Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Bunt agentów
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Galeony Wojny, t.1 - Jacek Komuda

Statek na strądzie


Wiosenny sztorm cichł, roz­padał się na pojedyncze po­rywy bezsilnego gniewu. Wiatr niosący grube krople dżdżu siekł twarze deszczem, zrywał kłęby piany ze szczytów fal piętrzących się niczym górskie zbocza, szamo­tał się wśród drzew na stromym brzegu. Ogromne bał­wany rozbijały się z szumem i łoskotem na zdziczałym wybrzeżu Osetnika*. Przewalały się z hukiem na wąskim pasku plaży, za którą wznosił się, jak potężny mur, po­szarpany uskok wybrzeża zarośniętego prastarym buko­wym borem następnie przechodzącym w las przetyka­ny prześwitami i polanami, na których plewiły się osty, turzyce i bodiaki.
Jost wpatrzył się w morze, przesłonił ręką oczy, by nie raził go blask ognia rozpalonego na stromym brze­gu, jego wzrok przemknął nad roztańczonymi grzywami fal. Daleko, wśród szarych zwałów chmur przedziera­ła się wąska czerwonawa łuna zachodzącego słońca. Na tle dalekiego poblasku dostrzegł to, czego cała maszoperia* wypatrywała niczym Dnia Zbawienia - wysmukły kształt rozpruwający fale obłym dziobem.
Statek! Jost rzuciłby na szalę wagi Fortuny swojego parta i dołożyłby roczny połów bantek*, że była to fla­mandzka fuita. Ogromny stos rzucał migotliwy poblask; choć maszop stał tyłem do ognia, ciągle miał przed oczy­ma czerwonawą poświatę płomieni. Nie widział, rzecz oczywista, pawęży rufowej, jednak silnie zwężające się burty i trzy wysmukłe maszty pozwalały sądzić, że sta­tek nie był galeonem, krejerem ani pinką - gdyż Jost nie dostrzegał ostro ściętej dziobnicy Zapewne szyper pły­nął z Rygi lub Narwy, może z Königsbergu, choć maszop nie oddałby za to głowy. Fluita zbliżała się do brzegu gnana wiatrem i falami - zapewne pilot lub sternik brał ogień rozpalony przez maszoperię za światło wskazujące początek wodnego szoru, wiodącego aż do portu w Łe­bie i chwała za to Panu. Błądzenie było rzeczą ludzką, a w takich ciemnościach mógł zgubić drogę nawet bar­dzo doświadczony szyper. Jednak w tym wypadku cena pomyłki była równie wysoka, jak podniesione do ciosu topory kaszubskich piratów.
Statek wszedł na mieliznę. Maszop nie widział, co działo się na pokładzie, bo fale i deszcz przesłaniały zdo­bycz przed jego drapieżnym wzrokiem. Jednak bez trudu mógł domyślić się wszystkiego. Strądowanie* na Osetniku zawsze wyglądało tak samo. Pierwszy wstrząs... Póź­niej chwila przerwy.
Stępka statku szoruje po mieliźnie, wiatr wpycha go coraz głębiej na piaszczystą łachę. Pokład dygoce wstrzą­sany paroksyzmami agonii, gdy fluita desperacko walczy o przetrwanie, ludzie walą się z nóg, źle przymocowane beczki toczą się po pokładzie, pęka maszt - lecą na po­kład reje, liny i stengi.
Jost polecił boskiej opiece dusze załogi. Zdawało mu się, że słyszy krzyki przerażenia, lamenty i modlitwy, gdy kadłub zadygotał, a klepki poszycia zatrzeszczały pod ciężarem statku. Wreszcie fluita stanęła, lekko po­chylona na bok. Zamarła daleko od brzegu, otoczona wieńcem fal.
- Statek na strądzie! - rzekł Jost do reszty maszopów. - Pakowny orlog, fluita albo pinasa. Będzie ze sto łasztów frachtu! Ino załogi nie widzę.
- Niech ich Smantk wezmie! Zagasić ogień, we diochle! - rzucił Gust Dahl, szyper i przywódca towarzy­stwa.
Grube dębowe polana i kawały buczyny zasyczały polane wodą. Płomienie zachybotały zasypywane pias­kiem; poczęły przygasać, przegrawszy skazaną z góry na porażkę walkę z ludzką przemyślnością.
- Zbierać się knepi*! Chyże!
Maszopi porwali się na nogi. Wszyscy zawzięci i chmurni jak morze podczas grudniowego sztormu. Jost widział ich ogorzałe gęby, przenosił wzrok z jednej postaci na drugą. Stali przy dogasającym ogniu - wiel­kie czerstwe chłopy w skórzanych buksach, w wępsach z rękawami, w mokrych świtach i granatowych sekniach; w ociekających deszczem mucach i kapeluszach na gło­wach. Zbrojni w szable, siekiery, pałasze, a gdyby one nie wystarczyły - w pistolety i półhaki ukrywane przed deszczem pod połami opończy.
Szybko ruszyli na wybrzeże; znikli w wykrocie pod pniem buka powalonego w jednym z okrutnych, jesien­nych sztormów, gdy niebo i woda łączyły się w szaleń­stwie na podobieństwo rozwścieczonych bestii. Zeszli ze stromego klifu, poszarpanego kłami morskich żywiołów niczym brzeg znoszonej sukni starego żebraka z Gduńska.
A potem chmury rozstąpiły się i wzeszedł księżyc, rozświetlając dziki brzeg. W blasku miesiąca wyglądał niczym wybrzeże przeklętej wyspy, która nagle wynu­rzyła się z fal na środku legendarnego Morza Sargassowego, w dalekim Nowym Świecie, gdzie rozpadały się rozdarte galeony i karaki obrośnięte wodorostami. Wą­ski pasek piasku u podnóża wzgórz przypominał pobo­jowisko po walkach stolemów*, pełne poskręcanych, po­łamanych drzew, kamieni i wodorostów przyniesionych falą przyboju. Gałęzie ogromnych buków zwalonych z wysokiego brzegu, podmytego morską falą, wyciągały się nad maszopami niczym kikuty powalonych olbrzy­mów, mokre i obwieszone wodorostami z niedawnego sztormu, niby kości trupa oblepione zbutwiałymi reszt­kami odzienia. Spod piasku prześwitywały szczątki kad­łubów i klepki poszycia statków, które znalazły swój grób na mieliznach i głębiach Osetnika za sprawą maszoperii Dahla. Pod nogami chrzęściły muszle i kamienie wyrzu­cone falą przyboju.
Bracia Strądowi zwani Stolemami, Mały Jeka, Mostnik i Szulist zepchnęli na wodę dwie łodzie skryte bez­piecznie w jarze. Wskakiwali do nich co tchu, ponaglani krzykami Dahla. Jost zajął miejsce na ławce, między ma­szopami. Pozostali chwycili za pojazdy*, zgięli się z wy­siłku, prężąc ramiona w walce z wodnym żywiołem.
Morze wciąż było wzburzone. Ogromna, postrzępio­na fala podniosła wysoko w górę dziób pierwszej łodzi, tak iż przez krótką chwilę mierzył w zasnute chmurami niebo. Potem bat* zwalił się w dół, zjechał po grzbiecie rozpędzonego bałwana w otchłań pełną wodnego pyłu, piany i wodorostów czepiających się burt, aby już za chwilę podźwignąć się z wysiłkiem na kolejnej sztormo­wej fali. Płynęli do statku. Maszopi napierali na pojazdy, dobywając ostatniego tchu z piersi. Jost sprawdził, czy nie zamokły zatknięte za pasem pistolety, zmacał pałasz przy boku, a potem przeżegnał się. Gdzieś na dnie jego duszy narastał lęk, bo nie miał pewności co do szczęśli­wego zakończenia wyprawy, choć przecież nie była to ich pierwsza hanza. Odwiecznym, starodawnym zwyczajem betowizny respektowanym nawet przez królów polskich, strądowych i wójtów, to, co rzuciła na brzeg fala przyboju, należało do Rebocy*. Tylko, że Dahl i jego maszopi potrafili dopomóc Fortunie; sprawić, by poza jantarem i deskami ze statków, rzucała na mielizny pinki, szkuty, fluity a czasem nawet całe galeony. Maszopi byli skrzętni i zapobiegliwi - nikt z ocalałych nie przeżył dotąd wej­ścia na strąd pod Osetnikiem. Ciała szyprów, majtków i bosmanów powierzali morskiej głębi, która nigdy nie wydawała swoich tajemnic.

Jost oczyma duszy już widział to, co stanie się za chwilę; oglądał błysk opadających w dół zakrwawionych toporów, słyszał świst szabel i pałaszy, urywany trzask wystrzałów. Wrzaski, jęki i krzyki załogi, krew tryskają­cą na deski, rozpaczliwe prośby o miłosierdzie, którego nigdy nie dawali. Wiedząc, co ich czeka, począł modlić się, zrazu cicho, potem coraz głośniej:
Boże, Oycze Niebiesky Jajem człowiek grzeszny Tobie ja swe grzechy wyznawam Z nich się winniem dawam
To wszystko miało się stać już za chwilę, gdy pozostali Reboce rzucą kotwiczki i haki, kiedy zaczną wspinać się po linach na pokład. Za nimi był mroczny, urwisty brzeg, a przed nimi... tylko piekło.
Litanię Josta podjęli pozostali maszopi. I całe kaszub­sko-klekowskie towarzystwo wyrzekło jak jeden mąż:
Zgrzeszieljem myli Panie Gryzę mię me summienie Tak wiele grzechu mojego Jak piasku morskiego
Ale te pociechę mam Łaskawego cię znam Przysi
ęgłeś grzechy odpuścić Chto się zechce nawrócić.
Fluita siedziała na mieliźnie niczym nadmorski głaz. Po­strzępione bałwany uderzały o burty w bezsilnej złości. Jost zdziwił się tylko, że załoga nie zrzuciła żagli - choć fok i grot były sprzątnięte, wiatr wciąż szarpał postrzę­pionymi zrefowanymi marslami; wył wśród sztagów, topenantów i brasów, świszczał na nokach rei, wantach i szotach.
- Chyże dreszi* z Pónem Bogiem! Po szczęście i sła­wę!
Jost przeżegnał się znowu, widząc wyniosły galion pod bukszprytem statku. To była morzeczka, niewiasta z obliczem kobiety, a ogonem ryby - panna wodna. Tak nazywano wiele statków, nawet pinki i galeony z floty królewskiej. Jednak dlaczego zamiast włosów na głowie ondyny wiły się węże szczerzące kły i wysuwające na wszystkie strony świata długie języki? Jost widział coś takiego po raz pierwszy. Poczuł chęć, aby od razu wy­palić morskiej pannie w łeb z pistoletu albo przeżegnać się nabożnie. Co też uczynił...
Bracia Stolemowie, Szulist i inni maszopi cisnęli linki z kotwicami na pokład fluity Jost usłyszał głuche dud­nienie, z jakim żelazne haki uderzały o deski pokładu, brzęk, z którym zaczepiły o falszburtę i relingi.
- Na dek!
Uchwycił linę i począł wspinać się w górę, po mo­krej burcie statku. Maszopi skoczyli za nim. Wdrapywali się, wyszukując nogami wypukłości kadłuba, wspiera­jąc na zdobieniach i pokrywach ambrazur. Nie było to trudne, bo na fluitach burty pochylały się mocno ku so­bie przy głównym deku. Wszystko po to, aby wystrych­nąć na dudka Duńczyków pobierających na Sundzie cło uzależnione od rozmiarów głównego pokładu statku. To dziwne, lecz w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet naj­bardziej gorliwi szarpacze i poborcy króla Chrystiana nie poszli jeszcze po rozum do głowy i wciąż nie zwrócili uwagi, że holenderskie statki mają coraz mniejsze deki i coraz bardziej pochylone ku sobie burty.
Jost miał nadzieję, że załoga nie sprawi im zbyt wie­le kłopotów. Zresztą dopóki trwał sztorm, mogli zedrzeć sobie gardła do krwi, wołając o pomoc, a z dział i musz­kietów strzelać aż do sądnego dnia. Na lądzie nikt nie usłyszałby ich głosów, bo od morskiego brzegu Osetnika, aż do samego Sasena* ciągnęły się nieprzebyte bory, wrzosowiska, pastwiska porośnięte ostem i burzanem, na których tańcowały purtki i stolemy, a błędne ogniki wodziły dobrych chrześcijan na manowce.
Dahl i Szulist pierwsi wpadli na pokład fluity z doby­tymi szablami. Jost przeskoczył falszburtę, wyrwał z po­chwy pałasz, wyszarpnął spod świty pistolet, odwiódł z trzaskiem skałkę, gotowy na pierwszą oznakę oporu strzelać, ciąć i prać, ile tylko tchu w piersiach starczy.
Nie miał kogo bić.
Pokład fluity był pusty.
Morze uderzało o burty statku, strzelało w górę bryz­gami piany. Wiatr wył na takielunku, jakby przygrywał śmierci do tańca i próbował wytrzymałości sztagów, ło­potał postrzępionymi, porwanymi marslami, przerzu­cał z łoskotem uwolnioną z lin rejkę bezana na ostat­nim maszcie. Pokład zawalony był piaskiem, rozbitymi szczątkami baryłek, deskami, naglami wyrwanymi z kołkownicy, splątanymi kawałkami lin. Statek osadzony głęboko na piaszczystej łasze, jęczał niczym żywa isto­ta, czasem tylko dygotał wpychany głębiej na mieliznę przez fale przyboju. Skrzypiały reje szarpiące się na wyluzowanych brasach, trzeszczały naprężone fały, sztagi i wanty.

SŁOWNIK
Maszoperia (niderl. maatschappij) – towarzystwo.
Bantki – kasz. flądry.
Strądowanie (obecnie sztrandowanie) - wejście okrętem na brzeg lub mieliznę, najczęstszą przyczyną jest uszkodzenie okrętu w czasie sztormu.
Knep - kasz. chłop, mężczyzna.
Stolemy - tak Kaszubi nazywają legendarnych olbrzymów lub ludzi obdarzonych dużym wzrostem.
Pojazdy - tak w XVII wieku nazywano wiosła.
Bat - niewielka łódź, często używana w XVII wieku do połowów.
Reboce - kasz. Tak nazywano niegdyś Kaszubów mieszkają­cych na wysuniętych najdalej na północ polskich wybrzeżach.
Drech – kasz. brat, kamrat
Saseno-kasz. Dzisiejsze Sasino, położone 12 kilometrów na wschód od Łeby.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-12-05 (1804 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej