Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Hominidzi
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Księga strachu #5

Ciasteczko dla Lorelei - Aleksandra Janusz


Pawła uprzedzono, że towar jest egzotyczny. Powiedziano, żeby niczemu się nie dziwił, a zwłaszcza nie przekładał powszechnych wyobrażeń i zabobonów na rzeczywistą sytuację. W końcu nadal odkrywa się endemiczne gatunki i cuda natury, a niektóre wyjątkowo pobudzają wyobraźnię — tak jak na przykład słynny hobbit z Flores.
Tym razem znalezisko pochodziło z tropikalnej bezludnej wyspy i stanowczo nie wyglądało na wymarłe. Wstępne badania potwierdzały, że łatwo daje się oswajać, hodować, a nawet rozmnażać w niewoli. Odkrywcy wkrótce doszli do wniosku, że na handlu tymi stworzeniami można nieźle zarobić, i szybko zawarli umowę z Firmą. Przygotowano kilka kolonii na sprzedaż, a polski oddział dołożył wszelkich starań, żeby sprowadzono je między innymi do Warszawy. Na razie wszystkie szczegóły były objęte ścisłą tajemnicą handlową.
Do obowiązków Pawła należało przygotowanie kampanii reklamowej.
Magazyn pana Drosselmeyera mieścił się na obrzeżach stolicy. Otoczony żeliwnym ogrodzeniem, ze ścianami w nieprzyjaznym, ciemnoszarym kolorze i zakratowanymi oknami, przywodził na myśl więzienie o podwyższonym rygorze. Na parkingu stało kilka wysłużonych półciężarówek. Dwóch znudzonych ochroniarzy siedziało na schodkach przy głównym wejściu. Palili kiepskie papierosy i dyskutowali o polityce.
— Nie wolno im stykać się z obsługą głównej hali — wyjaśnił Drosselmeyer, otwierając drzwiczki służbowego mercedesa. — Utrzymujemy pozory kwarantanny. Nie mają pojęcia, czego tak naprawdę pilnują.
Paweł popatrzył na kierowcę, ponurego mężczyznę w ciemnych okularach i nienagannie wyprasowanym garniturze. Poczuł się nieswojo. Facet okablował się zestawem słuchawkowym, a teraz rozmawiał z kimś przez komórkę. Skojarzenia z filmami sensacyjnymi nasuwały się same.
— Rozumiem, że to nie jest nowy gatunek gryzonia.
— Nie. — Pan Drosselmeyer rozciągnął wąskie usta w namiastce uśmiechu. — Nie jest. Proszę za mną.
Wnętrze hali przypominało raczej laboratorium niż sklep ze zwierzętami. Aby się tam dostać, musieli minąć biura i kilkakrotnie użyć elektronicznego klucza. Na tle laborantów w kitlach i personelu odzianego w standardowe urzędnicze uniformy Paweł wyróżniał się jak papuga w stadzie wróbli. Modny garnitur, czerwona koszula, długie włosy przylizane pianką. Wyznawał zasadę, że dobra prezencja to w jego zawodzie podstawa. Kto w dzisiejszych czasach wierzy w powiedzenie, że szewc bez butów chodzi?
Przeszli przez śluzę — nieduże pomieszczenie, w którym obydwaj zostali zaopatrzeni w sterylne fartuchy, rękawiczki, ochraniacze na buty i jednorazowe czepki. Laborantka, która wydawała sprzęt — młoda brunetka o drobnych, ślicznych ustach — powitała ich z tak promienną radością, że Paweł poczuł się zakłopotany. Jednocześnie przemknęło mu przez myśl, że warto by później zaprosić ją na kawę.
— Lubią tutaj pracować. — W spojrzeniu Drosselmeyera było coś wilczego.
Paweł nie po raz pierwszy zastanowił się nad jego podobieństwem do agenta Smitha albo gestapowca ze starych filmów.
Cóż. Nie wybierał zleceniodawców pod kątem ich sympatycznej fizjonomii.
Kiedy weszli do magazynu, pierwsze, co zobaczył, to rzędy małych klatek poustawianych na półkach i przykrytych szarym płótnem. Nie minęła sekunda — może dwie — a w pomieszczeniu rozległa się cicha, łagodna melodia, ni to śpiew, ni to świergot. Paweł poczuł, jak jego mięśnie się rozluźniają. Ogarnęły go spokój i błogość, wszystkie życiowe problemy nagle stały się nieważne lub niezwykle proste do rozwiązania.
— Przyjemne, prawda? — zagadnął go Drosselmeyer. — Działa podobnie jak medytacja. Łagodzi negatywne emocje, relaksuje, poprawia koncentrację i jasność myślenia. Człowiek czuje się świeżo, jak po spokojnie przespanej nocy.
— No, dobrze. — Paweł w porę przypomniał sobie radę pośrednika, że niczemu nie powinien się dziwić. — Ale co to za zwierzę?
Jego rozmówca zdjął z półki małą klateczkę i ściągnął z niej płócienną osłonę. Paweł wstrzymał oddech. Byłby wstrząśnięty, gdyby nie kojące działanie pieśni.
Elf mierzył kilkanaście centymetrów, trochę mniej niż lalka Barbie. Nie wyglądał ludzko, co najwyżej humanoidalnie; miał czteropalczaste dłonie, małe stópki, wielobarwne skrzydełka i nieproporcjonalnie dużą głowę. Jego ciało było jasne i półprzejrzyste, przypominało figurkę uformowaną z wosku albo z plastiku, jak jednorazowe sztućce. Wpatrywał się w Pawła zaciekawionym spojrzeniem zielonych, nieco wyłupiastych oczu.
— Najlepiej sypać im karmę dla ptaków — powiedział Drosselmeyer, odstawiając klatkę z powrotem na półkę. — W poidełku woda mineralna, bo od kranówki chorują. Owoce, koniecznie świeże, mogą być warzywa. Od czasu do czasu kawałek gotowanego kurczaka, ale lepiej z tym nie przesadzać. Od nadmiaru mięsa robią się trochę pobudzone.
Paweł przyglądał się, jak elf zaciska piąstki na metalowych prętach i nerwowo trzepoce skrzydełkami.
— Są bardzo czyste, więc jeśli o to chodzi, wystarczy umieścić słoiczek w kącie — kontynuował Drosselmeyer.
— O Boże... — Paweł nie mógł oderwać wzroku od klatki. Stworzonko usiadło na ściółce z trocin, a następnie za pomocą ostrych ząbków i zręcznych dłoni zaczęło obierać pestkę słonecznika. — A co mówią naukowcy?
— Rzecz jasna, są wniebowzięci. To znacznie bardziej interesujący obiekt niż nowy rodzaj żuka gnojowca, nie sądzi pan? Zacznijmy od tego, że te... istoty nie przypominają żadnego ze znanych nauce gatunków. O ile zrozumiałem wywody znajomego zoologa, ich istnienie stawia na głowie całą współczesną systematykę. Zabawa z klasyfikacją zapewniona na następne kilkanaście lat. Może nawet ktoś dostanie Nobla. My mamy trochę inne priorytety.
— Ach... oczywiście.


Fragment udostępniła Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-12-04 (1520 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej