Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Róża Selerbergu
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Kroniki jednorożca. Polowanie - Robert J. Szmidt

Anioł z granatem w dłoni


Do kobiety stojącej późnym wieczorem z trójką dzieci na opustoszałym przystanku tramwajowym przed Dwor­cem Głównym podeszła dziewczyna i poprosiła o pomoc w znalezieniu właściwej linii. Gdy kobieta chciała zosta­wić dzieci razem z bagażami, dziewczyna zaoponowała. Pomogła przenieść walizki pod słupek z rozkładem jaz­dy. Dziesięć sekund później prowadzony przez pijanego kierowcę TIR przetoczył się przez miejsce, w którym do niedawna stała rodzina. W powstałym zamieszaniu dziewczyna zniknęła, zanim ktokolwiek zdążył jej po­dziękować. Przypadek, cud czy efekt prekognicji? Oca­lona nie miała wątpliwości co do nadprzyrodzonego pochodzenia „anioła”.
Nie zawsze osobą ostrzegającą była młoda dziewczyna. W dwóch spośród sześciu potwierdzonych przypadków ludzie zawdzięczali życie kilkuletniemu chłopczykowi. Raz dziecko zaczęło płakać w zatłoczonym sklepie, mó­wiąc, że czuje ulatniający się gaz. Wybuchła panika, nawet ekspedientki uciekły na ulicę. Chwilę później eksplozja doszczętnie zniszczyła pomieszczenia skle­powe, raniąc szesnaście osób, przeważnie gapiów, ale przynajmniej nikt nie zginął. Dochodzenie wykazało, że rozszczelnieniu uległ zawór gazowy w piwnicy pod sklepem. Tyle że ulatniający się gaz był absolutnie bezwonny. Dzieciak oczywiście zniknął w zamieszaniu spowodowanym wybuchem. Śledztwo Lewińskiego każdorazowo utykało więc w martwym punkcie. Tyle dobrego, że naoczni świad­kowie pomogli w sporządzeniu dokładnych portretów pamięciowych dziewczyny i chłopczyka, co pozwoliło na rozpoczęcie szeroko zakrojonych poszukiwań, w któ­rych udział brała policja i służby specjalne. Stworzono odpowiednią legendę: oto niepoczytalna kobieta porwała dziecko córki lokalnego polityka rządzącej partii, i za­lecano daleko idącą dyskrecję. Nawet najbliżsi współ­pracownicy Adama nie wiedzieli, że ich szef wpadł na tak wyraźny trop. Lewiński nie czuł bowiem potrzeby dzielenia się tą informacją ze swoimi ludźmi – na wy­padek, gdyby okazało się, że znów brnie w ślepy zaułek. Lis i pozostali zajmowali się w tym czasie bezowocną obserwacją bywalców kasyn i lotto-milionerami. Mijały miesiące, Lewiński z wolna zaczął wątpić w po­wodzenie operacji. Wydawało się, że sprawa dziewczyny utknęła w martwym punkcie. Poszukiwani jakby zapadli się pod ziemię, skończyły się doniesienia o cudownych ocaleniach. Tak było aż do tego dnia...
A teraz od kilku godzin siedzieli w wozie zaparko­wanym na jednej z bocznych uliczek Ołbina. Mercedes z resztą zespołu czekał za rogiem.
– Szlag... – mruknął Lis, sadowiąc się wygodniej. Ziewnął. Gdyby nie ulewa i wyraźny zakaz Lewińskiego, wyszedłby na papierosa. Ani Młody, ani Robert – jeden z braci Golców przydzielony im na kierowcę, nie palili i zabronili mu nawet myślenia o szybkim sztachnięciu przy opuszczonym oknie. – Na twoim miejscu przygo­towałbym się na mało wygodny nocleg w wozie – rzucił do Młodego.
– Też się tego obawiam. – Grubas pokiwał smętnie głową, obrócił w rękach zaczytany komiks i nagle się rozpromienił. – Opowiem wam kawał...
– Tego faktycznie nie znałem. – Lis zachichotał, prze­cierając oczy.
– Wypieprzaj mi ze zwojów, dziadzia – obruszył się Młody. – Słowo „opowiem” znaczy, że...
– A ten znam – przerwał mu Lis, który miał szczerą ochotę zapaść w drzemkę. – ...I Bóg odszedł od Adama zadowolony, patrzy na Ewę i mówi: cudo z tyłu, cudo z boku, a z przodu... będzie się malować.
– Świnia! – ryknął Młody. – Mulder, popieprzony te­lepie, czy ty zawsze musisz mi palić dowcipy, zanim je opowiem?
– Nie zawsze. Tylko wtedy, jak mnie wkurwiasz.
– Cicho... – Golec odwrócił się do nich, sięgnął do ucha i przycisnął mocniej słuchawkę. – Nie słyszę, co do mnie mówią z jedynki.
Lis chciał mu przygadać, ale w tym momencie obok wozu ktoś przeszedł. Skurczona, drobna sylwetka w jaskrawożółtej pelerynie przeciwdeszczowej. Znudzony telepata sięgnął do umysłu przechodnia niemal bez­wiednie i nagle zesztywniał. Poczuł zawrót głowy, chłód, cała krew odpłynęła mu z twarzy. Zakrztusił się własną śliną.
– Co jest?! – zapytał zaniepokojony jego wyglądem Golec.
– Jednorożec... – wycharczał blady jak kreda Lis, patrząc na wolno oddalającą się postać. – Jebany jedno­rożec!
Szarpnął za klamkę i wyskoczył z wozu. Był tylko odrobinę wolniejszy od Roberta, który już pędził w kie­runku żółtej peleryny. Zza rogu wybiegł drugi z braci Golców, za nim pojawiły się dwie o wiele szczuplejsze syl­wetki, ukryte pod parasolami. Prekognita się zatrzymał. Spoglądał przez chwilę na nadbiegającego z przeciwka ochroniarza, potem odwrócił się, uczynił to jednak spo­kojnie, bez oznak przerażenia czy dezorientacji. Robert już prawie przy nim był. A właściwie przy niej. Spod mocno naciągniętego na czoło kaptura wymykały się długie kosmyki kasztanowych włosów.
Lis miał pewność, że cel nie ucieknie. Wszystkie bra­my były solidne, poniemieckie. Zamknięte na cztery spu­sty i naszpikowane domofonami. Sprawdzili to, zanim jeszcze się rozpadało. Jedyne drogi wyjścia blokowały obie części zespołu. Dziewczyna chyba to zrozumiała, powoli podniosła ręce do góry. Mundek nie tracąc czasu, spróbował wejść w jej umysł. Ostrożnie, gdyż teraz już wiedział, co tam na niego czeka. Lecz tym razem było inaczej. Wprawdzie wciąż widział setki przemykających obrazów, zbyt ulotnych, by je rozpoznać, zbyt szybko ginących w wirze tysięcy im podobnych, by je zapamiętać, ale teraz były jakby... wyblakłe.
I wtedy odczytał myśl, która zdominowała pozo­stałe.
– Nie podchodzić! – ryknął, jednakże Lewiński albo go nie dosłyszał, albo zlekceważył ostrzeżenie. – Cofnij­cie się, ona ma...
Ogłuszający huk pioruna, który uderzył w odgrom­nik pobliskiego budynku administracji osiedla, zagłuszył jego słowa. Na szczęście Golcowie w snopach iskier, jakie się posypały, dostrzegli zagrożenie. Błyskawicznie wy­ciągnęli broń i wymierzyli w głowę dziewczyny.
Do Lisa tymczasem dołączył zasapany Młody.
– Cofnij się! – warknął telepata i popchnął grubasa. Przeliczył się jednak z siłami. Bioenergoterapeuta stał jak wmurowany.
– Co jest? – zdziwił się, ale zanim Lis mu odpowiedział, dostrzegł jajowaty przedmiot w dłoni dziewczyny. – Kur­wa! Jak pierdolnie, to nawet ja was z tego gówna nie wyciągnę – sapnął i rozejrzał się, jakby szukał schronie­nia.
– Młoda damo! – Lewiński zatrzymał się o dwa kroki od desperatki. – Proszę to odłożyć, naprawdę nie chcemy zrobić pani krzywdy.
Dziewczyna pokręciła głową i potrząsnęła groźnie ręką, w której trzymała granat. W palcach drugiej unie­sionej wysoko dłoni Lis zauważył zawleczkę.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-22 (1611 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej