Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Misja błazna (wyd.M)
 
Katalog - dodano
 Język Cierni
- Leigh Bardugo
 Rycerze Atlantydy
- Evan Currie
 Beren i Lúthien
- J.R.R. Tolkien
 Legion płomienia
- Anthony Ryan
 Cinder
- Marissa Meyer
 
Ostatnie recenzje
 Armagedon dzień po dniu – J.L. Bourne
 Rozgwieżdżone niebo – Lars Wilderäng
 Fałszywy pocałunek – Marry E. Pearson
 Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony – Rafał Kosik
 Legion – Brandon Sanderson
 
- skomentowano
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 Rok szczura. Świeca
- Olga Gromyko
 Na przekór przeznaczeniu
- Oksana Pankiejewa
 

''Zdrajca'' - Jim Butcher



Rozdział 1



Letnie słońce prażyło asfalt chicagowskich ulic, nieznośne łupanie w głowie zmuszało mnie do spędzenia połowy dnia w pozycji horyzontalnej, a jakiś idiota bębnił do drzwi mojego mieszkania.
Otworzyłem. W progu stał Morgan z zakrwawioną połową twarzy.
– Idą Strażnicy! – wysapał. – Ukryj mnie, proszę.
Oczy mu się wywróciły i runął na podłogę.
O!
Super.
Aż do tej chwili trwałem w błędnym mniemaniu, że rozdzierający ból w czaszce jest najgorszą rzeczą, która mi się dzisiaj przytrafiła.
– Na cholerne dzwony piekieł! – zakląłem, patrząc na nieruchomą postać. – Chyba sobie żartujesz!
Naprawdę bardzo mnie korciło, żeby trzasnąć drzwiami i zostawić go leżącego bezwładnie na korytarzu. Zasłużył sobie na to bez dwóch zdań.
Ale nie mogłem tak po prostu stać i nic nie robić.
– Każ sobie zbadać głowę – mruknąłem do siebie.
Dezaktywowałem osłony – magiczny system bezpieczeństwa, który założyłem w mieszkaniu – chwyciłem Morgana pod ramiona i wciągnąłem go do środka. Był rosłym mężczyzną – ponad sześć stóp wzrostu i mnóstwo mięśni – a do tego zupełnie bezwładnym. Nieźle się z nim namęczyłem, choć sam nie jestem chuchrem.
Zamknąłem za sobą drzwi i z powrotem uruchomiłem alarm. Następnie wykonałem ręką szeroki gest, skoncentrowałem wolę i wymamrotałem:
Flickum bicus!
Kiedy wymówiłem to proste zaklęcie, rozbłysło dwanaście świec rozmieszczonych w całym pokoju. Ukląkłem obok nieprzytomnego Morgana i zbadałem go pobieżnie.
Naliczyłem z pół tuzina paskudnych cięć, sączących się i chyba bolesnych, ale nie śmiertelnych. Skóra na żebrach pod lewym ramieniem była poparzona i cała w pęcherzach, prosta biała koszula nadpalona. Miał również głęboką ranę na udzie, niezdarnie przewiązaną czymś, co wyglądało na kuchenny fartuch. Nie odważyłem się rozwinąć opatrunku. Noga mogła zacząć krwawić, a nie chciałbym ryzykować życia, polegając na swoich medycznych umiejętnościach.
Nawet życia Morgana.
On potrzebował lekarza.
Niestety, jeśli ścigali go Strażnicy Białej Rady, prawdopodobnie wiedzieli, że jest ranny. Pewnie już obserwowali szpitale. Gdybym zawiózł go na ostry dyżur, Rada dowiedziałaby się o tym w ciągu paru godzin.
Tak więc zadzwoniłem do przyjaciela.

* * *

Waldo Butters długo i w milczeniu badał Morgana. Ubrany w szpitalny strój i adidasy żylasty człowieczek o czarnych włosach, bezładnie sterczących na wszystkie strony niczym futro wystraszonego kota, miał zwinne i szybkie ręce. Jego oczy ukryte za okularami w drucianych oprawkach były czarne i bardzo inteligentne. Wyglądał, jakby nie spał od dwóch tygodni.
– Nie jestem lekarzem – uprzedził.
Już kilka razy wykonywaliśmy ten taniec.
– Wielki Butters wszystko potrafi – stwierdziłem.
– Jestem ekspertem medycyny sądowej. Kroję trupy.
– Więc pomyśl o tym jako o prewencyjnej autopsji.
Butters zmierzył mnie spokojnym wzrokiem.
– Nie można go zawieźć do szpitala, co?
– Właśnie.
Waldo pokręcił głową i zapytał:
– Czy to nie ten sam gość, który próbował cię zabić w Halloween?
– I kilka razy wcześniej.
Butters otworzył torbę i zaczął w niej grzebać.
– Nigdy nie rozumiałem dlaczego.
Wzruszyłem ramionami.
– Kiedy byłem jeszcze dzieciakiem, zabiłem człowieka przy użyciu magii. Złapali mnie Strażnicy, a Biała Rada osądziła.
– Wygląda na to, że się wykpiłeś – zauważył Waldo.
– Uznali, że ponieważ tylko próbowałem ratować się przed gościem, który chciał mnie zabić magią, może zasłużyłem na drugą szansę. Dostałem coś w rodzaju wyroku w zawieszeniu. Morgan był moim kuratorem.
– Kuratorem?
– Gdybym znowu coś schrzanił, miał mi uciąć głowę – wyjaśniłem. – Krążył wokół mnie i tylko szukał pretekstu, żeby to zrobić.
Butters wytrzeszczył oczy.
– Przez kilka pierwszych lat dorosłego życia oglądałem się przez ramię ze strachu przed tym człowiekiem. Prześladował mnie i nękał. Przez jakiś czas miałem koszmary, w których on się pojawiał. – Prawdę mówiąc, nadal od czasu do czasu śniło mi się, że ściga mnie nieustępliwy zabójca w szarym płaszczu, z groźnym, zimnym mieczem w ręce.
Butters zaczął zwilżać bandaże na nodze rannego.
– I teraz mu pomagasz?
Wzruszyłem ramionami.
– Uważał, że jestem niebezpiecznym zwierzęciem i trzeba mnie zlikwidować. Naprawdę w to wierzył i dlatego tak się zachowywał.
Waldo zerknął na mnie bez słowa.
– Mylił się – dodałem. – Nie jest łotrem, tylko po prostu dupkiem. To niewystarczający powód, żeby go zabić.
– Pojednanie?
– Niezupełnie.
Butters uniósł brwi.
– Więc dlaczego przyszedł akurat do ciebie po pomoc?
– Bo to chyba ostatnie miejsce, gdzie można by go szukać.
– Jezu Chryste – mruknął Waldo. Zdjął prowizoryczny bandaż i obnażył ranę długą na jakieś trzy cale, ale głęboką, o brzegach spuchniętych jak małe usta. Zaczęła się z niej sączyć krew. – Wygląda jak cięcie od noża, tyle że jest większa.
– Pewnie dlatego, że została zadana czymś podobnym do noża, tyle że większym.
– Mieczem? – rzucił Butters. – Chyba żartujesz.
– Stara szkoła Rady – powiedziałem. – Naprawdę stara szkoła.
Waldo pokręcił głową.
– Umyj dłonie, tak jak ja to zrobiłem. Starannie, szoruj dwie albo trzy minuty. Potem włóż rękawiczki i wracaj tutaj. Potrzebuję dodatkowej pary rąk.
Przełknąłem ślinę.
– Eee, nie wiem, czy jestem właściwą osobą...
– Zamknij się, czarowniku! – rzucił z irytacją Butters. – Nie masz żadnego usprawiedliwienia. Skoro tobie nie przeszkadza, że nie jestem lekarzem, mnie nie będzie przeszkadzało, że ty nie jesteś pielęgniarką. Idź więc wyszoruj te cholerne łapska i pomóż mi, zanim go stracimy.
Przez chwilę gapiłem się na niego bezradnie. Potem ruszyłem się i wyszorowałem cholerne łapska.
Tak między nami, operacje nie są ładne. Człowiek ma paskudne uczucie bardzo niestosownego podglądactwa, prawie jakby się natknął na swojego gołego rodzica. Tylko że wszystko jest bardziej krwawe. Wyeksponowane zostają części, które nie powinny się znaleźć na widoku, w dodatku całe umazane krwią. To krępujące, niesmaczne i jednocześnie niepokojące.
– No, gotowe – powiedział Butters po nieskończenie długim czasie. – Zabieraj łapy.
– Tętnica była przecięta? – zapytałem.
– Do diabła, nie. Ktokolwiek go dźgnął, ledwo ją dras¬nął. Inaczej facet już byłby martwy.
– Ale wszystko naprawione, tak?
– Zależy, co rozumieć przez „naprawione”, Harry. To jak chirurgia w warunkach polowych, ale rana nie powinna się otworzyć. Pod warunkiem, że gość nie będzie chodził. I jak najszybciej powinien go obejrzeć prawdziwy lekarz. – Zmarszczył brwi. – Daj mi chwilę na zaszycie tego.
– Nie śpiesz się.
Butters milczał w czasie pracy i odezwał się dopiero, kiedy założył szwy i obandażował nogę. Następnie zajął się mniejszymi obrażeniami. Większość jedynie opatrzył, a zeszył tylko najpaskudniejsze cięcie. Nałożył również antybiotyk na oparzenie i starannie przykrył je gazą.
– W porządku – rzekł w końcu. – Zrobiłem, co mogłem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby jednak wdała się infekcja. Jeśli pojawi się gorączka albo zbyt duża opuchlizna, będziesz musiał go zawieźć do jednego z dwóch miejsc: szpitala albo kostnicy.
– Rozumiem.
– Trzeba zapakować go do łóżka. I ogrzać.
– Dobrze.
Przetransportowaliśmy Morgana w prosty sposób: razem z dywanem, na którym leżał. Umieściliśmy go na jedynym łóżku znajdującym się w moim mieszkaniu, w sypialni wielkości szafy. Przykryliśmy go kocami.
– Naprawdę powinien dostać kroplówkę z soli fizjologicznej – stwierdził Butters. – A skoro już o tym mowa, nie zaszkodziłaby także jednostka krwi. I antybiotyki, ale ja nie mogę wypisać recepty.
– Zajmę się tym – obiecałem.
Butters się skrzywił. Jego ciemne oczy wyrażały zatroskanie. Chciał coś powiedzieć, ale tylko kilka razy otworzył i zamknął usta.
– Harry, jesteś w Białej Radzie, prawda? – wykrztusił w końcu.
– Tak.
– I jesteś Strażnikiem, tak?
– Tak.
Butters pokręcił głową.
– Zatem tego człowieka ścigają twoi koledzy. Nie sądzę, żeby byli zadowoleni, jeśli znajdą go u ciebie.
Wzruszyłem ramionami.
– Wciąż się denerwują z takiego czy innego powodu.
– Mówię poważnie. Czekają cię tylko kłopoty. Dlaczego mu pomagasz?
Milczałem przez chwilę, patrząc na bladą, nieruchomą twarz rannego.
– Bo Morgan nigdy nie złamałby Praw Magii – odparłem cicho. – Nawet gdyby to miało kosztować go życie.
– Wydajesz się bardzo pewny.
Pokiwałem głową.
– Bo jestem. Pomagam mu, bo wiem, jak to jest, kiedy Strażnicy siedzą ci na karku z powodu czegoś, czego nie zrobiłeś. – Odwróciłem wzrok od nieprzytomnego człowieka leżącego na moim łóżku. – Nikt tego nie wie lepiej ode mnie.
– Jesteś rzadkim okazem szaleńca, stary – stwierdził Butters, kręcąc głową.
– Dzięki.
Zaczął sprzątać po zaimprowizowanej operacji.
– Jak twoje bóle głowy? – spytał.
Od kilku miesięcy moim problemem były coraz bardziej bolesne migreny.
– Dobrze – odparłem.
– Jasne. Naprawdę bym chciał, żebyś znowu spróbował zrobić sobie rezonans.
Technika i magowie nie współegzystują ze sobą dobrze, a aparatura do wykonywania rezonansu magnetycznego jest szczególnie zagrożona.
– Jeden chrzest w pianie gaśniczej rocznie to mój limit – oświadczyłem.
– To może być coś poważnego – ostrzegł Butters. – Cokolwiek się dzieje w twojej głowie albo szyi, nie ryzykuj.
– Ataki są coraz słabsze – skłamałem.
– Akurat – zaburczał Waldo, świdrując mnie wzrokiem. – Teraz boli cię głowa, tak?
Przeniosłem wzrok z Buttersa na nieruchomą postać Mor¬gana.
– Tak – przyznałem. – Jak cholera.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2017-07-31 (62 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej