Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Mroczne Słońce
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Era supernowej'' - Cixin Liu



PROLOG



W tamtych dniach Ziemia była planetą w kosmosie.
W tamtych dniach Pekin był miastem na Ziemi.
W morzu świateł tego miasta była szkoła podstawowa, a w jednej z sal tej szkoły odbywało się przyjęcie pożegnalne ostatniej klasy, na którym, jak zawsze w takich wypadkach, dzieci rozmawiały o swoich aspiracjach.
–  Ja chcę być generałem! – powiedział Lü Gang, chudy chłopiec, który promieniował siłą mimo mizernej postury.
–  Nuda! – zareagował na to ktoś inny. – Nie będzie żadnej wojny, więc generał może tylko musztrować swoich żołnierzy.
–  A ja chcę zostać lekarką – rzekła cicho Lin Sha, wzbudzając drwiący śmiech reszty.
–  Oczywiście. Kiedy ostatnim razem pojechaliśmy na wieś, bałaś się nawet widoku kokonów, a chcesz rozcinać ludzi?
–  Moja mama jest lekarką – odparła, przedstawiając to albo jako dowód, że się nie boi, albo powód swojego pragnienia.
Zheng Chen, ich młoda wychowawczyni, patrzyła przez okno na światła miasta, zatopiona w myślach, ale teraz odwróciła się do klasy.
–  A ty, Xiaomeng? Co chcesz robić, kiedy dorośniesz? – zapytała uczennicę, która stała obok niej i też patrzyła przez okno.
Dziewczynka była skromnie ubrana, a w jej wielkich uduchowionych oczach widać było melancholię i dojrzałość niepasujące do jej wieku.
–  Moja rodzina nie jest bogata. Będę mogła pójść tylko do szkoły zawodowej – powiedziała z lekkim westchnieniem.
–  A ty jakie masz plany, Huahua? – Zheng Chen zwróciła się do ładnego chłopca, którego oczy zawsze rozjaśniała wesołość, jakby świat pełen był co chwila odpalanych fajerwerków.
–  Przyszłość jest tak fajna, że nie mogę się zdecydować. Ale czymkolwiek się zajmę, chcę być w tym najlepszy!
Ktoś powiedział, że chce zostać sportowcem, ktoś inny dyplomatą. Gdy jedna z dziewczynek oświadczyła, że chce zostać nauczycielką, Zheng Chen rzekła: „To niełatwe”, a potem znowu odwróciła się do okna.
–  Wiedziałaś, że pani Zheng jest w ciąży? – zapytała szeptem inna dziewczynka.
–  Tak. A w przyszłym roku, akurat kiedy będzie rodziła, w szkole zaplanowane są zwolnienia, więc sprawy nie wyglądają dobrze – odparł siedzący obok niej chłopiec.
Po tych słowach Zheng Chen się roześmiała.
–  Wasza nauczycielka teraz nie o tym myśli. Zastanawiam się, jaki będzie świat, kiedy moje dziecko będzie w waszym wieku.
–  To wszystko jest strasznie nudne – rzekł szczupły chłopiec. Nazywał się Yan Jing, ale z powodu grubych szkieł, które nosił wskutek krótkowzroczności, wszyscy mówili na niego Okularnik. – Nikt nie wie, co przyniesie przyszłość. Jest nieprzewidywalna. Wszystko się może zdarzyć.
– Nauka może przedstawiać prognozy – powiedział Huahua. – Robią to futurolodzy.
Okularnik potrząsnął głową.
–  To nauka mówi nam, że przyszłość jest nieprzewidywalna. Wszelkie prognozy futurologów są nieprecyzyjne, bo świat jest chaotycznym układem.
–  Słyszałem o tym. Kiedy motyl machnie skrzydełkiem, w innej części świata powstaje huragan.
–  Zgadza się – rzekł Okularnik, kiwając głową. – Chaotyczny układ.
–  Marzę o tym, by być tym motylem – powiedział Huahua.
Okularnik ponownie potrząsnął głową.
–  Zupełnie nie rozumiesz. Wszyscy jesteśmy motylami. Każde ziarnko piasku i każda kropla deszczu jest motylem. Właśnie dlatego świat jest nieprzewidywalny.
–  Mówiłeś kiedyś o zasadzie nieokreśloności…
–  Zgadza się. Mikrocząstek nie da się przewidzieć. Istnieją tylko jako możliwość. A zatem cały świat jest nieprzewidywalny. Jest też teoria wielu światów, która mówi, że gdy rzucasz monetę, świat rozszczepia się na dwoje i moneta ląduje awersem w jednym świecie, a rewersem w drugim…
Zheng Chen się roześmiała.
–  Ty sam jesteś wystarczającym dowodem na to. Kiedy byłam w twoim wieku, nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia uczeń szkoły podstawowej będzie wiedział tak dużo.
–  Okularnik czyta mnóstwo książek! – powiedział ktoś, a pozostali pokiwali głowami.
–  Dziecko pani Zheng będzie jeszcze bardziej zdumiewające. Kto wie, może dzięki inżynierii genetycznej będzie miało prawdziwe skrzydła – powiedział Huahua i wszyscy się roześmiali.
–  Dzieci – powiedziała wychowawczyni, stając przed nimi – przyjrzyjcie się ostatni raz swojej szkole.
Wyszli z klasy i ruszyli za nauczycielką przez teren zespołu szkolnego. Większość lamp była zgaszona i odległe światła miasta nadawały ogrodzonemu obszarowi aurę leniwego spokoju. Minęli dwa budynki z salami lekcyjnymi, budynek administracji, bibliotekę, a na koniec rząd migdałeczników, za którymi było boisko. Czterdzieścioro troje dzieci stanęło wokół młodej wychowawczyni, która wyciągnęła ręce ku niebu z ledwie widocznymi nad łuną świateł miasta gwiazdami i powiedziała:
–  No i skończyło się wasze dzieciństwo.
W tamtych dniach Ziemia była planetą w kosmosie.
W tamtych dniach Pekin był miastem na Ziemi.
Ta historia może się wydawać pozbawiona znaczenia. Czterdzieścioro troje dzieci kończy spokojną szkołę podstawową i każde z nich wkracza na swoją drogę życia.
Ten wieczór może się wydawać zwykłym wieczorem, chwilą w upływie czasu pomiędzy nieskończoną przeszłością i bezgraniczną przyszłością. „Nie można wejść po raz drugi do tej samej rzeki” to tylko rojenia starożytnego Greka, bo rzeka czasu jest rzeką życia, a ta rzeka płynie bez końca z tą samą niezmienną prędkością, jest wiecznym przepływem życia, historii i czasu.
Tak myśleli mieszkańcy tego miasta. Tak myśleli mieszkańcy północnochińskich równin. Tak myśleli mieszkańcy Azji. I tak myślały wszystkie bytujące na tej planecie istoty należące do opar¬ tej na węglu formy życia zwanej człowiekiem. Na tej półkuli kołysał ich do snu upływ czasu. Zasypiali przekonani, że żadna siła nie zmoże świętej wieczności i że obudzą się o świcie, który będzie taki sam jak niezliczone świty przed nim. Ta wiara tkwiąca w głębi ich świadomości zapewniała im spokojne sny, które śniły niezliczone pokolenia ich przodków.
Była to spokojna szkoła podstawowa w spokojnym miejscu na obrzeżach rozświetlonego wieczorem wielkiego miasta.
Czterdzieścioro troje trzynastolatków i ich wychowawczyni patrzyli na gwiazdy. Zimowe konstelacje – Byk, Orion i Wielki Pies – były już pod horyzontem i od niedawna rozpościerały się na niebie letnie gwiazdozbiory – Lutnia, Herkules i Waga. Każda gwiazda była niczym odległe oko mrugające do ludzkiego świata z głębi wszechświata. Jednak tej nocy to spojrzenie było trochę inne.
Tej nocy znana ludzkości historia dobiegła końca.


1. MARTWA GWIAZDA
Koniec



Astronomowie odkryli w przestrzeni kosmicznej w promieniu dziesięciu lat świetlnych od Ziemi jedenaście gwiazd: układ potrójny złożony z Proximy Centauri, Alfy Centauri A i Alfy Centauri B, dwa układy podwójne – Syriusza A i Syriusza B oraz Luytena 7268 A i Luytena 7268 B, a także cztery gwiazdy pojedyncze – Gwiazdę Barnarda, Wolf 359, Lalande 21185 i Ross 154. Nie wykluczali, że na odkrycie czekają inne, albo przyćmione, albo przesłonięte przez pył międzygwiezdny.
Zauważono w tym rejonie obecność dużej ilości pyłu kosmicznego rozciągającego się niczym ciemna chmura w czarnej nocy kosmosu. Gdy skierowano na tę odległą chmurę czujniki promieniowania ultrafioletowego jednego ze sztucznych satelitów, w widmie absorpcji znaleziono szczyt o wielkości 216 mm, co dawało podstawy do przypuszczeń, że chmurę tę tworzą mikrocząstki węgla, a jej zdolność odbijania zdawała się świadczyć, iż pokrywa ją cienka warstwa lodu. Cząstki te mieściły się w przedziale od 2 do 200 nm, czyli miały mniej więcej taką samą długość fali jak światło widzialne, przez co je odwracały.
Ten obłok przesłaniał gwiazdę, która znajdowała się osiem lat świetlnych od Ziemi. Miała średnicę dwadzieścia trzy razy większą od Słońca i sześćdziesięciokrotnie większą masę, ale nie znajdowała się już na etapie głównym ciągu, lecz w ostatniej fazie swej ewolucji i dobiegała kresu istnienia. Nazwiemy ją Martwą Gwiazdą.
Gdyby nawet Martwa Gwiazda miała pamięć, nie pamiętałaby swego dzieciństwa. Urodziła się pięćdziesiąt milionów lat temu z matki mgławicy. Ruch atomów i promieniowanie z galaktycznego centrum przerwały bezruch mgławicy, której cząstki ścięły się wokół środka przyciągania grawitacyjnego. Ta majestatyczna burza pyłowa trwała dwa miliony lat, a w tym czasie atomy wodoru w jej jądrze zaczęły się stapiać w atomy helu. W tym palenisku narodziła się Martwa Gwiazda.
Po dramatycznym dzieciństwie i burzliwej młodości energia fuzji powstrzymała zapaść jej skorupy i Martwa Gwiazda wkroczyła w długi wiek średni. W przeciwieństwie do godzin, minut i sekund jej dzieciństwa ewolucja ta odbywała się setki milionów lat i utworzyła nowy spokojny świetlny punkt na rozległym oceanie gwiazd galaktyki. Ale przelot nad powierzchnią Martwej Gwiazdy pokazałby, że ten spokój jest iluzoryczny. Była ona morzem atomowego ognia, ogromne płomienie rozpalały do czerwoności i wyrzucały w przestrzeń kosmiczną wysokoenergetyczne cząstki niczym porywy wiatru. Z głębi gwiazdy buchała straszliwa energia i wzbierała oślepiającymi falami na tym morzu, nad którym szalała nieustanna jądrowa burza, a ciemnoczerwona plazma przewalała się w silnym polu magnetycznym, sięgając w kosmos mackami o długości miliona kilometrów… Ludzki umysł nie pojąłby ogromu Martwej Gwiazdy; w porównaniu z tym morzem ognia Ziemia była jak piłka do koszykówki wrzucona do Pacyfiku.
Martwa Gwiazda powinna być bardzo dobrze widoczna na niebie. Gdyby nie pył międzygwiezdny, który inkubował inną gwiazdę odległą o trzy lata świetlne od Ziemi, to przy obserwowalnej wielkości 7,5 świeciłaby na ludzką historię pięć razy jaśniej niż Syriusz, najjaśniejsza z gwiazd na niebie, tak jasno, że w bezksiężycową noc oświetlone przez nią przedmioty rzucałyby cienie, nadając ziemskim wydarzeniom sentymentalną nutę.
Wiodąc wspaniały żywot, płonęła bez żadnych wypadków przez czterysta sześćdziesiąt milionów lat, ale zimna ręka zasady zachowania energii sprawiła, że pewne zmiany wewnętrzne stały się nieuniknione – ogień fuzji jądrowej uszczuplił zasoby wodoru, a hel, jej produkt uboczny, zapadał się do środka i z czasem gromadziło się go tam coraz więcej. W tak gigantycznym obiekcie proces ten przebiegał niezwykle wolno, przy tym tempie cała ludzka historia była tylko pstryknięciem palcami, ale po czterystu osiemdziesięciu milionach lat ten ubytek miał zauważalny skutek – zgromadziło się tyle bardziej obojętnego helu, że źródło energii gwiazdy się wyczerpało. Zestarzała się.
Ale inne, bardziej skomplikowane prawa fizyki sprawiły, że Martwa Gwiazda miała zakończyć życie w blasku chwały. Gęstość helu w jej wnętrzu wzrosła, a reakcje termojądrowe nadal przebiegające w pozostałym wodorze wytworzyły tak wysoką temperaturę, że wystarczyło to do zainicjowania fuzji helu, która strawiła w nuklearnym piekle całość tego pierwiastka. Wskutek tego Martwa Gwiazda zapłonęła silnym światłem, ale ponieważ energia helu równała się tylko jednej dziesiątej energii wodoru, jeszcze bardziej osłabiło to gwiazdę. Nazwane przez astronomów rozbłyskiem helu światło tego zjawiska dotarło trzy lata później do obłoku pyłu międzygwiezdnego. Fala czerwonego światła o względnie dużej długości przeszła przez tę barierę kosmiczną. Podróżowało kolejnych pięć lat i przybyło do dużo mniejszej zwykłej gwiazdy, Słońca, oraz do przyciąganych przez jej siłę grawitacji garści pyłu kosmicznego, zwanych przez ludzi Plutonem, Neptunem, Uranem, Saturnem, Jowiszem, Marsem, Wenus i oczywiście Ziemią. Zdarzyło się to w 1775 roku.
Tamtego wieczoru na północnej półkuli Ziemi, w angielskim uzdrowisku Bath, obok wspaniałej sali muzycznej, urodzony w Niemczech organista nazwiskiem Frederick William Herschel patrzył łakomie na wszechświat przez teleskop własnego projektu. Tak bardzo fascynowała go roziskrzona Droga Mleczna, że całe życie poświęcił teleskopom, zapominając nawet o jedzeniu, tak że jego siostra Caroline musiała go karmić łyżką, podczas gdy on kontynuował obserwację. Podczas wielu lat spędzonych przed teleskopem ten najznakomitszy z osiemnastowiecznych astronomów oznaczył na mapie siedemdziesiąt tysięcy gwiazd, ale przeoczył tę, która odegrała największą rolę w dziejach ludzkości. Owej nocy na zachodniej stronie nieba pojawiło się nagle w gwiazdozbiorze Woźnicy, pomiędzy Kapellą i Menkalinanem, czerwone ciało. Przy obserwowalnej wielkości 4,5 nie było na tyle jasne, by zauważył je laik, nawet gdyby znał jego położenie, ale dla astronoma ta czerwona gwiazda była jak wielka latarnia, którą Herschel mógłby odkryć, gdyby wzorem swych kolegów z epoki przed Galileuszem patrzył na niebo gołym okiem zamiast przez okular teleskopu. Odkrycie to mogłoby zmienić bieg ludzkich dziejów dwieście lat wcześniej. Ale jego uwagę pochłaniał całkowicie teleskop mający zaledwie dwa cale średnicy i skierowany w zupełnie inną stronę, podobnie jak, niestety, teleskopy w obserwatoriach Greenwich i Hven oraz wszystkie inne na świecie… Czerwona gwiazda w gwiazdozbiorze Woźnicy świeciła przez całą noc, ale następnej nocy zniknęła.
Tej samej nocy tego samego roku na kontynencie zwanym Ameryką Północną drogą na zachód od Bostonu wlokło się ośmiuset angielskich żołnierzy, którym czerwone mundury nadawały wygląd pochodu duchów. Ściskając muszkiety w chłodnym wiosennym wietrze, liczyli na to, że przed świtem uda im się dotrzeć do Concord, miasta odległego o dwadzieścia siedem kilometrów od Bostonu i zgodnie z rozkazem gubernatora Massachusetts Thomasa Gage’a zniszczyć arsenał minutemenów i aresztować ich przywódców. Ale kiedy niebo poszarzało i w sączącym się z góry świetle nabrały kształtów lasy, chaty i płoty pastwisk, żołnierze rozejrzeli się i stwierdzili, że dotarli tylko do miasteczka Lexington. Z gąszczu przed nimi dobiegł nagły błysk i ciszę poranka przerwał rozdzierający uszy huk, a potem posypał się grad kul – poruszenie w łonie rodzących się Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Na rozległym kontynencie po drugiej stronie Oceanu Spokojnego już od pięciu tysięcy lat rozwijała się cywilizacja. W owym czasie w tej starożytnej krainie ludzie ciągnęli dzień i noc do stolicy królestwa, taszcząc ogromne ilości antycznych ksiąg zebranych ze wszystkich zakątków swej ziemi. Cesarski edykt o stworzeniu Siku Quanshu został wydany już przed dwoma laty, a księgi wciąż napływały. W ogromnej drewnianej sali Zakazanego Miasta cesarz Qianlong stale obchodził rzędy półek z pracami zgromadzonymi w celu stworzenia biblioteki, podzielonej teraz na cztery ogólne działy: teksty klasyczne, historie, mistrzowie i antologie. Zostawiwszy orszak na zewnątrz, ostrożnie wchodził do archiwum, a trzech uczonych z pawimi piórami na kapeluszach*, Dai Zhen, Yao Nai i Ji Yun, oświetlało mu drogę latarniami. To oni, a nie członkowie utytułowanych rodów, byli prawdziwymi autorami encyklopedii. Wysokie półki przesuwały się powoli obok czterech mężczyzn niczym czarne mury domów w mdłym świetle latarni. Doszli do sterty bambusowych zrazów; cesarz ujął w trzęsące się dłonie jeden z nich. W drgającym żółtym świetle miał wrażenie, jakby znalazł się na ciemnym dnie wąwozu o zboczach z książek, wąwozu w górze czasu, pod którego ścianą mówiły do niego w milczeniu niezliczone duchy z okresu pięciu tysięcy lat.
–  Oto obraz przemijania, Wasza Wysokość – wyszeptał jeden z encyklopedystów.
Niewyobrażalnie daleko w przestrzeni kosmicznej Martwa Gwiazda kontynuowała marsz ku zagładzie. Nadal pojawiały się na niej rozbłyski helu, ale mniejsze niż wcześniej, a skutkiem fuzji helu stało się nowe jądro składające się z węgla i tlenu. Potem jądro zapaliło się, wytwarzając neon, siarkę i krzem, a następnie w gwieździe pojawiła się duża liczba neutrin, widmowych cząstek, które zabierały energię z jądra, nie wchodząc w interakcje z żadną materią. Z czasem środek Martwej Gwiazdy stracił zdolność podtrzymywania jej ciężkiej skorupy i grawitacja, która dała jej nowe życie, dokonała czegoś przeciwnego. Pod jej wpływem gwiazda zapadła się w gęstą kulę, tworzące ją atomy zostały zmiażdżone wskutek działania nieprawdopodobnej siły, neutrony roztrzaskały się o inne neutrony. Teraz łyżeczka materii Martwej Gwiazdy miała masę miliarda ton. Najpierw zapadło się jądro, a potem niczym niepodtrzymywana skorupa spadła na gęsto upakowany środek, uruchamiając ostatnią reakcję jądrową.
Trwający pięćset milionów lat epos grawitacji i ognia zakończył się rozsadzającym kosmos śnieżnobiałym wybuchem i Martwa Gwiazda rozpadła się na biliony fragmentów i masę kosmicznego pyłu. Jej ogromna energia, zamieniona na strumień promieniowania elektromagnetycznego i cząstki o wysokiej energii, pędziła we wszystkie strony. Trzy lata po wybuchu ta fala energii łatwo przeszła przez obłok kurzu kosmicznego i skierowała się ku Słońcu.
Kiedy Martwa Gwiazda wybuchła, w odległości ośmiu lat świetlnych od niej rozkwitała ludzkość. Chociaż ludzie wiedzieli, że żyją na pyłku kurzu w kosmosie, tak naprawdę nigdy nie pogodzili się z tym faktem. W tysiącleciu, które się właśnie zakończyło, ujarzmili niezwykłą moc rozszczepienia jądra i fuzji jądrowej i stworzyli maszyny wykorzystujące impulsy elektryczne w krzemie, wyobrażając sobie, że mogą podbić wszechświat. Nikt nie wiedział, że energia z Martwej Gwiazdy nieuchronnie zmierza z prędkością światła ku ich małej błękitnej planecie.
Minąwszy trzy gwiazdy Centaura, światło Martwej Gwiazdy podróżowało jeszcze przez cztery lata przez niezmierzoną pustkę przestrzeni kosmicznej, nim dotarło do obrzeży Układu Słonecznego. W tym rejonie zamieszkanym tylko przez komety bez ogonów energia Martwej Gwiazdy zetknęła się po raz pierwszy z ludzkością – ponad miliard kilometrów od Ziemi obiekt wykonany przez człowieka kontynuował samotny lot w głąb Drogi Mlecznej. Był to Voyager, sonda międzygwiezdna wystrzelona z Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Jej ukształtowana jak dziwaczny parasol paraboliczna antena skierowana była w stronę Ziemi. Wiozła wizytówkę, płytkę ze stopu ołowiu z rysunkami dwojga nagich ludzi, dysk z pozdrowieniami sekretarza generalnego ONZ dla obcych cywilizacji, nagrania obrazów ziemskich oceanów, dźwięki głosów ptaków i tradycyjną chińską melodię Liu shui. Wysłany do Galaktyki ziemski emisariusz poznał smak ponurości kosmosu, gdy wszedł w światło Martwej Gwiazdy i natychmiast przemienił się w bryłę płonącego metalu. Jego antena wypaczyła się, gdy temperatura nagle skoczyła w górę od niemal zera absolutnego. Intensywne promieniowanie przeładowało licznik Geigera, który zaczął pokazywać tylko zera. Czujnik promieniowania ultrafioletowego i przyrządy mierzące pole magnetyczne zachowały sprawność i w ciągu zaledwie dwóch sekund, zanim ich obwody zostały spalone, Voyager przesłał swym ziemskim twórcom strumień niewiarygodnych danych, które z powodu uszkodzenia anteny nigdy nie zostaną odebrane przez instrumenty o wielkiej czułości w Nevadzie i Australii. Ale nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ ludzkość będzie wkrótce sama mogła zmierzyć to, co niewiarygodne.
Promień Martwej Gwiazdy przekroczył granicę Układu Słonecznego i wzniósł obłok pary na powierzchni Plutona z niebieskiego zestalonego azotu, a potem napotkał Neptuna i Uran i zmienił ich pierścienie na krystalicznie czyste. Burza cząstek o wysokiej energii przeszła obok Saturna i Jowisza tuż po rozpoczęciu pożegnalnego przyjęcia przez pekińskie dzieci i wzbudziła fosforescencję ciekłej materii obu planet. Energia pędziła z prędkością światła jeszcze przez pół godziny i dotarła na Księżyc, rzucając oślepiające światło na Mare Imbrium i krater Kopernik. Rozświetliła ślady stóp zostawione czterdzieści lat wcześniej przez Neila Armstronga i Buzza Aldrina na oczach setek milionów telewidzów na pobliskiej błękitnej planecie, którzy w tej chwili podniecenia byli przekonani, że kosmos stoi przed nimi otworem.
Sekundę potem światło Martwej Gwiazdy zakończyło ośmioletnią podróż przez przestrzeń kosmiczną na Ziemię.


Słońce o północy



Jest środek dnia!
To była pierwsza reakcja dzieci, kiedy odzyskały wzrok. Świat¬ ło pojawiło się tak nagle, jakby ktoś włączył kosmiczny kontakt, i na chwilę je oślepiło.
Była 20.18, ale dzieci stały w palącym blasku południowego słońca. Spojrzały w górę i zaparło im dech. Niebo nie było błękitne jak zwykle w słoneczny dzień, lecz oszałamiająco niebieskoczarne, jak kolor na prześwietlonej kliszy. I wydawało się niezwykle czyste, jakby ściągnięto z niego szarobiałą skórę i ciało nieba miało zacząć za chwilę krwawić. Miasto było jaskrawo oświetlone, a na widok słońca dzieci krzyknęły z trwogi.
To nie było słońce dobrze znane ludzkości!
Światło, które wdarło się na nocne niebo, było zbyt silne, by można było patrzeć na nie wprost, ale zerkając przez palce, dzieci widziały dziwne słońce, nie okrągłe, lecz bezkształtne jak inne widzialne gwiazdy, emitujące białe światło z jakiegoś miejsca we wszechświecie, plamę, która jednak wcale nie wydawała się mała. Miała niezwykle dużą moc jasności – 51,23, prawie o rząd wielkości większą od Słońca, które od dawna świeciło nad Ziemią, i rozcapierzała się na zachodniej stronie nieba niczym oślepiający jadowity pająk.
Martwa Gwiazda ukazała się nagle i po paru sekundach osiągnęła szczyt jasności. Najpierw zobaczono ją na półkuli wschodniej i niemal natychmiast wybuchła wielka panika. Wszyscy stracili zdolność normalnego myślenia i działania; cały świat był sparaliżowany. Najwspanialej spektakl ten wyglądał na Atlantyku oraz na zachodnim wybrzeżu Europy i Afryki. Oto relacja naocznego świadka, który obserwował to zjawisko na Atlantyku:
O świcie odkryliśmy anomalię – kiedy Słońce wzniosło się nad ocean, zza wschodniego horyzontu nadal napływało światło, białe, promieniujące z jakiegoś nieznanego źródła pod powierzchnią wody, jakby pod oceanem ukryta była olbrzymia lampa. Było coraz bardziej intensywne. Było to tak dziwne, że zaniepokoiło wszystkich na pokładzie. W radiu rozlegał się tylko szum. Ten drugi świt robił się coraz jaśniejszy, a „poranne” chmury świeciły oślepiającym światłem, jak włókna żarówek. […] Wraz z tą jasnością wzrastał nasz strach. Wszyscy wiedzieliśmy, że w pewnym momencie pojawi się źródło tego światła, ale nikt nie wiedział, co zobaczymy. W końcu, trzy godziny po świcie, zobaczyliśmy drugi wschód słońca. Najlepszy opis tego nowego słońca dał później kapitan: „To jest jak gigantyczna kosmiczna spawarka!”. Z dwóch słońc na niebie bardziej przerażające było nasze stare – tak dużo ciemniejsze od nowego, że w porównaniu z nim wyglądało jak czarne! Nie wszyscy mogli znieść ten koszmar, a niektórzy tarzali się jak szaleńcy po pokładzie albo wyskakiwali za burtę.
Za: Albert G. Harris, Świadek Martwej Gwiazdy, Londyn, 6 r. e.s.

Zanim dzieci na boisku odzyskały zmysły, w atmosferze zjonizowanej przez promieniowanie Martwej Gwiazdy pojawiły się błyskawice. Długie purpurowe łuki krzyżowały się na niebie i stawały się coraz gęściejsze, przetaczał się ogłuszający grzmot.
–  Do klasy! Szybko! – krzyknęła Zheng i wszyscy popędzili z powrotem do budynku, chroniąc uszy przed hukiem gromów, które zdawały się grozić rozłupaniem świata na dwie części.
Znalazłszy się w środku, dzieci stłoczyły się wokół wychowawczyni. Przez okna po jednej stronie klasy wpadało światło Martwej Gwiazdy, malując wyraźne prostokąty na podłodze; błyskawice widoczne przez okna po drugiej stronie wypełniały tę część pomieszczenia purpurowym blaskiem. W naelektryzowanym powietrzu z metalowych elementów ubrań dzieci sypały się z trzaskiem iskry, w końcu stanęły im włosy na głowach i poczuły mrowienie skóry, jakby z ich odzieży wyrosły kolce.

Oto zapis rozmów między rosyjską stacją kosmiczną Mir, kosmodromem Bajkonur w Kazachstanie i amerykańskim promem kosmicznym Zeus, sporządzony przez ostatnią załogę Mira przed opuszczeniem przez nią orbity.

Dowódca: D.A. Worcew
Inżynier pokładowy: B.G. Tinowicz
Inżynier mechanik: J.N. Bykowski
Inżynier środowiska: F. Lefsen
Lekarz pokładowy: Nikita Kasjanienko
Załoga: Joe La Mure, badacz zajmujący się fizyką ciała stałego; Aleksandr Andriew, astrofizyk

Komunikacja na falach radiowych:
10.20:10, Mir: Don wzywa Bajkonur! Don wzywa Bajkonur! Ba¬ za, odbiór. Baza, odbiór.
(Brak odpowiedzi. Szum).
10.21:30, baza: Tu baza w Bajkonurze! Bajkonur wzywa Don.
Proszę, odpowiedz.
(Brak odpowiedzi. Szum).

Komunikacja w podczerwieni:
10.23:20, Mir: Baza, tu Mir. Interferencje w systemie głównym są zbyt duże, więc rozpoczęliśmy komunikację zapasową. Proszę odpowiedzieć.
10.23:25, baza: Słyszymy was, ale sygnał nie jest stabilny.
10.23:28, Mir: Mamy kłopoty z ustawieniem kierunku aparatury nadawczoodbiorczej. Z powodu promieniowania wysiadły czipy obwodu sterowania kierunkowością, więc przeszliśmy na manualne sterowanie optyczne.
10.23:37, baza: Zamocujcie aparaturę nadawczoodbiorczą. Przejmiemy kontrolę.
10.23:42, Mir: Gotowe.
10.23:43, baza: Sygnał normalny!
10.23:46, Mir: Baza, możecie nam powiedzieć, co się stało? Jak powinniśmy nazwać tę rzecz, która znienacka się pokazała?
10.23:46, baza: Wiemy tyle samo co wy. Jeśli chcecie, nazwijcie to „Gwiazdą X”. Prześlijcie nam dane, które uzyskaliście.
10.24:01, Mir: Prześlemy dane obserwacyjne od godziny 10.00 uzyskane ze zintegrowanego radiometru, instrumentów pomiarowych promieniowania ultrafioletowego i gamma, miernika grawitacji, mag¬ netometru, licznika Geigera, miernika wiatru słonecznego i detektora neutrin oraz sto trzydzieści sześć zdjęć zrobionych w zakresie widma widzialnego i w podczerwieni. Przygotujcie się do odbioru.
10.24:30, Mir: (Przekaz danych).
10.25:00, Mir: Nasz teleskop kosmiczny śledzi Gwiazdę X od pierwszej chwili. Z uwagi na jego czułość nie możemy określić jej średnicy kątowej, nie stwierdziliśmy też żadnej wyraźnej paralaksy. Doktor Andriew uważa, że wraz z otrzymanym przez nas pomiarem jej energii oznacza to, iż Gwiazda X jest poza Układem Słonecznym. Oczywiście to tylko hipoteza. Dane są niewystarczające i wiele mogą tu zrobić obserwatoria naziemne.
10.25:30, baza: A co zobaczyliście na Ziemi?
10.25:36, Mir: W rejonie równikowym powstał potężny huragan, który, jak sądzimy na podstawie obserwacji zmian w chmurach nad równikiem, przemieszcza się na zachód z szacunkową prędkością sześćdziesięciu metrów na sekundę. Może to skutek nierównego na¬ pływu na Ziemię ciepła z Gwiazdy X. Aha, zaobserwowaliśmy też dużą ilość promieniowania ultrafioletowego i niebieskich rozbłysków, prawdopodobnie błyskawic, w rejonach biegunów, które obecnie rozszerzają się na niskie szerokości geograficzne.
10.26:50, baza: A jak wygląda wasza sytuacja?
10.27:05, Mir: Niedobrze. Pokładowy komputer kontroli lotu zo¬ stał całkowicie usmażony przez fale wysokiej energii, układy zapaso¬ we też. Ich ołowiowa osłona nie działa. Monokrystaliczne krzemowe baterie słoneczne są spalone, a akumulatory chemiczne poważnie uszkodzone. Musimy teraz polegać wyłącznie na znajdujących się w kabinie akumulatorach izotopowych, które mają zbyt słabą moc, musieliśmy więc wyłączyć system podtrzymania życia w kabinie głów¬ nej. System podtrzymania życia w kabinie mieszkalnej nie funkcjonuje normalnie. Niedługo będziemy musieli włożyć skafandry kosmiczne.
10.28:20, baza: Uważamy, że w obecnej sytuacji pozostawanie na orbicie jest niewskazane, ale z powodu uszkodzenia systemów niemożliwe byłoby miękkie lądowanie. Amerykański prom kosmiczny Zeus jest na niskiej orbicie 3340. Był w cieniu Ziemi, wskutek czego doznał tylko lekkich uszkodzeń i nadal może wrócić do domu. Na¬ wiązaliśmy z nimi kontakt i Amerykanie postanowili wywiązać się z postanowień traktatu o przestrzeni kosmicznej dotyczących rato¬ wania astronautów i wziąć was na pokład. Zaraz podamy parametry redukcji prędkości i pracy silników…
10.30:33, Mir: Baza, chce z wami porozmawiać lekarz po¬ kładowy.
10.30:40, Mir: Tu lekarz pokładowy. Uważam, że przejście na prom nie ma sensu. Anulujcie to.
10.30:46, baza: Prosimy o wyjaśnienie.
10.30:48, Mir: Wszyscy astronauci w naszej stacji otrzymali śmiertelną dawkę promieniowania 5100 radów. Zostało nam tylko kilka godzin życia, więc nawet gdybyśmy powrócili na Ziemię, rezul¬ tat byłby taki sam.
10.31:22, baza: (Milczenie).
10.31:57, Mir: Tu dowódca stacji. Proszę nam pozwolić pozo¬ stać na Mirze. Ta stacja jest najdalej wysuniętą placówką ludzkości zdolną do obserwowania Gwiazdy X. W ostatnich godzinach życia wypełnimy do końca nasze obowiązki. Będziemy pierwszymi astro¬ nautami, którzy umrą w przestrzeni kosmicznej; jeśli w przyszłości pojawi się taka możliwość, proszę odesłać nasze szczątki do naszych krajów.
Za: Władimir Koniew, Historia rosyjskiego programu kosmicznego w erze powszechnej, t. V, Moskwa, 17 r. e.s.

Martwa Gwiazda rozświetlała kosmos przez godzinę i dwadzieścia pięć minut, po czym nagle znikła. Dopiero wtedy sieć radioteleskopów mogła odkryć jej pozostałości – szybko obracającą się gwiazdę neutronową, która wysyłała wyraźnie wyodrębniony impuls elektromagnetyczny.
Z twarzami przyklejonymi do szyb dzieci oglądały zachód słońca, którego nie było, jako niebieskoczarną noc zapadającą nad miastem tego osobliwego wieczoru. Światło Martwej Gwiazdy przygasło i przeszło w światło zmierzchu, które zajmowało pół nieba, po czym szybko skurczyło się do małego koła, zmieniając kolor na biały. Większość nieba była teraz ciemna, dzięki czemu stały się widoczne rozproszone gwiazdy. Halo wokół Martwej Gwiazdy nadal się kurczyło i w końcu zniknęło – w miejscu, gdzie wcześniej znajdowało się oślepiające źródło światła, był teraz tylko punkt. Gdy na nocne niebo powrócił normalny kolor, była to najjaśniejsza z gwiazd, ale stale ciemniała, aż stała się tylko jedną z wielu w Galaktyce, a po pięciu minutach całkowicie zniknęła w głębi kosmosu.
Po zniknięciu światła dzieci wybiegły z klasy i znalazły się w fosforyzującym świecie. Wszystko pod nocnym niebem, drzewa, budynki, ziemia, mieniło się niebieskozielono, jakby zostało przemienione w przezroczysty jadeit, a jakieś zielone, znajdujące się pod ziemią źródło światła zalewało wszystko nibyksiężycową poświatą. Na niebie wisiały prześwietlone zielenią chmury, a powietrze przecinały niczym świetliste duszki stada spłoszonych ptaków. Najbardziej przerażające było dla dzieci to, że one też fosforyzowały, jak obrazy na negatywach filmowych albo grupy zjaw.
– Tak jak powiedziałem – rzekł Okularnik. – Wszystko się może zdarzyć.
W klasie, podobnie jak w całym mieście, znowu zapaliły się światła i dzieci uświadomiły sobie, że wcześniej była awaria zasilania. W blasku elektryczności fosforyzujące lśnienie przygasło i dzieci początkowo myślały, że świat wrócił do normalności.
Jednak wkrótce przeżyły kolejny szok, bo ten epizod bynajmniej się nie skończył.
Na północnym wschodzie pojawiło się czerwone światło i niebawem chmury w tej części nieba rozjarzyły się ciemnoczerwono, jakby zwiastowały brzask dnia.
–  Tym razem naprawdę świta!
–  Idiota! Nie ma jeszcze nawet jedenastej!
Czerwone chmury zasnuły pół nieba i w tym momencie dzieci zdały sobie sprawę, że świecą one własnym światłem. Gdy znalazły się nad ich głowami, okazało się, że składają się z wielkich wstęg światła, które wyglądały jak zwisające z nieba i wolno obracające się czerwone draperie.
–  To zorza polarna! – krzyknął ktoś.
Zorza pokryła wkrótce całe niebo i przez następny tydzień na niebie nad całym światem tańczyły czerwone wstęgi światła.
Gdy po tygodniu zorze zniknęły na dobre i powróciły mrugające gwiazdy, nastąpił ostatni, wspaniały akord symfonii supernowej – w miejscu, gdzie zaledwie przed kilkoma dniami widziano Martwą Gwiazdę, pojawiła się lśniąca mgławica. Obłok pyłu pozostały po wybuchu został tak rozgrzany falą szczątków Martwej Gwiazdy, że zaczął emitować promieniowanie w zakresie widzialnym dla ludzkiego oka. Mgławica rosła, aż osiągnęła wielkość dwóch księżyców w pełni. Ciało to, nazwane później z powodu swego kształtu „Różaną Mgławicą”, wysyłało dziwne, ostre, niebieskie światło, które oświetlało każdy szczegół na Ziemi jak księżyc podczas pełni, przyćmiewając światła miast.
W świetle Różanej Mgławicy miały się odtąd toczyć ludzkie dzieje, dopóki nie wymrą lub się nie odrodzą spadkobiercy dinozaurów panujących niegdyś na Ziemi.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2019-06-04 (21 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej