Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Ognie Piekieł
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Galeony Wojny, t.1 - Jacek Komuda

Jeźdźcy Fortuny


Pomimo blokady Zalewu Wiślanego i niedostatku. Mimo Szwedów pijących zdrowie Gustavusa Adolfa i królewskiego przydupasa Oxenstierny tak blisko, że ich pijackie krzyki dochodziły prawie do bram miasta, Dwór Artusa żył własnym życiem. Jak pruska ladacznica, która jednego dnia w czasie wojny rozkłada nogi pod kapitanem królewskiej floty, a już następnego sprzedaje swoje wdzięki szyprowi lada jakiego szwedzkiego szmaka. Spoglądając na tłum, który kłębił się w ogromnej trójnawowej izbie wokół zalanych piwem stołów, można było mniemać, że wszystko toczy się jak za dawnych złotych lat Gdańska. Że Szwedzi nie stoją wcale u ujścia Wisły, trzymając w jednej garści Pilawę, Elbląg, Braniewo, Sztum i Marienburg, a drugą grożąc miastu blokadą i że handel kręci się jak za króla Stefana. Choć żołdacy Gustawa Adolfa trzymali straż pod Kieżmarkiem, a od wschodniej strony Gdańska dzień i noc sypano szańce, wały i ostrogi, we Dworze Artusa, nad kuflami pełnymi pienistego piwa jopelskiego, gdańskiego i stołowego lub szklenicami cienkiego krollingu załatwiano umowy i interesy, przybijano kontrakty kupieckie i frachtowe. Wyzywano od ostatnich agentów, uczniów i czeladników, którzy okazywali się sprytniejsi od swych pryncypałów, jednocześnie obmawiając i szkalując tych, którzy okazali się na tyle głupi, by uczciwie harować na suchy chleb bez omasty, przeklinano pospołu panów i komisarzy palowych, szyprów i brokarzy z portu. Tutaj w jednej chwili tracono lub zyskiwano tysiące dublonów, florenów, czerwonych złotych, pruskich grzywien i ciężkich reichstalarów. Kapitały, straty i zyski przegryzano śledziami, koszty i aktywa zakąszano szprotami, ciastami i owocami w cukrze, a udane kontrakty zlewano gdańską złotą wódką.
Tutaj ci, których wyniosło pod niebiosa wahadło losu padali pod ławy, a ich żołądki zwracały swą zawartość, albo przepijali niekończące się toasty, szyderczo drwiąc ze swych kompanów roztrzaskanych przez pędzące z prędkością galopującego konia koło Fortuny.
A po wyjściu z izby wpadali w ramiona wypindrowanych ladacznic, rudowłosych lafirynd, przechodek i narożnic, które – byle tylko zmacały przy boku klienta pękaty trzos – wlokły ich do swych nor i alkierzy, gdzie po odrobieniu pańszczyzny steranymi udami, wynosiły pod niebiosa zalety swych gachów oraz podstarzałych ogierów. A pańskiego kusia zwiędłego jak chwasty pod śniegem, zwały z kurewską wprawą rozhukanym rumakiem Amora – co gdyby było prawdą, rychło okazałoby się, że cały Gdańsk zmienił się w jedną wielką stajnię.
Tymczasem w izbie panowie z Wielkiej i Małej Polski, z Rusi, Wołynia i Podola, rzucali służbie i pachołkom czerwone złote, wpadali tu, ciągnąc za sobą kumotrów, familiantów i oczajduszów, uwieszonych u rękawa delii niczym wypełniony rybami niewód u burty kaszubskiego bata. Po czym po pierwszym toaście bratali się z kupcami, faktorami i miejskimi szelmami, z których każdy sprzedałby za trojaka własną matkę, a wdzięki swej siostry oddał w arendę za trzy szelągi do zamtuza. Po drugim, zwali miejskich synków mości panami braćmi, po trzecim zaś oddawali im za żony córki i wychowanice, zapisywali całe wioski w dożywocie. A potem rankiem, po niemiłym wytrzeźwieniu w ramionach miejskich synków i konstatacji, iż pospolitują się z grubym plebejstwem, kazać służbie przegnać precz natrętnych mieszczuchów.
Rozmowa o interesach była we dworze zakazana, ale nikt tego nie słuchał. Nad kuflami i szklenicami radzono zatem, jak dopuścić się najgorszych zdzierstw, rabunków i niegodziwości, czyli, mówiąc kupieckim językiem, dokonać przejęcia, zakupu czy zamienienia pasywów na aktywa, tak aby każdy dukat wypracowany w pocie czoła przez polskich, ruskich i litewskich kmieci i ich panów nie śmiał trafić z rąk angielskich, duńskich, niderlandzkich i francuskich kupców do szlacheckiej kiesy, bez pobrzęczenia przez kilka miesięcy w nabitej kabzie gdańszczanina. Łasego na zaszczyty i czułego na wszelakie próby ominięcia nigdzie niespisywanych przywilejów miasta, wedle których cały handel morski Rzeczypospolitej przechodzić miał przez gród na Motławą.
Dickmann nie lubił przychodzić do Dworu Artusa. Mierził go rozochocony korowód pijanych jeźdźców Fortuny, którzy dziś jeszcze dosiadali rumaka mamony, aby następnego dnia przekonać się, jak głębokie i smrodliwe są miejskie rynsztoki. Gdańsk cenił śmiałych, pięknych, odważnych i bogatych. Tym, którzy nie mieli szczęścia nigdy nie wybaczał, a ubóstwo traktował jak grzech gorszy niż zdrada, morderstwo i krzywoprzysięstwo razem wzięte. Zwłaszcza, że każdy z wielkich, niekoronowanych królów giełdy i Długiego Targu, mógł już jutro, najdalej pojutrze, samemu zostać proszalnym dziadem i żebrakiem przepędzanym sromotnie spod przedproży kamienic.
Wkraczając do zatłoczonej sali, Dickmann miał wrażenie, że wszyscy szepcą już o kłopotach i awanturze z Knadem oraz jego sługą, bo o długach, niespłaconych wekslach i umierającej od lat żonie wiedzieli wszak od dawna. Ponury i złamany, wnosił do tego dostatniego wnętrza przekleństwo ruiny i niewypłacalności; dlatego odwracano się od niego jak od zadżumionego. Nie zdziwiło go zatem, iż na dworny ukłon nie odpowiedział Henryk Schwartzwalde, ławnik Głównego Miasta, pan na Lwim Zamku – jak zwano zwalistą jak katedra, ozdo­bioną lwami na przedprożach kamienicę z trójkątnym frontonem przy Długiej. Nie przejął się, że milczeniem lub może wzruszeniem ramion pominął go znany i boga­ty jak legendarny Ferber – Walter Rozenberg, rajca miej­ski, ani że możny Konstanty von Holten nie mrugnął okiem, widząc człowieka, którego zwał kiedyś swym naj­milszym przyjacielem i bratem. Z drugiej strony może i dobrze, bo Arendt miał wrażenie, że każde skinienie tego nadętego łyka i kalwina, który poza kamienicą przy Długiej 22, trzymał w arendzie młyny w Jelitkowie i dwa tuziny kantorów, warte było pruskiego talara, a splunię­cie – gdańskiego dukata. Fakt, iż Holten nie defekował jeszcze czerwońcami, czy nie kazał sobie podawać polew­ki ze złota wynikał zaś tylko i wyłącznie z jego legendar­nego wręcz skąpstwa. Ten możny kalwin, którego kamie­nica, jak powiadały kramarki na Długim Targu, z roku na rok coraz bardziej zapadała się pod ciężarem beczek z dukatami składowanych w piwnicach, nosił pozszy­wane pończochy i wams świecący dziurami jak rzeszoto, niczym ze stracha na wróble. A jednocześnie sypiał na milionach, których brzęk był dlań milszym dźwiękiem niż szelest sukni najpiękniejszej niewiasty świata.
Niespodziewanie ukłon Dickmanna odwzajemnił Jan Hevel – młody armator gdański. Ten jednak nie obrósł jeszcze w piórka, gdyż jako posiadaczowi zale­dwie dwóch pinek i fluity, daleko mu było do Holtenów i Uphagenów. Zrozumiałe zatem, że nie siedział jeszcze przy ławie sztywny jak oskubany gąsior, ani nie nadymał się niczym dorodny indor na jarmarku.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-12-05 (1651 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej