Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Życzenie
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Zadanie Goblina - Jim C. Hines

Jig


Odwrócił się, stając twarzą w twarz z człowiekiem, którego słyszał wcześniej. Intruz w jednej ręce trzymał pochodnię. W drugiej, wymierzony w Jiga miecz. Długi, lśniący, bardzo ostry miecz. Zapewne z nieobluzowaną klingą.
- Sięgnij po broń albo spróbuj krzyknąć, a z tym tchnieniem wyzioniesz ducha.
Jig zamrugał zaskoczony. Co miał zrobić, chwycić za swój nożyk kuchenny? Powinien raczej postąpić według rozkazu Poraka i wezwać pomoc. Ostrzec pozostałych. Spełnić swój obowiązek. Ależ ten miecz wielki!
- Mądry wybór. A teraz odwróć się powoli i idź do tamtej pieczary.
Człowiek szedł za nim do jaskini, którą Jig na własny użytek nazywał lśniącą grotą. Maleńkie, nie większe niż paznokieć, blaszki szkliwa, pokrywały kopulaste sklepienie mieniąc się kolorami. Zielone, czerwone i niebieskie połyskliwe łuski łączyły się po środku w feerię migotliwych barw.
Nawet czując na plecach ostrze, Jig nie mógł się oprzeć, by nie spojrzeć w górę. Refleksy płomieni z ogniska, jakie rozpaliła drużyna śmiałków, tańczyły na blaszkach, zmieniając je w przepysznie skrzące klejnociki.
- Co to? – Ochrypły głos, który Jig słyszał wcześniej wydobywał się z niewiele ponad metrowej góry mięśni, zbroi i skołtunionych, czarnych włosów. Innymi słowy, krasnoluda.
- Przyłapałem go jak węszył w tamtym korytarzu. – Człowiek schował miecz do pochwy. – Kiepski z niego szpieg. Spanikował i zapłonął żądzą ucieczki.
Krasnolud wybuchnął śmiechem.
- Długo tu mieszkasz? – zapytał łamaną goblińszczyzną. Nie czekając na odpowiedź, przyskoczył do Jiga i zamachał mu przed nosem płachtą pergaminu. – Tu jest trzynaście i pół na dwanaście kroków i cztery przejścia. Wiesz, które z nich prowadzi do głębszych tuneli?
Jig pokręcił głową cofając się do kąta.
- Sam się zgubiłem – skłamał.
- Wierzę mu, Darnaku – zaśmiał się człowiek. – Nawet jak na goblina wygląda wyjątkowo tępawo. Pewno jakiś kuchcik albo co.
Darnak potrząsnął głową.
- Ty też mi czasem takiego przypominasz, Bariusie Wendelsonie. Ale nie czyni cię to mniej niebezpiecznym.
- Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób?! – Wszelkie ślady wesołości zniknęły z twarzy Bariusa. Ruszył w stronę krasnoluda, ale ten go ubiegł przysuwając się tak blisko, że człowiek zamarł z jedną noga w powietrzu. Nie mógł jej postawić, jeśli nie chciał nadepnąć na towarzysza.
- Znam cię od smarkacza – rzekł krasnolud chwytając za okutą żelazem maczugę i wymachując nią Bariusowi przed oczyma. – I gwarantuję, książę czy nie, jak będzie trzeba nie zawaham się i rozwalę ci ten zakuty czerep.
Jig skorzystał z ich nieuwagi, żeby się rozejrzeć. Zdawał sobie sprawę, że gdyby spróbował ucieczki, sprzeczka skończyłaby się natychmiast, a tak miał przynajmniej okazję lepiej zorientować się w sytuacji.
Człowiek był... Lśniący – to jedyne określenie jakie przyszło goblinowi do głowy. Każde kółeczko srebrzystej kolczugi błyszczało jakby wykonano je z lusterka. Wysadzaną klejnotami rękojeść miecza oplatał złoty drut, aż po samą głowicę w kształcie lwiej głowy. Na nogach miał wypolerowane na wysoki połysk wysokie buty z miękkiej czarnej skóry, a całości kosztownego stroju dopełniały fioletowe aksamitne nogawice, które według Jiga wyglądały śmiesznie i sprawiały wrażenie niewygodnych. Ale kim był Jig by krytykować ludzką modę?
Barius odznaczał się krzepką budową, był szeroki w barkach i wąski w pasie. To, co Jig początkowo wziął za czarną czapkę, okazało się przyciętymi równo jak od garnka włosami. Czarna, szpiczasta bródka księcia miała tak ostry czubek, że mogła służyć jako broń.
Krasnolud wyglądał z tej dwójki groźniej. Widoczna pod białym płaszczem łuskowa zbroja wyglądała na podniszczoną, ale zadbaną. Podczas wielokrotnych napraw, sporo łusek zastąpiono nowymi. Podobnież jego maczuga musiała już przejść niejedno - widniały na niej rysy i szczerby, jakby odbiła wiele kling i strzaskała wiele czaszek. Jeśli chodzi o samego Darnaka, jego twarz w większości skrywała plątanina włosów. Na widocznych fragmentach, ogorzała cera przypominała fakturą kiepsko wyprawioną skórę. Z gęstwy zarostu wystawał zakrzywiony nos, niemal tak wielki, jak nochale goblinów, a pod krzaczastymi brwiami błyszczały świńskie oczka.
Rozejrzawszy się baczniej, Jig dostrzegł trzeciego członka drużyny. Przy ogniu, z kolanami przyciągniętymi do klatki piersiowej, siedział chudy elf. Ignorując kłótnię, goblina i resztę świata, wpatrywał się w płomienie. Jego znoszone spodnie i złachmaniona koszula były zaprzeczeniem kosztownego stroju Bariusa, podobnie jak ruda czupryna – krótka i wystrzępiona. W twarzy elfa było coś dziwnego, ale Jig nie od razu zrozumiał na czym polega ta dziwność. Istoty naziemne zakładały na siebie zwykle co najmniej osiem warstw odzieży – ciekawe, ile czasu zajmowało im ubranie się w to wszystko. Cały ten przyodziewek utrudniał rozeznanie, ale jeśli Jig się nie mylił „on” był w rzeczywistości „oną”.
Jig nie miał bladego pojęcia jaką elfka mogła pełnić rolę w drużynie. Nie sprawiała wrażenia groźnej, ale pozory mogły mylić. Nie wyglądała także jak pełne gracji, wiotkie istoty z legend. Jigowi przemknęła myśl, że może należy do jakiejś podrasy, o której nigdy nie słyszał. Wiedział, że istnieją elfy leśne, górskie i tak dalej, ale rynsztokowe?
- To co z nim zrobimy, wasza wysokość? – zapytał Darnak.
Jig skupił całą uwagę na rozmówcach. Skoro elf był rodzaju żeńskiego, mogli mówić tylko o jednym „nim”.
- Najbezpieczniej go zgładzić – rzekł Barius powoli. – Chociaż może mógłby nam się przydać. Idiota czy nie, lepiej od nas zna te tunele. W najgorszym razie puścimy go przodem, żeby uśpić czujność stworów, które napotkamy. Aczkolwiek nie zachwyca mnie myśl o goblinie w naszej drużynie.
Jig uchwycił się tej myśli niczym tonący brzytwy. Póki żył, istniała nadzieja na ratunek. Oddział Poraka może go jeszcze znaleźć. Patrol jest uzbrojony i czterokrotnie przewyższa tych tu liczebnością. Przy takim układzie sił nawet gobliny mogły mieć szanse na zwycięstwo. Tyle że najpierw musiałyby zacząć go szukać. A wcześniej w ogóle zauważyć, że Jig nie wraca. Czyli oderwać się od gry. I jeszcze posiadać mózgi, dzięki którym domyśliłyby się, że coś jest nie tak.
Jig jęknął i osunął się na ziemię. Nie ulegało wątpliwości, że jest już trupem.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-27 (1560 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej