Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Brama Wygnania
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Różaniec'' - Rafał Kosik



Przeczucie powinno mu podpowiedzieć, że jest już po tamtej stronie. Ale on nie miał przeczuć, jego przodkowie tłumili je od niepamiętnych czasów. Zorientował się, że coś jest nie tak, gdy dwóch osiłków w złotych lustrzanych maskach anonimizujących zagrodziło mu trasę cowieczornego joggingu. Drzewa w parku przesłaniały światła latarni, prawie na nich wpadł. Pomyślał, że to napad, i chyba tylko dlatego zareagował. Rzucił się w bok i potknął o krawężnik. Usłyszał elektryczny trzask, a błękitne iskry przeleciały mu nad głową. Podparł się o trawę i pognał przed siebie. Nie krzyczał, nie oglądał się, by nie tracić energii. Po prostu biegł, najszybciej jak mógł. Błękitne iskry przecięły powietrze jeszcze dwukrotnie. Tamci nie mogli strzelać i biec jednocześnie. Odległość rosła. Miał nad nimi przewagę, biegał przecież codziennie. Przeskoczył niskie ogrodzenie klombu, zdeptał róże i skręcił w stronę bramy od Ujazdowskich. Zaryzykował i obejrzał się. Nie nadążali, byli dobre piętnaście metrów za nim. Jeśli dobiegnie do bramy… tam będą jacyś ludzie, kamery, dużo kamer. Wypadł na brukowaną alejkę i w kilka sekund pokonał dystans dzielący go od wybawienia.
Na wprost bramy zatrzymała się pomarańczowa Nysa. Z sykiem sprężonego powietrza drzwi z napisem „EL” w kółku przesunęły się, a z wnętrza wyskoczyło czterech mężczyzn w czarno-pomarańczowych kombinezonach i hełmach ze złotymi lustrzanymi przyłbicami. Z przerażeniem zawahał się, prawie się zatrzymał. Skręcił w lewo i wystartował sprintem, ale tej chwili zawahania już mu zabrakło. Błękitny błysk zbiegł się z ostrym bólem lewego ramienia. Reszta ładunku rozbiegła się z sykiem po kutym ogrodzeniu. Płatki róż posypały się jak pierze z rozdartej poduszki. Krzyknął i zachwiał się. Bezwładna ręka spowolniła go, ale biegł dalej.
Ktoś szedł z przeciwka, dwie osoby. Patrol policji! Otworzył usta, ale nie zdążył krzyknąć. Iskry zatańczyły po chodniku, wzdłuż szczelin w granitowych płytach. Świetlne szpilki dosięgły jego stóp, łydki momentalnie zwiotczały. Zwalił się na ziemię, amortyzując upadek sprawną ręką. Policjanci zwolnili i z kilkunastu metrów, zaciekawieni, obserwowali sytuację. Uniósł na nich zdziwiony wzrok i wtedy zrozumiał – to nie napad.
Tupot ciężkich butów załomotał obok jego ucha. Ktoś przygniótł go kolanem do ziemi, ktoś inny wykręcił mu ręce i zapiął na nadgarstkach kajdanki. Podciągnęli go w górę we trzech. Sam nie mógł ustać.
— Obywatel Marek Reweda? — zadudnił zza maski jeden z czarnych i nie czekając na odpowiedź, kontynuował — eliminator numer osiem jeden. W imieniu Prezydenta Warszawy zatrzymujemy pana prewencyjnie. Przysługujące panu prawa zostaną odczytane po potwierdzeniu legalności procedury pochwycenia.
Bezradnie wodził wzrokiem od jednej lustrzanej maski do drugiej. Już wiedział, ale potrzebował jeszcze chwili, by uwierzyć. Przecież za godzinę był umówiony na kolację, przecież jutro ma to spotkanie, przecież projekt rozgrzebany.
— Jak…? — zdołał wykrztusić. — Przecież ja nie… Ja nic…
Nie zdołał powiedzieć nic więcej, na jego głowie znalazł się płócienny worek. Poczuł, że go ciągną, a bezwładne nogi trą czubkami butów o chodnik. Ale jak to? Przecież chciał kupić kota, żeby coś żywego plątało się po domu. Już prawie się zdecydował na czarnego, żeby na dywanie nie było widać sierści. Samochód miał umyć, prezent dla Anki kupić. Tyle rzeczy do zrobienia… Więc jak to…?
Zasunęły się za nim drzwi, a Nysa z szelestem silników elektrycznych, bez pośpiechu ruszyła w kierunku placu Trzech Krzyży. Lakier płynnie zmienił kolor z pomarańczowego na niebieski, a na burcie pojawiła się reklama usług hydraulicznych.


* * *


Rozpoznał go od razu. Elegancki czterdziestolatek wyróżniał się spośród reszty klientów kawiarni, jak orzeł wśród kur. Harpad podszedł do stolika.
— Nie mogłem dotrzeć do Ursusa — powiedział zamiast przywitania.
— Nawet lepiej, tam teraz pada — odparł bez pretensji klient. — Przy okazji pooglądam zwierzęta, które nie udają, że są ludźmi.
Nie było uścisków dłoni. Zamówili po kawie. Harpad zauważył, że są w samym środku kadru kamery ochrony. Nie mógł już tego zmienić. Nie da się pracować w cudzej firmie zgodnie ze swoimi zasadami.
— Spotkanie zawsze jest konieczne? — zapytał klient.
— Muszę pana zobaczyć i poznać. Zwykle wystarcza parę słów.
Facet popatrzył na różową bluzę w dłoni Harpada. Nie skomentował tego.
— Potrzebuję kwadransa — powiedział Harpad.
Klient w odpowiedzi tylko skinął głową i zajął się komunikatorem.
Kiedyś Harpad próbował pracować na odległość, ale nic z tego nie wychodziło. Bez fizycznego kontaktu nie potrafił odnaleźć człowieka w bazie. Wiedział, dlaczego ci hochsztaplerzy od Wolfa również spotykali się z klientem – oceniali kondycję psychiczną i mówili mu to, czego się spodziewał. Pseudonuzzlerzy byli po prostu sprawnymi psychologami.
Wyszedł z kawiarni. Gdzie usiąść? Samochód zaparkował prawie kilometr stąd. Rozejrzał się po ogrodzie. Nieliczne ławki w zasięgu wzroku były zajęte. Ruszył przed siebie wąską alejką, z trudem panując nad emocjami. Za dużo się działo, a potrzebował teraz spokoju i skupienia. Znalazł wolną ławkę przy małej fontannie. Usiadł, kilka razy mocniej odetchnął i zamknął oczy. Sięgnął za ucho. Wtedy zapikał komunikator i całe skupienie prysło. Kolejna wiadomość od Renaty. Skasował bez czytania, ale znów musiał zbierać myśli. Wyszedł z kawiarni pięć minut temu, czyli Marysia jest sama od dziesięciu minut. Szybciej!
Do fontanny podbiegł kilkuletni chłopczyk. Zaczął chlapać i krzyczeć coś po swojemu. Zza jaśminu wyłoniła się mama z dzieckiem. Dość! Wstał i odszedł szybkim krokiem. A co, jeśli nie zdoła sprawdzić tego PZ? Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, ale… zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz. Zmyślenie wyniku nie wchodziło w grę. Dopiero co złamał dwie ważne zasady bezpieczeństwa, już czuł kaca. Nie, nie może tego zawalić. Nie testowe zlecenie.
Lodziarnia z rachitycznymi stolikami. Nic z tego. Przysiadł na murku przy wybiegu małp. W pobliżu nie było nikogo. Ustawił się w jak najbardziej stabilnej pozycji i zamknął oczy. Potem postawi ultimatum: jeśli ma pracować dla Wolfa, tamten musi przynajmniej zaakceptować jego metody pracy. Spokój… spokój… Dotknął palcem zgrubienia za uchem. Kliknęło.
— Nic panu nie jest?
Otworzył oczy, wyrwany raptownie z transu. Ktoś potrząsał go za ramię.
— Nic ci nie jest, człowieku? — Ochroniarz przyglądał mu się badawczo.
— Chyba zasnąłem — odparł.
Odwrócił się i odszedł, nim padły kolejne pytania.
(…)
Toalety były równie mroczne jak reszta budynku. Panowała tu cisza, więc przyjął, że kabiny są puste. Zamknął się w pierwszej z brzegu, usiadł na opuszczonej desce i oparł się o ścianę. Wyłączył komunikator. Trudno, inaczej się nie da. Teraz spokój. Rozluźnił się. Spokój… Cóż za partyzantka. W sąsiedniej kabinie ktoś jednak był i walczył teraz ze swoim organizmem. Paradoksalnie pomogło to Harpadowi w zebraniu myśli. Przymknął oczy, odetchnął, nacisnął zgrubienie za uchem, a bioniczny włącznik pyknął.
Zanurzył się w zielonej wnętrzności bazy danych Potencjalnych Zagrożeń. Żadnego ekranu powitalnego, żadnej strony logowania, żadnych użytkowników. Sam był swoim użytkownikiem, wedle własnego życzenia informującym resztę świata o zawartości bazy danych PZ. Dostać się tu można było, jedynie skacząc przez płot. Znajome doznania: nieważki lot przez zieloną przestrzeń wypełnioną twarzami, liczbami, nazwiskami. Nierozpoznany pasożyt w ciele g.A.I.a.
Złapał trop, w nieznany sposób szukany obiekt zawsze przyciągał go. Nie było mowy o pomyłce. Płynął, leciał coraz szybciej w świecie nieokreśloności, bez góry i dołu. Teraz zbliżając się do właściwego rekordu, czuł, że coś jest nie tak. Przestrzeń wokół wypełniła się czerwienią. Zerwał połączenie i otworzył oczy. Ciężko dyszał, spocony, z sercem walącym jak młot. Sto dwanaście! Facet był już po tamtej stronie! To znaczy, że go teraz śledzili, testowali. Prowokatorzy. Akurat, kiedy on jest tu z małą!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2017-09-08 (154 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej