Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Słońce Słońc
 
Katalog - dodano
 Fuga (wyd.2)
- Wit Szostak
 Człowiek, który był Czwartkiem
- Gilbert Keith Chesterton
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Krwawa Róża'' - Nicholas Eames



Rozdział pierwszy
Targowisko potworów



Pam często słyszała od matki, że w jej piersi drzemie serce Wyldu.
– To znaczy, moje dziecko, że jesteś marzycielką. I wędrowcem, zupełnie jak ja.
– A to z kolei znaczy, że powinnaś zachować szczególną ostrożność – zwykł dodawać ojciec. – Serce Wyldu potrzebuje jasnego umysłu, który zdoła nad nim zapanować, i silnej ręki do obrony.
Matka uśmiechała się wtedy.
– Ty jesteś tą silną ręką, Tuck. A Branigan jasnym umysłem, o którym wspomniałeś.
– Branigan? Wiesz, że bardzo go lubię, ale twój brat żarłby żółty śnieg, gdyby mu tylko ktoś powiedział, że ma smak whisky.
Śmiech matki brzmiał we wspomnieniach Pam jak najpiękniejszy śpiew. Czy jej ojciec umiał się tak cieszyć? Chyba nie. Tuck Hashford nigdy nie należał do wesołków. Ani przedtem, zanim serce Wyldu przywiodło jego żonę do zguby, ani tym bardziej później.
– Dziewczyno! Hej, dziewczyno!
Pam otworzyła oczy.
Zarośnięty kupiec o mocno przerzedzonych siwych włosach spoglądał na nią z góry.
– Coś mi się widzi, że za młoda jesteś na awanturniczkę. Wyprostowała się, jakby wyższy wzrost czynił ją doroślejszą.
– I co z tego?
– Co z tego? – Podrapał się po łysinie zdobiącej czubek głowy. – Co cię sprowadza na targowisko potworów? Należysz do jakiejś grupy czy coś?
Pam nie była najemniczką. Nie potrafiła walczyć. Umiała wprawdzie posługiwać się łukiem, ale tę umiejętność posiadł każdy człek o dwu sprawnych rękach i obojgu dobrych oczach. Poza tym Tuck Hashford miał jedną, za to żelazną zasadę dotyczącą ewentualnego wstąpienia córki w szeregi najemników, a brzmiała ona bardzo prosto i jasno: „Nie ma, kurwa, mowy”.
– Tak – skłamała teraz Pam. – Należę do pewnej grupy. Kupiec zmierzył podejrzliwym spojrzeniem stojącą przed nim wysoką, szczupłą i bez wątpienia pozbawioną broni dziewczynę.
– Doprawdy? A jak ją zwą?
– Oddech Szczura.
– Oddech Szczura? – Twarz mężczyzny rozjaśniła się jak okna burdelu po zmroku. – To naprawdę świetna nazwa dla grupy! Walczycie jutro na arenie?
– Jasne. – Kolejne kłamstwo, ponieważ łgarstwa, jak zwykł mawiać wujek Branigan, są niczym kielichy kaskarskiej gorzałki: starczy, że po nie sięgniesz, a nigdy nie skończy się na jednym. – Przyszłam tutaj, by podjąć decyzję, z czym mam walczyć.
– Lubisz wiedzieć, co w trawie piszczy, nie? Inne grupy wysyłają zazwyczaj promotorów, by ci dogrywali szczegóły występów. – Kupiec pokiwał z podziwem głową. – Podoba mi się twoje podejście! Nie traćmy czasu na gadanie! Mam tu potwora, który zmrozi krew w żyłach widzów, a z Oddechu Szczura uczyni najbardziej znaną grupę stąd do Letniego Bazaru! – Mężczyzna podszedł do przesłoniętej klatki i jednym ruchem zdarł z niej płachtę grubego płótna. – Oto i on! Sam nieustraszony bazyliszek!
Pam nie widziała nigdy wcześniej prawdziwego bazyliszka, lecz wiedziała o tych stworzeniach wystarczająco dużo, by na pierwszy rzut oka zrozumieć, że na pewno nie ma do czynienia z przedstawicielem tego gatunku.
Patrzyła na najzwyklejszego kurczaka.
– Kurczak?! – Kupiec wyglądał na urażonego, gdy podzieliła się z nim tym spostrzeżeniem. – Gdzie ty masz oczy, dziewczyno? Spójrz na jego rozmiary!
Kurczak był wielki, nie da się ukryć. Miał pióra pomalowane czarną farbą i dziób wymazany krwią, co nadawało mu złowieszczy wygląd, jednakże Pam nie dała się zwieść.
– Bazyliszek zamienia człowieka w kamień samym spojrzeniem – zauważyła przytomnie.
Kupiec wyszczerzył się jak myśliwy, na którego oczach zdobycz wpadła w zastawioną pułapkę.
– Ale tylko wtedy, gdy tego chce, paniusiu! Każda pszczoła może użądlić, nieprawdaż? A robią to tylko te, które są rozeźlone. Skunks zawsze ma przy sobie śmierdzidło, ale pryska nim tylko wtedy, gdy go zaskoczyć! No spójrz na to! – Wsunął dłoń do klatki, by wyjąć ociosany kamień z grubsza tylko przypominający wiewiórkę. Pam uznała, że nie ma sensu wspominać o cenie wypisanej na jego spodzie kredą. – Ten dopadł już dzisiaj jedną ofiarę! Strzeż się…
Kurczak zagdakał w tym momencie, skarżąc się na odebranie jedynego przyjaciela.
Pomiędzy Pam i kupcem zawisła gęsta i bardzo niezręczna cisza.
– Chyba już pójdę – oznajmiła po chwili dziewczyna.
– Niech Glifa będzie z tobą – odparł zdawkowo mężczyzna, nakrywając ponownie klatkę z kurczakiem.
Pam weszła głębiej w targowisko potworów zwane ulicą Wapienną, zanim areny zaczęły wyrastać w okolicy jak grzyby po deszczu, przyciągając wszelkiej maści kanciarzy i kramarzy. Była to długa i prosta aleja, jak większość arterii w centrum Ardburga. Dzisiaj otaczały ją z obu stron drewniane zagrody, żelazne klatki i wykopy okolone siatkami z drutu kolczastego.
Zazwyczaj nie było tutaj zbyt tłoczno, jednakże następnego dnia miały się zacząć występy, tak więc i do grodu ściągnęło z całego Grandualu sporo najznamienitszych grup.
Tuck Hashford miał także zasadę dotyczącą kręcenia się jego córki w pobliżu targowiska potworów, którejkolwiek areny i najemników w ogóle, a brzmiała ona, rzecz jasna: „Nie ma, kurwa, mowy”.
Mimo to dziewczyna często obierała tę trasę w drodze do pracy, choć bynajmniej nie dlatego, że tędy było bliżej i szybciej. Na targowisku przyśpieszało jedynie jej serce. Odczuwała strach i ekscytację. Przypominała sobie opowieści snute przez matkę – o dalekich wyprawach i niesamowitych przygodach, o straszliwych bestiach i dzielnych bohaterach, takich jak jej ojciec i wujek Branigan.
Przejście przez targowisko było dla niej substytutem heroicznych przeżyć, ponieważ zdawała sobie sprawę, że dokona żywota, podając napitki i przygrywając na lutni za przysłowiowego miedziaka.
– Spójrz tylko! – krzyknęła wytatuowana Narmeeryjka, gdy Pam ją mijała. – Szukasz może ogrów? Mam ogry! Prosto ze wzgórz Ogrodzieńca! Dzikie jak szlag!
– Maaaantykoooora! – darł się Północnik o wygolonym na łyso czerepie i strasznych bliznach szpecących twarz. – Maaaantykooora!
Za nim naprawdę znajdowała się żywa mantykora. Jej błoniaste skrzydła spętano łańcuchami, kolczasty ogon owinięto pasami grubej skóry, a w pysk wsadzono wędzidło, lecz pomimo tych wszystkich oznak zniewolenia jakimś cudem wciąż budziła grozę.
– Wargi z Zimowych Lasów! – zachwalał kolejny kupiec, przekrzykując chór podobnych głosów. – Zrodzone w Wyldzie, wychowane na farmie!
– Gobliny! – skrzeczała starucha ze szczytu umieszczonej na wozie żelaznej klatki. – Kupujcie gobliny! Po marce za sztukę albo tuzin za dziesięć marek!
Pam zajrzała do klatki. Wypełniały ją brudne małe stworzenia, z których większość była przeraźliwie chuda, wręcz zagłodzona. Dziewczyna wątpiła, aby nawet tuzin takich przeciwników zachęcił kogokolwiek do obejrzenia walki.
– Ejże! – wydarła się z góry staruszka. – To nie stragan z kieckami, dziewko! Kupuj goblina albo już cię tu nie ma!
Pam zastanawiała się przez moment, co powiedziałby ojciec, gdyby wróciła do domu z goblinem na smyczy, a że tylko jedna reakcja przyszła jej na myśl, uśmiechnęła się pod nosem, mamrocząc: „Nie ma, kurwa, mowy”.
Poszła dalej, przeciskając się przez tłum promotorów i miejscowych awanturników, którzy targowali się zawzięcie z wybranymi kupcami i obdartymi kaskarskimi łowcami. Starała się jak mogła, by nie rozdziawiać za szeroko gęby na widok co bardziej imponujących okazów i prowadzających je na uwięzi ludzi. A ujrzała między innymi kilka wielkich trolli, którym obłożono srebrem rany po poucinanych kończynach, by te nie mogły odrosnąć. Opodal stał masywny ettin, któremu brakowało jednej z głów. Parę kroków dalej prężyła się gorgona o pokrytej wężami głowie, przykuta za szyję do pobliskiej ściany. Czarny rumak zionął ogniem w twarz głupca, który usiłował zajrzeć mu w zęby.
– Pam!
– Wierzba! – Potruchtała do kramu przyjaciela, opalonego na ciemny brąz i bardzo wysokiego jak na wyspiarza z Jedwabnego Wybrzeża.
Już podczas pierwszego spotkania zauważyła, że Wierzba to dziwne miano jak na chłopa jego wzrostu, w odpowiedzi jednak usłyszała, że wspomniane drzewo rzuca cień na wszystko wokół, co – jak się zastanowić – miało sens w odniesieniu do jego rozmiarów.
Czarne loki Wierzby zafalowały, gdy pokręcił zdecydowanie głową.
– Znowu idziesz przez targowisko potworów? Co by na to powiedział stary Tuck, gdyby cię tu zobaczył?
– Oboje znamy odpowiedź na tak postawione pytanie – odparła, szczerząc zęby. – Jak idzie handel?
– Kwitnąco! – Zamaszystym gestem wskazał skrzydlate węże za swoimi plecami, trzymane w wiklinowych klatkach. – Już niedługo każdy mieszkaniec Ardburga będzie posiadał własnego zanto! Doskonale się nadają na zwierzaki domowe. Świetni towarzysze zabaw dla dzieci, o ile tym drugim nie przeszkadza żrący jad, którym moje cudeńka mogą plunąć im w oczy w każdej chwili… W dodatku tutejsze chłody są dla nich zabójcze, więc żaden nie przetrwa dłużej niż miesiąc… – Podrapał się po głowie. – Następnym razem chyba przywiozę z wysp homary. Te powinny iść jak świeże bułeczki.
Pam przytaknęła skwapliwie, choć nie miała pojęcia, o jakich bestiach mowa.
Wierzba gmerał palcami w jednym z licznych muszlowych naszyjników, którymi się przystroił.
– Hej, słyszałaś nowiny? Ponoć pojawiła się nowa horda. Na północ od Cragmoor, na pustkowiach Brumalu. Pięćdziesiąt tysięcy potworów z piekła rodem wyruszyło na podbój Grandualu. Powiadają, że przewodzi im olbrzym o imieniu…
– …Grom – dokończyła za niego Pam. – Pracuję w tawernie, pamiętasz? Ilekroć w mieście pojawia się nowa plotka, ja pierwsza ją słyszę. Wiesz, że sułtana Narmeeru to tak naprawdę chłopak noszący kobiecą maskę?
– To nie może być prawda.
– I że ta szwaczka z Rutherfordu, która zadźgała męża, twierdzi, iż jest nowym wcieleniem Królowej Zimy?
– W to także wątpię.
– A co powiesz na to, że…
Dalsze słowa zagłuszyła głośna wrzawa. Oboje odwrócili się jak na komendę w stronę najbliższego skrzyżowania.
– Zdaje się, że kolejna grupa dotarła do miasta. I to nie byle jaka – westchnął Wierzba. Gdy dziewczyna zerknęła na niego błagalnie, rzucił: – Idź. I pozdrów ode mnie Krwawą Różę.
Pam obdarzyła przyjaciela uśmiechem, po czym pognała przed siebie. Po drodze musiała wyminąć kudłatego yethika. Moment później prześlizgnęła się między wściekłym łowcą a drażniącym go awanturnikiem; udało jej się to dosłownie mgnienie oka przed tym, nim ten pierwszy powalił drugiego zaskakującym ciosem w nos. Dotarła do skrzyżowania, zanim pierwszy z wozów się na nie wtoczył, mogła więc go powitać, stojąc w pierwszym szeregu tłumu gapiów.
– Hej, uważaj, gdzie le… – Chłopak w jej wieku, z orlim nosem i szopą jasnych włosów, posłał urażone spojrzenie prosto w jej uśmiechniętą twarz, który to widok musiał uznać za uroczy, ponieważ szybko dodał: – Wybacz. Dla tak pięknej dziewczyny zawsze znajdzie się miejsce obok mnie.
No, no, pomyślała.
– Dzięki – odparła z przesadnie radosnym uśmiechem, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.
– Przyszłaś zobaczyć najemników? – zapytał.
Nie, durniu, chciałam zobaczyć, jak konie srają, odpowiedziała w myślach.
– Owszem.
– Ja też – ucieszył się, po czym dłonią poklepał przewieszoną przez ramię lutnię. – Jestem bardem.
– Naprawdę? Której grupy?
– Cóż, na razie żadnej, ale to tylko kwestia czasu. Przytaknęła automatycznie, skupiając całą uwagę na przetaczającym się opodal wozie, który był chyba większy od chaty. Obwieszono go wyprawionymi skórami i zaprzęgnięto w parę białych włochatych mamutów, z których kłów zwisały barwne proporce. Najemnicy będący właścicielami tego środka transportu zgromadzili się wokół ustawionej na dachu przysadzistej wieży oblężniczej, skąd machali obnażonymi klingami wiwatującemu na ich cześć tłumowi.
– To Pogromcy Olbrzymów – odezwał się stojący obok chłopak, jakby najznamienitsi synowie północy potrzebowali prezentacji.
Najemnicy – sami barczyści i brodaci Kaskarowie – byli regularnymi klientami tawerny, w której pracowała Pam, dlatego ich lider pomachał do niej przyjaźnie, gdy wóz mijał miejsce, gdzie stała. Samozwańczy bard nie przeoczył tego faktu i natychmiast sam spojrzał na nią z nieskrywanym podziwem.
– Znasz Alkaina Tora?
Pam wbrew sobie zignorowała ton jego głosu i odburknęła zwięźle:
– Jasne.
Chłopak zmarszczył czoło, ale nie powiedział nic więcej.
Potem ulicą przetoczyło się jeszcze ze stu najemników. Jedni jechali konno, drudzy szli pieszo. Pam rozpoznała wśród nich członków kilku innych grup znanych jej z Narożnika, takich jak: Dzika Kiszka, CzarnoCzarni, Dzikusy i Kosz Mary.
Z tej ostatniej ekipy brakowało dwóch chłopaków, których zastępował arachnianin w stalowej zbroi płytowej.
– Hołota – rzucił chłopak, po czym zamilkł, najwyraźniej czekając, aż Pam poprosi go, by wyjaśnił, o co mu chodzi. Gdy dziewczyna się nie odezwała, sam dodał: – Większość mniej znanych najemników będzie naparzała się tej nocy ze śmietnikowymi skrzatami na dziedzińcach gildii lub prywatnych arenach. Ale te lepsze grupy, jak na przykład Pogromcy Olbrzymów czy też Baśń, trafią jutro do Wąwozu, gdzie wystąpią przed tysiącami widzów.
– Do Wąwozu? – podchwyciła Pam.
Doskonale wiedziała, do czego odnosi się ta nazwa, lecz uznała, że skoro ten nadęciuch ma ją zagadywać, ona może przynajmniej wybrać temat rozmowy.
– Mówię o głównej arenie Ardburga – nawijał chłopak, odprowadzając wzrokiem ogon karawany. – W sumie to nic, na czym by warto oko zawiesić. Nie umywa się do aren wzniesionych na południu. Byłem zeszłego lata w Pięciodworze, wiesz? Ich arena jest największa na świecie. Nazywają ją…
– Patrzcie! – zawołał ktoś, ratując Pam przed koniecznością zatkania dłonią ust nowo poznanemu towarzyszowi, który ani myślał zamilknąć. – To Baśń!
Do skrzyżowania zbliżał się zaprzęg ciągniony przez osiem wielkich koni chronionych smoczymi ladrami z brązu. Sam wóz bojowy miał kształt fortecy toczącej się na szesnastu kamiennych kołach, jego okna chroniły stalowe osłony, a z burt zwisały gęsto nabijane kolcami łańcuchy. Zadaszenie zdobiły pordzewiałe krenelaże, w każdym z czterech narożników zaś osadzono wieżyczki z kuszami.
Kątem oka Pam dostrzegła chłopaka, który co rusz prostował się dumnie i nadymał pierś jak samiec żaby podczas wiosennych godów.
– To Reduta Buntowników – oznajmiła, zanim jej towarzysz zdążył ją poinformować o kolejnym doskonale jej znanym fakcie. – Należy do Baśni, grupy, która powstała cztery i pół roku temu, ale już jest uznawana za najbardziej znaną ekipę najemników na świecie. Wiesz, jak jest – dodała protekcjonalnym tonem. – Zdecydowana większość grup walczy wyłącznie na arenach. Jeżdżą z miasta do miasta i podejmują się pokonania wszystkiego, co schwytali miejscowi łowcy. I świetnie, ponieważ tym sposobem wszyscy: myśliwi, promotorzy, właściciele aren, a nawet sami najemnicy, zarabiają, podczas gdy cała reszta otrzymuje nieziemskie widowisko.
– Przecież wie… – Chłopak się żachnął.
– Ale Baśń – przerwała mu Pam – działa wciąż po staremu. Nie tylko objeżdża areny, podejmuje się także kontraktów, których żadna inna grupa nie chce przyjąć. Polowali na olbrzymy, palili pirackie floty. Zabijali piaseczniki w Dumidii, a kiedyś nawet udało im się zabić samego króla firbolgów, tutaj zresztą, w Kaskarze.
Wskazała na potężnie zbudowanego Północnika z szopą ciemnych włosów przesłaniających mu większą część twarzy, który siedział między dwoma krenelażami.
– To Brune. Swego rodzaju miejscowa legenda. Vargyr…
– Vargyr?
– My nazywamy takich jak on szamanami – wyjaśniła Pam. – Potrafią, jeśli tylko zechcą, zmienić się w wielkiego niedźwiedzia. A teraz spójrz na tę babkę z wygoloną po bokach głową, tę z tatuażem. To czarodziejka, a dokładniej mówiąc: przywoływaczka. Nazywa się Cora, ale ludzie wołają na nią Tuszowiedźma. Obok niej jest druin Bezchmurny. To ten wysoki z zielonymi włosami i długimi króliczymi uszami. Powiadają, że jest ostatnim ze swojej rasy i że nigdy jeszcze nie przegrał zakładu, a jego miecz, zwany Madrygałem, przecina stal z taką łatwością, jakby to był jedwab.
Chłopak poczerwieniał na twarzy, która nabrała odcienia wiele mówiącego szkarłatu.
– Dobra, słuchaj… – wymamrotał, Pam jednak miała dość słuchania.
– A tam – wskazywała właśnie kobietę stojącą z jedną nogą na blankach wieńczących wóz wysoko nad ich głowami – masz samą Krwawą Różę. Jest liderką Baśni, zbawczynią Castii i najprawdopodobniej najniebezpieczniejszą kobietą po tej stronie Wyldu.
Zamilkła dopiero wtedy, gdy padł na nią cień wielkiego wozu. Nigdy wcześniej nie spotkała osobiście Krwawej Róży, ale słyszała wszystkie pieśni o niej i widziała jej podobizny na plakatach i rysunkach zdobiących każdy zakątek miasta, choć jak się teraz okazało, kreda i węgiel niespecjalnie oddawały faktyczną urodę najemniczki.
Liderka Baśni nosiła czarną matową zbroję ozdobioną czerwonymi wstawkami i tylko jej rękawice lśniły, jakby wykonano je z najczystszej stali. Zostały wykute przez druinów (tak przynajmniej utrzymywano w pieśniach) i stanowiły komplet z bułatami zwanymi Ostem i Cierniem, które spoczywały obecnie w pochwach na jej biodrach. Włosy miała ufarbowane na krwistą czerwień i ścięte krótko na wysokości brody.
Połowa dziewuch w mieście farbowała włosy na ten sam kolor i strzygła się identycznie. Pam również nabyła woreczek szkarłatnych fasolek, które po namoczeniu w wodzie wydzielały czerwony sok, jednakże ojciec odgadł jej zamiary i kazał, by zjadła je na jego oczach do ostatniej. Smakowały jak kawałki cytryny posypanej cynamonem i zabarwiły jej wargi, zęby i język tak mocno, że długo jeszcze wyglądała, jakby właśnie zagryzła jelenia, lecz włosy – pomimo jej najlepszych chęci – pozostały zwyczajnie kasztanowe.
Wóz przejechał, pozostawiając mrużącą oczy Pam, która poczuła się jak oślepiony popołudniowym słońcem śpioch.
Stojący obok chłopak w końcu odzyskał głos, aczkolwiek musiał odchrząknąć, zanim odważył się odezwać.
– No, no, ty naprawdę się na tym wszystkim znasz. Nie skoczyłabyś na jednego do Narożnika?
– Do Narożnika…
– Tak, to tuż za…
Pam ruszyła z kopyta. Nie tylko spóźniła się do pracy, ale też o mały włos złamałaby kolejną zasadę ojca, tę dotyczącą picia alkoholu z obcymi chłopakami.
Akurat tym zakazem niespecjalnie się przejmowała, ponieważ wolała dziewczyny.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2019-07-20 (36 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej