Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Atuty zguby
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Arcymag - Aleksander Rudazow

Kreol


Ledwie jako tako przyszedł do siebie, gdy w pokoju ponownie zjawił się Andromalis. W jednej garści demon trzymał ruszt, kociołek, łańcuch, nóż i amulet, w drugiej zaś – laskę. Drugiego końca laski uczepiła się młoda dziewczyna w policyjnym mundurze. Wyglądała na mocno oszołomioną.
Vanessa Lee, dla przyjaciół po prostu Van, zgodziła się tej nocy zastąpić chorego dziadka. Lee Czeng, emerytowany policjant, pracował jako ochroniarz w muzeum, ale wiek dawał mu się we znaki; coraz częściej musiał opuszczać pracę z powodu złego samopoczucia. Wnuczka poszła w ślady dziadka i też pracowała w policji, a że akurat wczoraj zaczęła urlop, dlaczego nie miałaby pomóc staruszkowi?
Jako dziedziczka ciekawego zestawu genów po ojcu Chińczyku i matce Amerykance, Vanessa była całkiem przystojną osóbką. Wzrostu nieco mniej niż średniego, brązowooka, z czarnymi włosami i lekko zadartym noskiem. Skośne oczy i wydatne kości policzkowe tylko dodawały jej uroku. Miała dwadzieścia cztery lata, z czego trzy i pół spędziła służąc w policji. Oprócz tego trenowała karate i – o dziwo – taniec towarzyski. Ale to nie ma nic do rzeczy.
Hubaksis miał rację, gdy sugerował, że narzędzia Kreola są przechowywane gdzie indziej z powodu ich wysokiej ceny. A dokładniej, wyższej niż pozostałych rzeczy. Trumnę, szkatułkę, tabliczkę z zaklęciami i jeszcze nieco innego śmiecia znalezionego w pobliżu mogiły, pozwolono profesorowi Greenowi zabrać do domu, ale co do pozostałych przedmiotów, obowiązywał kategoryczny zakaz wynoszenia ich poza chroniony teren. Widocznie obawiano się, że profesor wydłubie sobie jakiś kamyczek na pamiątkę.
Vanessa zauważyła Andromalisa akurat wtedy, gdy wydobywał ostatni przedmiot – magiczną laskę. Demon stał zwrócony do niej twarzą, dlatego nie zauważyła ukrytego z tyłu ogona. Rogi oczywiście dostrzegła, ale sądziła, że jakiś nowomodny pomysł punków, coś jak kolczyk w nosie, albo fryzura na Irokeza.
– Stój bo strzelam! – krzyknęła zdenerwowana Vanessa, wyciągając pistolet.
Demon zamarł bez ruchu. Naturalnie, szykował się po prostu do przeskoku w przestrzeni, ale policjantka doszła do w pełni uzasadnionego wniosku, że wystraszył się pistoletu.
– Nie ruszaj się! – powtórzyła nieco ciszej. – No już, odłóż tę lagę!
Andromalis nie zareagował. Vanessa pomyślała, że osłupiał ze strachu i zdecydowanie ruszyła w jego stronę, stając się wyrwać mu laskę. Jak okazało się sekundę później, był to poważny błąd...
– Co ty mi tu przytaszczyłeś, pomiocie Lengu?! – Kreol uniósł ręce ku górze.
– Reklamacji nie przyjmujemy – burknął Andromalis z niejakim poczuciem winy, rzucił przyniesione przedmioty na podłogę i natychmiast zniknął.
Zniknięcie demona ostatecznie dobiło i tak zdrowo skołowaną Vanessę. Nacisnęła spust i wystrzeliła prosto w ohydną twarz łysego mężczyzny podobnego do zombi albo innego potwora. Kula znikła wchłonięta przez zaklęcie Osobistej Ochrony, ale Vanessa już tego nie zobaczyła. Kreol jednym ruchem palca aktywizował zaklęcie Uśpienia, pogrążając nieoczekiwanego gościa w zaczarowanym śnie. I tak miała szczęście, że nie urodziła się jako mężczyzna – przedstawiciela płci brzydkiej Kreol po prostu zabiłby zaklęciem Błyskawicy.
– Tak to jest jak się zleci coś demonowi! – zazgrzytał zębami mag, oglądając leżącą bez czucia dziewczynę. – Co to jest? Dodatkowy prezent? Bezpłatna usługa?
– A niczego sobie. Ładna. – Hubaksis, do tej pory chowający się za żaluzjami, podleciał bliżej. – Może ją sobie zostawimy?
– Ja ci pokażę – zostawimy! – nie zgodził się Kreol. – Tego mi tylko teraz brakowało, żeby zajmować się niewolnicami! Nie, najpierw trzeba się rozejrzeć, zająć dobrą pozycję, zbudować jakiś pałac... chociaż nie, nie pałac – od razu zacznę od kocebu. Potem kupię sobie choćby cały harem. Chociaż rzeczywiście, ładna...
W zasadzie Kreolowi bardziej podobały się czarnoskóre ślicznotki, ale nie był zbyt wybredny w tej materii.
– W każdym razie wszystkie moje rzeczy są tutaj – burknął, wieszając amulet na szyi. Laskę położył obok siebie, żeby w razie czego od razu ją chwycić. Pozostałe przedmioty zostawił na razie tam, gdzie rzucił je demon. Za to maga bardzo zainteresował pistolet Vanessy.
– Gromowładny amulet? – rzekł z powątpiewaniem, oglądając broń ze wszystkich stron. – Dziwne, nie czuję magii.
Kreol dość szybko domyślił się, do czego służy spust i natychmiast go nacisnął. Rozległ się jeszcze jeden wystrzał i w ścianie pojawiła się równiutka dziura. Gdyby na miejscu Kreola znalazł się inny człowiek z jego czasów, natychmiast wyrzuciłby przerażające coś, ale doświadczony mag przywykł, że znajdujące się w jego rękach przedmioty często robią „bum” i niszczą ściany.
– Pożyteczna rzecz, panie – odezwał się Hubaksis. – To może chociaż to zatrzymamy?
– Tak, to przydatny przedmiot – zgodził się Kreol. – Ciekawe, kim ona jest, maginią? Ale w takim razie dlaczego tak łatwo zasnęła? Nawet nie spróbowała stworzyć ochrony. – Może uczennica? – kontynuował dżinn. – Niedoświadczona?
– Zaraz zapytamy – burknął mag, zdejmując zaklęcie Uśpienia.
Pierwsze, co zrobiła Vanessa gdy odzyskała przytomność – zaczęła wrzeszczeć. Krzyk umilkł dopiero wtedy, gdy Kreol wymierzył jej siarczysty policzek. Dziewczyna zamilkła i powiedziała coś w niezrozumiałym języku. Kreol tylko wzruszył ramionami.
– Odpowiadaj: kim jesteś? – zażądał posępnie. – Odpowiadaj szybko, bo inaczej skończy się moja cierpliwość. No więc?
Dla pewności pogroził jeszcze laską. Laska nie była jeszcze napełniona zaklęciami, ale poza magiem nikt o tym nie wiedział. Dziewczyna jednak nie przestraszyła się – po prostu nie traktowała laski jako broni. Wtedy Kreol skierował w jej stronę pistolet, co okazało się znacznie bardziej skuteczne. Nigdy przedtem Vanessie nie zdarzyło się stać naprzeciwko lufy pistoletu i uczucie to wcale się jej nie spodobało.
– Aha, wiesz co to takiego! – wykrzyknął mag z zadowoleniem. – Mów szybko, dzikusko!
– Nie rozumiem co pan mówi – burknęła Vanessa, nie znająca ani słowa po starosumeryjsku. Powtórzyła te słowa po angielsku, po chińsku i po hiszpańsku, z okropnym akcentem, ale ten wstrętny facet nadal nic nie rozumiał.
Kreol natomiast wypowiedział swe pytanie po staroegipsku, starohebrajsku, w języku hetyckim i fenickim. Niestety, we współczesnym świecie tylko nieliczni ludzie mówią w jakimkolwiek z tych języków. Istniało nikłe prawdopodobieństwo, że Vanessa mogłaby zrozumieć jedno czy dwa słowa po starochińsku, ale tego języka Kreol akurat nie znał. Chociaż władał mnóstwem języków, z których wiele nawet nie było ludzkimi.
– Głupia dzikuska! – fuknął mag. – Bełkocze w jakimś barbarzyńskim narzeczu...!
Zauważywszy, że Vanessa bardzo nerwowo spogląda na lufę pistoletu, Kreol odłożył go na bok. To ją nieco uspokoiło. Na Hubaksisa także spoglądała trochę niepewnie, ale bez strachu. Filigranowy dżinn mógłby wystraszyć każdego, ale tylko pod warunkiem, że byłby co najmniej pięć razy większy.
– Niewolniku, przygotuj mi pieczęć Ronowa! – Kreol pstryknął palcami, wyraźnie podjąwszy jakąś decyzję.
– Czy dobrze rozumiem, panie...?
– Bez dyskusji! – warknął mag. Przez lata przebywania z Hubaksisem nauczył się jednego – temu dżinnowi nie wolno pozwalać na zbyt dużo. Natychmiast zapominał gdzie jego miejsce.
– Słucham pokornie, mój panie – zasępił się Hubaksis.
Pieczęć Ronowa przypominała nieco skomplikowany schemat elektryczny z dwoma zakrętasami po bokach i dodatkowym kółkiem z lewej strony.
– Wzywam cię i zaklinam, duchu Ronow! – zmęczonym głosem powiedział Kreol. – Spróbuj tylko nie przyjść. Mam umowę!
Umowa, zawarta niegdyś między wielkim magiem, a Władcą Demonów Eligorem, nadal działała znakomicie. Demon Ronow zjawił się natychmiast. Był niewysoki, brodaty, miał bardzo grube, wysunięte do przodu wargi i niebieskawe włosy. Mógł jeszcze poszczycić się ziemistą cerą i szorstkimi rękami z kikutami palców.
– Przybywam na twe wezwanie magu – zadudnił basem Ronow. – Ja, Ronow, demon demonów, zdolny uśmiercać wrogów i uczyć języków, stoję przed tobą, oczekując na rozkaz.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-11-27 (1849 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej