Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Diablo 3. Królestwo Cienia
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księga strachu 2 #2

Miasto grobów. Uwertura - Wit Szostak




Już? O, widzę, teraz się świeci ta czerwona lampka. Dioda, znaczy się. To zaczynamy. Ale jest pan pewien, że chce pan tego wszystkiego słuchać? Tak, wiem, jak każdy dziennikarz. Ale niewiele panu z tego przyjdzie. To się nie za bardzo nadaje do gazety. Chociaż może, w dzisiejszych czasach, bo ja wiem? Zresztą, i tak niewiele pan z tego zrozumie. Pańscy czytelnicy też. Jego nikt nie rozumiał, nawet ja. Kiedyś mi się wydawało, że coś wiem, że jestem najbliżej, że mnie dopuścił do swoich tajemnic. Dumny z tego byłem, bo przecież każdy chciał być blisko niego. Wielu mówiło, że są. W telewizji opowiadali, na przyjęciach, przy każdej okazji. Ale to bzdury. On nikogo nie dopuszczał. Chyba nie potrafił. Może nawet czasem chciał, tak myślę. Widziałem kilka razy w jego oczach taką jakąś tęsknotę, jakby chciał coś powiedzieć, zwierzyć się, pogadać tak zwyczajnie. Ale chyba nie potrafił. On w ogóle nie potrafił nic robić zwyczajnie. We wszystkim był ponad to. Nie wywyższał się, nie dawał nikomu odczuć, że czuje się lepszy, doskonalszy. Ale był ponad to. Jak by to powiedzieć... Miało się wrażenie, jakby chodził nie dotykając stopami ziemi. Naprawdę! Dlatego został tym, kim został. Tak myślę. Więc nie mam dla pana żadnej opowieści kamerdynera historii. Żadnych pikantnych historyjek, żadnych brudnych skarpetek, przykrego zapachu z ust. Z czego to? Sam sobie pan sprawdzi, studia pan przecież ma. Ale skoro pan chce, to zacznijmy. Tylko od czego? Może...

Dobra, niech będzie o tym, bo to wszystkich ciekawi. Może to jest nawet najważniejsze? Kto wie. Pierwszy raz zobaczyłem to u niego wtedy, kiedy wyschła Wisła. Kryzys trwał już kilka dni, nikt nie wiedział co robić, nic nie pomagało. Zupełna bezradność: Kościół, media, politycy. Do miasta ściągają tłumy, policja utworzyła zonę od Norbertanek aż po ten metalowy most, który od Krakowskiej pod Koronę idzie, jak on się nazywa? Mniejsza z tym, pan pewnie wie. Albo sprawdzi pan na mapie. Całe bulwary zamknięte, ruch mostami wstrzymany, korki się robią, wszędzie pełno ludzi. Na dachy włazili, dźwigi skądś ściągali. Nad Wawelem helikoptery. Stan klęski ogłosili, choć na to nie było przecież żadnego paragrafu. Ale co mieli zrobić? Przy Rondzie Grunwaldzkim miasteczko telewizyjne powstało, wszystkie stacje z całego świata swoje wozy wysłały. Las anten, kolonia grzybów raczej. Telewizja non stop relacje z tego nadawała. Relacje, zdjęcia ze śmigłowców, komentarze ekspertów. Zapomniano nawet o kampanii wyborczej, o kryzysie gazowym. Tylko to się liczyło. Zresztą, trudno się dziwić.

Najgorsze były krzyki. Pan tego nie może pamiętać, bo pana nie było wtedy w Krakowie, ale te krzyki były nie do wytrzymania. Dźwiękowcy musieli to potem jakoś wycinać, boby nie można było relacji normalnie przeprowadzić. I w telewizji tego nie było. Tylko jakieś stłumione szmery. Inaczej pewnie by ludziom membrany w głośnikach popękały. A myśmy to mieli bez przerwy. Dzień i noc, dzień i noc, bez żadnej przerwy. Pan tego nie może sobie nawet wyobrazić. Krzyki wwiercają się w głowę, zagłuszają myśli. W końcu pulsuje to człowiekowi pod skrońmi, oczy mu wysadza, jakby ktoś pana w gałkę oczną od tyłu szczypał. Ma pan tak czasem? Ci, co mieszkali w okolicy, uciekali dalej. Do rodzin, na osiedla, za miasto. Już drugiego dnia zaczął się exodus. Zostawali najtwardsi. Albo najciekawsi. A może najgłupsi, sam nie wiem. Ludzie zastawiali szafami okna albo zamiast firanek wieszali grube koce, ponoć trochę pomagało. Aż do Rynku było słychać. A to był sierpień, pan pamięta, więc w mieszkaniach robił się zaduch nie do wytrzymania. Ale przecież i tak trzeba było wychodzić z domu. Zakupy, praca, jakieś życie towarzyskie. Nie można było przecież życia tak przerwać, urlopu sobie wziąć. I ludzie musieli w końcu wychodzić, a wtedy krzyki wracały. Słyszał pan „Tren Ofiarom Hiroszimy”? Pendereckiego. Nie? No to niech pan sobie z sieci ściągnie, to wszędzie wisi. Tylko po angielsku niech pan wrzuci. To pan będzie wiedział, o czym mówię. Czasem, kiedy człowiek już się trochę z tym oswoił, to można było wyłapać jakieś słowa. Takie pojedyncze, jakby zagubione. Jakieś skargi, nawoływania, najczęściej: „Mamo!”, „Synku!”, jakieś imiona. Tysiące. Błagania, prośby, jeden wielki ludzki skowyt.

Najgłośniej było oczywiście u nas, na Wawelu, bo Gehenna ciągnęła się od Zwierzynieckiej po Hotel Forum. Ale on wychodził codziennie na wały i stał po kilka godzin, patrząc w dół na ten mulisty wąwóz. Zastygał tak na długo, jakby nic nie słyszał, jakby mu nie przeszkadzało. Pamiętam, opierał wtedy ręce o murek, od strony Wisły jest spory taras widokowy, pan pewnie pamięta. Cegły, potem jeszcze poręcz, żeby nikt nie wypadł. A przecież miał już osiemdziesiąt pięć lat, więc się musiał opierać, bo miał kłopoty z chodzeniem. I ze staniem. A tu – w bezruchu przez dwie, trzy godziny. Staliśmy w pewnej odległości, żeby go nie rozpraszać. On umiał wytworzyć taki dystans, że nic ludziom nie musiał mówić. I wszyscy wiedzieli, że jest strefa, której w danej chwili nie należy przekraczać. To się zmieniało. Raz dopuszczał bliżej, raz dalej, wtedy to było jakieś kilkanaście metrów. To się czuło. Tak jakoś naturalnie, jak pole magnetyczne. Przyglądałem mu się i widziałem, że walczy, że coś w nim dojrzewa.

I wie pan, to było wieczorem, prawie wszyscy już poszli, ale ja zostałem. Nie wiem dlaczego, po prostu chciałem być przy nim. Otępiały byłem od tego wrzasku, głowa mnie bolała. Po jakimś czasie człowiek przestaje zauważać. Przynajmniej tak mu się wydaje. To schodzi na plan dalszy, ale co jakiś czas pulsuje. Myśli uciekają, rwą się. Jak we śnie, kiedy ma się gorączkę. Więc stałem z boku i patrzyłem. Tak tępo, bezmyślnie. Pamiętam ten widok, jak on stoi na tle mauzoleum. Wtedy budowę już ukończono i bryła kopca była podświetlona. Jej trójkąt górował nad Jubilatem, a potężne reflektory strzelały z Błoń w niebo, zaznaczając ostre krawędzie budowli. I właśnie pamiętam ten jego profil na tle mauzoleum. Oświetlony reflektorami z dołu, bo przecież mury Wawelu też są podświetlone. Teraz wszystko się podświetla. Patrzyłem, jak powoli oddycha, jak co chwila unosi głowę i patrzy w niebo. Kilka razy westchnął głęboko. I nagle jakby stężał, skupił się w sobie. Znieruchomiał na minutę. Gdyby leżał, to bałbym się, że nie żyje. Ale przecież stał, więc nie mógł umrzeć. I wtedy właśnie odkleił się od niego jakby cień. Jakby ktoś, kto stał za nim, nagle odsunął się od balustrady. Ale przecież nikogo nie było. To działo się powoli, trochę jakby w zwolnionym tempie. On cały czas stał, z dłońmi zaciśniętymi na poręczy, ale jednocześnie odchodził od murku. Było w tym coś niesamowitego. Co ja mówię, to wszystko było niesamowite! Jakby odklejał się od siebie samego. Ten sam profil, te same przygarbione plecy. A kiedy było ich już dwóch, to ten, który się cofał, podszedł do mnie i tylko spojrzał mi w oczy. A potem ruszył wolnym krokiem w stronę bramy. Nie zobaczyłem go już nigdy.

Kiedy trochę ochłonąłem, przełknąłem ślinę i podszedłem do niego. Wziąłem go pod ramię i delikatnie oderwałem jego dłoń od poręczy, a potem ostrożnie zaprowadziłem go do komnat. Pamiętam, że słyszałem łomot własnego serca. Moje serce zagłuszało nawet nieustający krzyk. I wtedy właśnie widziałem to po raz pierwszy. Słyszałem wprawdzie wcześniej jakieś plotki, ale myślałem, że to tylko metafora. Bo jak można było to inaczej rozumieć? Że człowiek się naprawdę rozdwaja, że nagle znikąd pojawia się drugi on? Przecież wszyscy znamy na tyle fizykę. Jak o tym mówię, to nawet teraz nie mogę ochłonąć, ten obraz ciągle wraca. Jakby to przed chwilą się działo... O, widzi pan? Jak mi ręce drżą? To było po prostu niesamowite, tego nie da się z niczym porównać.

Więc ja te opowieści brałem za metaforę, podobnie jak się mówi potocznie, że ktoś wychodzi z siebie. Aż do tamtego wieczoru. A potem wszystko było normalnie. Doszliśmy do jego sypialni, pomogłem mu się rozebrać i umyć. Jak zawsze. A rankiem powiedział, że zejdzie na dół i przejdzie po dnie koryta. Wszyscy zamarli.




Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-19 (1685 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej