Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Rok szczura. Wędrowniczka
 
Katalog - dodano
 Opowieści z piasku i morza
- Alwyn Hamilton
 Letnia noc
- Dan Simmons
 Pójdę twoim śladem
- Ryszard Ćwirlej
 Rozmówca
- Chris Carter
 Jestem śmiercią
- Chris Carter
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Armagedon dzień po dniu. Rozbita klepsydra'' - J. L. Bourne






1 listopada
Panama – oddział specjalny „Klepsydra”


Chaos. Czysty i zupełny. Krajobraz w dole przypominał obszar dotknięty huraganem kategorii piątej lub bombardowaniem z powietrza. Liczne struktury kanału wciąż pozostawały na łasce żywiołów, wykazując postępujące ślady rozkładu i zaniedbania. Dżungla już zaczynała upominać się o obszar kanału, chcąc zatrzeć wszelkie ślady tego, że przed stuleciem człowiek rozdzielił oba kontynenty.
Pozbawione dusz postaci łaziły wokoło i szukały czegoś, posłuszne impulsom w swoich martwych synapsach.
Po okolicy kręcił się powoli trup ubrany tylko w roboczą koszulę mechanika. Mechanik musiał rozstać się z życiem z pomocą strzału z karabinu panamskiego żołnierza, kiedy wojsko egzekwowało jeszcze godzinę policyjną. „On” zmienił się w „to” krótko po tym, gdy przedziurawione pociskiem serce przestało bić, a temperatura ciała zaczęła spadać, wyzwalając tajemniczy czynnik, który ożywiał martwych ludzi. Anomalia (tak to coś nazywano) szybko rozprzestrzeniła się po układzie nerwowym mechanika, powodując zmiany w kluczowych obszarach odpowiedzialnych za postrzeganie sensoryczne. Zakotwiczyła się i namnożyła w mózgu, ale tylko w tych jego częściach, w których rozwinął się prymitywny instynkt, przechowywany na przestrzeni eonów ewolucji w postaci DNA i przełączników elektrochemicznych. Po drodze anomalia zawitała na chwilę do kanału usznego. Tam dokonała mikroskopijnych zmian w kosteczkach ucha, poprawiając słuch istoty. Ostatnim przystankiem były oczy. W ciągu kilku godzin od ożywienia anomalia zakończyła proces zastępowania pewnych struktur komórkowych wewnątrz oka, dzięki czemu istota otrzymała działającą na krótkim dystansie termowizję w ramach rekompensaty za pośmiertne pogorszenie wzroku.
Były mechanik zatrzymał się i przekrzywił głowę. Usłyszał coś w oddali, coś znajomego – na jedną nanosekundę rozpoznał ten odgłos, a potem wspomnienie rozwiało się i przepadło. Dźwięk narastał, co pobudzało istotę i powodowało u niej ślinienie. Po jej podbródku ciekła strużka przezroczystego, szarego płynu, który skapywał na jej nagie, chude jak u szkieletu nogi. Mechanik zrobił niewielki krok w kierunku dźwięku; odsłonięte ścięgna na wierzchu jego stopy skurczyły się, pociągając za kości stopy. Stwór wyczuł, że narastający odgłos nie jest naturalny, że to ani wiatr, ani nieustające bębnienie deszczu, które normalnie ignorował. Przyspieszył kroku i dotarł do niewielkiej, zwartej kępy tropikalnych drzew. Wśród nich zaatakował go wąż, który uderzył w martwą tkankę i zostawił po sobie dwie małe dziurki w niemal nieistniejącym mięśniu łydki. Istota nie zwróciła na to uwagi i dalej człapała naprzód. Już prawie wyłoniła się z zarośli. Ze wszystkich kierunków dobiegał chór potępionych dusz, gdy stwór wyszedł na polanę.
Dwieście tysięcy nieumarłych po stronie Kanału Panamskiego, po której znajdował się mechanik, wrzeszczało w niebo. Szary wojskowy helikopter przemknął nad nimi z prędkością ponad stu węzłów, podążając wzdłuż kanału w kierunku południowo-wschodnim. Mechanik zareagował instynktownie na dźwięk silnika – wyciągnął ręce w górę, jakby chciał chwycić wielkiego ptaka na niebie i zjeść go na surowo. Oszalały z głodu, podążył wzrokiem za latającą maszyną. Dziesięć kroków później zrobił krok ponad krawędzią i wpadł w wody kanału.
Krętego koryta kanału nie wypełniała już brązowa, błotnista woda i przeprawiające się nim statki. Niegdyś ruchliwy szlak blokowały teraz wzdęte, unoszące się na powierzchni ciała. Część z nich wciąż się poruszała, nierozłożona jeszcze przez panamski upał, wilgoć ani larwy komarów, od których roiło się w wodzie. Niezliczone hordy po jednej stronie kanału ryczały i jęczały na swoich nieumarłych sobowtórów po drugiej stronie w międzykontynentalnej wersji waśni między Hatfieldami i McCoyami.

* * *


Przed anomalią świat skupiał się na wskaźniku Dow Jones Industrial Average, na zaniżanym przez rząd szacunku stopy bezrobocia, na cenach złota, na kursach walut i na globalnym kryzysie finansowym. Ci nieliczni, którzy obecnie jeszcze żyli, modlili się o powrót Dow Jonesa do 1000 punktów i o 80-procentowe bezrobocie – to i tak byłoby coś.
Warunki naziemne pogarszały się w tempie wykładniczym, odkąd po raz pierwszy potwierdzono występowanie anomalii w Chinach. W początkowych dniach kryzysu gałąź wykonawcza rządu USA podjęła decyzję, aby dokonać ataku na największe miasta Stanów Kontynentalnych w celu „uniemożliwienia lub utrudnienia nieumarłym eliminacji ocalałych obywateli Stanów Zjednoczonych”. Miasta zostały zrównane z ziemią przez eksplozje silnych głowic nuklearnych. Wiele zainfekowanych istot wyparowało w wybuchach. Ale cena za to okazała się katastrofalna. Nieumarli przebywający poza stosunkowo niewielkimi strefami zniszczeń przyjęli tak dużą dawkę promieniowania alfa, beta i gamma, że nie przeżyły w ich ciałach żadne bakterie umożliwiając rozkład, przez co martwi zostali zakonserwowani na, zdaniem naukowców, całe dekady.
Mimo wszystko przetrwała rozproszona garstka ludzi, podobnie jak część dowództwa wojskowego. W tym właśnie momencie trwała operacja mająca na celu odkrycie łańcucha zdarzeń, który sprowadził ludzkość na skraj zagłady, a może i dalej.
Za zamkniętymi drzwiami mówiło się o możliwości skonstruowania efektywnej broni masowego rażenia, której można by użyć przeciwko zainfekowanym istotom, ponieważ na planecie nie zostało dostatecznie dużo amunicji do broni ręcznej ani dość ludzi zdolnych pociągać za spust. Za jeszcze grubszymi zamkniętymi drzwiami mówiło się o innych, bardziej nikczemnych rzeczach.

* * *


– Za pięćdziesiąt kilometrów siadamy na USS „Virginia”! – krzyknął do pasażerów pilot helikoptera z policzkami pełnymi tytoniu do żucia.
System komunikacji wewnętrznej śmigłowca popsuł się kilka miesięcy temu. Teraz nadawał się tylko do rozmów między pilotem i drugim pilotem na siedzeniu obok.
Pilot był ewidentnie po sześćdziesiątce, o czym świadczyły siwe włosy, wyraźne kurze łapki i stara, sponiewierana bejsbolówka linii Air America. Pasażer w fotelu drugiego pilota nie należał do załogi – był tylko kolejnym członkiem czegoś, co w papierach figurowało jako oddział specjalny „Klepsydra”.
Od kilku miesięcy piloci byli towarem deficytowym. Większość straciła życie na misjach zwiadowczych. Pozostałe zdolne do lotu maszyny składały się z tysięcy skomplikowanych ruchomych części, które musiano skrupulatnie kontrolować i konserwować, by nie zmieniły się w bardzo drogie ozdoby ogrodowe. Starzy piloci najwyraźniej cenili sobie towarzystwo kogoś w fotelu po prawej stronie, kogoś, u czyjego boku można by zginąć, jeśli coś pójdzie nie tak, co zdarzało się często.
Pasażer zdawał się nerwowy i aż przesadnie świadomy swojego otoczenia. Uprząż zapiął bardzo ciasno, wciąż trzymał rękę na klamce drzwi i nie spuszczał z oczu panelu z kontrolkami ostrzegawczymi oraz instrumentów śmigłowca. Zaryzykował zerknięcie na ziemię – lecieli nisko i szybko. Z wnętrza kokpitu można było ulec iluzji optycznej i uznać, że helikopter leci niemal na poziomie brzegów kanału. Istoty wrzeszczały i młóciły rękami, wpadając do wody, niezdolne do przekrzyczenia ogłuszającego dźwięku silnika. Pasażer bezwiednie i z łatwością wypełniał tę lukę w swojej wyobraźni, słysząc śpiew nieumarłych w dole. Spowodowany zeszłorocznymi wydarzeniami syndrom stresu pourazowego przedarł się do jego świadomości. Instynktownie poklepał się po boku w poszukiwaniu karabinu, szykując się na kolejną katastrofę.
Nie uszło to uwadze pilota, który zaskrzeczał w mikrofon:
– Słyszałem, co ci się przytrafiło. Śmigłowiec rozbił się na pustkowiu.
Pasażer dotknął przycisku nadawania.
– Coś w tym stylu.
– Właśnie nadałeś to przez radio – mruknął zrzędliwie pilot. – Przesuwasz w dół, żeby mówić do mnie, a w górę, żeby mówić do wszystkich.
– O, przepraszam.
– Nie przejmuj się; i tak wątpię, żeby ktokolwiek nas usłyszał. Tylko te pokraki. Tam w dole łazi wielu moich kolegów po fachu. Każda wyprawa robi się coraz niebezpieczniejsza. Maszyny się rozpadają, brakuje części zamiennych… Czym się przedtem zajmowałeś?! – zawołał staruszek do mikrofonu, przekrzykując wycie zaniedbanych turbin silnika.
– Jestem oficerem wojskowym.
– W jakich oddziałach?
Pasażer zawahał się, a potem powiedział:
– W marynarce, jestem kapit… yy, komandorem porucznikiem.
Pilot zaśmiał się.
– To w końcu kim? Kapitan marynarki czy komandor porucznik, spora różnica.
– To długa i nudna historia.
– Wątpię, synu. Czym się przedtem zajmowałeś w tej marynarce?
– Lotnictwem.
– O cholera, to może chcesz pilotować przez resztę drogi?
– Nie, dzięki. Śmigłowce to nie do końca moja działka.
Pilot zarechotał na te słowa.
– Kiedy latałem na małych stałopłatach nisko nad
Laosem, jeszcze przed twoimi narodzinami, też nie potrafiłem ich pilotować.
Pasażer popatrzył na rzesze nieumarłych na ziemi i wymamrotał:
– Nie wiedziałem, że prowadziliśmy jakieś akcje nad Laosem.
Staruszek uśmiechnął się i odparł:
– Bo nie prowadziliśmy. Ale jak myślisz, niby jak ci wszyscy snajperzy z programu „Feniks” znaleźli się tak blisko generalicji Wietnamskiej Armii Ludowej? Popierdalali z karabinami setki mil przez dżunglę? Kurde… Jeśli myślisz, że „Feniks” działał tylko w Wietnamie, to może chcesz kupić ode mnie ładną posiadłość nad oceanem tu, w Panamie?
Obaj mężczyźni roześmiali się przy akompaniamencie rytmicznego łomotu łopat wirnika nad ich głowami. Pasażer sięgnął do plecaka po gumę do żucia wygrzebaną z wojskowych racji i zaoferował pilotowi pół listka.
– Nie, dzięki, gumy źle robią na protezy, a skończył mi się fixodent. No to kim są tamci z tyłu?
– Nikt ci nic nie mówi, no nie? Ten arabsko wyglądający facet to mój przyjaciel. Pozostali są z Operacji Specjalnych, albo przynajmniej z tego, co z nich zostało.
– Operacje Specjalne, hmm?
– Taa, paru nurków i tacy tam. Nie jestem pewien, czy wolno mi powiedzieć coś więcej i, szczerze mówiąc, niewiele więcej wiem.
– Rozumiem, staremu nie chcesz nic mówić.
– Nie, nie o to mi…
– Żartuję, nie przejmuj się. Sam też czasem musiałem trzymać gębę na kłódkę.
Upłynęło jeszcze kilka hałaśliwych minut, aż wreszcie pilot wskazał pomarszczonym palcem horyzont i powiedział:
– Tam jest Pacyfik. Współrzędnie „Virginii” są na tamtej kartce. Możesz je wstukać do nawigacji inercyjnej?
– Nie ma problemu.
Po wprowadzeniu współrzędnych pilot odbił o kilka stopni w prawo i dalej trzymał kurs.
– Więc jak ci na imię, synu?
– Mój przyjaciel, tamten z tyłu, mówi mi Kilroy, w skrócie Kil. A tobie?
– Jestem Sam. Miło cię poznać, choć to może być pierwszy i ostatni raz.
– Cóż, Sam, widzę, że umiesz podtrzymać człowieka na duchu.
Sam uniósł rękę, postukał w szybkę na górnym panelu kontrolnym i powiedział:
– Znasz ryzyko, Kilroy. Nie wiadomo, gdzie popłyniesz tą swoją czarną łódką podwodną. Dokądkolwiek by cię zabrała, możesz się założyć, że będzie tam równie niebezpiecznie jak tu pod nami. Nigdzie nie ma bezpiecznych stref.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2018-10-22 (25 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej