Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zagubieni chłopcy
 
Katalog - dodano
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 Rozmówca
- Chris Carter
 Jestem śmiercią
- Chris Carter
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Plus/minus'' - Olga Gromyko



Były czatował na mnie pod klatką i wyskoczył z zarośli pożółkłych wrześniowych bzów jak wilk z bajki o Czerwonym Kapturku.
– Lenuś!
Po raz pierwszy pożałowałam, że w mojej zamszowej torebce mieszczą się zaledwie portmonetka, kosmetyczka oraz dwa identyfikatory, ale już nie trzykilowa cegła. Chętnie bym wzięła rozmach i z byłego zostałyby tylko nogi sterczące z krzaków!
– Kochanie, koniecznie musimy porozmawiać!
– Słucham cię uważnie – zapewniłam lodowatym tonem, wybierając kod na domofonie. Drzwi pisnęły gościnnie i otworzyły się. Były zrobił nieśmiałą próbę złapania mnie pod rękę, ale ze wstrętem poruszyłam ramieniem i zaczęłam szybko wchodzić po schodach.
– Skarbie, ale tak przecież nie można… – zaczął Wadim płaczliwie, drepcząc za mną. – Nawet nie pozwoliłaś mi nic wyjaśnić, tylko nawrzeszczałaś, zrzuciłaś rzeczy z balkonu i w ogóle…
– Jak to nie pozwoliłam? – zdumiałam się sztucznie. – Przecież zdążyłeś wydukać „Ojej, nie spodziewaliśmy się ciebie…”, co doskonale wszystko wyjaśniło!
– Lenuś, źle mnie zrozumiałaś! – Były zaczął starą śpiewkę.
– Podsłuchiwanie pod drzwiami jest nieinformatywne, w końcu mogliśmy rozmawiać o kimkolwiek!
– Wadimie – przerwałam mu ze zmęczeniem, zatrzymując się na drugim piętrze. – Wiaderko z szampanem i nagą panienkę na mojej ukochanej kanapie jeszcze bym ci wybaczyła. Ale dwójka pijaków, trzy butelki wódki oraz wędzona ryba, której łuski nadal wymiatam ze wszystkich kątów to już była przesada. Nie musiałam nawet podsłuchiwać, stałam w drzwiach przez jakieś pięć minut, a ty cały czas klapałeś swoją parszywą gębą na temat tego, jak się „zajebiście urządziłeś”. I w ogóle, sądzisz, że tylko ty potrzebujesz „nieźle zarabiającej kretynki z mieszkaniem, samochodem oraz meldunkiem w Mińsku”?
– Lenuś, byłem pijany i nawet nie pamiętam co wygadywałem!
Poza tym wiem, że nadal nikogo nie masz. – Wadim głupio wyciągnął swój największy atut. – Więc dlaczego nie mielibyśmy zacząć wszystkiego od nowa?
– Ze sklerotycznym alkoholikiem?
– Zajączku, to był pierwszy i ostatni raz!
– Dokładnie – potwierdziłam, otwierając drzwi. – Ponieważ więcej się nie zobaczymy!
Wadim w końcu zrozumiał, że złota rybka nie ma ochoty naprawiać jego koryta po raz drugi i zagrał va banque – otoczył mnie ramionami i wpadł do mieszkania. Chyba zamierzał przewrócić mnie na kanapę i pokryć wilgotnymi – przepraszam – namiętnymi pocałunkami, mając nadzieję, że ożywi wygasłe uczucie (nekromanta jeden się znalazł!), ale niestety: pośród poduszek już leżał umięśniony mężczyzna o popielatych włosach i diabelnie przystojnej i pewnej siebie twarzy.
– Noo…? – zapytał leniwie.
Takim tonem mógłby powiedzieć „Muu?!” byk rozpłodowy farmera, na którego polu przypadkiem pojawił się wątły cielak z kołchozu.
– Wadimie, to Fiodor – powiedziałam mściwie. – Fiodorze, to Wadim. Mógłbyś po prostu wywalić go przez balkon, bo u sąsiadki za ścianą śpi małe dziecko?
– Cokolwiek powiesz, maleństwo – zgodził się „kark” zadziwiająco inteligentnym tonem i zaczął wstawać – czy wręcz wypiętrzać się nad kanapą wszystkimi swoimi bicepsami, tricepsami oraz resztą masy mięśniowej. Wadim niemrawo poruszył opadłą szczęką, zrobił krok do tyłu i potykając się, wyleciał z mego mieszkania, trzaskając drzwiami, by zapewnić sobie pięć sekund fory, póki konkurent będzie je otwierał (albo raczej wybijał z rozpędu).
Upewniłam się, że zamek szczęknął, i dodatkowo założyłam łańcuszek.
– A ja ci od razu mówiłam, że to oszust matrymonialny – zauważył pouczająco „kark”, kładąc się z powrotem.
– Fiodor, daj już spokój, co? – Rzuciłam torebkę w róg pod wieszakiem, koło butów, ściągnęłam kurtkę i wyplątałam się ze spódniczki mini. – Nie widziałeś przypadkiem mojego szlafroka?
– Na pralce – poinformował z lekkim niezadowoleniem, a kiedy już doszłam do łazienki, mściwie dodał: – Poniewierał się. Odwiesiłem go do szafy.
Zaklęłam i poszłam z powrotem.
W mieszkaniu niesamowicie kusząco i oburzająco kalorycznie pachniało jedzeniem. Nie potrafiłam się powstrzymać i w drodze do łazienki zahaczyłam o kuchnię. Za niemożebnie czystymi drzwiczkami piekarnika (jak gdyby nikt nigdy nie zapalał w nim gazu) królowała pieczona gęś, na stole stały: głęboka miska z surówką oraz szklanka świeżo wyciskanego soku z jabłek.
– Fiodor, dzięki! – rzuciłam przez otwarte drzwi.
– Podziękowanie brzucha nie napcha – burkliwym ale zadowolonym tonem odparł przystojniak.
Otworzyłam lodówkę, odgryzłam róg kartonika ze śmietaną i uczciwie, „z górką” napełniłam stojącą przy progu miseczkę.
„Bysio” zniknął, zostawiając po sobie siwy kłąb ni to dymu, ni to futra, który błyskawicznie podtoczył się do miski i wsadził do środka ostry pyszczek, przywodzący na myśl jeża. Fiodor wolał kremówkę, ale normalną śmietanę również doceniał.
Ciekawe dlaczego skrzaty domowe nie mogą same poczęstować się pańską własnością, a tylko zjeść, jeśli ktoś im proponuje, i to ze szczerego serca?
Przebrana w ukochany szlafroczek w kratkę (nieco podarty, ale dzięki Bogu w pobliżu nie miałam już żadnego krytyka w bokserkach!) błogo zaległam w fotelu naprzeciwko telewizora, rozstawiając na podłokietnikach talerze z ucztą (nazwanie tego jedzeniem byłoby bluźnierstwem). Fiodor wskoczył mi na kolana i położył się tam, wyglądając już jak szary, kudłaty i prawie nic nieważący kot o gęstych białych wąsach.
– Zapomnij – mruknął syto, nadstawiając mi policzek. – Znajdziemy ci innego, lepszego!
Podrapałam go za uchem i pod brodą. Mruczenie zrobiło się głośniejsze i bardziej basowe: „Dobrrrego, urrrodziwego…”
– Morrrdziastego – przedrzeźniłam. – Fiodor, daj sobie z tym spokój! Chodź, lepiej obejrzymy sobie jakąś fantastykę na DVD i się pośmiejemy…
– Swoją droga, Serafim do ciebie dzwonił – zaskoczył mnie skrzat. – Dopiero co, pół godziny temu.
– Czego chciał? – spytałam ostrożnie.
Fiodor nie zdążył odpowiedzieć – telefon zadzwonił ponownie.
– Halo?
– Czy to mieszkanie pani Korobkowej Eleny Wiktorowny? – warknęła słuchawka oficjalnie.
– Źle pan trafił – skłamałam z rezygnacją.
– Lenoczka, jak ci nie wstyd oszukiwać własnego kierownika!
– Głos Serafima Pietrowicza wydawał się grzmieć z obu membran. – Przecież cię od razu poznałem! Czemu nie odbierasz komórki?
Ponieważ celowo zostawiłam ją w domu, żeby mnie nikt nie złapał.
– Skoro pan poznał, to czemu pytał?
Szef wolał zignorować prowokacyjne pytanie.
– Eleno Wiktorowno, chcę panią widzieć!
Z wściekłością wbiłam widelec z powrotem w gęsie udo.
– Proszę wziąć z trzeciej szuflady po lewej moją teczkę. Tam na pierwszej stronie jest duże kolorowe zdjęcie.
– Lenoczko, nie udawaj kretynki. Przyjedź do pracy.
– Ale przecież dopiero co z niej wróciłam! – zaprotestowałam z oburzeniem. – Raport ma pan na biurku, rozliczenie delegacji w księgowości, a kawę Sofia Pawłowna też umie zrobić.
– Ona dziś wyszła wcześniej – odruchowo skomentował szef. Mająca już swoje lata sekretarka zwykle przesiadywała w biurze do ostatniego człowieka, którym niezmiennie pozostawał Serafim Pietrowicz. – Stop, stop, nie zawracaj mi głowy! Jaka kawa?! Lenoczka, mam do ciebie sprawę. Ważną i poważną.
– No, słucham. – Mało tego, że mnie namówił na sobotni dyżur, to jeszcze próbuje zamiast skróconego dnia pracy załatwić wydłużony!
– Przecież powiedziałem, że ważną – powtórzył szef znacząco.
– Musimy porozmawiać osobiście.
– A może jednak telefon wystarczy? – spytałam błagalnie.
– Mam włączoną pralkę, zupę na kuchence (wierutne kłamstwo, nie znosiłam gotowania i gdyby nie Fiodor, żywiłabym się wyłącznie parówkami. I nosiła brudne jeansy)… I w ogóle, mam PMS-a i nie wolno mnie teraz ruszać! Szef zamilkł, przez chwilę sapał i niepewnie (pewnie słyszał coś na ten temat od żony) zapytał:
– A co to jest?
– Parszywy Marudny Stan! – Kliknęłam pilotem, wyłączając telewizor. Na tym etapie było już oczywiste, że muszę jechać i mogłam w zasadzie tylko jęczeć dla zachowania szacunku do własnej osoby.
– Lenoczka… – Głos szefa zrobił się przymilny i cichy, co zadziwiająco dodało mu może nie czaru, ale na pewno siły przekonywania. – Jeśli za pół godzi… nie, za dwadzieścia minut nie znajdziesz się w moim gabinecie, to ten twój PMS będzie miał inne rozwinięcie!
– Niby jakie? –mimowolnie poczułam ciekawość.
– Padła Męczeńską Śmiercią! Ale już!!!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2017-12-18 (167 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej