Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pocałunek żelaza
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Noc Noży - Ian Cameron Esslemont



 PROLOG
Morze Sztormów na południe od Malazu
Pora Osserca
1154 rok snu Pożogi
96 rok Imperium Malazańskiego
Ostatni rok panowania cesarza Kellanveda

    Trójmasztowiec Sen Rheni mknął na północny wschód pod pełnymi żaglami. Kapitan Murl zaciskał dłonie na rufowym relingu, obserwując zbliżający się sztorm. Przeciążone do granic możliwości deski kadłuba poskrzypywały złowrogo, a liny śpiewały, wydając z siebie wysokie dźwięki, jakich Murl nigdy w życiu nie słyszał.
    Sztorm rozpościerał się od południa niczym ściana nocy, nieprzerwana linia czarnych, skłębionych chmur wiszących nad smaganymi wichrem falami. To jednak nie burza niepokoiła kapitana Murla, bez względu na to, jak nienaturalne byłoby jej pochodzenie. Sen Rheni pływał już po najburzliwszych wodach znanych jakatańskim pilotom, od Morza Kalt na północy aż po słynne z porywistych pasatów wody na południe od Stratemu. To lazurowe iskry rozbłyskujące jak sople pośród fal u podstawy czoła burzy sprawiały, że strach zapuszczał palce w jego duszę. Nikt, kto widział je z tak bliska, nie wrócił żywy.
    Murl i inni piloci zwali te istoty po prostu Jeźdźcami. Dla reszty ludzi były morskimi demonami albo Jeźdźcami Sztormu. Owe zrodzone z morza i lodu stworzenia uważały wąski przesmyk, którym płynął żaglowiec, za swój i nikomu nie pozwalały tędy przepływać. Jedynie jakatańscy przodkowie Murla wiedzieli, jakie ofiary należy złożyć, by móc się przedostać najkrótszą trasą na morza leżące na południe od wyspy Malaz. Dlaczego więc Jeźdźcy ich ścigali? Co zwabiło ich tak daleko na północ?
    Murl odwrócił się plecami do gwałtownego wichru. Jego starszy kuzyn, Wybite Oko, starał się zachować kontrolę nad wielkim kołem sterowym. Rozstawił szeroko nogi, a jego ramiona drżały z wysiłku.
– Czyżbyśmy zapomnieli o jakiejś ofierze? – zawołał, przekrzykując wiatr.
Jego kuzyn potrząsnął głową, nie spuszczając jasnoniebieskiego oka z fal przed dziobem.
– Nie – odkrzyknął. – Złożyliśmy wszystkie. – Łypnął ze złością przez ramię. – Oprócz ostatniej.
    Murl oddalił się zatrwożony i przeszedł na śródokręcie, posuwając się ręka za ręką wzdłuż sztormliny. Pokład pokryła już zdradliwa warstwa lodu. Niesione szkwałem okruchy szronu były ostre jak igły. Szyja i dłonie kapitana zrobiły się zupełnie czerwone. „Wszystkie oprócz ostatniej.” Tego rytuału nigdy dotąd nie odprawiał. Na zimne objęcia Chema, wszyscy w załodze byli jego krewniakami! Przypomniał sobie ten jeden raz, gdy był świadkiem rytuału: czarnowłosa głowa biednego chłopaka kołysała się na falach, a blade ręce pruły rozpaczliwie wodę. Zadrżał z zimna, a także od czegoś gorszego. Na to nie potrafi się zdobyć.
Murl przykucnął obok smukłej sylwetki przywiązanej do grotmasztu. Kobieta osunęła się bezwładnie, jakby spała. Wyciągnął odrętwiałą od zamarzających bryzgów dłoń i pogłaskał blady policzek.
    Ach, Rheni, moja droga. Tak mi przykro. Tego było dla ciebie za wiele. Któż zdołałby uspokoić taki sztorm?
Rozległ się trzask pękającego lodu. Pierwszy oficer, Hoggen, łupnął mocno o maszt i otoczył go ramieniem.
– Mam kazać szykować broń?
    Murl stłumił szalone pragnienie śmiechu. Przyjrzał się uważnie Hoggenowi, by się upewnić, że pierwszy oficer mówi poważnie. Niestety, na to wyglądało. W jego brodzie błyszczał biały szron, a oczy były pozbawione wyrazu. Można by pomyśleć, że już nie żyje. Murl jęknął w duchu.
– Zrób to, jeśli musisz. – Zerknął na szczyt masztu. Ktoś siedział na rei, ściskając grotmaszt nogami. Jego spodnie, koszulę i ramiona pokrywała błyszcząca warstwa lodu. – I każ młodemu Kretowi zleźć na pokład.
– Chłopak nie reaguje na polecenia. Chyba odwalił kitę z zimna.
Murl zacisnął powieki, by osłonić oczy przed morską pianą. Uścisnął mocno maszt.
– Zwalniamy – zauważył Hoggen bezbarwnym głosem.
    Kapitan ledwie go słyszał w szumie wiatru. Czuł, że mokre łachy wyciągają z niego ciepło i życie. Drżał niepowstrzymanie.
– Na żaglach jest lód. Zaraz się zerwą.
– Trzeba go strącić młotkami.
– Jak chcesz, to spróbuj.
    Hoggen zakasłał ochryple i zaczął się oddalać od masztu. Murl nadal się go trzymał. Pomyślał, że najlepiej będzie, jeśli zakończy życie w tym miejscu, obok Rheni, na statku, który nazwał na jej cześć. Można powiedzieć, że otaczała go rodzina, nawet wierny, marudny Hoggen był z nim spowinowacony przez małżeństwo. Murl spojrzał w dół. Jakże pragnął pogłaskać ją po długich, czarnych włosach, które drżały na wietrze z cichym stukiem niczym sople.
– Jeździec z prawej burty! – rozległ się czyjś głos. Oszołomionego Murla zdziwiło, że ktoś jest jeszcze na tyle przytomny, by podnieść alarm. Spojrzał w tamtą stronę, mrużąc powieki, by osłonić oczy przed tryskającą wysoko nad nadburcia pianą.
    Mijały ich fale dwukrotnie wyższe od masztów Snu Rheni. Ich grzbiety lśniły od zamarzniętej piany. Nagle Murl go ujrzał. Lśniąca, szafirowa postać wynurzała się ponad wodę. Miała hełm i zbroję, a u jej biodra sterczała długa lanca z wyszczerbionego lodu. Jej wierzchowiec był pół zwierzęciem, pół spienioną falą. Kapitanowi wydawało się, że istota zwróciła ku niemu ciemne, niezgłębione oczy, spoglądające spod policzków łuskowego hełmu z lodu. Potem, równie niespodziewanie, Jeździec zanurkował, wracając we wzburzone odmęty. Ten widok przypomniał Murlowi błękitne wieloryby gamen, wyskakujące nad wodę przed dziobem statku. Nieco dalej wynurzył się drugi jeździec, a po nim trzeci. Mknęli na falach obok Snu Rheni, nie zwracając uwagi na statek. Czy to byli mężczyźni ze starożytnej rasy Jaghutów, jak twierdzili niektórzy? Przyglądał się im z dziwną obojętnością, jakby wszystko to spotykało kogoś innego.
    Jeden z marynarzy, Larl, wsparł się o reling i uniósł kuszę, celując w najbliższego Jeźdźca. Bełt przemknął daleko od celu. Murl potrząsnął głową. Po co się trudzić? I tak byli już trupami. Nie byli w stanie nic zdziałać. Nagle kapitan przypomniał sobie o skorpionie, którego mieli na rufie. Puścił maszt i powlókł się w tamtą stronę. Wybite Oko nadal stał sztywno przy sterze, rozpościerając ramiona i wpatrując się przed siebie. Murl otoczył jedną ręką zamontowaną na podwyższeniu broń i chwycił za korbę. Żelazo sparzyło mu dłoń, jakby było rozgrzane do czerwoności. Gdy szarpał się z mechanizmem, skóra schodziła mu płatami.
– Czego od nas chcą? – zawołał do Wybitego Oka. Łzy zamarzały mu pod powiekami, oślepiając go. Korba nawet nie drgnęła. Oderwał dłoń od żelaza. Płachty zamarzniętej krwi zwisały z niej jak strzępy czerwonej tkaniny. Wybite Oko nie odpowiedział, nawet się nie odwrócił. Murl skoczył do steru i wsadził rękę między szprychy koła.
    Wybite Oko już nigdy mu nie odpowie. Sternik stał sztywno za kołem Snu Rheni, wpatrując się w zapadającą noc. Jego jedyne oko zaszło szronem, a koszula i spodnie grzechotały na wietrze, sztywne jak deski.
    Przerażony Murl wpatrzył się w jego wbite obojętnie w nieznaną dal oko i wyczytał w nim odpowiedź. Jeźdźców nic nie obchodził statek. Przybyli tu z innego powodu, odpowiadając na jakiś nieludzki zew. Byli armią najeźdźców mknącą na północ, by rzucić całą swą moc przeciwko temu, co przez tak długi czas zamykało ich w wąskim przesmyku. Przeciwko wyspie Malaz.
    Statek jęczał jak udręczona bestia. Obciążony lodem dziób pochylił się w dół i zniknął pod falami. Nagły wstrząs odrzucił Murla od steru. Gdy piana opadła, Wybite Oko samotnie prowadził zamarznięty grób na północ. Sztywne żagle spadły z masztów i roztrzaskały się. Maszty i pokład były skute lodem jak szczyt wyniosłej turni, lecz statek wciąż płynął przed siebie, kołysząc się na falach.
    Sztorm nadal mknął na północ jak fala skacząca ciągnąca się od horyzontu po horyzont. Z mrocznego serca burzy wyłoniła się flotylla szmaragdowych gór poprzeszywanych głębokimi rozpadlinami. Pokrywający ich szczyty śnieg lśnił w dogasającym blasku zmierzchu.
Góry sunęły naprzód niby niepowstrzymane machiny oblężnicze zdolne zgruchotać całe kontynenty. U ich boków pędzili Jeźdźcy, kierując lance na północ.

 


Fragment udostępniony przez Wydawnictwo Mag.








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-01-31 (1882 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej