Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kartomancja
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Beowulf - Caitlín R. Kiernan

Przyczajony w ciemności


Ziemia Duńczyków kończy się tutaj, na tym potężnym granitowym klinie sterczącym wysoko ponad zamarzającym morzem. Spienione lodowate fale smagają ostry żwir, wąskie plaże pokryte chropowatą skałą i zwalonymi głazami, wypolerowanymi kamieniami i skąpymi językami upstrzonego lodem i śniegiem piasku. To nie jest odpowiednie miejsce dla ludzi, owe nagie brzegi w tym głodowym, unikanym przez słońce okresie roku. Za dnia niewiele tu widać dzikich stworzeń, jedynie foki, morsy i wyrzucone na brzeg, gnijące ścierwo wieloryba, tylko mewy i orły wzlatujące w mętne, ołowiane niebo. Podczas długich nocy wybrzeże zmienia się w jeszcze bardziej posępne uroczysko, oświetlone jedynie bladym, pojedynczym okiem księżyca, zerkającym ukradkiem, gdy wysuwa się na chwilę zza chmur i mgły.
Ale nawet tutaj istnieje schronienie. Niczym latarnia przyświecająca wszystkim, którzy błądzą w zimnym bezdrożu, wznosi się zamek króla Hrothgara z rodu Skjöldów, syna Healfdene’a, wnuka Beowa, prawnuka Skjölda Scefinga. Wieża rozsiewa w mroku drobiny ciepłej żółci, a w jej cieniu odbywa się tej nocy uroczystość, trwa huczna zabawa.
W krzepkich murach nowego królewskiego domu biesiadnego, który król nazwał Heorotem, Salą Jeleni, zgromadzili się królewscy baronowie wraz ze swoimi damami. Paleniska płoną jasno pod strzechą i drewnianym belkowaniem stropu, przeganiają chłód, napełniają powietrze smakowitą wonią gotujących się potraw i kojącym zapachem dymu z drewnianych polan. Tutaj, na bezpiecznej wysokości, poza zasięgiem gniewnego morza, król wypełnił wreszcie przyrzeczenie, ofiarowując ów wspaniały dar swoim wiernym poddanym. We wszystkich północnych krainach nie znajdziesz drugiego zamku, który by mu dorównał wielkością i świetnością. Słychać tu pijackie śpiewy, brzęk talerzy i noży, setkę głosów mówiących równocześnie, to wznosząc się, to opadając, dość podobnie do wznoszącego się i opadającego poza murami morza, z tą różnicą, że lodu tu nigdzie nie uświadczysz, a utonąć można jedynie w niezliczonych czarach miodu. Nad szerokimi paleniskami świnie i jelenie, króliki i gęsi pieką się na żelaznych rożnach, płomienie skaczą i tańczą, rzucając zwodnicze cienie na ściany i roześmiane twarze, na masywne dębowe belki rzeźbione w sceny bitewne i łowieckie, na wyrzezane w drewnie wizerunki bogów i potworów.
– Czy nie dotrzymałem słowa? – grzmi opasły król Hrothgar z niszy na drugim końcu długiej sali. Jest starym człowiekiem, jego bitewne dni należą już do przeszłości, długa broda i warkoczyki we włosach pobielały mu niczym zimowy śnieg. Owinięty jedynie w prześcieradło, dźwiga się powoli ze swojego tronu. – Rok temu... ja, Hrothgar, wasz król, poprzysiągłem, że wkrótce będziemy świętować nasze zwycięstwa w nowym domu biesiadnym, równie potężnym, jak pięknym. Teraz powiedzcie mi, proszę, czy nie dotrzymałem słowa?
Oderwani na chwilę od trunku, od ucztowania i wesołego rozpasania królewscy ludzie wznoszą kielichy i intonują pijackie okrzyki na cześć starego Hrothgara. Nie ma znaczenia, że tylko garść spośród nich jest na tyle trzeźwa, by wiedzieć, dlaczego wiwatują. Hrothgar uśmiecha się pijacko, gładzi się po brzuchu, spogląda na królową, piękną panią Wealhtheow. Choć ta dziewczyna o fiołkowych oczach, przystrojona w złoto, futra i połyskujące klejnoty, jest nieomal dzieckiem, nie ma dziecinnych złudzeń na temat wierności męża. Wie na przykład o dwóch chichoczących dziewojach, córkach jego wojów lub wieśniaczkach, z którymi dzielił tej nocy łoże i którymi wciąż był zajęty, kiedy zjawili się czterej szlachcice, aby go przynieść z sypialni do pełnej sali biesiadnej. Hrothgar nigdy nie zadał sobie trudu, aby ukrywać swe dziewki i nałożnice, więc i ona nie udawała, że ich nie widzi.
– O, miód! – Król chwyta złoty róg z rąk małżonki. – Dziękuję ci, moja piękna. – Podnosi róg do ust, rozlewając trunek na zmierzwioną brodę.
Ów róg to rzecz niewiarygodnej piękności i królowa nieraz głośno wyrażała zachwyt dla jego urody. Musiał zostać wykonany albo w zamierzchłych czasach, kiedy kunsztowne rzemiosło nie było
na tych ziemiach czymś niezwykłym, albo w jakimś odległym królestwie, w którym sztuka nie poszła jeszcze w zapomnienie. Ten okruch ocalony ze smoczego skarbca jest zagadką i rozkoszą dla oczu i nawet gdy tkwi w mięsistych łapach takiego grubianina jak jej mąż, nie przestaje radować oczu. Najszlachetniejsze złoto, grawerowane w dziwne runy, jakich nigdy wcześniej nie widziała, z jednej strony ma dwie szponiaste łapy, aby można go było postawić bez obawy, że trunek się rozleje. Za uchwyt służy skrzydlaty smok, także z kutego złota, z jednym najczystszej wody rubinem wprawionym u nasady szyi. Szpony i kły, zębata linia falistego, ostrego jak brzytwa grzbietu, straszliwy robak przywołany z jakiejś zapomnianej opowieści, a może artysta chciał, by przypominał węża Nidhögga Podgryzającego Korzenie, który leży zwinięty w ciemności u podstawy Jesionu Świata.
Hrothgar beka, ociera usta, po czym wznosi pusty kielich, jakby chciał przepić do wszystkich zgromadzonych.
– W tej właśnie sali będziemy dzielić łupy z naszych podbojów, złoto i kosztowności. To będzie na zawsze miejsce uciech, radości i cudzołóstwa... od tej chwili po wsze czasy. Nadaję mu nazwę Heorot!
I znów panowie, ich damy oraz wszyscy obecni wiwatują, a Hrothgar odwraca się raz jeszcze do Wealhtheow. Krople miodu, które przywarły do jego wąsów i brody, lśnią niczym bursztynowa rosa.
– Rozdajmy trochę kosztowności, dobrze, moja piękna?
Wealhtheow wzrusza ramionami i nie rusza się z miejsca, kiedy król zanurza rękę w drewnianej skrzyni stojącej na podwyższeniu pomiędzy ich tronami. Niemal po brzegi wypełnia ją złoto i srebro, monety bite w kilkunastu obcych krajach oraz brosze wysadzane drogimi kamieniami. Król rzuca garść kosztowności w tłum. Część biesiadnicy łapią w locie, reszta spada z głośnym brzękiem na stoły i klepisko, gdzie zostaje w brawurowym stylu rozchwytana przez chciwe dłonie.
Teraz król wybiera ze skrzyni złoty łańcuch i unosi go nad głowę, a tłum znów wiwatuje. Ale tym razem król kręci głową i podnosi łańcuch jeszcze wyżej.
– Nie, to nie dla was, ludziska. To dla Unfertha, największego mądrali wśród moich ludzi, niezrównanego pogromcy dziewic i najdzielniejszego z dzielnych mąciwodów. Unferth, gdzie jesteś, u diabła, ty gnojku z pyskiem łasicy?
Na drugim końcu sali wprost w podłodze wykopano wielki dół, aby ludzie nie musieli wychodzić na zimny wiatr i kąsający mróz po to tylko, żeby się wypróżnić. Unferth tam właśnie sika i równocześnie prowadzi dysputę z innym królewskim doradcą, Aesherem. Nie usłyszał jeszcze, że król go woła, bo głos ginął w nieustannym zgiełku sali biesiadnej, gapi się więc w czarną czeluść – wielkie wilgotne usta, rozwarte szeroko, aby wypić swój przydział miodu, kiedy panowie już się z nim uporają. Jest w tym człowieku jakaś twardość, jakiś posępny i gorzki wyraz w jego mizernej twarzy i warkoczykach czarnych jak krucze pióra, jakieś wyrachowanie w stłumionym błysku zielonych oczu.
– Nie bądź taki skory do śmiechu – mówi do Aeshera. – Powiadam ci, czas, żebyśmy zaczęli traktować sprawę poważnie. Słyszałem, że wyznawcy tej wiary rozprzestrzenili się już na północ od Rzymu aż po ziemie Franków.
– W takim razie powiedz mi, kto by zwyciężył w walce na noże: Odyn czy Jezus Chrystus? – Aesher zerka na niego spode łba, po czym kieruje wzrok na żółty strumień własnego moczu.
– Unferth! – rozlega się znów ryk Hrothgara i tym razem Unferth go słyszy.
– Co tam znowu? – wzdycha. – Czy człowiek nie może się już nawet odlać w spokoju?
– Lepiej nie każ mu na siebie czekać. – Aesher parska śmiechem. – Czymże jest pełny pęcherz wobec woli króla?
– Unferth, gnojku, synu gnojka Ecglafa! Gdzie się podziewasz, ty niewdzięczny gałganie!?
Unferth pospiesznie naciąga spodnie, odwraca się z niechęcią i zaczyna się przeciskać przez pijany tłum. Niektórzy usuwają mu się z drogi, inni wydają się go w ogóle nie zauważać, ale wkrótce dociera do królewskiego podestu i przywołując na twarz wymuszony uśmiech, unosi rękę, by pokazać, że przyszedł.
– Jestem, panie – mówi.
Hrothgar na jego widok uśmiecha się jeszcze szerzej, po czym się pochyla, aby założyć łańcuch na jego chudą szyję.
– Zbyt jesteś dobry, panie. Twoja hojność...
– Nie, nie, nie! Zasłużyłeś sobie na to, mój dobry i wierny Unferthu. – Hrothgar znów podnosi wzrok na poddanych, a tłum raz jeszcze wiwatuje. Królewski herold, Wulfgar, który przycupnął w cieniu tronu, występuje naprzód, aby podsunąć pijanym szlachcicom i ich damom znajomą pieśń. Wkrótce wtóruje mu większość obecnych na sali. Wojownicy uderzają pięściami i kielichami o blaty lub wskakują na stoły i wybijają nogami rytm, którym rozbrzmiewa cały Heorot.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Prószyński i S-ka








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-12-02 (1663 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej