie porywali? Teia myślała, że Zakon tylko zabija ludzi.
Oczywiście zdążą jeszcze zabić Marissię.
Morderca Sharp podał Teii stryczek i podszedł do okna, żeby wyjrzeć na wyspy. Nawet z miejsca, w którym stała, Teia widziała gęsty kłąb dymu wzbijający się na powitanie porannego słońca.
Wcześniej tego ranka ich trener Wibrująca Pięść wysadził magazyny z prochem pod wieżą artyleryjską, żeby Kip i pozostali Mocarze mogli uciec na morze. Pewnie poświęcił życie. Drużyna uciekła, a Teia postanowiła zostać. I teraz robiła coś takiego.
Była kretynką.
– Mamy szczęście – powiedział Sharp. – Nieliczni Czarnogwardziści, którzy nie obstawiali trasy parady, porzucili posterunki i zbiegli do tamtej wieży. Nie ma jednak czasu do stracenia. Pilnuj jej. Skręć jej kark, jeśli zacznie krzyczeć.
Pokręcił głową przy ostatnim zdaniu. Powiedział to tylko ze względu na Marissię. Zacisnął pięść i zamarkował cios w brzuch. Sugerował, że Teia ma pozbawić niewolnicę tchu, gdyby zaczęła krzyczeć.
Teia nie miała pojęcia, dlaczego po prostu nie zakneblował Marissii, ale nie zapytała. Nauczyła się, że lepiej nie prowokować nieprzewidywalnego zabójcy. Czasem jego plany były bardziej skomplikowane, niż się wydawało. A czasem po prostu nie wpadał na coś oczywistego. Nigdy jednak nie lubił, kiedy go pytała, a Teia niczego nie zyska, popisując się sprytem.
Sharp zgarnął dokumenty z biurka do worka. Otworzył szuflady, zebrał wszystkie zapisane papiery i przekartkował puste strony, żeby na pewno nic się przed nim nie ukryło.
Potem odszedł, żeby przeszukać resztę pokoju.
Marissia szarpnęła dwa razy liną, którą trzymała Teia.
– Cii – ostrzegła ją Teia.
Marissia odczekała chwilę i znowu pociągnęła za linę. Chciała coś powiedzieć.
Co Teia miała jej powiedzieć? Znała Marissię tylko z pracy, ale czuła, że coś je łączy, i ogromnie szanowała tę kobietę. Obie były niewolnicami. Obie były szpiegami, a Marissia zaszła tak wysoko, jak to tylko możliwe dla niewolnicy albo szpiega.
Marissia zapowiedziała raz Teii, że Zakon zmusi ją do zrobienia czegoś potwornego.
– Zrób to i niech to spadnie na moją głowę – powiedziała jej wtedy.
Nie mogła jednak przewidzieć, że tym potwornym uczynkiem będzie porwanie jej samej i najprawdopodobniej zamordowanie.
Kolejne szarpnięcie. Pan Sharp zaglądał do pokoiku niewolnicy przylegającego do głównego pomieszczenia, więc znajdował się poza zasięgiem wzroku i słuchu.
– Wyszedł – szepnęła Teia – ale tylko na chwilę.
– Trzecia szuflada po lewej – odszepnęła Marissia. – W połowie głębokości, na górze. chnij mocno. Szybko!
Pan Sharp zostawił szuflady otwarte, więc Teia musiała tylko zrobić jeden krok i się pochylić. Powierzchnia wydawała się gładka, ale kiedy Teia pchnęła mocno, poczuła, że coś pęka, uniósł się słaby kredowy zapaszek skruszonego niebieskiego luksynu i kawałeczek drewnianej powierzchni się zapadł. Złożony kawałek pergaminu wpadł jej do ręki.
Teia wróciła na miejsce, chowając zwitek w kieszeni.
– Mam – szepnęła.
– Szarpnij, kiedy będziesz potrzebowała, żebym...
Pan Sharp wszedł do pokoju.
– Co mówiła?
– Ehm? Co? – Przez chwilę Teia miała pustkę w głowie. – A, próbowała mnie przekupić – wyjaśniła znudzonym tonem.
Wpatrując się w nią przenikliwie, pan Sharp przesunął nienaturalnie długim różowym językiem po okropnych szerokich zębiskach.
– Przyjąłem raz łapówkę... – Cmoknął. – Jeden raz. Oczywiście nie zamierzałem wypuścić tego człowieka i zabiłem go, gdy tylko dostałem zapłatę. – Schował do worka stosik dokumentów związanych czerwoną albo zieloną wstążką. Teia była daltonistką, więc nie potrafiła odróżnić tych dwóch kolorów. – Co w tym złego? Starzec z Pustyni... Nie zgodził się ze mną. Z całą stanowczością.
Uśmiechnął się. Zbyt szeroko. Coś w widoku tych zębów sprawiało, że żołądek Teii zaciskał się mocniej, niż kiedy Sharp nosił protezę z wilczych kłów.
– Ile zaproponowała? – spytał.
Teia zamarła. W tym pytaniu krył się haczyk. Marissia jako osobista niewolnica Pryzmata mogła odłożyć małą fortunę. Marissia-szpieg odłożyłaby znacznie więcej, a w sytuacji zagrożenia życia, czy nie zaproponowałaby kroci? Może nie zaproponowałaby zbyt dużej łapówki, jako mistrzyni szpiegów wykazałaby się dostatecznym sprytem, żeby zacząć od skromniejszej sumy...
Za długo się zastanawiasz, T, za długo!
– Nie podała żadnej sumy – odpowiedziała. – A ja jej nie słuchałam. Nie robię tego dla pieniędzy. – Zmień temat, zmień temat!
– To czemu to robisz? – zapytał pan Sharp.
– Naprawdę będziemy rozmawiać o tym w jej obecności? – zapytała Teia. – W tej chwili? Mówił pan, że musimy...
– Nią nie musimy się martwić. – Zniżył niebezpiecznie głos. – I nie kwestionuj moich decyzji.
Orholamie, zlituj się nade mną. To przypieczętowało sprawę. Jeśli należysz do Zakonu Złamanego Oka, tylko z jednego powodu możesz nie martwić się ujawnieniem swoich sekretów. Marissia umrze.
– Chodzi mi o zemstę – odpowiedziała Teia.
– Zemstę? Na kim?
Teia przechyliła głowę, jakby to było dziwne pytanie.
– Na nich wszystkich.
Sharp wyszczerzył zęby w tym razem szczerym uśmiechu.
– Będziesz miała mnóstwo okazji. I w końcu wkroczysz na Szkarłatną Ścieżkę. – Jego naprawdę przyjazny ton powinien sprawić, że Sharp wyda się mniej przerażający, ale wszelka ulga, jaką Teia mogłaby poczuć, została zmielona na miazgę między tymi nieludzko wielgachnymi zębiskami.
Podszedł do Marissii, która nadal klęczała.
– Ile byś nam dała?
Z drżeniem odpowiedziała:
– Ile tylko pan zechce, przysięgam. Z łatwością mogę uzyskać dostęp do konta Pryzmata, jeśli się pośpieszymy. Błagam pana. – Urwała, jakby naprawdę się bała.
Teii zacisnął się żołądek, bo nie wiedziała, co jest prawdą: wcześniejsza odwaga Marissii czy jej obecny strach. Może jedno i drugie.
– Zmieniłem zdanie – orzekł pan Sharp. – Jeśli zacznie krzyczeć, zabij ją.
Zapomniał, że już raz wypowiedział tę groźbę?
Czy też tym razem mówił poważnie?
Marissia padła na podłogę i cicho zaszlochała.
– Hmm... – mruknął Sharp, stając tak blisko, że jego słodki oddech omiótł twarz Teii. – Nigdy do tej pory nie zauważyłem... – I jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, palcem odciągnął jej dolną wargę. – Masz prześliczny dolny lewy kieł. – Przesunął wargę w prawo i lewo, oglądając jej zęby, jakby była kobyłą. – Nie, tylko ten jeden. Reszta ma ładny kolor, ale jest nudna. – Wzruszył ramionami, powąchał palec i zlizał jej ślinę, jak szef kuchni smakujący zupę. – Lepiej. Posłuchałaś się mnie w kwestii pietruszki, co? Dodaj miętę, w miarę możliwości świeżą. Wsuń je w dziąsła. Nie żuj, bo kawałeczki utkną ci w zębach. Szpetny widok.
Odwrócił się, a Teia miała nadzieję, że nie zauważył jej drżenia.
– Muszę sprawdzić komnatę Bieli i odwrócić uwagę straży. Bądź gotowa do szybkiego działania. Jeśli nie wrócę za pięć minut, rozwiąż ją i zepchnij z balkonu, jakby popełniła samobójstwo, a potem zejdź tą samą drogą, którą się tu dostaliśmy.
Zarzucił kaptur na głowę i szybko zaciągnął sznurówki, ciasno mocując maskę na nosie i ustach. Tylko oczy pozostały widoczne, ale i te ginęły w cieniu kaptura. Odwrócił się i zaczął migotać.
Na plecach jego szarej peleryny pojawił się wizerunek czubatej szarej sowy z rozłożonymi skrzydłami i wyciągniętymi w ataku szponami. Migotanie obrazu było przesunięte w fazie w stosunku do reszty peleryny, ale w końcu zgasło.
Drzwi się otworzyły, ukazując zadymiony korytarz z kałużami krwi, kamiennymi ścianami pożłobionymi i podziurawionymi przez wystrzelone bełty i kule podczas wcześniejszej potyczki Mocarzy ze Świetlanymi Gwardzistami. Miała wrażenie, że to się wydarzyło wieki temu. A potem drzwi zamknęły się cicho.
Teia natychmiast wystrzeliła falę parylowego gazu w miejsce, gdzie stał Morderca Sharp, upewniając się, że rzeczywiście wyszedł.
– Szybko – powiedziała Teia. – Czego ode mnie chcesz?
Marissia wstała z kolan. Głos miała trochę zachrypnięty ze strachu, nad którym starała się panować.
– Zabrał dokumenty z mojego biurka? Paczuszkę. Związaną czerwoną wstążką.
– Tak.
Teia usłyszała, jak zrozpaczona Marissia westchnęła ciężko pod kapturem.
– Teia, musisz zdobyć te dokumenty. Miałam je zachować dla Karris.
– Co to za papiery?
– To instrukcje Bieli dla jej następczyni. Zawierają wszystko, czego Karris musi się dowiedzieć, żeby wiedzieć, jak rządzić. Sekrety. Plany. Nazwiska. Pewnych rzeczy Karris nie zdoła dowiedzieć się w inny sposób.
O, nie! Jak Teia miała ukraść dokumenty panu Sharpowi?
– Nie wysłano nas po dokumenty – odpowiedziała – ale po ciebie. Myślę, że Sharp po prostu zgarnął wszystko, co mu się nawinęło pod rękę.
Marissia oklapła.
– Dowolnego innego dnia, o dowolnej innej godzinie, te dokumenty leżałyby bezpiecznie zamknięte w sejfie... Ach, mniejsza z tym. Nie ma czasu. – Pochyliła się na chwilę. – I tak zaniesie to wszystko do gabinetu Starca. Pergamin, który zabrałaś z mojego biurka, to kod. Musisz go złamać. To kombinacja albo słowo-klucz do gabinetu Starca z Pustyni. Ten gabinet znajduje się tutaj, w Chromerii. Może nawet w tej wieży. To znaczy, że on, albo ona, nie mamy nawet pewności, że Starzec z Pustyni to rzeczywiście mężczyzna, znajduje się tutaj. Jeśli jednak otworzysz gabinet bez tego kodu, pomieszczenie spłonie. Wszystko ulegnie zniszczeniu. Nie możesz do tego dopuścić. Choćby dlatego, że wtedy przepadną zapiski Bieli.
– Znajdę gabinet, przysięgam, ale co... – Teia urwała, słysząc kroki na korytarzu.
Poklepała Marissię w ramię, uciszając ją, i zaczęła krzesać, żeby zniknąć w pożyczonym migotliwym płaszczu.
Ktokolwiek to był, minął pokój, a potem Teia usłyszała łomot drzwi prowadzących na dach. Ona i jej drużyna stoczyli tam prawdziwą bitwę, i to raptem parę godzin temu, ale teraz stał tam na straży tylko jeden Czarnogwardzista. Pan Sharp powiedział, że dowództwo Czarnej Gwardii każe odciąć ten obszar, dopóki nie zbadają go i nie zorientują się, co się wydarzyło.
– A co z tobą? – zapytała Teia. – Jak mamy cię ocalić?
Cisza. Teia żałowała, że nie widzi twarzy niewolnicy, bo worek trwał w całkowitym bezruchu, nie zdradzając żadnych oznak strachu, odwagi, nienawiści albo rozpaczy.
– Nie ma ratunku – odpowiedziała cicho Marissia.
– Widziałaś twarz Sharpa. Zabiją cię.
Marissia pochyliła głowę.
– Po prostu... Pomódl się za mnie – odrzekła i w jej głosie znowu zadźwięczał strach.
– Przynajmniej pozwól, że dam ci nóż.
– I co stanie się z tobą, kiedy ten zabójca znajdzie przy mnie twój nóż?
Teia nie zdążyła zaprotestować, gdy drzwi otworzyły się i zamknęły. Pan Sharp odezwał się, zanim stał się całkowicie widoczny.
– Daj mi pelerynę.
– Mój migotliwy płaszcz?
– Nie należy do ciebie. Należy do Zakonu, nie zapominaj o tym.
– To ja go ukradłam! Ryzykowałam życie...
– Natychmiast!
Teia odpięła zatrzask i oddała panu Sharpowi migotliwy płaszcz z nadpalonym rąbkiem. Morderca zsunął kaptur i zarzucił pelerynę Teii na własną, zapinając niezręcznie zatrzask pod szyją. Naciągnął z powrotem kaptur, ale nie był w stanie należycie go zasznurować. Zaklął.
– Co pan robi? – spytała Teia.
Znowu zaklął i powiedział do Marissii:
– Pozwól sobie na choćby jeden sprzeciw, a umrzesz od razu, ale nie będzie to szybka śmierć. Jasne?
Jej głowa poruszyła się. Worek drżał od jej szlochu. Sharp przeciął linę łączącą jej szyję i nadgarstki, po czym przerzucił ją sobie przez ramię.
– Teia, pomóż mi z płaszczem.
Dziewczyna rozłożyła drugą zmarszczoną pelerynę na ciele Marissii. Ponieważ kobieta była przewieszona przez ramię Sharpa, materiał całkowicie ją zasłonił, chociaż wyglądało to nieco niezgrabne.
– Muszę się wymknąć bez płaszcza? – zapytała Teia.
– Wyjdziesz tak, jak weszliśmy. Drogą na zewnątrz. Schodząc, zbierz półksiężyce. Pośpiesz się. Niedługo ludzie zaczną tu szukać. – Szturchnął Marissię. – A ty krzykniesz, że w komnatach Bieli wybuchł pożar, kiedy dam ci znać. Bo wybuchł.
Ach, to dlatego nie zakneblował Marissii. Czarnogwardziści od razu rozpoznają jej głos.
Nadal trzymając niewolnicę, pan Sharp schylił się po worek ze skradzionymi dokumentami.
– Mam go zabrać? – zapytała Teia.
Omal go jej nie podał, ale się zawahał. Niepokój szturmował potężnymi ciosami maskę jej nonszalancji.
– Lepiej nie – odrzekł w końcu Sharp. – Zacznij schodzić.
– Mogłabym zanieść go...
– W tej chwili! – przerwał jej, a w jego głosie zadźwięczała cicha groźba.
Nie czekając, odwrócił się plecami, o wiele wolniej niż zwykle, a peleryny zaczęły migotać. Wizerunek lisa na płaszczu Teii zarysował się ciemną szarością na tle jaśniejszej szarości, a potem zgasł.
Drzwi się otworzyły i Teia poczuła dym.
– Pali się! Pożar w komnatach Bieli! – krzyknęła Marissia. – Pali się!
A potem drzwi zamknęły się za nimi.
Oczywiście powinna się pośpieszyć i zejść po murze. Kiedy dym zacznie buchać z okien Bieli, oczy wszystkich zwrócą się ku Wieży Pryz¬mata. A wtedy Teia nie będzie mogła zejść po murze całkowicie odsłonięta.
Jednakże Teia miała asa w rękawie, o którym pan Sharp nie miał pojęcia.
Miała własną pelerynę, którą dał jej Kip, prawzór migotliwych płaszczy. Wyjęła ją z plecaka. Materiał był cieniutki, nieważki i przelewał się w rękach jak płynne światło. Włożyła pelerynę. Zapięła obróżkę wokół szyi. Naciągnęła kaptur i zapięła na twarzy. Mogłaby niewidzialna pójść za Sharpem.
Jednakże po ugaszeniu pożaru Czarnogwardziści dokładnie przeszukają wieżę. Jeśli Teia pójdzie za Sharpem, Czarnogwardziści znajdą półksiężyce do wspinaczki przytwierdzone do muru wieży. Zakon ma szpiegów w Czarnej Gwardii, więc dowie się o tym i będzie jasne, że Teia okazała nieposłuszeństwo.
To jeszcze nie dowód, że jest szpiegiem, ale Zakon nie potrzebuje dowodu. Zabiją ją.
A jeśli nie pójdzie za Sharpem, Marissia zginie.
Teia miała pozwolić jej umrzeć, taki był rozkaz Marissii. Dawna Teia, Teia-niewolnica, przyjęłaby ten rozkaz i zrzuciła z siebie odpowiedzialność za późniejsze wydarzenia. Jednak Teia nie była już tamtą dziewczyną.
Trwała wojna i Teia znalazła się samotnie za liniami wroga. Musiała sama podejmować decyzje i żyć z ich konsekwencjami. Jak wojowniczka, jak dorosła. Jak wolna kobieta.
Potworna arytmetyka wojny sprawiała, że Teia nagle była warta więcej niż starsza od niej, mądrzejsza, sprytniejsza i lepiej ustosunkowana kobieta. Teia zaczynała podejrzewać, że Zakon stanowi większe zagrożenie dla Chromerii niż nawet Książę Barw. Uratowanie Marissii – gdyby Teia wymyśliła, jak tego dokonać – naraziłoby największą szansę ¬Chromerii na zniszczenie Zakonu. Ponadto w tej chwili tylko Teia wiedziała o gabinecie Starca. Tylko ona miała kod.
To wojna, Teio. Przyjaciele giną.
Z zaciśniętymi zębami i ciężkim sercem Teia wyszła na balkon, zamknęła za sobą drzwi i weszła na półksiężyce do wspinaczki. Schodząc, przy każdym kroku zacierała dowody zamordowania Marissii.
Trwa wojna, T, niewinni ludzie giną. A ich przyjaciele mogą co najwyżej ich pomścić.
Później.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2017-04-18 (117 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej