Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kolekcjoner motyli
 
Katalog - dodano
 Lanny
- Max Porter
 Pułapka Tesli (wyd.2)
- Andrzej Ziemiański
 Port Cieni
- Glen Cook
 Notebook
- Tomasz Lipko
 Login
- Tomasz Lipko
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Oczy uroczne'' - Marta Kisiel



Był już wczesny wieczór, kiedy z klatki schodowej dobiegł odgłos zatrzaskującej się z hukiem bramy. Paczka po czipsach już dawno leżała na podłodze, razem z pustym pudełkiem po pizzy hawajskiej i na wpół opróżnioną butelką lemoniady, a koza w szaliczku grała razem z Michałką w wyścigi samochodowe. I znowu wygrywała.
— ZARAZ! — ryknął Michałko na dźwięk dzwonka. Dopiero pół okrążenia później, kiedy jego klęska była już przesądzona, a nawet przypieczętowana, zwlókł się z wersalki i poczłapał do drzwi.
Na klatce schodowej stała postawna kobieta z najbardziej nieposkromioną fryzurą, jaką kiedykolwiek widział. Wcale by się nie zdziwił, gdyby te szalone, ciemne loki, które sterczały na wszystkie strony, skusiły jakiegoś ptaka do uwicia sobie w nich gniazda. Prawdę mówiąc, wzrok wespół ze słabym światłem pojedynczej żarówki na dzień dobry spłatały mu figla, bo w pierwszej chwili Michałko dałby sobie rękę uciąć, że z włosów kobiety tu i tam naprawdę sterczy jakaś zaplątana gałązka czy listek. I w ogóle cała wydawała mu się dziwnie… drzewiasta? Może to przez tę fryzurę właśnie, może przez ciemnoszarą kurtkę do kolan, a może przez te wielkie, zielone oczy, które przypatrywały mu się ni to życzliwie, ni to przewrotnie. Między nimi, u nasady nosa, czerwieniło się znamię.
— Dzień dobry.
— Eee… dzień dobry — Michałko odparł odruchowo, wciąż zapatrzony w nieznajomą, dopóki go nie olśniło, skąd znał ten ciepły głos. — A, no tak! Pani przyszła… znaczy, pani może po?… — zawiesił konspiracyjnie głos.
Kobieta uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Po — przytaknęła, z miejsca łapiąc, skąd ta oszczędność w słowach.
— Jasne. Eee, proszę, pani… wejdzie — dokończył chłopak, choć raczej należałoby powiedzieć, że „wciśnie”.
Mieszkanie na piętrze — tuż nad zakładem kamieniarskim, z widokiem wprost na szeroki wybór nagrobków — było niewielkie, zapuszczone i wyposażone we własny, niepowtarzalny mikroklimat. Składało się z wąskiego, acz długiego korytarza, maciupkiej łazienki, kuchni oraz pokoju, w którym znalazłoby się chyba wszystko, może z wyjątkiem świeżego powietrza. Jedyną oazą porządku we wszechobecnym chaosie była tu szafka na wprost zapadniętej wersalki — centrum dowodzenia prywatnym wszechświatem Michałki. Miejsce przynależne wizerunkowi bóstwa najwyższego zajmował wielki telewizor w towarzystwie konsoli i zestawu głośników, z których właśnie dobiegał przeraźliwy pisk opon.
— No bo wie pani, to było tak — sam z siebie zaczął tłumaczyć Michałko, oglądając się na nieznajomą, która podążała za nim korytarzem. — Ja ją spotkałem w lesie, tę pani…
— Kozę — dokończyła gładko. Nawet jej powieka nie drgnęła.
— Kozę. I ona tak szła, wie pani, ta… ta…
— Koza.
— Koza. Tak. Więc ona szła, ale tak… tak dziwnie. No jakby chciała, żebym szedł za nią, serio! Więc szedłem w ten las. I ona też szła. I tak żeśmy szli chyba z godzinę, ja i ten… to… ta… — Tu Michałko znowu się zaciął. Wszystko w nim krzyczało, że jaka koza, człowieku, kozy nie żrą czipsów jak małpa kit, znaczy, może i żrą, ale na pewno nie grają w Colina McRae, paląc gumy i biorąc wiraże, jakby się urodziły z padem w kopycie!!! Mimo to kobieta dokończyła niezmiennie:
— Koza.
Michałko stanął w drzwiach pokoju. Rzucił okiem na kozę — właśnie przeżuwała ostatni kawałek pizzy, driftując profesjonalnie — a potem zebrał się na odwagę i spojrzał prosto w twarz nieznajomej.
— Ona… ona sporo umie — wydusił. — Jak na kozę.
— Bo to bardzo mądra koza.
— I tak… no… dużo mówi, nie?
— Owszem, ma dość bogate słownictwo. Jak na kozę — dodała niewzruszenie kobieta.
Michałko zaczął się pocić. W tym pojedynku nerwów to ona prowadziła — i miała tego pełną świadomość. Przechyliła głowę i uśmiechnęła się trochę tajemniczo, trochę niepokojąco, a przy tym serdecznie. I Michałko sam już nie wiedział, kto tu jest dziwniejszy, czy koza w szaliczku, która wyjadła mu cały zapas czipsów, czy jednak kobieta, którą po nią przyszła.
— Ta… koza… domagała się, żebym ją zapiął w foteliku — wymamrotał pod wpływem jej uśmiechu. — Takim dla dzieci, samochodowym. Jak siostra idzie na nockę, to odbieram jej młodego z przedszkola, więc mam taki fotelik, nie? W bagażniku wożę. Taki wypasiony, z homo… czymś tam. No to ją zapiąłem…
— Słusznie. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
— Chciała jechać tyłem!!!
Wzruszyła ramionami.
— Przy tym wzroście i masie to najbezpieczniejsza opcja.
— Jezu… — Michałko starł pot czoła rękawem i wziął głęboki wdech. — Okej. Dobra. Dobra. Koza. Okej. Jasne. Więc… więc ją zapiąłem. I przywiozłem tutaj. I zadzwoniłem do pani, nie? A potem ta pani koza mówiła, że jest głodna, to dałem jej jeść.
— Mówił.
— Co?…
— Mówił — powtórzyła. — To jest w zasadzie samiec. Ma na imię Bazyl.
— Serio? — zdziwił się Michałko i odruchowo zerknął w rejony, w których koza standardowo różni się od kozła.
— Wypraszam szobje! — fuknął Bazyl i naciągnął szaliczek aż do kolan. — Tak bliszko jeszcze ne jeszteszmy!
— Bazylku, dobrze wiesz, że nie powinieneś jeść czipsów — kobieta zwróciła się do kozy surowym tonem, chociaż jej roziskrzone oczy zdradzały, że z trudem powstrzymywała śmiech. — Nie służą ci na żołądek.
— Ej, myślałem, że koza zeżre wszystko — wtrącił Michałko.
— Zeżreć zeżre — odparła kobieta i westchnęła. — Sęk w tym, że nie wszystko strawi.
— Aaa… Przesraniutko.
— Och, żebyś ty wiedział… Bazylku, kończ zabawę. Przed nami kawał drogi.
Westchnąwszy ciężko, Bazyl odłożył pada i zeskoczył z wersalki.
— Masz mosze kaszk? — zwrócił się do Michałki, przewieszając sobie torebeczkę przez ramię.
— Czo… znaczy, co takiego?
— Kask — przetłumaczyła nieznajoma. — Będziemy wracać na rowerze, a kask Bazyla został w domu. Jutro ci zwrócę.
Koza na rowerze to już było stanowczo za wiele jak na gust Michałki.
Kwadrans później wyglądał przez uchylone okno i ponad granitowymi nagrobkami obserwował, jak nieznajoma pomagała kozie w szaliczku i kasku umościć się w koszyku rowerowym.
— Odzinko, kupimy szobe konszole? — dobiegło go jeszcze, gdy wreszcie ruszyli.
— Bazylku, przecież my nawet nie mamy telewizora.
— To mosze choczasz pada?
— A na co ci pad bez konsoli?
— No wjesz. Do szymulaczji.
— Symulacji czego?
— No… no pszeczesz, że konszoli!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2019-02-27 (84 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej